Jack L. Chalker Lilith: Wąż w trawie

Prolog TŁO KŁOPOTÓW

1

Drobny mężczyzna w syntetycznej tweedowej marynarce nie przypominał bomby. Wyglądał raczej jak większość urzędników, operatorów komputerów i raczkujących polityków w Dowództwie Systemów Militarnych. Oczy, jak dwa bzowe paciorki, osadzone szeroko i przedzielone orlim nosem nad małymi ustami i potężnymi szczękami nadawały mu wygląd kogoś, na kogo nie warto powtórnie spojrzeć. Dlatego właśnie był tak niebezpieczny.

Posiadał wszystkie niezbędne przepustki, a kiedy pyzy wejściach zdolnych zatrzymać i zniszczyć każdego w przypadku najdrobniejszej nieścisłości sprawdzono jego odciski dłoni i wzór siatkówki oka, przepuszczono go bez najmniejszego wahania czy opóźnienia elektronicznego. Niósł małą walizeczkę, niezwykłą o tyle, że nie była do niego przykuta łańcuchem czy przymocowana do jego ciała w jakiś inny sposób, a jedyne przyciśnięta mocno ramieniem. Nie zwróciła niczyjej uwagi ani nie wywołała alarmu — prawdopodobnie była w jakiś sposób dostrojona do jego ciała.

Od czasu do czasu spotykał podobnych sobie na jasno oświetlonych korytarzach, mijał ich, wymieniając zdawkowe ukłony, częściej zaś ignorując zupełnie ich obecność, jakby to czynił w tłumie czy na rogu jakiejś ulicy. Nie było niczego, co by wyróżniało ich właśnie spośród zwykłych śmiertelników, jeśli nie liczyć ich pracy i miejsca zatrudnienia. Nie dotyczyło to jednak tego drobnego mężczyzny. Był on niewątpliwie postacią wyjątkową, skoro był bombą.

Dotarł w końcu do niewielkiego pokoiku, w którym znajdowała się końcówka komputera, a przed nią wygodny fotel. Nie było tam żadnych symboli ostrzegawczych, żadnych potężnie zbudowanych strażników czy robotów wartowniczych, mimo iż ten właśnie pokój stanowił przedsionek do największych tajemnic wojskowych kosmicznego imperium. Nie było takiej potrzeby. Pojedynczy człowiek nie był w stanie uruchomić urządzenia; włączenie go wymagało połączonej i jednoczesnej zgody dwojga ludzi i dwóch robotów, z których każdy otrzymywał zakodowany rozkaz z różnego i niezależnego źródła. Jakiekolwiek próby włączenia urządzenia bez równoczesnego działania pozostałych doprowadziłyby do zablokowania komputera i terminalu i do przesłania ostrzeżenia i zaalarmowania służb bezpieczeństwa.

Mężczyzna usiadł w fotelu, ustawił go we właściwej pozycji i otworzył walizeczkę. Wyjął jakieś niewielkie urządzenie krystaliczne, włączył je ruchem kciuka i przyłożył do płyty zasilania terminalu. Ekran monitora zamigotał i rozjaśnił się. Ukazały się na nim wszystkie kody dostępu, a także pytanie do użytkownika dotyczące jego preferencji w komunikacji z komputerem: głosowa czy na ekranie. Nie było zupełnie mowy o wydruku. Nie w przypadku tego komputera.

— Tylko na ekranie, proszę — powiedział obojętnie drobny mężczyzna, z wysokim, nosowym głosem, bez najmniejszego śladu akcentu. Maszyna czekała. — Materiały obronne C-476-2377AX i J-392-7533DC, szybkość maksymalna.

Wydawało się, że komputer aż zamrugał; szybkość maksymalna oznaczała bowiem czterysta wierszy na sekundę, co stanowiło zresztą górną granicę możliwości wyświetlania informacji na ekranie. Niemniej komputer zaczął pracować. Dostarczył obydwa plany i ukarał je na ekranie w czasie krótszym od jednej sekundy.

Drobny mężczyzna był wyraźnie zadowolony. Do tego stopnia, iż postanowił zaryzykować i poprosić o coś więcej.

— Główne plany obronne na wypadek stanu wyjątkowego, prędkość maksymalna, kolejność materiałów zachowana, proszę — polecił maszynie obojętnym tonem.

Komputer wykonał polecenie. Ze względu na ilość materiału zabrało to prawie cztery minuty.

