KRYSZTAŁOWA WIEŻA

Zoe wezwała Lu dopiero po dwóch dniach. Przez ten czas toczyliśmy dyskusje nad wyborem najwłaściwszej metody zaatakowania urpiańskiej koncepcji przeobrażenia ludzkości. Jednocześnie podjęliśmy przygotowania techniczne.

Kora, Rene i Jaro próbowali zrealizować pomysł Włada, aby za pomocą specjalnych hełmów zabezpieczyć nasze mózgi przed wychwytywaniem i narzucaniem myśli. Czy hełmy takie spełnią pokładane w nich nadzieje, wydawało się dość wątpliwe wobec faktu, że nawet ściany Astrobolidu nie stanowiły przeszkody dla aparatów Urpian. Przede wszystkim hełmy te zaopatrzono w liczne przyrządy, których wskazania mogły rzucić nieco światła na zasady działania urpiańskich „maszyn myślowych”, a tym samym ułatwić znalezienie w przyszłości istotnie skutecznych środków obrony.

Mei-Lin, Szu i ja przygotowaliśmy prymitywny jeszcze na razie przyrząd służący do przetwarzania i zapisu dźwięków oraz fal elektromagnetycznych. Ułatwiłby on w przyszłości budowę translatora-konwernomu, który mógłby odegrać rolę tłumacza między ludźmi a Urpianami. Oczywiście, skonstruowanie takiego konwernomu możliwe było tylko przy współpracy Urpian i chcieliśmy prosić ich o pomoc. Chodziło nam przede wszystkim o to, by nie ograniczać się do pośrednictwa Lu, które — jakkolwiek wygodne — nie mogło, wobec stronniczości chłopca, gwarantować wierności przekładu. W zachowaniu Lu spostrzegliśmy wiele niepokojących objawów wskazujących, że jego rozwój umysłowy z ludzkiego punktu widzenia jest niebezpiecznie jednostronny.

Czy obraz cywilizacji urpiańskiej, wynikający ze słów Lu, był pełny? Czyż społeczeństwo w ten sposób ukształtowane mogło być społeczeństwem trwałym? Wydawało się nam niemal pewne, że Lu pominął jakieś ważne jego cechy.

Do Miasta Zespolonej Myśli polecieliśmy w maszynie kosmiczno-powietrznej z przezroczystego tworzywa, kształtem przypominającej wielką szpulę. Znajdowały się w niej tylko fotele ściśle dopasowane do ciał ludzkich.

Urpiańskie maszyny latające przyspieszało prawdopodobnie jakieś potężne pole, wytwarzane z zastosowaniem pyłów autosterowanych na większych obszarach przestrzeni. Tym razem jednak, w odróżnieniu od tego, co przeżyliśmy w kosmolocie, mimo gwałtownego zwiększania prędkości, a później hamowania, nie odczuwaliśmy w ogóle zmian przyspieszenia, które utrzymywało się na stałym poziomie 0,911 g, czyli odpowiadało ciążeniu panującemu na powierzchni Juventy. Widocznie Urpianie potrafili przyspieszać równocześnie i bezpośrednio wszystkie cząstki materii, znajdujące się w owym polu akceleracji, działając na każde ciało siłą przypominającą grawitację. Teraz stawał się zrozumiały fakt, iż z Błyskającej na Juventę lecieliśmy z przyspieszeniem 40 g, gdyż tego rodzaju równomierne przyspieszanie każdej cząstki materii nie wpływa szkodliwie na funkcjonowanie żywych organizmów. Jeśli zaś chodzi o hamowanie kosmolotu — widocznie celowo działano przyspieszeniem na organizmy, aby sparaliżować nasze ruchy i uniemożliwić nam w ten sposób podejmowanie jakichś wrogich aktów.

Od chwili opuszczenia Astrobolidu aż do wejścia i usadowienia się w przezroczystej „szpuli” otaczały nas obłoki jakby rzadkiej mgły, zastępujące skafandry. Podobny obłok widzieliśmy już poprzednio, gdy Lu przybył do nas po raz pierwszy.

Miasto Zespolonej Myśli było ogromnym skupiskiem kryształowych budowli. Niby tysiące tęczowych baniek na powierzchni przezroczystego płynu piętrzyły się one na równinie z jakąś zawiłą symetrią.

Dziwne to było miasto. Nigdzie nie mogliśmy dostrzec żadnych arterii komunikacyjnych ani nawet wąskich „uliczek”, spotykanych tak często wśród zespołów budowli przemysłowych na Błyskającej. Kryształowe gmachy stykały się ze sobą, nawet wznosiły jedne na drugich, a „spojenia” ich zarastały wąskie pasy roślinności, najczęściej o żółtych i zielonych, rzadziej pomarańczowych barwach.

Nie dostrzegliśmy żadnych urządzeń transportowych. W czasie kilkuminutowego lotu nad miastem udało nam się sfilmować zaledwie dwie postacie Urpian, poruszające się szybko w powietrzu bez jakichkolwiek aparatów silnikowych.

Całe miasto miało kształt ogromnego koła, otoczonego gęstym lasem. W centrum tego koła wznosiła się gigantyczna wieża. Jej skośne, kryształowe ściany załamywały promienie Tolimana, grając tęczową gamą barw. Środkowa część wieży wypełniona była czymś, co przypominało zwoje przewodów, łączonych różnej wielkości kulami i foremnymi ośmiościanami. W owych przewodach i kulach, jak to zaobserwowaliśmy jeszcze z Astrobolidu, poruszały się wielobarwne światełka, przykuwając w nocy wzrok fantastyczną wizją.

Nasza latająca „szpula” okrążyła ogromną budowlę i zatrzymała się na poziomie przedostatniej kondygnacji. Jakaś niewidzialna siła pociągnęła pojazd ku wieży. W chwili zetknięcia z kryształowymi blokami rozpłynął się, wchłonięty przez jej ściany.

Znaleźliśmy się niespodziewanie na środku pięciokątnej sali. Architektura była tu prosta, niemal surowa. Za przezroczystymi ścianami roztaczał się niezmiernie rozległy widok na miasto. Wypełniało ono przestrzeń niemal aż po widnokrąg, zamknięty ciemnym pierścieniem puszczy.

Staliśmy pośrodku sali, nie wiedząc, co z sobą począć. Lu, oparty o ścianę, z przymkniętymi oczami, zdawał się drzemać.

Czas upływał, a nikt się nie zjawiał. Czuliśmy, jak wzrasta w nas niepokój. Wreszcie Andrzej nie wytrzymał nerwowego napięcia. Podszedł do Lu i, kładąc mu dłoń na ramieniu, zapytał:

— Gdzie są Urpianie?

— Wszędzie — odparł Lu, nie otwierając oczu.

— Chcielibyśmy ich widzieć. Przecież nie po to tu przylecieliśmy, żeby rozmawiać z pustymi ścianami. Lu uniósł powieki.

— Zaraz ich zobaczycie. Zdejmijcie jednak hełmy. Niewiele wam pomogą, a utrudniają kontakt.

Wymieniłam z Korą znaczące spojrzenia. A więc jednak owa telepatia związana jest z kontrolą prądów czynnościowych mózgu.

— Jeśli boicie się, wystarczy, że zdejmie hełm Andrzej — odezwał się znów Lu, widząc nasze wahanie.

Andrzej bez słowa wykonał polecenie.

W tej samej chwili sufit jakby się rozwarł i na podłogę spłynęła mała trójnoga postać o ciele pokrytym szarym puchem. Z dużej, spłaszczonej głowy patrzyło przenikliwie dwoje szeroko rozstawionych oczu. Długie, sięgające niemal ziemi ręce o pięciu prze gubach zwisały nieruchomo. Tylko cztery przeciwstawne palce u każdej dłoni poruszały się szybko, zataczając jakieś zawiłe, niewidzialne linie.

— Wobec tego, że nie chcecie mego pośredniczenia, odchodzę! — powiedział Lu.

