Z POWROTEM DO EPOKI KAMIENNEJ

Otworzyłam oczy. Zobaczyłam nad sobą zielonkawobłękitne niebo. Po niebie wolno przesuwały się, pchane wiatrem, nieduże obłoki.

Dotychczas niebo Błyskającej pokryte było gęstą oponą chmur. Skąd wziął się ów błękit?

Odczułam lekki powiew. Wówczas dopiero uświadomiłam sobie, że nie mam już przed oczyma przeciwmgłowych okularów, że jestem bez skafandra, że oddycham jakoś swobodniej i pełniej, że znajduję się na wolnej i otwartej przestrzeni. Przesunęłam odruchowo ręką po biodrze i stwierdziłam ze zdziwieniem, że jestem naga.

W tym momencie przypomniałam sobie niedawne sny i przez ciało moje przebiegł dreszcz. A więc znów powtarza się ten dziwnie realistyczny sen? Czy to w ogóle sen?

Usiadłam i rozejrzałam się dookoła. Otaczał mnie falisty teren porośnięty bogatą florą. Nogi moje tonęły w miękkich jakby mchach o pomarańczowożółtej barwie. Opodal, w odległości kilku metrów, ciągnęły się chaszcze splątanych krzewów, pokrytych drobnymi, jasnozielonymi wypustkami przypominającymi liście. Nie brakło tu również roślin podobnych do traw i polnych ziół. Przeważały barwy ciepłe — pomarańczowa, a nawet czerwona. Niektóre z tych roślin wydały mi się znajome. Nie mogłam jednak sobie przypomnieć, gdzie je widziałam. Nie były to z pewnością rośliny ziemskie. Raczej widziałam je na planetach Proximy, na Temie lub w opustoszałych podziemnych miastach Urpy.

Znajdowałam się w niewielkiej kotlince i widoczność była stąd nieduża. Podniosłam się więc i ruszyłam w stronę najbliższego wzgórza porośniętego krzakami.

Daleko, w niezwykle czystym, przejrzystym powietrzu rysowała się zwarta ściana jakichś dużych, przeważnie zielonożółtych i pomarańczowych roślin o potężnych, powyginanych fantastycznie pniach i konarach.

Nie uszłam jednak dziesięciu kroków, gdy spostrzegłam ze strachem, że w odległości najwyżej dwudziestu metrów przede mną mchy i trawy poruszają się gwałtownie.

Jakieś brunatne zwierzę przedzierało się do mnie. Chciałam rzucić się do ucieczki, lecz ponad ziołami ujrzałam głowę… Ro. Był również bez skafandra i wydawał się bardzo z tego zadowolony. Szczeknął z cicha na mój widok i zawrócił.

Znałam dobrze jego obyczaje jeszcze z wypraw do puszcz Temy. Gdzieś w pobliżu musiała znajdować się Zoe.

Odnalazłam ją bez trudu. Spała wśród krzewów u podnóża niedużego pagórka. Tak samo jak ja nie miała na sobie skafandra ani ubrania. Ciało jej było czyste, trochę zaróżowione.

Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że w podejrzeniach co do jej ciąży nie było przesady. Wyglądało nawet na to, że ciąża jest znacznie dalej posunięta, niż to oceniała Zoe, i dziecka należy spodziewać się za miesiąc lub dwa.

— Daisy! — usłyszałam niespodziewanie okrzyk. — A więc i ty tu jesteś?

Przez krzaki porastające zbocze wzgórza przedzierali się Dean i Jaro. Byli nadzy, tylko biodra ich okrywały opaski splecione z szerokich, postrzępionych liści.

Usiadłam pośpiesznie wśród mchów. Wychowałam się w Celestii, gdzie troska o moralność miała wiele cech pruderii. Niełatwo było mi przezwyciężyć instynktowny niepokój, że Jaro czy Szu mogą zobaczyć mnie bez ubrania.

Podpełzłam do najbliższego krzaka, by zerwać kilka liści, ale były one zbyt kruche i ostre. Okazało się jednak, że Dean pomyślał o tym i przyniósł spore naręcze gałązek pokrytych szerokimi liśćmi.

Jaro i Dean mieli twarze poważne i skupione.

— Dean! Co to wszystko znaczy? — zapytałam, gdy podeszli do nas.

— Gdybym ja wiedział.

— Czy to czasem nie jest znów sen?