Mężczyzna zerknął na zegarek. Miał ogromni ochotę kontynuować swe zadanie, lecz każda sekunda w tym pomieszczeniu zwiększała szansę przypadkowej kontroli. A to mu zupełnie nie odpowiadało.

Włożył swe niewielkie urządzenie do walizeczki, zamknął ją, wstał i wyszedł. W tym miejscu popełnił jeden drobny błąd — błąd, którego nie był zresztą w stanie przewidzieć. Należało bowiem kazać tej przeklętej maszynie wycofać i usunąć z pamięci wszystkie te kody. Jeśli się tego nie uczyniło, ten komputer nie zachowywał się tak jak inne i pozostawał Włączony z otwartym dostępem do wszelkich tajemnic. A kiedy „zobaczył”, że użytkownik opuścił pokój, nie skasowawszy pamięci, poinformował kontrolerów o tym fakcie i zablokował się w oczekiwaniu na skasowanie pamięci.

Kiedy mężczyzna dotarł do pierwszych drzwi będących zarazem punktem kontrolnym, wszystko wokół niego zaczęło się nagle walić.


Młoda kobieta przyglądała się przez chwilę czerwonemu światłu alarmowemu błyskającemu na jej konsoli. Sprawdziła szybko, czy nie chodzi o jakąś awarię wewnętrzną urządzenia i wystukała błyskawicznie na klawiaturze nazwę źródła kłopotów: Komputer Zawierający Bazę Danych Tylko do Wglądu na Miejscu.

Choć sama była jedną z tych osób, które posiadały poszczególne części kodu umożliwiającego włączenie komputera, nie mogła jednak zadawać mu żadnych pytań dotyczących zmagazynowanych w nim danych — mogła natomiast uzyskać informację dotyczącą spraw zabezpieczenia. Wiedziała także, iż nie brała udziału w umożliwieniu dostępu do komputera tego dnia i dlatego nacisnęła dwa klawisze, przekazując instrukcję: Taśma z ostatniej operacji.

Ujrzała twarz drobnego mężczyzny. Nie tylko twarz Również wzór siatkówki, wzór rozkładu temperatury i wszelkie inne informacje, które mogły być odczytane przez zdalne czujniki i zapisane.

— Tożsamość! — rozkazała.

— Threht, Augur Pen — Gyl, OG — 6, Departament Logistyki — odpowiedział komputer.

Nim zdążyła nacisnąć przycisk alarmu, dwoje współpracowników uczyniło to tuż przed nią.


Nie rozległa się żadna syrena alarmowa, nie zabłysły żadne światła i nie ozwały się dzwonki, bo wszystko to mogłoby jedynie ostrzec szpiega. Zamiast tego, kiedy Threht dotarł do trzecich i ostatnich już drzwi z urządzeniem zabezpieczającym, spojrzał przez wizjer i przyłożył dłoń do płyty identyfikacyjnej, drzwi pozostały zamknięte.

Zdał sobie natychmiast sprawę z tego, iż służba bezpieczeństwa złożona zarówno z ludzi, jak i z robotów zbliża się do niego ze wszystkich stron i doszedł do wniosku, że znaczne bezpieczniej będzie po drugiej stronie tych drzwi. Uniósł lewą dłoń, zastygł na moment, jak gdyby zbierał siły, po czym uderzył w pobliżu mechanizmu zamka. Drzwi się ugięły w tym miejscu, a on naparł na nie, pozornie bez większego wysiłku, aż drzwi uchyliły się na tyle, by mógł się prześlizgnąć przez powstałą w ten sposób szparę.

Kiedy znalazł się wewnątrz, drzwi zatrzasnęły się za nim i ciężkie zasuwy wślizgnęły się w swoje miejsca. Była to pewnego rodzaju pułapka, pomiędzy drzwiami zewnętrznymi i wewnętrznymi, a ponieważ była ona hermetyczna, można było usunąć z niej powietrze i pozbawić intruza przytomności. Jednak nie w tym przypadku; dla kogoś tak dobrego jak ten mężczyzna nie było tu żadnego ryzyka.

Próżnia nie sprawiła mu kłopotów. Kopnął zewnętrzne drzwi raz, potem drugi; przy trzeciej próbie ustąpiły. Naparł na nie z całej siły, uchylił nieco i przytrzymał nieruchomo, przeczekując gwałtowne wtargnięcie powietrza i wyrównać te ciśnienia. Dopiero wtedy otworzył je szeroko i ruszył naprzód poprzez główny hol wejściowy.