— Czekaj! — zaniepokoił się Andrzej. — W jaki sposób z nim się porozumiemy?

— Przygotowali zespół translatorów. Chcieliście tego.

— To oni już wiedzą?

Lu uśmiechnął się z satysfakcją.

— Oni bardzo wiele wiedzą.

Zanim zdążyliśmy się obejrzeć, Lu gdzieś znikł i zostaliśmy sami z Urpianinem.

— Chcielibyśmy… — rozpoczął Krawczyk, lecz urwał, bo Urpianin wpatrzył się w jego twarz i astronom odczuł jakby zawrót głowy.

— Życzenie spełnione — popłynął skądś melodyjny głos, przypominający głos Zoe. — Nie będzie badań, eksperymentów. Życzenie niezrozumiałe. Lęk niezrozumiały.

— Również chcielibyśmy, aby… — podjął Andrzej.

— Przystosowano nasze tempo do waszego.

Urpianin nie spuszczał badawczego, spokojnego spojrzenia z Andrzeja. — Nie wszystkie wasze myśli zrozumiałe — popłynął znów głos z niewidocznego głośnika. — Nie wszystko można przetłumaczyć. Zrozumiałe myśli i słowa o prostych czynnościach i pojęciach konkretnych, znanych nam i wam. Wiele pojęć ogólnych, złożonych, specyficznych dla was — bezużytecznych jako środek konwersacji. Mówcie i myślcie prostymi słowami. Ułatwi porozumienie.

Zamilkł na krótką chwilę. Tak krótką, że zanim Andrzej zdążył coś powiedzieć, znów rozległ się głos:

— Nie chcecie przekształcenia i rozwinięcia waszych umysłów? Nie chcecie dać nowego pokolenia?

— Zrozumcie, że…

— Rozumiemy. Wszystko, co mówiliście do Lu i między sobą, nam znane. Nie rozumiemy ciągu myślowego. Dużo luk.

— A wy? — odezwała się Kora.

— Zawsze „tak”, jeśli będzie to doskonalenie…

— O czym myślałaś? — zapytałam Korę, nie mogąc zrozumieć treści rozmowy. Jednocześnie ogarnął mnie niepokój, bo uświadomiłam sobie, że jednak Urpianie potrafili odczytać jej myśli, mimo iż miała na głowie hełm.

— Myślałam, czy oni zgodziliby się na eksperymenty i przekształcenie swego społeczeństwa — wyjaśniła szeptem Kora i zwracając się do Urpianina, powiedziała:

— Właśnie nam również o to chodzi, aby istotnie doskonalić, nie cofać się lub schodzić na fałszywe szlaki.

— Jak pojmujecie doskonałość? Bez przeobrażenia waszych struktur mózgowych? Bez spotęgowania sprawności przez dublomózgi? Połączyć je z obwodami Pamięci Wieczystej, a nie pełzałyby w nich wątpliwości.

— Byłoby to narzucenie nam waszego sposobu myślenia. Nic więcej.

— Boicie się. Mówicie: to nie nasz sposób myślenia. Mówicie: ludzkość rozwija się w innych warunkach. Warunki też można zmienić.

— Jeszcze by tego brakowało! — nie wytrzymałam.

— A Temidzi? — podjął Andrzej. — Przystosowaliście im warunki do potrzeb i co się stało? Zatrzymali się w rozwoju! Są żywym reliktem.

— To przeszłość. Nie wszystkie próby ich ratowania były udane. Nasi przodkowie mogli się mylić. Dziś inaczej.

— Dlaczego Temidów…

— …nie udoskonalamy teraz? Obiekt niegodny wysiłków. Bardzo tępe, prymi-tywniejsze od was istoty. Potrzeba naturalnej ewolucji. Warunki wkrótce zapewnimy. Ale nic poza tym. Synteza chromosomalna. Nie potrafią zrozumieć. Trzeba przekształcić. Całkowicie. Zbyt zawiłe. Za daleko. Pyły autosterowane nie wystarczą.

Widocznie Urpianin zapominał chwilami, że chcąc, byśmy go zrozumieli, powinien budować proste, przejrzyste zdania, od czasu do czasu bowiem rzucał niemal pojedyncze słowa, których związek coraz trudniej było chwytać.

— Dlaczego więc chcecie sobie robić tyle kłopotu z nami? — zapytał Andrzej, domyślając się trochę, o co Urpianowi chodzi.

— Wy — to jednak cywilizacja. Wystarczy Lu… Może jeszcze kilku… Wy sami siebie przeobrazicie. To sprawa bardzo prosta. Wystarczy jedna synteza, kilka kierunków. Nie potrzeba zestrajać. Temidzi nie mają nic. Trzeba za nich wszystko stworzyć. Inaczej wy. Sami. My dajemy tylko impuls.

Mimo zawiłości formy, sens tych słów nie budził wątpliwości. Niemniej należało przekonać się, czy dobrze zrozumieliśmy niektóre szczegóły. Przede wszystkim zainteresowały mnie te słowa Urpianina, które zdawały się wskazywać, że istoty owe bardzo niechętnie ingerują gdziekolwiek osobiście, że nie odbywają długich podróży, a więc tym samym nie należy spodziewać się ich wizyty na Ziemi. Oczywiście, zmniejszyłoby to znacznie niebezpieczeństwo.

Myślałam o tym bardzo intensywnie i dlatego widocznie zwróciłam na siebie uwagę Urpianina, bo niespodziewanie zmienił temat, odpowiadając na moje pytania:

— Długotrwały lot. Zmiana miejsca. Sprzeczne z naszymi potrzebami cywilizacyjnymi. Nasza cywilizacja opiera się na Pamięci Wieczystej sprzęganej nieustannie z dublo-mózgami. Społeczeństwo — to jeden wielki mózg. Jego ręce sięgające gwiazd — to mido.

— Co to jest mido?

— Przed chwilą Lu opracował zasadę oznaczeń konwersacyjnych. Niektóre nasze pojęcia są zbyt trudne, zawiłe dla was. Jak je oznaczyć w waszym głosowym języku? Nasze sygnały radiowe sprowadzić w głośnikach waszych odbiorników do prostego zestawienia dźwięków gamy. Mi — do, wysłannik pyłowy, autosterowany, połączony z zespołem pamięci i przyrządów instruujących. Mido — to nie tylko nasze zmysły i ręce. To również my sami w ograniczonym stopniu.

— Nie rozumiem.

— Wysłannik mido wyposażony we własną sprawną sieć myślącą. Mido sam przebudowuje się zgodnie z instrukcją, zdobywając specjalizację w oznaczonym kierunku. Wysłannik mido daje sobie sam radę w wielu okolicznościach. Potrafi rzeczywiście nas zastępować.

— Ale przecież nie możecie nim kierować swobodnie na odległość liczoną w latach światła? Jeśli wysyłacie mu instrukcje, to na to, aby przekonać się, jakie dają wyniki, musicie czekać wiele lat. Czy w Układzie Słonecznym działa mido?

— Działa. Wiedzieliśmy dużo o was, zanim tu przylecieliście. To, że czas płynie, niewiele znaczy. Pamięć Wieczysta jest niezniszczalna.

— Mogą jednak zajść nieprzewidziane okoliczności.

— Tak. Pierwsze mido zniszczyliście w Układzie Słońca. Drugie na drodze Proxima — Toliman. W zetknięciu z prymitywnymi, nieznanymi istotami wszystko może się zdarzyć.

Słowa te miały dla nas gorzki posmak, choć trudno było posądzić Urpianina o świadomą ironię. Milczeliśmy.

— Cóż znaczy zniszczenie paru mido? — podjął Urpianin. — Na ich miejsce wyślemy nowe, doskonalsze, lepiej przystosowane do złożonych warunków. Powstają tylko opóźnienia. Bez znaczenia dla Pamięci Wieczystej.

— Jak długo żyje Urpianin? — odezwał się Dean po raz pierwszy od naszego przybycia do kryształowej wieży.

— Odchodzi, gdy straci wartość dla społeczeństwa. A więc Lu mówił prawdę!