Dean wzruszył ramionami, podając mi gałęzie, a Jaro rzekł:

— Obudziliśmy się chyba pół godziny temu tu, w tym miejscu. Zoe spała jakoś dziwnie mocno. Nie można jej było obudzić. Baliśmy się o was.

— Gdzie Szu i Ast?

— Nie znaleźliśmy ich nigdzie. Myśleliśmy nawet, że są razem z tobą. Że znów tak samo podzielono nas na dwie grupy.

— Może śpią gdzie w krzakach? Czyście próbowali nawoływać?

— Bez skutku. Tyś chyba też nie słyszała naszego wołania?

— Nie. Widocznie sen był bardzo twardy. Ale gdzie my właściwie jesteśmy?

— Gdzie jesteśmy? — powtórzył Dean, wspinając się na szczyt najbliższego pagórka. — Jeśli to, co nas otacza, nie jest snem, znajdujemy się na którejś z biogenicznych planet Tolimana A.

— Tolimana A?!

— Tak to jakoś wygląda. Słońce, które tu świeci, nie jest na pewno Tolimanem B, lecz Tolimanem A. Toliman B jest tu! — wskazał jaskrawy punkcik na niebie.

— Nic z tego nie rozumiem. Przecież wczoraj byliśmy na Błyskającej, która krąży wokół Tolimana B.

— A dziś obudziliśmy się na Juvencie. Bo to chyba Juventa.

— Patrzcie! Patrzcie! — przerwał mi gwałtownie Jaro, który za przykładem Deana stanął na szczycie pagórka i rozglądał się wokoło.

— To oni! — zawołał Dean, spoglądając we wskazanym kierunku. — Halo! Szu! AST!

— Dean! — dobiegł mnie z daleka radosny okrzyk Ast.

— Czy wszyscy tam jesteście? — zawtórował jej glos Szu.

— Wszyscy! Wszyscy! Nawet Ro!

Po kilku minutach przedzierania się przez chaszcze Ast i Szu dotarli do nas.

— Kiepska sytuacja — mówi Szu. — Tam w dole są bardzo ostre ciernie. Bez ubrania nie sposób się poruszać. Trzeba będzie iść za przykładem Daisy — dorzucił spostrzegłszy, że zajęta jestem splataniem liści.

— Gdzie oni nas przenieśli? — spytała Ast, siadając przy mnie na trawie.

— Jest to najprawdopodobniej Juventa.

— Juvenia? Czy to możliwe? To przecież ponad cztery miliardy kilometrów od Błyskającej! Zresztą warunki tam są inne niż na Ziemi. Na Juvencie nie moglibyśmy oddychać bez skafandrów!

— Z pewnością jest to jeszcze jedna sztuczka Niewidzialnych — rzekł w zamyśleniu Szu. — Za parę godzin, a może minut, obudzimy się znów na Błyskającej.

— Więc ty sądzisz, że ten otaczający nas świat jest złudzeniem? — zapytał Dean.

— Czy ja wiem? Może to w ogóle mi się śni. Może śpię smacznie w kosmolocie albo nawet w Astrobolidzie.

— Sen? Przecież rozmawiamy.

— Otóż to! Każdy może być pewny tylko siebie. Cogito, ergo sum — myślę, więc jestem.

— Jeśli jest to sen, będzie i przebudzenie.

— Jakoś tego przebudzenia nie widać — westchnęła Ast. Jaro był jednak upartym realistą.

— Nie bardzo w to wierzę — rzekł w zamyśleniu. — Ten świat jest światem rzeczywistym.

— To jest okropne! Z dwudziestego szóstego wieku wróciliśmy do stanu pierwotnego — Dean miał w tej chwili minę przestraszonego dziecka.

— Czym właściwie różni się nasza sytuacja od sytuacji naszych przodków sprzed tysięcy lat? — zapytała Ast. Szu wzruszył ramionami.

— A może… może przeniesiono nas tu po to… — rozpoczął Dean, lecz w tej chwili przebudziła się Zoe. Usiadła i zaczęła błądzić palcami po ziemi, potem po swym ciele. Twarz jej wyrażała przestrach.

— Gdzie ja jestem?

Przysunęłam się do niej i dotknęłam jej ramienia.

— Zoe…

— Daisy! Co się znów z nami dzieje?

— Masz! Włóż to na siebie — powiedziałam; podając jej splecione z liści okrycie.

— Co to jest? — zawołała zdziwiona, obmacując palcami liście.