Przewidział trafnie: siły bezpieczeństwa dopiero w tej chwili zbliżały się do holu głównego, a znajdujący się tutaj oszołomiony personel nie pozwalał im na szybki i bezpieczny strzał. Cztery lśniące, czarne roboty wartownicze pędziły wprost na niego. Pozwolił im się zbliżyć, nie ukazując przy tym żadnego lęku, czy nawet obawy. Kiedy były tuż — tuż, skoczył w kierunku tych dwóch, które znajdowały się w pierwszej linii pchając jednego na drugiego błyskawicznym ruchem, spowodował, iż obydwa padły na podłogę. Była to scena zupełnie niewiarygodna: drobny, zwyczajne wyglądający mężczyzna, obalający na podłogę pozornie bez wysiłku, cztery tony ożywionego metalu.

Poruszał się teraz jeszcze szybciej i zmierzał w kierunku przezroczystych okien w zewnętrznej ścianie holu. Szybkość jego przekraczała znacznie szybkość człowieka, a nawet robota, i kiedy dotarł do okien, nie zatrzymał się i nie zwolnił, tylko w pełnym pędzie skoczył wprost w okno. Szyby były bardzo grube, zdolne wytrzymać wybuch konwencjonalnej bomby rzuconej w nie bezpośrednio, ale teraz pękły i rozsypały się jak zwyczajne szkło, kiedy przelatywał przez nie; wylądował dwanaście metrów poniżej okien, ani na moment nie tracąc równowagi, i pobiegł w poprzek szerokiego dziedzińca.

W tej chwili utracił już element zaskoczenia. Po sposobie, w jaki pokonał pierwsze dziwi, siły bezpieczeństwa zorientowały się, iż mają do czynienia z jakimś inteligentnym robotem i przygotowały się na najgorsze, wysyłając przeciw niemu oddziały uzbrojonych ludzi, robotów — zabójców, a nawet działko laserowe.

Zatrzymał się pośrodku porośniętego trawą pagórka, oceniając sytuację spokojnie i kompetentnie. Potem obrócił się nagle, by popatrzeć na tę olbrzymią siłę ognia wycelowaną w niego i uśmiechnął się; uśmiech zamienił się po chwili w śmiech, a miech zaczął narastać, aż stał się Czymś niesamowitym, nieludzkim, maniakalnym, odbijającym się echem od ścian pobliskich budynków.

Wydano rozkaz otwarcia ognia, ale kiedy promienie uderzyły w miejsce, w którym przed chwilą stał, jego już tam nie było. Wznosił się w powietrze bezgłośnie i bez najmniejszego wysiłku, a za to z olbrzymią szybkością.

Usiłowano strzelać do niego z bron automatycznej, ale jego prędkość wznoszenia była zbyt duża. Jeden z oficerów, trzymając laserowy pistolet w ręku, sfrustrowany wpatrywał się w puste niebo.

— Najbardziej mnie złości, że nawet nie podarł sobie spodni — powiedział.


Dowództwo Orbitalne przejęło natychmiast kontrolę nad akcją, ale pracujący tam ludzie nie byli przygotowani na szybkość, jaką zademonstrował mały mężczyzna, nie mogli też wiedzieć, jak wysoko się wzniesie i dokąd się uda. Na orbicie znajdowało się trzydzieści siedem statków handlowych i sześćdziesiąt cztery statki wojskowe, plus przeszło osiem tysięcy różnego rodzaju satelitów — nie wspominając pięciu stacji kosmicznych. Doskonałe urządzenia radarowe mogłyby go wykryć, gdyby zmienił kurs lub pozycję i zdecydował się wylądować gdzieś na planecie, ale tak długo, jak pozostawał w przestrzeni, musieli czekać, aż uczyni coś, co przyciągnie ich uwagę. Po prostu zbyt wiele przedmiotów znajdowało się na orbicie, a on był obiektem za małym, by dało się go śledzić, chyba że dostrzegło się go wpierw, nacelowało i zablokowało na nim urządzenie namiarowe.

Czekali tedy cierpliwie, gotowi rozwalić każdy statek, który nagle przyspieszył, czy chociażby zechciał zmienić pozycję. Obserwowali też bacznie każdy z puch; gdyby ktoś próbował wejść na pokład bezpośrednio z przestrzeni, natychmiast by o tym wiedzieli.