— To znaczy? — Dean pytał dalej. — Jak długo trwa życie przeciętnego Urpianina?

— Półtora wielkiego okrążenia, czyli około.stu siedemnastu waszych lat. W tym czasie przeżywa on więcej niż wy przez pięć tysięcy lat ziemskich. Nie chodzi o to, że życie jest ograniczone. Można tempo procesów fizjologicznych zwalniać. Można przyspie-szać — zaczynał znów mówić krótkimi fragmentami zdań. — Wydłużyć do tysiąca wielkich okrążeń. Proste. Ale zwolnione tempo utrudnia działanie: wiele wydarzeń. Nie można uchwycić. Zbyt dużo w porównaniu ze zdolnością percepcji. Mniejsze bezpieczeństwo. Zwiększenie tempa: taka sama liczba wrażeń. Wydarzenia wolniej płyną. Doskonalsza analiza. Większe bezpieczeństwo.

— A więc każdy Urpianin może dowolnie regulować tempo swego życia?

— Nie może. Dublomózg. Pamięć Wieczysta — jedno tempo. Urpianin patrzył w twarz Deana.

— Chcesz zobaczyć Pamięć Wieczystą? — rozległ się znów melodyjny głos.

— Chcę!

Urpianin powiódł po nas wzrokiem, jak gdyby czytał w naszych oczach.

— I wy też chcecie, choć się boicie. Ale na to trzeba zrównać tempo.

— Jeśli… — podjął Andrzej.

— Żadne eksperymenty. Żaden nacisk wbrew woli! — uprzedził Urpianin. — Zgadzacie się?

Nim ktokolwiek z nas zdążył odpowiedzieć, wnętrze sali wypełniła gęsta mgła. Mgła ta wystąpiła ze ścian i otoczyła nas nieprzeniknioną zasłoną. Poczułam ostry ból w głowie. Trwało to jednak krótką chwilę. Ból ustał, mgła opadła i ujrzałam, że znajduję się pod przezroczystą kopułą kryształowego „domu”.

Salka była nieduża, niemal zupełnie pusta. Tylko pod ścianami spostrzegłam dziwacznie powyginane sprzęty czy maszyny z jakiegoś różowawego tworzywa.

Naraz tuż przede mną ukazały się dwie postacie Urpian. Szły wolno, splecione długimi ramionami, kołysząc się płynnie na nogach. Zdawały się mnie nie dostrzegać.

— Co oni robią? — zastanowiłam się i zaraz usłyszałam melodyjny głos.

— Doznają przyjemności obcowania ze sobą. Cecha prymitywna, zanikająca. To nieważne. Patrz dalej.

Nie trzeba było mi o tym przypominać. Nie mogłam oderwać wzroku od tych dwóch istot, które podeszły w tym czasie do ściany i rozdzieliły się, rozchodząc na dwie strony. Każda z nich przeszła przez niewielki otwór w ścianie do ciasnej,kabiny”, opisywanej już nam parokrotnie przez Zoe. Przez sufit i ściany salki biegła gęsta sieć rurek czy innych przewodów połączonych czarnymi kulami. Po chwili przewody te poczęły migotać różnokolorowymi światełkami. Urpianie stali nieruchomo — mogło wydawać się, że śpią.

— Co oni robią? — zapytałam niewidzialnego przewodnika.

— Połączyli się z dublomózgami.

— Z dublomózgami?

— Dublomózg objął prowadzenie! Zwiększenie pojemności pamięci! Wzmożenie percepcji. Wysoka sprawność kojarzenia. Wielokanałowe ciągi logiczne. Autosterowanie całego zespołu na podstawie myśli wytycznej.

Niewiele rozumiałam z tych objaśnień. Konwernomy Urpiańskie dobierały słowa z trudnością, gdyż korzystały widocznie ze zbyt małego materiału obserwacyjnego.

Naraz usłyszałam zwrot, na który czekałam od początku owej „audycji”, i czułam, że serce bije mi gwałtowniej.

— Dublomózg łączy się z Pamięcią Wieczystą!

Ujrzałam przed sobą długie, świecące węże przewodów, potem przysłoniły je kryształowe bloki wieży, by za chwilę przeobrazić się w szeregi kul, stożków i wielościanów oplecionych zawiłymi spiralami. Wszystko to zdawało się żyć, mimo bezruchu i niezmien-ności geometrycznego kształtu. Wielotysięczne roje światełek wędrujących skomplikowanymi drogami przewodów zapalały się i gasły, to znów rozbiegały, tworząc fantastyczną feerię świateł.

— Każdy impuls… Poprzez analizatory… Ta synteza bodźców przebiega jednocześnie… Krótkotrwałe związki… w poszczególnych ośrodkach układu… gdzie utrwala się… Jakby jeden wielki zbiornik…

Wpadły mi w uszy całe zdania, ale tylko ich strzępy docierały do mej świadomości. Zaczęłam uważniej wsłuchiwać się w te słowa.

— …faktów i podstawowych elementów wszystkich koncepcji naukowych. Tu zawarte jest niemal wszystko to, co stworzył umysł urpiański od blisko czterdziestu pięciu wielkich okrążeń. Ale pojemność tej pamięci, choć ogromna, jest ograniczona. Jesteśmy bliscy wyczerpania jej rezerw. Dlatego powstaje nowy, niewymiernie jeszcze potężniejszy sztuczny umysł. W miarę rozwoju sieci rozprzestrzenia swe centra na całą powierzchnię planety.

Znów otoczyła mnie mgła. Gdy się przerzedziła, ujrzałam przed sobą rozległą pustynną równinę z barwnymi stożkami „piasku” na tle niskich, prostopadłościennych bloków.

— Błyskająca! — zawołałam odruchowo.

— Tu powstaje centralny ośrodek myśli! Będzie kierował naszymi mózgami z nieosiągalną dotąd dokładnością. Będzie przewidywał przyszłość na kilka wielkich okrążeń naprzód.

— Prognozować na setki lat naprzód?

— Na zasadach prawdopodobieństwa. Operuje całym materiałem zebranym przez wszystkich Urpian, przez wszystkie nasze przyrządy! Dysponuje całą wiedzą o naszym świecie i doznaniach każdego Urpianina, a także kontroluje jego mózg. W ten sposób będzie mógł nie tylko niezmiernie dokładnie, z wielkim prawdopodobieństwem przewidywać przyszłość całego układu społeczeństwa, ale także, chociaż w nieco mniejszym stopniu, pojedynczych osobników.

— Ale do czego to doprowadzi? Jeśli wszyscy będziecie wiedzieli, co was czeka w przyszłości?

— Osiągnięta zostanie najpełniejsza harmonia między działaniem a myśleniem. Wybór najsłuszniejszej drogi rozwoju będzie tu osiągany z ogromną precyzją.

— A nowe odkrycia? Co z nimi zrobicie?

— Będą nieustannie korygować przewidywania, dostosowywać strukturę rozwoju cywilizacji do obiektywnych możliwości, a więc zapewniać mu najkorzystniejsze warunki.

— A więc nie będziecie znali swojej przyszłości?

— Będziemy ją znali w tym stopniu, na jaki pozwoli nam wiedza zawarta w Pamięci Wieczystej. Wy również znacie swą przyszłość, tylko stopień prawdopodobieństwa jest tu znikomy.

— Czy jednak przewodnictwo dublomózgów i Pamięci Wieczystej nie oddaje was niejako w niewolę tych maszyn?

— Dublomózg, a tym bardziej Pamięć Wieczysta, nie jest samodzielnie myślącą i doskonalącą się sztuczną istotą, lecz układem sieciowym, zbudowanym dla dokonywania ściśle określonych, wyznaczonych przez nas zadań. Jest narzędziem rozszerzającym zakres działania i potęgującym sprawność naszych mózgów. W sieci dublomózgów nie ma miejsca na te procesy, które określacie jako świadomość. Teoretycznie dublomózgi mogą swą pracę wykonywać nie sprzęgając się bezpośrednio z mózgiem naturalnym. Mogą one w sposób autonomiczny odbierać i wysyłać informacje, a więc przekazywać wyniki analiz, zadawać pytania, rejestrować odpowiedzi, odbierać dyrektywy.