— Musi to nam na razie zastąpić ubrania. Zdaje się, że przeniesieni zostaliśmy na Juventę. Otacza nas roślinność podobna trochę do urpiańskiej. Nad głowami świeci nam w tej chwili Toliman A.

Po twarzy niewidomej jak gdyby rozlało się uczucie ogromnej ulgi.

— Jaka szkoda, że tego nie mogę zobaczyć — westchnęła po chwili. — Ten sen…

— To chyba nie sen — wtrącił Jaro.

— Cóż za różnica? Ale skąd się tu wzięliśmy?

— Nie wiadomo. Musieliśmy być nieprzytomni przez wiele dni. Nawet z przyśpieszeniem 10 g taka podróż trwałaby co najmniej cztery i pół dnia ziemskiego.

— Nie wiem. Nic nie wiem. Pamiętam tylko jedno: śniło mi się, że widzę- Że oczami widzę barwy, kształty. Byłam taka szczęśliwa! Gdzie jest mój aparat wideodotykowy? — zapytała nagle.

Żadne z nas nie było w stanie zdobyć się na odpowiedź.

— Gdzie jest mój aparat?! — zawołała już przestraszona, szukając wokoło rękami. — Dlaczego nic nie mówicie? Co się stało?

— Niestety, nie pozostawiono nam nic, co by nas wiązało z cywilizacją — odezwał się Szu. — Jesteśmy nadzy… bezbronni…

— Co ja teraz zrobię? — jęknęła Zoe. Była bliska płaczu.

Przez dłuższą chwilę słychać było tylko szelest liści splatanych przez Ast i Szu.

— Jeśli to wszystko nie jest snem — rzekł wreszcie Jaro — nie pozostaje nam nic innego, tylko przygotować się do roli, jaką nam wyznaczono. Zbadajmy najbliższy teren. Obierzemy miejsce, gdzie postawimy chatę. Poszukajmy budulca.

— Nie mamy żadnych narzędzi — odpowiedział Dean.

— Nie mamy? To musimy je stworzyć. Zauważyłem już parę krzemieni, które podejmę się ociosać.

— Czyli nagły skok do epoki kamienia łupanego.

— Czemu nie, zwłaszcza jeśli nic innego nam nie pozostaje? — zaśmiał się Jaro z przymusem.

— Nie podoba mi się ta zabawa w Robinsonów. Jaro spoważniał:

— Oby to była zabawa, a nie konieczność.

— Powiedzmy, że owi Niewidzialni nas tu przenieśli — powiedziała Ast. — Jakież byłyby tego motywy? Po co?

— O to chodzi. Po co? — podchwycił Szu. Dean ujął archeologa za rękę.

— Ja wiem. Domyślam się.

— No?

— Aby założyć kolonię ludzką na tej planecie — rzucił Dean z błyskiem w oczach. — Dlatego pozbawiono nas wszelkich zdobyczy cywilizacji, nawet radia. Dlatego zabrano nam skafandry. Chcieli całkowicie uniemożliwić nam ucieczkę. Przecież wiadomo, że nie potrafimy za naszego życia zbudować statku kosmicznego.

— Statku? — zawołał Jaro. — Dobrze będzie, jeśli poziom cywilizacyjny naszych dzieci będzie odpowiadał średniowieczu! Stworzyć z niczego przemysł!

— Za parę miesięcy będzie tu Astrobolid — wtrącił Szu. — Traktujecie to wszystko zbyt pesymistycznie.

— Twój optymizm nie ma sensu — odezwała się Ast. — Jeśli hipoteza Deana jest słuszna, wszystkich czeka taki sam los. Jeśli nie ulokują ich gdzieś blisko nas — nie dowiemy się nawet, czy żyją. Będą wegetować odcięci od świata w takich samych warunkach jak my. Jaro skinął głową.

— Zupełnie możliwe. Wystarczy paręset kilometrów odległości, aby mimo najszczerszych chęci, mimo nawet stawiania znaków spotkały się dopiero przyszłe pokolenia.

— Straszne! — wyszeptała Zoe.

— Ale przecież istnieje Ziemia — nie ustępował Szu.

— Skąd będą wiedzieli, co się z nami stało? — podjęła Ast. — Jeśli wyślą wyprawę ratowniczą, ona również może znaleźć się w mocy tych istot. Załóżmy nawet, że ta wyprawa nie będzie atakowana. W jaki sposób zasygnalizujemy swą obecność? Zresztą, jeśliby i na to znaleźć jakąś radę, powstaje trzecia trudność: wyprawa taka przy obecnym poziomie techniki dotrze do nas najwcześniej za sześćdziesiąt lat. Czy ktoś z nas dożyje tej chwili? W prymitywnych, ciężkich warunkach, bez elementarnych środków medycznych?