Robot prowadził tę grę na przetrzymane przez prawie trzy pełne dni. W tym czasie jego pierwotna misja zakończyła się całkowitym niepowodzeniem — wiedziano już, jakie plany zdobył, i tym samym stały się one nieaktualne — ale to, co ukradł, posiadało jednak pewną wartość, ukazywało bowiem siłę militarną i jej rozmieszczenie, a kompetentna analiza dokonana przez specjalistów wojskowych ewentualnego przeciwnika byłaby w stanie ujawnić sposób myślenia dominujący wśród wyższych kadr Dowództwa Wojskowego. Nie można było jednak czekać w nieskończoność — zapasowe plany dotyczące przemieszczenia sił i środków, choć niewątpliwie były jedyne jakąś wariacją planów oryginalnych, na pewno zostały natychmiast wprowadzone w życie. W obecnej chwili opcje były ograniczone, ale ich liczba wzrastała w postępie geometrycznym z każdą mijającą, godziną. Robot musiał wykonać jakiś ruch, i wykonał.

Niewielki satelita, zapisany w rejestrach jako przestarzała stacja monitorująca pogodę, znalazł się w odległości trzech tysięcy metrów od małej korwety. Korweta, będąca rządowym statkiem kurierskim, była normalnie pojazdem bezzałogowym, ale w obecnej sytuacji kierujący akcją nie pozostawili żadnego statku bez opieki.

Robot, ciągle przypominający wyglądem doskonałego urzędnika, wynurzył się z włazu satelity, z włazu, którego tam, w ogóle nie powinno być. Satelita ten nie był jednak tylko tym, co jedynie powierzchownie przypominał. O wiele wcześniej został skopiowany i zastąpiony czymś nieskończenie bardziej użytecznym.

Pozornie bez najmniejszego wysiłku robot popędził na spotkanie korwety i przylgnął do jej burty. Sięgnął do pasa i wyciągnął stamtąd małą broń, a zwisający z niej przewód przymocował do niewielkiej końcówki ukrytej pod lewym ramieniem. Ostatnie trzy dni spędził na pobieraniu energii za pomocą urządzeń znajdujących się na satelicie i teraz maksymalnie naładowany wyładował część tej energii poprzez trzymaną w dłoni broń. Silny promień wyciął w hurcie korwety otwór wielkości pomarańczy. Miejsce było świetnie wybrane: na statku znajdowało się tylko dwóch strażników, jeden człowiek i jeden robot, i obaj przebywali w pomieszczeniu bezpośrednio sąsiadującym z punktem, w którym promień przebił potrójną, skomplikowaną ściankę statku. Nie wiadomo, czy to dekompresja czy uderzenie promienia zabiło nieszczęsnego strażnika; wiadomo zaś, iż robot unieruchomiony został krótkim spięciem spowodowanym naglą dyspersją energii wewnątrz pomieszczenia.

Robot nieprzyjacielski wszedł do wnętrza statku poprzez śluzę powietrzną, nie napotykając żadnych przeciwników i nie wywołując żadnego dodatkowego alarmu. Olbrzymie przyspieszenie pojazdu od punktu zerowego zabiłoby każdą żyjącą istotę, gdyby taka jeszcze znajdowali się na pokładzie.

2

Młody mężczyzna siedział w skupieniu i przesłuchiwał taśmę z nagranym tekstem. Był typowym przedstawicielem rodzaju ludzkiego na obecnym etapie rozwoju tego gatunku — etapie doskonałości fizycznej ludzkiego ciała. Z punktu widzenia czasów wcześniejszych mógł być omal supermanem; umożliwiła to inżynieria genetyczna. Ponieważ jednak każdy mężczyzna i każda kobieta stanowili obecnie szczyt perfekcji, pośród ludzkich współtowarzyszy uchodził za człowieka o przeciętnym wyglądzie. Miał około trzydziestu lat, kruczoczarne włosy, brązowe oczy o czerwonawym odcieniu, zgodny z prawem wzrost 180 centymetrów i równie zgodną z obowiązującą normą wagę 82 kilogramów. W kilku jednak dziedzinach nie był ani przeciętny, ani zwyczajny i dlatego właśnie tu się znalazł.