— A więc takie dublomózgi spełniają podobną rolę jak nasze komputery krystaliczne?

— Podobną, lecz w sposób znacznie doskonalszy. Wasze mózgi krystaliczne są w obsłudze bardzo kłopotliwe i mało sprawne. Praca powolna, rozwlekła, wielostopniowa. Sprzężenie dublomózgu bezpośrednio z siecią neuronową naturalnego mózgu podnosi w wielkim stopniu sprawność jednego i drugiego. Pośrednictwo dublomózgu umożliwia ponadto włączenie się w obwody Pamięci Wieczystej, a więc dysponowanie całą wiedzą naszego świata.

— A czy jeszcze nie potraficie tworzyć sieci obdarzonych samodzielnym życiem i świadomością?

— Potrafimy, ale nie widzimy potrzeby. Jakiż byłby cel społeczny takich tworów? Co innego mido. Samodzielne istnienie. Samodzielność, samoorganizacja programowa, percepcja selektywna, pamięć plazmowa, zdolność samodzielnego rozwiązywania problemu, ale zarazem podporządkowanie naszej woli. Decydują instrukcje.

— Myślące narzędzia?

— Więcej. Nasze przedłużone zmysły, ramiona i mózgi. Poczułam znów ostry, krótkotrwały ból głowy.

Wszystko wokół rozpierzchło się we mgle i znalazłam się ponownie w kryształowej sali wraz z Andrzejem, Korą i Deanem. Przed nami stal jak poprzednio mały, szary, nieco pochylony Urpianin, poruszając płynnie palcami.

— To jest wspaniałe! Genialne! — wołał Dean z zachwytem. — To chyba pozwala wam dysponować wprost nieograniczoną wiedzą!

— Nie ma nieograniczonej wiedzy. Ale wiedza wszystkich żyjących i nieżyjących od wielu wielkich okrążeń Urpian jest przejmowana i na zawsze zawarta w Pamięci Wieczystej. W każdej chwili jest ona do dyspozycji całego społeczeństwa i każdego pojedynczego Urpianina — melodyjny głos translatora budował zdania jakby płynniej.

— Czy w tej chwili twój mózg połączony jest z Pamięcią Wieczystą? — zapytała Kora.

— Nie istnieje taka potrzeba.

— Aż dublomózgiem?

— Tak. Mózg istoty rozumnej bez dublomózgu to bardzo ograniczony instrument.

— Czy zgodzisz się polecieć z nami do naszego statku? Chciałabym zbadać twój mózg, aby was poznać lepiej — rzuciła Kora podstępnie.

Ale Urpianin zdawał się nie dostrzegać ukrytej aluzji do doświadczeń przeprowadzanych na Zoe.

— Jeśli będę miał gwarancję bezpieczeństwa.

— A więc boisz się! — zawołałam z triumfem.

— Nie znamy tego stanu emocjonalnego. Zanikł on u nas przed wielu wielkimi okrążeniami. Życie Urpianina należy do społeczeństwa.

— A jaką wy dajecie nam gwarancję?

— Naszą wiedzę! Jeśli nie będziecie stawiać przeszkód, abym sam sobie zapewnił bezpieczeństwo, polecę z wami, choć każdy z nas niechętnie opuszcza Pamięć Wieczystą.

— A dublomózg?

— Muszę zabrać go ze sobą, gdyż na odległość tysięcy kilometrów wymiana impulsów trwa zbyt wolno wobec ograniczonej prędkości fal elektromagnetycznych.

— No to dlaczego przekształcacie Błyskającą w centralny ośrodek myśli? Wobec odległości mierzonej w dwudziestu paru minutach biegu światła…

— Nie będzie on kierować bezpośrednio naszym życiem. Do szybkiego, doraźnego działania wystarczą istniejące w tej chwili zespoły Pamięci Wieczystej.

— A więc będzie to archiwum?

— Nie znam tego słowa. Z waszych myśli wynika, że jest to jakiś zbiornik, pomieszczenie, w którym gromadzi się wiedzę pokoleń. Niech więc będzie to archiwum. Uwaga zasadnicza: łatwo dostępne każdemu Urpianinowi.

— Czy tylko w ten sposób utrwalacie swą wiedzę? — zadał z kolei pytanie Andrzej.

— Myślisz o piśmie. Nie. Nam zupełnie wystarczy Pamięć Wieczysta.

— Gdyby jednak owa Pamięć Wieczysta uległa zniszczeniu, wasza cywilizacja zginęłaby natychmiast.

— Mamy dostateczne środki, żeby się przed tym zabezpieczyć.

— A jeśli jednak?

— Dostateczne środki — to przede wszystkim rezerwa pamięci rozmieszczona w różnych punktach układu planetarnego. Za pomocą dublomózgów współdziałających z mido potrafimy w krótkim czasie, dzięki rezerwom, odtworzyć Pamięć Wieczystą. A dublo mózgów jest setki milionów. Tyle, ilu Urpian żyje na Juvencie! Jesteśmy w niewspółmiernie lepszym położeniu niż wy, Ziemianie. Jeśli jakiś kataklizm zniszczyłby całą ludzkość, pozostawiając na Ziemi tylko dwoje ludzi — osobnika męskiego i żeńskiego — ile tysiącleci potrzeba do odtworzenia ludzkości mimo waszej szybkiej rozrodczości? Niech nawet pozostaną nietknięte wasze archiwa i zbiory. Ile czasu potrzeba, aby znów zakwitła wasza cywilizacja? Do miliona specjalności potrzeba miliona ludzi, którzy potrafiliby przekształcić wiedzę w działanie. W podobnej sytuacji u nas dwóch osobników może zapewnić odbudowę biologiczną społeczeństwa w ciągu paru cyklów produkcyjno-wy-chowawczych liczonych w miesiącach ziemskich. Nasze zespoły rozrodcze potrafią spotęgować tysiące razy wykorzystanie elementów zarodowych. A wiedza? Nie ma u nas specjalizacji. Jeśli jeden Urpianin pozostanie na Juvencie — będzie dysponował całą wiedzą, włączając się poprzez dublomózg w różne obwody Pamięci Wieczystej.

— To jest genialne! — zawołał znów Dean z takim przejęciem, że ogarnął mnie niepokój, czy ten entuzjazm nie pociągnie za sobą nieprzewidzianych konsekwencji.

— Wasza sztuka jest jednak uboższa niż w czasach miast podziemnych. Tak się nam przynajmniej zdaje — zauważył Andrzej.

— Odczucia estetyczne to zjawiska uboczne. Niezbędne w warunkach prymitywnych, ułatwiające kształtowanie postawy osobnika wobec otaczającego świata. Niepotrzebne na wyższym szczeblu rozwoju cywilizacyjnego. W naszym społeczeństwie, gdy dublomózg koordynuje pracę wszystkich ośrodków nerwowych osobnika i. na podstawie doświadczeń zawartych w Pamięci Wieczystej, jednocząc się w działaniu z innymi du-blomózgami, nakreśla planowo drogę życia każdej jednostki — różne stany emocjonalne poszczególnych osobników są przeszkodą, hamulcem rozwoju. Wiele już przeszkód przezwyciężyliśmy, ale i wiele jeszcze zostało. Pozostały jeszcze u nas takie stany emocjonalne, jak pragnienie spotęgowania własnej wartości czy najgroźniejsze — dążenie do odczuwania pewnych form przyjemności zmysłowej.

— Jednak taki świat bez uczuć i dążeń osobistych, bez radości dla samego tylko odczuwania radości, bez więzów wzajemnego przywiązania, miłości między poszczególnymi osobnikami, nawet bez niepewności przyszłych losów jest strasznie jałowy i nudny.