— Może jedna Zoe… Może córka Rity i Wasyla… Może syn Suzy… Wszystkich nas tu nie zastaną.

— Pozostaną nasze dzieci, a to już coś znaczy — zauważył Jaro. — Przed nami przyszłość.

— Czy wyobrażasz sobie, że za pomocą kamiennego topora zbudują nadajnik radiowy? — wybuchnął Dean.

— Od czegoś trzeba zacząć. Oczywiście, pierwej muszą nauczyć się znajdować i wytapiać zwykłe żelazo.

— Przede wszystkim musimy postarać się, by nasi potomkowie nie potrzebowali wynajdywać wszystkiego od początku — rzekł z powagą Szu. — Trzeba utrwalić to, co pamiętamy, całą naszą wiedzę. Trzeba znaleźć materiał nadający się do utrwalenia pisma i zanotować wszystko, co wiemy.

— A więc już nie ma nadziei? — w oczach Zoe ukazały się łzy. Cóż mogliśmy na to odpowiedzieć?

Nadeszło południe. Upał jednak nie był męczący, co budziło na nowo wątpliwości, czy istotnie znajdujemy się na Juvencie. Warunki klimatyczne były jakby przystosowane idealnie do potrzeb człowieka. A przecież na Juvencie, jeśli nawet można oddychać bez skafandrów, większa parokrotnie niż na Ziemi zawartość tlenu w atmosferze i mniejsza wilgotność powietrza powinny w jakiś sposób dawać znać o sobie, nic mówiąc już o niebezpieczeństwie obcych bakterii.

Ostateczne rozstrzygnięcie zagadki miała przynieść noc. Dean pamiętał dokładnie położenie Juventy w przeddzień katastrofy kosmolotu i teraz na podstawie położenia ciał niebieskich mógł obliczyć, gdzie się znajdujemy, jak również w przybliżeniu czas uniwersalny.

Popołudnie zajęło nam przede wszystkim poszukiwanie miejsca na obozowisko. Przygotowaliśmy legowiska pod szczytem niewysokiego wzgórza, z rzadka porosłego roślinami przypominającymi drzewa i krzewy. W odległości około stu metrów od obozu, w dolinie. bilo małe źródełko czystej, chłodnej wody. Mimo że Ast zlekceważyła ostrzeżenie i wypiła za przykładem Ro kilka łyków, obeszło się bez przykrych następstw.

Woda nadawała się więc do picia. Czyżby tutejsze bakterie nie były dla nas niebezpieczne? Wytłumaczeniem mogło być to, iż Niewidzialni w czasie tajemniczych przenosin uodpornili nasze organizmy, przystosowując je do nowego środowiska. Jeśli jednak tak było, hipoteza Deana nabierała dużego prawdopodobieństwa.

Pod wieczór głód zaczał dokuczać nam nie na żarty. Czy mogliśmy liczyć na regenerację substancji odżywczych? Zgodnie z hipotezą Deana powinniśmy obecnie sami troszczyć się o swe pożywienie. Czy jednak tutejsze rośliny, wśród których nie brakło tworów przypominających owoce, były jadalne? Zwierząt jak dotąd nie spotkaliśmy Żadnych, nie licząc drobnych istot latających przypominających owady.

Tym razem pięcioro z nas poszło spać o głodzie. Jedynie Ro i po kryjomu Ast skosztowali kilku gatunków owoców. Miały one przeważnie smak kwaśny, rzadziej słodkawy. Gdy rano obudzili się bez żadnych oznak ich szkodliwego działania, nikt z nas nie czekał dłużej. Zabraliśmy się do jedzenia. Głód w nocy nie ustąpił. Widocznie Niewidzialni przestali nas żywić sztucznie.