Przesłuchawszy taśmę, popatrzył ponad ramieniem komandora Kregi na oddalający się statek.

— Naturalnie, mieliście wszystkie statki pod całkowitą kontrolą? — Nie było to jednak pytanie, a jedynie stwierdzenie faktu.

Krega, starsza wersja obowiązującej normy fizycznej, na którego twarzy, a szczególnie w oczach, widoczne było doświadczenie czterdziestu dodatkowych lat służby, skinął głową.

— Oczywiście. Jednak zniszczenie tego czegoś, w takim momencie, kiedy dotarło to już daleko i poczyniło tyle szkód, byłoby czystym marnotrawstwem. Zamiast tego, umieściliśmy całą serię czujników i wykrywaczy na wszystkim, co się poruszało na orbicie i czekaliśmy na niego… na to… jakby tego nie nazwać. Był to w końcu jedynie robot, chociaż zupełnie niezwykły. Musieliśmy się dowiedzieć czyj. A przynajmniej dla kogo pracował. Orientujesz się trochę w balistyce podprzestrzennej?

— Nie najgorzej — przyznał młody mężczyzna.

— Cóż, skoro już mieliśmy kąt i prędkość, a cóż to było za przyspieszenie!, wiedzieliśmy, gdzie się musi pojawić. Na szczęście skupione wiązki promieni są szybsze od obiektu materialnego, wobec tego mieliśmy już kogoś na miejscu, kiedy się tam zjawił po kilku minutach czasu subiektywnego. Był na tyle blisko tego miejsca, by zyskać aktualne dane. Nie było to zbyt trudne. Wykonał, co prawda, kilka uników, usiłując nas zgubić, ale bez rezultatu. Dotarliśmy do niego dosłownie kilka chwil po tym, jak rozpoczął przesyłanie informacji, i rozłożyliśmy go na atomy razem ze statkiem, na którym się znajdował. Nie było innego sposobu. Widzieliśmy przecież osobiście, co ten przyjemniaczek był w stanie zrobić.

Młody mężczyzna pokręcił głową.

— A jednak szkoda. Byłoby rzeczą wielce interesującą rozebrać go na czynniki pierwsze. Na pewno była to konstrukcja, o której nic nie wiem.

Komandor przytaknął.

— Nikt z nas jej nie zna. Trzeba przyznać, że to urządzenie byłoby szczytowym osiągnięciem naszej własnej technologii, jeśli nie czymś znacznie więcej. Zmyliło skanery rentgenowskie, skanery siatkówki, czujniki reagujące na ciepło i ruch, i parę innych. Oszukało nawet najbliższych znajomych urzędnika, którego udawało, co już sugerowałoby transfer pamięci i osobowości. Chociaż jego mała baza orbitalna rozleciała się na kawałki po jego odlocie, zostało dość odłamków, by dało się co nieco z tego złożyć. I powiadam ci, to nie jest nasz produkt. Nawet w przybliżeniu. Naturalnie, można wydedukować niektóre funkcje i tym podobne sprawy, ale nawet tam, gdzie sama funkcja jest oczywista, zasada działania jest zupełnie różna od tych, które my stosujemy, jak i różne są użyte materiały. Musimy się pogodzić z nieprzyjemnym niewątpliwie faktem, iż sam robot, a także jego baza, zostały zbudowane, zaprojektowane i kierowane przez jakieś obce mocarstwo kosmiczne, o którym nie mamy najmniejszego pojęcia.

Młody człowiek wyraził nieznaczne zainteresowanie.

— Jednak teraz już pewnie coś wiecie?

Komandor pokręcił ze smutkiem głową.

— Niestety, nie. Wiemy troszkę więcej niż przedtem, ale jeszcze za mało. Te łotry są niesamowicie inteligentne. O tym jednak za chwilę. Najpierw przyjrzyjmy się temu, co wiemy, lub co możemy wydedukować na temat naszego przeciwnika. — Obrócił fotel i wcisnął klawisz. Ściana zamrugała i zamieniła się w ekran ukazujący olbrzymi zbiór gwiazd, z których tysiące jarzyły się czerwonawym blaskiem. — Konfederacja — stwierdził komandor bez oczywistej potrzeby. — Siedem tysięcy sześćset czterdzieści sześć światów, zgodnie z najnowszymi danymi, przeszło jedna trzecia galaktyki. Zupełnie niezłe osiągnięcie jak na rasę pochodzącą z jednej niewielkiej planety, tam na tym ramieniu. Planety ukształtowane na podobieństwo naszej Ziemi, planety, na których ludzie przystosowali się do warunków miejscowych, a nawet planety, na których istnieje sześćdziesiąt różnych inteligentnych form tubylczego życia, wszystko to w jakiś sposób zaadaptowane do naszej kultury i naszego sposobu życia. Żadna z ras tam mieszkających nie była nigdy w stanie rzucić nam wyzwania. Musieli zaakceptować nas i nasz sposób życia albo ginęli, spacyfikowani podobnie jak mieszkańcy naszej własnej planety, kiedyś w przeszłości. My tu przewodzimy.