— Dla umysłu, który potrafi się całkowicie zespolić ze swym społeczeństwem, takie osobiste odczucia stracą sens. Pozostaną tylko te stany emocjonalne, które zespalają i ogarniają całe społeczeństwo.

— Ależ to będzie świat maszyna!

— Może i tak. Ale jak najdoskonalsza! Stokroćdoskonalsza od materii żywej.

— Istnieją jednak indywidualne różnice — rozpoczął Andrzej nową myśl, przechwyconą zresztą natychmiast przez Urpianina.

— Tak. Mimo najdokładniejszej kontroli towarzyszącej procesom rozrodczym, nie ma osobników o identycznym poziomie umysłowym. Kto jest zdolniejszy, musi dawać z siebie społeczeństwu więcej. Najzdolniejsi pełnią funkcję przewodników różnych stopni.

— Czy mają oni jakieś przywileje?

— Żadnych. Wyjątek stanowi pierwszeństwo w uzyskiwaniu połączeń z Pamięcią Wieczystą, gdyż obecnie zdarza się już, że obwody są przeciążone. Jest to jednak przywilej pracy.

— A ty? — zapytałam.

— Należę do średniego stopnia.

Już od dłuższego czasu zauważyłam, że Urpianin A-Cis (bo tak w transkrypcji słownej sformułowaliśmy później jego imię) przemawia do nas coraz pełniejszą, coraz bogatszą mową ludzką. Coraz rzadziej rzucał pojedyncze wyrazy czy fragmenty zdań, coraz lepiej dobierał słowa, tworząc prawidłowe, nieraz nawet dość długie zdania. Gdy na próżno głowiłam się, jakie mogą być tego przyczyny, niespodziewanie otrzymałam odpowiedź, która nie pochodziła jednak z głośnika konwernomu A-Cisa, lecz zabrzmiała mi nad uchem nie wiadomo skąd.

— Dziwi cię wzrost sprawności translatorów. Przecież płynie czas. Gromadzą się doświadczenia, materiały. Sięgnęliśmy do Pamięci Wieczystej.

Głos umilkł, a ja przez dłuższą chwilę nie mogłam skupić się, wstrząśnięta trudnym do uwierzenia faktem, że w ciągu kilkudziesięciu minut naszego pobytu w Mieście Zespolonej Myśli mógł dokonać się tak błyskawiczny proces doskonalenia translacji.

— Istota rozumna jest nieodłączną częścią swego społeczeństwa — mówił Urpianin. — Jedynym celem jej życia jest współdziałanie nie tylko w zachowaniu, ale i doskonaleniu gatunku. Zarówno poprzez kierunkowe zmiany genotypu w całych populacjach, jak wzbogacanie zasobów informacji, jakimi dysponuje całe społeczeństwo. Cóż każdy z nas znaczy bez wiedzy i twórczej pracy pokoleń?

— Oczywiście, że tak jest — podchwycił Andrzej. — Ale my, ludzie, jednocześnie uważamy, że każdy z nas, każdy pojedynczy osobnik naszego gatunku jest jak gdyby zamkniętym w sobie światem, indywidualnością, której nie traci bynajmniej jako składnik społeczeństwa. Nie przez ujednolicenie, lecz przez różnorodność i odrębność form wzbogaca się społeczeństwo. Kiedyś, przed wiekami i ludzie też tego nie rozumieli. Ale te czasy prymitywnej socjotechniki mamy już poza sobą. Dziś w cywilizacji ludzkiej wszystko nastawione jest na stworzenie warunków jak najpełniejszego rozwoju indywidualności każdego osobnika. Psychika ludzka wtedy właśnie najpełniej może nawinąć zdolności twórcze, gdy rozwija się swobodnie.

— Co znaczy ”swobodnie”? — zapytał Urpianin, wpatrując się z uwagą w twarz Andrzeja.

— To znaczy, gdy jej poznawcze i twórcze dążenia nie są sztucznie ograniczane.

— Co znaczy „sztucznie”?

— Ograniczone środkami fizycznymi, ekonomicznymi lub psychologicznymi dla osiągnięcia doraźnych korzyści przez jednostki lub grupy społeczne dysponujące tymi środkami. Często działania takie bywały sprzeczne z naturalnymi, wytworzonymi w czasie ewolucji biologicznej, właściwościami psychiki ludzkiej. Oczywiście podział na środki naturalne i sztuczne jest w wielu przypadkach dyskusyjny, ale przecież chodzi tu nie o precyzję terminologiczną, lecz o bardzo istotne wskazanie praktyczne. Poparte zresztą w pełni odczuciami społecznymi.

— Ufacie odczuciom, a nie rozumowi i wiedzy? W tonie pytania przekazanego przez konwernom nie wyczuwało się ani zdziwienia, ani też wyższości. Raczej jakby nutę żalu czy współczucia, ale chyba było to złudzenie.

— Historia nasza nauczyła nas — podjął wolno, dobierając słów Andrzej — że nie należy ufać wyłącznie ani rozumowi i nauce, ani też odczuciom i instynktownym reakcjom społeczności. Nie znaczy to, że wolno lekceważyć któreś z nich. Cenimy wysoko rozum, ale z pozoru instynktowne reakcje obronne zbiorowisk ludzkich, zwłaszcza wyrażające się w nastrojach i dążeniach społecznych, bywały zadziwiająco trafne i wyprzedzały diagnozy i prognozy naukowe. Nie jest też przypadkiem, że człowiek od tysiącleci przywiązuje tak wielką wagę do swobody w podejmowaniu decyzji.

— Swobody? — zareagował natychmiast Urpianin. — To omam. To regresywne złudzenie — poprawił się czy może próbował wyrazić myśl precyzyjniej. — Nie ma swobody w podejmowaniu decyzji. Zawsze działają czynniki determinujące decyzję. Żaden osobnik i żadna społeczność nie ma swobody działania. Każda decyzja, świadoma czy nieświadoma, instynktowna, jest uwarunkowana mnogością czynników, które ją determinują. Nawet kiedy najbardziej świadomi alternatywności dokonujecie wyboru drogi postępowania, to też nie jest to akt całkowicie swobodny, lecz uświadomienie sobie wagi czynników wpływających na waszą decyzję.

Spojrzałam na Andrzeja — widać było, że z coraz większym trudem zachowuje spokój.

— Wybacz, ale to, co mówisz, ma dla nas tylko wartość banalnych stwierdzeń — powiedział, patrząc hardo w oczy gospodarzowi. — Nawet jeśli ten deterministyczny opis jest teoretycznie prawidłowy, wyciąganie z niego wniosku, że wolność jest iluzją, to praktycznie bardzo niebezpieczna teza, której negatywne społecznie skutki znamy dobrze z historii ziemskich ruchów politycznych i religijnych. Wiara w przeznaczenie, świadomość fatum, niezależnie od tego, czy odwołuje się do powszechnego determinizmu czy też boskich wyroków, praktycznie prowadzi donikąd!

Urpianin również nie spuszczał wzroku z Andrzeja.

— Używasz pojęć, których nie rozumiem — popłynął melodyjny głos z translatora. — Muszę poznać waszą historię. Lu też powinien ją poznać. Wybacz banalne stwierdzenia. Ważna jest konkluzja: decyduje wiedza. Rozwój psychiki nie kierowany świadomie przez wiedzę społeczności kierunkują różne czynniki przypadkowe i nieprzypadkowe. Poznanie i tworzenie niezgodne z potrzebami społecznymi to marnotrawstwo.

— Skąd wiecie, jakie są te potrzeby? — wtrąciła się do rozmowy Kora.

— Pamięć Wieczysta wie, czego trzeba każdemu Urpianinowi.

— Każdemu trzeba tego samego? Urpianin nie wyczul ironii w pytaniu Kory.

— Każdy ma inny zakres zadań, obowiązków, uprawnień. Są też różnice w dyspozycyjności umysłowej, fizycznej, skłonność do powstawania nawyków. To wszystko wiadome Pamięci Wieczystej za pośrednictwem dublomózgu. Ale osobnicze zróżnicowanie potrzeb nieznaczne w porównaniu z potrzebami społeczeństwa jako całości.