W nocy Dean dokonał obliczeń. Znajdowaliśmy się na Juvencie. Od utraty przytomności na Błyskającej do przebudzenia się na innej planecie minęło prawdopodobnie tylko około trzydziestu godzin. Czyż to możliwe, aby przenoszono nas z przyśpieszeniem 40 g? Przypuszczenie takie wydawało się absurdem. Żaden organizm nie zniósłby działania tak ogromnego przyśpieszenia nawet przez kilka minut, choćby w najlepszym kombinezonie przeciwprzyśpieszeniowym. A jednak…

Na Juvencie dzień trwał ponad trzydzieści dwie godziny. Pamiętaliśmy to jeszcze z obserwacji prowadzonych z bazy na księżycu Urpy. Planetę pokrywała bogata, dziko pieniąca się roślinność. Mórz i jezior było mniej niż na Ziemi, pustyni jednak nigdzie nie dostrzegliśmy. Wiązaliśmy to wówczas z działalnością istot rozumnych, gdyż przez pantoskop można było zaobserwować wśród „zieleni” coś, co mogło przypominać ogromne budowle czy nawet miasta. Część tych terenów nosiła nawet z daleka ślady inwazji roślin, które wdzierały się do wnętrza urbanistycznych obiektów, zacierając ich geometryczne kontury. Tylko dwa razy udało się zaobserwować światło bijące z wysokiej budowli. Wszystko to wydawało się obrazem wymierającej cywilizacji.

Jakiż jednak cel miało umieszczenie nas wśród tych dziko zarosłych dolin i wzgórz? Jeśli jakieś wymierające istoty przygotowywały sobie w nas następców i spadkobierców swej cywilizacji, to po co cofały do stanu pierwotnego? Czyżby, jak twierdzi Dean, bały się naszej ucieczki?

Niemniej stwierdzenie, że znajdujemy się na Juvencie, wzbudziło nową nadzieję na zmianę losu. Nadzieja ta była wątła, ale czuliśmy się lepiej uświadamiając sobie, że na tej samej planecie istnieją jakieś ośrodki cywilizacji.

Drugi dzień pobytu na Juvencie wypełniła nam praca nad zaopatrzeniem obozu w żywność i niezbędne do życia przedmioty. Ast udało się odnaleźć nad strumykiem glinę, z której ulepiła kilka garnków. Jaro sporządził łuk i strzały, gdyż Ro wytropił jakiegoś niedużego potwora i można było w przyszłości pomyśleć o polowaniu. Szu gromadził owoce, a Zoe i ja plotłyśmy maty.

Poszłyśmy spać wcześnie, zmęczeni pracą i nowymi wrażeniami. Nad bezpieczeństwem obozu mieliśmy czuwać, zmieniając się co dwie godziny.

Nad ranem przebudził nas Jaro, zaniepokojony w najwyższym stopniu. Zoe zniknęła wraz z Ro. Legowisko jej było puste. Kiedy opuściła obóz, Jaro nie wiedział, gdyż zasnął podczas dyżuru i obudził się dopiero rano. Przetrząsanie okolicznych zarośli i nawoływania nie dały wyniku.

Gdzie mogła powędrować niewidoma, półnaga, bezbronna dziewczyna? I po co w ogóle oddalała się od obozu? Poszukiwania zajęty nam cały dzień. Nie myśleliśmy o jedzeniu i odpoczynku. Przeszukaliśmy wszystkie doliny i wzgórza w promieniu pięciu kilometrów od obozowiska. Powróciliśmy dopiero po zachodzie Tolimana A.

Tej nocy spaliśmy nerwowo, budząc się przy każdym szeleście. Rano, po zjedzeniu kilku owoców, Dean, Szu i Ast wyruszyli na dalsze poszukiwania. Jaro i ja zostaliśmy, aby rozpalić ognisko. Dym miał być drogowskazem dla tych, którzy nie mogliby trafić do obozu.

O postanowieniu rozpalenia ogniska zadecydowało również upolowanie przez Deana z łuku niewielkiego zwierzątka o sześciu łapkach i grubym, porośniętym gęstą sierścią odwłoku. Ponadto płonące w nocy ognisko mogło odstraszyć ewentualnych drapieżników. Przy dużej zawartości tlenu w atmosferze Juventy podtrzymanie płomienia nie-powinno było być trudne.

Okazało się jednak, że największą trudność stanowi rozpalenie ogniska. Gdybyśmy choć mieli kawałek żelaza, można byłoby krzesać iskry. Jaro był, co prawda, niewyczerpany w pomysłach, ale niestety, rozpalenie ogniska za pomocą tarcia wymagało ogromnego wysiłku i cierpliwości.

Dopiero nad wieczorem udało się nam wywołać żarzenie i wreszcie w górę strzelił płomień. Ciekawe, że rośliny tutejsze, nawet zupełnie suche, palą się trudniej niż ziemskie. Na szczęście niebo było, jak dotąd, pogodne i nic nie zapowiadało deszczu, który mógłby zniweczyć naszą pracę.