Młody mężczyzna nie odezwał się. Nie odczuwał takiej potrzeby. Urodzony i wychowany w tej kulturze, przyjmował wszystko, co mówił Krega, jako rzeczy oczywiste, tak jak by przyjął to każdy inny na jego miejscu.

— Cóż, spotkaliśmy wreszcie kogoś na takim samym poziomie technologicznym, a możliwe, że nawet nas przewyższających — ciągnął komandor. — Analiza pozwala wyciągnąć oczywiste wnioski. Po pierwsze, jesteśmy w stanie permanentnej ekspansji. Najwyraźniej istnieje jakaś druga dominująca rasa, która czyni to samo, tyle że rozpoczęła swą ekspansję w innym punkcie galaktyki. Odkryli nas, nim my zdołaliśmy odkryć ich — pech. Po drugie, ostateczne starcie jest nieuniknione. Zaczynamy bowiem rywalizować o tę samą przestrzeń. Po trzecie, są prawdopodobnie mniejsi od nas, jest ich mniej liczbowo, by tak rzec, ale posiadają nad nami niewielką przewagę technologiczną. Zakładają możliwość wojny, lecz nie mają pewności zwycięstwa. Gdyby ją, posiadali, już by nas zaatakowali. Oznacza to, iż potrzebna jest im informacja, jak wygląda nasza organizacja militarna, jak mamy zorganizowaną obronę i jak może ona być użyta, a przede wszystkim jak myślimy. Całkowite zrozumienie nas i naszego sposobu myślenia, w sytuacji kiedy my nic o nich nie wiemy, dałoby ich machinie Wojennej olbrzymią przewagę, nawet przy założeniu równości sił. Po czwarte, interesują się nami już od jakiegoś czasu, co oznacza, iż uderzenie nie nastąpi zbyt szybko, być może dopiero za kilka lat. Znaleziono nas prawdopodobnie zupełnie przypadkowo, jakiś zwiadowca poleciał za daleko, zgubił się, lub po prostu był zbyt ambitny. Są jednak tutaj wystarczająco długo, skoro nauczyli się konstruować roboty przypominające wyglądem i zachowaniem człowieka, skoro umieścili na orbicie stacje szpiegowskie wokół Dowództwa Systemów Militarnych i skoro udało im się znaleźć wśród nas zdrajców.

Tym razem młody mężczyzna okazał większe zainteresowanie.

— Aha — wyszeptał.

— No właśnie — mruknął komandor. — Ostatni wniosek mówi, iż są oni na tyle obcy fizycznie i tak od nas się różnią, że nie mogliby przebywać wśród nas nie zauważeni, nawet w przebraniu. Stąd to roboty udające ludzi — a kto wie ile ich jest? Zaczynam już nawet podejrzewać własnych współpracowników. I oczywiście zdrajcy. Ci ostatni, naturalnie, wchodzą w zakres działania tego biura.

W minionych czasach nazywano by zapewne Biuro Bezpieczeństwa tajną policją, którą zresztą bez wątpienia było. W przeciwieństwie jednak do wcześniejszych modeli, nie zajmowało się ono sprawami obywateli w tym oczywistym, specyficznym sensie. Jego mandat był o wiele szerszy, mniej jednoznaczny.