— No dobrze — powiedział Andrzej. — Ale w ten sposób, ujednolicając potrzeby i kierunkując z góry inicjatywę poznawczą i twórczą, ograniczacie możliwość wielkich przewrotów nowatorskich. To co dziś wydaje się niezgodne z potrzebami społecznymi, jutro może okazać się niezwykle cenne dla dalszego postępu. Przecież nie sposób rozwijać wiedzę, dokonując tylko nieznacznych zmian i ulepszeń.

Konwernom Urpianina milczał przez dłuższą chwilę, w przeciwieństwie do niemal natychmiastowych reakcji tak charakterystycznych dla dotychczasowego przebiegu dialogu.

— Wielkie, gwałtowne zmiany prowadzą do chaosu i skłócenia myśli. Tylko przewroty kontrolowane przez Pamięć Wieczystą, poprzedzone próbami na modelach myślowych, można uznać za zgodne z potrzebami naszej społeczności.

— W jaki sposób mierzycie postęp? — znowu wtrąciła się Kora. — Co jest jego miernikiem?

— Zasoby wiedzy zawarte w Pamięci Wieczystej. Ich nieustanny wzrost.

— Czy wzrost ten przebiega liniowo czy może wykładniczo? — zapytał nieśmiało Dean. Wydało mi się, że w ten sposób próbuje zwrócić na siebie uwagę Urpianina i już chciałam mu po cichu przygadać, gdy, ku memu zaskoczeniu, Andrzej i Kora uznali widać pytanie za bardzo ważne, rozwinęli bowiem temat, próbując przyprzeć gospodarza do muru.

— Chcielibyśmy zapoznać się nie tylko z ogólną tendencją wzrostu wiedzy, ale również dowiedzieć się, jak przebiegał ten wzrost, nasilał się lub słabnął w różnych okresach od czasu waszego przybycia do Układu Tolimana i budowy Pamięci Wieczystej — powiedział Andrzej wyjaśniającym tonem. Kora zaś uzupełniła:

— Chodzi nam o dane dotyczące nie tylko ilościowych wskaźników tempa gromadzenia informacji, ale przede wszystkim jakościowych. Jakie stosujecie kryteria wartości wiedzy? Mam na myśli konkretne wskaźniki, a nie ogólnikowe stwierdzenia na temat społecznej użyteczności danej informacji. A może nie wolno ci udzielać nam informacji na ten temat?

Urpianin stał nadal nieruchomo jak posąg, tylko wzrok przeniósł na Korę.

— Dlaczego nie zapytacie wprost: czy tempo wzrostu naszej wiedzy nie słabnie? — zapytał po krótkim milczeniu translator. — Odpowiadam: nie słabnie, ale nie jest tak szybkie jak w okresach maksymalnej dynamiki. Dlatego budujemy nową Pamięć Wieczystą.

Urpianin, chyba po raz pierwszy, nie kwapił się z odpowiedzią na nasze pytania. Kora nie miała jednak zamiaru rezygnować.

— Czy kłopoty, jakie macie z Pamięcią Wieczystą, wynikają tylko z przyczyn technicznych? A może i na to pytanie nie wolno ci odpowiedzieć? — wyraźnie próbowała sprowokować gospodarza do ostrzejszej reakcji.

Okazało się jednak, że metoda ta, tak skuteczna w dyskusjach z Lu, w grze słownej z Urpianinem całkowicie zawodzi, a prowokacyjne pytania łatwo potrafi odwrócić ostrzem przeciw nam.

— Wiedza niekompletna prowadzi do mylnych wniosków — stwierdził sentencjonalnie konwernom. — Chcecie wiele wiedzieć i będziecie wiedzieć, jeśli zechcecie skorzystać z wiedzy zawartej w Pamięci Wieczystej. Ale nie oczekujcie od razu odpowiedzi: tak, nie na każde pytanie. Musicie poznać mnogość uwarunkowań, pojąć związki przyczynowe. Wasz umysł działa zbyt wolno, a wy boicie się przyspieszenia.

— Nie o to chodzi — zaprzeczyła Kora.

— Czego więc się boicie? Przecież nie udoskonalenia waszych umysłów.

— Boimy się utraty wolności!

— Nie rozumiem.

— Boimy się, że przestaniemy decydować o swych losach. Że będziecie o nich decydować wy, pośrednio lub bezpośrednio.

— Nie rozumiem. Przecież wasza społeczność, przyjmując nasza pomoc, właśnie de cyduje o swych losach. O osiągnięciu wyższego stopnia doskonałości, sprawności, bezpieczeństwa zbiorowego i indywidualnego, zdolności do obrony przed ślepymi siłami natury. Społeczność nie zespolona wiedzą staje się bezwolnym przedmiotem działania tych sił.

— Jeśli wzrost niezależności wobec sił natury trzeba opłacić utratą własnej osobowości, jest to cena nie do przyjęcia dla człowieka. Ludzie chcą być sobą, chcą być istotami podobnymi psychicznie i fizycznie do swych przodków. Chcą samodzielnie podejmować decyzje i to zarówno dotyczące ich spraw osobistych, jak i zbiorowości, do której należą.

— Czego więc się boicie? Dublomózgi i Pamięć Wieczysta właśnie pomagać będą ludziom w podejmowaniu decyzji.

— To nie byłyby decyzje samodzielne.

— Znów nie rozumiem. Bez dublomózgów i Pamięci Wieczystej też wasze decyzje zależą od wielu czynników: od waszej wiedzy, inteligencji, zdolności myślowego modelowania… Nie rozumiem obaw.

— Obawiam się, że bardzo trudno będzie wam to zrozumieć, jeśli nie zapoznacie się bliżej z dziejami ludzkości oraz istotnymi różnicami między obecną budową waszego i naszego organizmu społecznego.

Andrzej pojął w lot, do czego zmierza Kora, i natychmiast skonkretyzował propozycję:

— Mamy w naszym statku bazie bogaty zbiór opracowań i dokumentów historycznych, które gotowi jesteśmy ci udostępnić. Pod warunkiem, że i wy ułatwicie nam poznanie waszej historii i zasad działania systemu, którego jesteś przedstawicielem. A chodzi tu chyba o odmienności o bardzo istotnym znaczeniu dla wzajemnego zrozumienia. Wasz organizm społeczny, jak mogę wnioskować z tego, co już widziałem oraz z tego, co usłyszałem od ciebie i Lu, sterowany jest centralnie przez pewnego rodzaju mózg złożony z najlepiej przygotowanych do tych zadań Urpian przewodników, ich dublomózgów i Pamięci Wieczystej. Czy tak?

— Tak, w bardzo uproszczonym, prymitywnym ujęciu — potwierdził gospodarz.

— Nasz obecny organizm społeczny może nie jest tak doskonały, tak sprawny i zasobny w wiedzę jak wasz, ale jest rezultatem naszych doświadczeń historycznych i jak na razie w pełni odpowiada naszym potrzebom. Ludzkość, i to zarówno pojedynczy człowiek, jak i całe społeczeństwa, przez wiele wieków byli zbyt często nie podmiotem, a przedmiotem sterowania. Człowiek chce czuć, że współdecyduje o swym życiu, o warunkach, o sposobie rozwiązywania problemów, przed jakimi staje. To właśnie nazywamy wolnością. Przez wieki człowiek o nią walczył, nie zawsze najrozsądniej, ale z uporem i ogromnym poświęceniem. Teraz, gdy ją wreszcie osiągnął w skali powszechnej, w całym Układzie Słonecznym, nie pozwoli jej sobie odebrać.

— Wolność prowadzi do chaosu i marnotrawstwa.

Andrzej uśmiechnął się, a w oczach jego dostrzegłam jakby wyraz dumy.