Dean, Ast i Szu wrócili już po ciemku. Nigdzie nie zauważyli nawet śladu Zoe. Zawędrowali bardzo daleko i gdyby nie blask ognia, prawdopodobnie nie znaleźliby drogi do obozu.

Pełniłam dyżur przy ognisku jako druga po Jarze. Siedziałam na ziemi z kolanami pod brodą, zapatrzona w płonący chrust i liście.

Nagle wydało mi się, że na moment na polanie zapanowała jasność. Gdzieś z góry dobiegła mnie przytłumiona detonacja.

Piorun? — przebiegło mi przez myśl.

Spojrzałam na niebo.

Po chwili, gdy wzrok oswoił się nieco z ciemnością, dostrzegłam roje mrugających gwiazd.

Rozejrzałam się wokół. Za moimi plecami, wśród oświetlanych płomieniem gałęzi pobliskich krzaków, dostrzegłam na niebie bladą, białawą smugę.

Rozpływała się szybko i po minucie nie zostało z niej śladu.

Może gdzieś w pobliżu spadł meteoryt? Wstałam i postąpiłam kilka kroków ku krzakom, za którymi widziałam jasność.

Naraz potknęłam się o coś miękkiego. W blasku ogniska ujrzałam nagie plecy jakiegoś człowieka. Pomyślałam, że widocznie ktoś położył się tu w czasie, gdy pilnowałam ognia.

Nachyliłam się nad leżącą postacią i aż zadrżałam z wrażenia. To była Zoe. Chwyciłam ją za ramiona.

— Zoe! Zoe!

Dziewczyna poruszyła się i usiadła.

— Daisy! — powiedziała wpółprzytomnie. — Co się stało? Dlaczego mnie budzisz? Umilkła. Siedziała z twarzą zwróconą do ”ogniska. Oczy miała otwarte i wydawało się, że patrzy w przygasające z wolna płomienie.

— Co to? — wykrzyknęła niespodziewanie.

— Ognisko. Rozpaliliśmy ognisko. Czujesz ciepło?

— Nie! — zawołała zmienionym głosem. — Nie tylko ciepło! Ja widzę Widzę płomienie!

— Co ty mówisz? — nie mogłam zrozumieć, co się stało.

— Widzę! — wzruszenie ścisnęło jej gardło, aż zatkała. Potem zerwała się z ziemi i podbiegła do ogniska.

Widziałam, jak ogląda swe ręce. Zamykała i otwierała oczy, patrzyła w górę, w dół…

Podbiegłam do niej. Chwyciła mnie za ramiona. Przesuwała palcami po mojej twarzy, jak gdyby chciała przekonać się, że to nie sen, nie złudzenie, że naprawdę widzi.

Płakałam z nią razem z radości i wzruszenia. Inni również się przebudzili. Niezwykła, radosna nowina zaskoczyła i oszołomiła wszystkich.

Znaleźliśmy również Ro. W pierwszej chwili wydawało się, że pies jest martwy. Był to jednak jakiś nienaturalny, sztuczny sen, z którego przebudził się dopiero po kilku szturchańcach.

Powoli wstawał świt. Nie spaliśmy, wypytując Zoe o jej przeżycia. Niewiele mogła nam powiedzieć. Pamiętała pojedyncze obrazy jak przez mgłę. Widziała jakby jasno oświetlone wnętrze pełne dziwacznych urządzeń. Ściany tej sali były przezroczyste, a za nimi mrugały niezliczone, kolorowe światełka. Twierdziła również, że dostrzegła kilkakrotnie jakieś ogromne szybko poruszające się postacie, przypominające… Urpian.

Zoe istotnie odzyskała wzrok. Cały dzień był dla niej jednym pasmem radości i szczęścia. Nie myślała o przyszłości. Któż zresztą mógł ją przewidzieć?

Zoe cieszyła się jak dziecko wszystkim, co ją otaczało. Podziwiała barwy i kształty każdej rośliny, każdego kamienia.

Wieczorem chwyciły ją pierwsze skurcze. Zresztą już poprzednio zauważyliśmy, że owe dwa dni nieobecności oznaczały dla niej co najmniej… dwa miesiące.

Tej nocy znów nie spaliśmy. Nad ranem Zoe urodziła syna.

Загрузка...