Ludzkość doprowadziła do perfekcji formułę postępowania już dawno temu. Nie była ona wolna ani w sensie libertariańskim, ani w sensie osobistym, ale była skuteczna i sprawdziła się, i to nie dla jednego świata, ale dla każdego ze światów rozrzuconych W tym gwiezdnym Imperium, tak wielkim, iż jedynie totalna kontrola kulturowa była w stanie utrzymać je w całości — wszędzie taki sam system, te same idee i ideały, te same wartości, ten sam sposób myślenia. System elastyczny, dający się adaptować do różnych warunków, a przy zastosowaniu pewnych brutalnych poprawek, dający się bezlitośnie zastosować wobec innych kultur i fonu życia. Formuła postępowania była wszechogarniająca, była siłą niwelującą wszelkie różnice, a zarazem zostawiającą pewną swobodę związaną z konkretnymi warunkami i zezwalającą na pewien ruch między warstwami i grupami społecznymi, przy wykorzystaniu talentu i zdolności jednostek.

Zdawały się naturalnie społeczności, które nie mogły lub nie chciały się dostosować. W niektórych przypadkach mogły one być „reedukowane” za pomocą szczególnie wyrafinowanej techniki, ale zdarzały się też przypadki, kiedy było to zupełnie niemożliwe. Te społeczności, wobec których nie można było zastosować obowiązującej formuły z powodu ich inności i obcości, były bezlitośnie i brutalnie eksterminowane. Produktem każdego systemu są także jednostki, które podważają obowiązujące w nim zasady, a robią to chętnie i umiejętnie. Ludzie tacy są wielce niebezpieczni i muszą być ujęci i poddani reedukacji lub zlikwidowani na miejscu.

— Kiedyś władze były jednak bardziej pobłażliwe w stosunku do nie przystosowanych — powiedział komandor Krega. — Daleko im bowiem było do osiągnięcia tej absolutnej doskonałości systemu, jaką mamy dzisiaj. Dlatego też stosowaną karą, jak wiesz, była dożywotnia zsyłka na Romb Wardena. Ciągle zresztą zdarza nam się zsyłać tam pojedyncze osoby — głównie te, których szczególne talenty lub umiejętności mogą nam być przydatne lub te, które wydają się potencjalnymi geniuszami nauki. Polityka taka niewątpliwie nam się opłaciła, choć obecnie wysyłamy tam jedynie około stu osób rocznie.

Młody mężczyzna poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. — A więc to tam ta twoja obca rasa znalazła pomocników. To tam uciekał przed nami ten robot — na Romb Wardena.

— Trafiłeś w sedno — przyznał Krega.


W galaktyce, której system opierał się na doskonałym porządku, jednorodności poglądów, harmonii i mocnej wierze w prawa naturalne, Romb Wardena stanowił coś na podobieństwo domu wariatów. Wydawał się on istnieć na zasadzie naturalnego kontrapunktu w stosunku do wszystkiego wokół, był przeciwieństwem tego wszystkiego, czym była Konfederacja, a nawet przeciwieństwem tego, w co wierzyła.

Halden Warden, zwiadowca Konfederacji, odkrył ten system planetarny przed blisko dwustu laty, kiedy jeszcze znajdował się on daleko poza granicami administracyjnymi Konfederacji. Warden był chodzącą legendą wśród zwiadowców, człowiekiem, dla którego w cywilizowanym świecie nie istniało nic pociągającego, włączając w to innych ludzi. W normalnej sytuacji taka antyspołeczna postawa spotkałaby się z natychmiastową i ostrą reakcją władz, ale w owym czasie panowała moda na psychologię poświęconą odkrywaniu i rozwijaniu tych cech antyspołecznych, które mogą przynieść jakieś korzyści całemu społeczeństwu. Było bowiem faktem, iż jedynie ludzie pokroju Wardena byli w stanie znieść samotność, lata bez towarzystwa drugiej osoby, fizyczne i psychiczne trudy dalekiego zwiadu. Nikt o zdrowych zmysłach, mierząc je standardami Konfederacji, nie podjąłby się podobnego zadania.

Warden był gorszy niż większość. Spędzał tak mało czasu, jak to tylko było możliwe „na łonie cywilizacji”, często tylko tyle, ile zajmowało tankowanie paliwa i ładowanie świeżej żywności. Latał dalej, dłużej i częściej od jakiegokolwiek innego zwiadowcy, a jego odkrycia zdumiewały samą ich liczbą.

Na nieszczęście dla jego szefów z Konfederacji, Warden uważał, iż jego jedynym zadaniem jest odkrywanie nowych światów i nic poza tym. Resztę, włącznie z badaniami wstępnymi i sprawozdaniami, pozostawiał tym, którzy lecieli za nim po otrzymaniu współrzędnych drogą radiową. Zdarzało mu się przeprowadzać jakieś wstępne rozpoznania, ale utrzymywał jedynie sporadyczną łączność z Konfederacją i doprowadzał do szału przełożonych swoim sposobem przesyłania informacji.