— Niekoniecznie — odparł z naciskiem. — Dezorganizacja bywa często następstwem oscylacji wywołanych przesterowaniem systemu. Można stworzyć strukturę społeczną, w której ludzie nie tylko poczują się wolni, ale rzeczywiście potrafią korzystać z wolności. Jedną z głównych, choć nie jedyną przyczyną niewolenia ludzi przez ludzi by! niedostatek dóbr i chęć władania siłą, jaką daje ich posiadanie. To ludzkość ma już poza sobą. Produkcja, dystrybucja, konsumpcja dóbr, zarówno materialnych, jak kulturalnych regulowana jest samoczynnie na podstawie lokalnych informacji dostarczanych przez system komputerów. Prawidłowość jego działania gwarantuje wzajemna kontrola dublujących się układów.

Jest to więc system przypominający w działaniu układ wegetatywny organizmu żywego. Współczesna ludzkość tworzy samoorganizujący się i samodoskonalący organizm, na który składają się niezliczone grupy społeczne o pełnej autonomii i samodzielności. Powstawanie tych grup i rozpad wynika wyłącznie z bieżących potrzeb ludzi, którzy je tworzą, rola zaś tych tworów w procesie samosterowania się społeczeństwa zależy wyłącznie od ich przydatności społecznej, a więc fachowości, inicjatywy czy zgodności podjętych działań z potrzebami środowiska. W przypadku spraw spornych, zwłaszcza gdy inicjatywa wymaga znacznych środków materialnych, można zawsze zasięgnąć rady innych ludzi i maszyn myślących. Niektóre zresztą z tych grup tworzą ciała względnie trwałe, jak na przykład komisje nadzorujące realizację złożonych i kosztownych przedsięwzięć. Ich bezpośredni wpływ na losy jednostek jest jednak zredukowany niemal do zera.

— Żadnych ograniczeń?

— Oczywiście są ograniczenia swobody jednostek i grup, ale dotyczą one tylko działania mogącego zakłócić funkcjonowanie jakichś ważnych życiowo układów. Niewielkie lokalne zakłócenia są nawet pożądane dla stymulacji naturalnych odruchów samoobrony. Nadmierna stabilizacja nie sprzyja twórczej aktywności, a często prowadzi do stresów rozładowywanych w działaniu niezgodnym z potrzebami społeczności. Kiedyś były z tym nawet duże kłopoty, ale od dwóch stuleci powszechnie stosowany system wychowania indywidualnego i zbiorowego zapobiega dość skutecznie reakcjom społecznie negatywnym. Młodzież.wkraczająca w życie jest już zresztą w domu rodzinnym odpowiednio przygotowywana do tego, aby potrafiła w pełni wykorzystać te swobody, zgodnie nie tylko z własnymi, ale i społecznymi potrzebami.

Andrzej mówił i mówił, a ja zaczęłam żałować, że nie ma wśród nas Szu lub Igora, których wiedza socjologiczna była z pewnością znacznie rozleglejsza i głębsza. Przesadnie różowy obraz cywilizacji ludzkiej, przedstawiany przez Andrzeja, był chyba przyjmowany z dużą nieufnością, gdyż Urpianin zbywał go z reguły milczeniem, nawracając uparcie do rzekomej naszej krótkowzroczności w pojmowaniu postępu i ograniczoności umysłowej, spowodowanej przerostem ośrodków popędów i emocji w ludzkim mózgu.

— Jeśli na działalność istot ludzkich tak wielki wpływ wywierają emocje i uczucia, i nie chcecie tego wpływu ograniczyć z różnych, waszym zdaniem ważnych, powodów, dlaczego wasi przewodnicy nie próbują nimi sterować? — wypytywał się Urpianin. — Przecież wasz poziom techniczny umożliwia takie programowe działanie.

Tu na szczęście z odpowiedzią pośpieszyła Kora:

— Kilkaset lat temu, gdy na Ziemi toczyły się jeszcze walki o prawo do wolnego życia, niektóre grupy rządzące podejmowały takie próby. Ale od z górą trzech wieków stosowanie tego rodzaju metod jest całkowicie zakazane. Nie znaczy to, że popędy i emocje nie podlegają różnego rodzaju regulacyjnym oddziaływaniom, ale staramy się, aby owe czynniki, pobudzające lub hamujące, działały możliwie w sposób naturalny, a nie były tworzone sztucznie. Nie chodzi przecież o narzucanie wszystkim jakichś arbitralnie stworzonych ograniczeń w sferze emocji, podobnie jak nie chcemy krępować swobody myślenia i wymiany poglądów.

— Jakie regulatory? Jakie mierniki?

— Regulatory zewnętrzne i wewnętrzne. Zewnętrzne to obowiązujące w społeczeństwie ludzkim zasady postępowania i wartościowania postaw, wytworzone i utrwalone w doświadczeniu ogólnospołecznym. Nie mniej ważne, a może jeszcze ważniejsze, są regulatory wewnętrzne, mierniki psychiczne, których wzorce zapisane zostały w mózgu każdego pojedynczego człowieka w procesie wychowania i obcowania z innymi ludźmi.

— Tak jest i u nas — podchwycił Urpianin. — Dublomózg przyspiesza i wzmacnia ten zapis. To usprawnia myślenie.

— Tak, ale nie tylko o to chodzi. Nasze doświadczenie uczy, że niezbędne do prawidłowego rozwoju gatunku jest zarówno to, co usprawnia procesy prawidłowego rozumowania, jak i to wszystko, co pozwala nam lepiej i głębiej odczuwać więź z innymi istotami naszego gatunku, a także co stanowi nasz świat przeżyć wewnętrznych.

Normy moralne i zasady postępowania muszą być wsparte nie tylko słusznością logiczną, ale przede wszystkim uczuciami, jakie wywołują. Uczucia społeczne człowieka związane są nierozdzielnie z doznaniami wynikającymi z więzi kulturowej, z bogactwa emocji, jakich dostarcza nam nie tylko poszerzanie wiedzy i władzy nad naturą, ale także twórczość estetyczna: literatura, teatr, sztuki plastyczne, muzyka. Nie wiem, czy pojmujesz, o co mi chodzi? Chcę powiedzieć, chcę ci wytłumaczyć, że na to, czym jest człowiek, składa się nie tylko sprawny aparat myślowy, ale także pragnienia, marzenia, emocje. A więc radość…

— Radość można zapisać w pamięci i odtworzyć w dublomózgu!

— Nie rozumiemy się. Nie chodzi nam o proste doznawanie rozkoszy, lecz głęboko sięgający w psychikę ludzką proces doznawania radości twórczej, radości z życia, z odczuwania piękna przyrody…

— Czyli naturalne psychiczne bodźce rozwoju cywilizacyjnego. Na niższym szczeblu rozwoju niezbędne. Na szczeblu wyższym może je w pełni zastąpić, i to w stopniu o wiele doskonalszym, przewodnictwo dublomózgu i Pamięć Wieczysta.

— A więc koło się zamknęło — westchnęła Kora z rezygnacją. — On swoje i my swoje. Andrzej jednak nie miał jeszcze zamiaru dać za wygraną. Przeciwnie, przygotowywał się właśnie do głównego ataku.

— Załóżmy, że wasze społeczeństwo jest, a jeśli nie jest, Io będzie w przyszłości, idealnie zharmonizowane i że nie wystąpią żadne niezamierzone skutki waszego działania. Ale czy istnieje dostateczna gwarancja, że wasza struktura społeczna, narzucona społeczeństwu ludzkiemu, nie spowoduje nieprzewidzianych następstw, nie wywoła niebezpiecznych zaburzeń.

— Wiem, o czym myślicie! Niepokoi was Lu. Czujecie, że może stać się waszym przewodnikiem. Ale przecież takie jest logiczne prawo rozwoju. Ten, kto wie najlepiej, co robić, kto ma umysł najdoskonalszy, będzie przewodził. I dlatego Lu powinien stać się w przyszłości waszym przewodnikiem.

— Jeśli uznamy jego przewodnictwo. Ale przecież…

— Że my go wam przysyłamy? A cóż w tym złego? Jeśli jego umysł jest doskonalszy od waszego, nie widzę podstaw, abyście nie mieli przyjąć jego przewodnictwa.

— A jeżeli on…

— Trzeba stworzyć takie warunki, aby wykluczyć niebezpieczeństwo działania przeciw społeczeństwu. Gwarancją będzie sprawność dublomózgu Lu i Pamięć Wieczysta. Wasza Pamięć Wieczysta — zastrzegł głos z konwernomu — przez was zaprojektowana, zbudowana, wypełniona wiedzą, zgodnie z waszymi potrzebami.

— A jeśli Lu będzie decydował o tych potrzebach?

— To niemożliwe! Przecież przede wszystkim rozum! To decyduje. Myślicie o niebezpieczeństwie…

Głos umilkł. Czyżby Urpianie zastanawiali się nad tym, że to, co mówią prymitywne istoty z Ziemi, nie jest pozbawione sensu?

Milczeliśmy również, oczekując dalszych słów gospodarza, gdy naraz uniósł się on w górę i znikł w obłoku mgły, który ukazał się pod sufitem.

Zostaliśmy sami, ale tylko na chwilę, bo znów nie wiadomo skąd zjawił się przed nami Lu. Widocznie „audiencja” była skończona.

Jak potoczą się dalej nasze losy, Lu nie wiedział albo też nie chciał powiedzieć. Był małomówny i zimny, jeśli w ogóle można nazwać jego poprzedni stosunek do nas ciepłym. Odpowiadał na pytania monosylabami, spełniając raczej funkcję wykonawcy poleceń niż gospodarza.

Przeprowadził nas, a właściwie przewiózł z wieży za pomocą jakichś urządzeń antygrawitacyjnych czy magnetycznych do kulistej budowli w głębi miasta. Znaleźliśmy tam przygotowaną już dla nas kwaterę, odtworzoną na wzór pomieszczeń sypialnych i jadalni Astrobolidu. Autouniwer żywnościowy pracował znakomicie i po zjedzeniu kolacji w towarzystwie milczącego Lu poszliśmy spać pełni niezwykłych wrażeń i niepewni, co nas spotka jutro.

Następnego dnia juventyńskiego nie zjawił się ani Lu, ani żaden z Urpian. Byliśmy nie na żarty zaniepokojeni, zwłaszcza że nie udało się nam nawiązać łączności z Astro-bolidem.

Nasza swoboda ruchu była bardzo ograniczona. Poza kwaterą i ogrodem przylegającym do budowli najbliższe tereny miasta widzieliśmy tylko spoza przezroczystych murów. Mogliśmy co prawda obserwować Urpian, ale to niewiele dawało korzyści. Ruchy ich były szybkie, gwałtowne, widocznie tempo naszych procesów psychicznych pozostało normalne.

Tego popołudnia spaliśmy niespokojnie, nerwowo. Czuliśmy się jak więźniowie w dawnych wiekach po pierwszym dniu pobytu w celi.

Wieczorem przyszedł jednak Lu i zawiózł nas ponownie do kryształowej wieży. Czekał już tam A-Cis. Tym razem Lu pozostał z nami, dyskusja bowiem skoncentrowała się na problemach tłumaczenia mowy radiowej Urpian na język ludzki. Pokazywano nam przez telewizor myślowy (jeśli można tak nazwać owe przeżycia z pogranicza snu i jawy) różne obrazy, sceny z życia Urpian i ludzi na Ziemi; konfrontowaliśmy pojęcia i ustalaliśmy słownictwo. Podczas tej roboczej dyskusji ustaliliśmy zasady fonetycznego tłumaczenia zbyt skomplikowanych pojęć urpiańskich, przyjmując zresztą w pełni propozycję Lu. Wówczas też po raz pierwszy padło imię A-Cisa, jakie w naszej mowie nadaliśmy naszemu gospodarzowi.

Do spornych problemów sprzed dwóch dni nie powróciliśmy. Tylko raz, nie pamiętam już przy jakiej okazji, A-Cis zadał Deanowi pytanie, które przejęło mnie nowym niepokojem.

— Dean! Chciałbyś mieć dziecko doskonalsze od siebie? Dean zmieszał się ogromnie, spojrzał na mnie niepewnie, ale nic nie odpowiedział. A-Cis jednak wyczytał odpowiedź w jego myślach i chciał sprawę postawić otwarcie.

— Chciałbyś, aby twoje dziecko było takie jak Lu? Powiedz głosem! Dean skinął głową.

— Tak. Chciałbym, aby moje dziecko było istotą doskonalszą od nas. Tak doskonałą jak Lu — powiedział z wielkim przejęciem. Spojrzałam na niego ze strachem.

— Dean! Co ty mówisz?!

— Cóż w tym złego? Czy nie wolno już w naszym świecie marzyć?

— Ależ, Dean! Czy ty nie rozumiesz?

Poruszył się niespokojnie, jakby chciał gdzieś uciec. Widziałam, że szuka wzrokiem oparcia u A-Cisa, ale ten tylko patrzył na mnie, to znów na niego z powagą, czytając w skupieniu nasze myśli.

Chciałam wyjaśnić tę sprawę z Deanem w cztery oczy po kolacji, lecz znów zjawił się w naszej kwaterze Lu.

Tym razem był znacznie rozmowniejszy. Powiedział nam, że A-Cis jest zadowolony z dotychczasowych rozmów i że niektóre sprawy zostały już w dużym stopniu wyjaśnione. Nie chciał jednak powiedzieć, jakie to sprawy.

Potem Lu poszedł za Deanem do naszej sypialni i powiedział;

— Ty byś chciał…

— Tak.

— W waszej czwórce są dwie kobiety. Kora i Daisy. Kora jest już bardzo stara.

— Daisy to moja żona.

— Wiem. A-Cis twierdzi jednak, że nie jest to najlepszy zestaw.

— Nie jest najlepszy? — Dean przybladł i spojrzał na mnie jakoś dziwnie. Poczułam, jak przez ciało moje przebiega lodowaty chłód.

— Ale ja chcę! — stwierdził Dean stanowczo.

— Jednak ona nie chce — odparł Lu, patrząc na mnie zimno.

— Tak. Ja nie chcę! — powiedziałam z naciskiem.

— Słuchaj, Daisy — odezwał się znów Dean. — Chcieliśmy mieć dziecko. Mówiliśmy, że pod koniec wyprawy. A jeżeli masz urodzić dziecko w ogóle, to…

— Nie! Nie! To zupełnie co innego!

— Tak. Zupełnie co innego. I dlatego muszę cię przekonać. Jeśli Lu i A-Cis nam pomogą, jeśli dokonają syntezy genów, nasze dziecko będzie w dziejach świata drugim człowiekiem o możliwościach Urpian. Człowiekiem doskonałym. Nasza córka będzie Mogła stać obok Lu na czele ludzkości. Będzie przewodziła miliardom ludzi! Taka okazja zdarza się tylko raz.

— Dean! Co ty ze mnie chcesz zrobić?! — Z trudem panowałam nad sobą.

— Niczego nie chcę z ciebie zrobić! Chcę po prostu, abyś była matką żony Lu. Chcę tylko naszego dobra. Spojrzałam z lękiem na Lu. Uśmiechał się.

— Nie chcę! — krzyknęłam z rozpaczą. — To okropne!

— Czego się boisz? Wystarczy korekcja chromosomalna. Może zresztą przy całym procesie asystować Kora. Będziesz miała pewność…

— Kora nigdy nie zgodzi się uczestniczyć w takich zabiegach!

— Dean! Chodź ze mną — odezwał się niespodziewanie Lu. Dean przeniósł wzrok na niego.

— Z tobą? — zapytał niepewnie.

— Czy chcesz iść ze mną? — powiedział ponownie Lu, podchodząc do ściany, która rozstąpiła się przed nim na kształt bajkowego Sezamu.

Dean zawahał się, potem ruszył za Lu jakby zahipnotyzowany.

— Nie odchodź! — zawołałam za nim. Ale on już mnie nie słyszał.

Загрузка...