Dlatego też, kiedy nadszedł sygnał „4AP” nastąpiło wielkie poruszenie i wszystkich ogarnęło podniecenie — cztery planety klasy A, nadające się do natychmiastowej kolonizacji, w jednym systemie! Było to wręcz niesłychane, nie mieszczące się w żadnej skali prawdopodobieństwa statystycznego, szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę fakt, iż tylko jeden na cztery tysiące układów słonecznych zawierał coś, co w ogóle mogło nadawać się do jakiegokolwiek użytku. Czekano więc z niecierpliwością na imiona nadane nowo odkrytym planetom przez znanego z lakoniczności zwiadowcę i na ich wstępny opis, czekano niecierpliwie nie tylko z powodu wagi samego odkrycia, ale również z powodu niepewności co do ilości informacji, jaką, Szalony Warden zechce przekazać i możliwości jej odcyfrowania.

A potem nadeszły szczegóły potwierdzające ich najgorsze obawy. Przyznać jednak trzeba, że podał kolejność planet zgodnie z obowiązującą formułą, od najbliższej ich słońcu do tej najbardziej od niego oddalonej.

— Charon — przekazywał w swoim pierwszym raporcie. — Ma wygląd piekła.

— Lilith — kontynuował. — Wszystko, co piękne, musi mieć gdzieś ukrytego węża.

— Cerber — tak nazwał trzecią planetę. — Wygląda jak prawdziwy pies.

I na koniec — Meduza: Ten, kto tu mieszka, musi mieć chyba kiełbie we łbie.

Po czym podał współrzędne i kod świadczący o tym, iż dokonał pewnych badań, tyle że pośrednio — to znaczy, nie wylądował na powierzchni, do czego nie był zresztą zobowiązany — i wreszcie kod „ZZ”, kod, który poważnie zaniepokoił Konfederację. Oznaczał on bowiem, iż jest coś wielce dziwnego w tym miejscu i należy je traktować z maksymalną ostrożnością.

Przeklinając Szalonego Wardena za brak bardziej szczegółowych informacji, wysłali standardową ekspedycję o maksymalnym stopniu zabezpieczenia — ekspedycję złożoną z dwustu najlepszych, najbardziej doświadczonych członków Grup Eksploracyjnych, wspomaganych przez cztery ciężkie krążowniki uzbrojone po zęby.

Problem z raportami Wardena polegał na tym, iż prawie zawsze opisywały sytuację poprawnie, tyle że nie wiadomo było, o co w nich chodzi, dopóki nie dotarło się na miejsce. Wynurzając się z hiperprzestrzeni, członkowie ekspedycji ujrzeli dziwny widok — gorącą gwiazdę typu F z olbrzymim systemem planetarnym, zawierającym otoczone pierścieniami gazowe olbrzymy, wielkie asteroidy i liczne planety zbudowane z materiałów stałych. W samym środku, blisko słońca, znajdowały się cztery światy, bogate w tlen, azot i wodę, cztery klejnoty, które aż krzyczały: „życie”. I chociaż planety te krążyły na różnych orbitach — najbliższa w odległości 158 milionów kilometrów od ich słońca, a najdalsza 308 milionów kilometrów — to w momencie, kiedy członkowie ekspedycji ujrzeli je po raz pierwszy, tworzyły rzadko spotykaną konfigurację. Przez krótki okres cała czwórka znajdowała się pod kątem prostym jedna względem drugiej. Chociaż, był to jedynie szczęśliwy zbieg okoliczności, nigdy już później nie obserwowany, owe cztery planety nazwano Rombem Wardena. Zyskały one także potoczną nazwę: Diamenty Wardena. Bo były to rzeczywiście diamenty, niezależnie od ich przypadkowego układu w momencie odkrycia — iskrzące klejnoty, pełne potencjalnych skarbów.

A przecież, nawet ci z najbardziej materialistycznym poglądem na świat, uznali taką konfigurację za jakiś omen, w czym nie różnili się zapewne od samego Wardena. Podobnie jak Warden, nie wylądowali bezpośrednio po przylocie. Węszyli, sondowali i analizowali, lecz nie znaleźli niczego podejrzanego. Nie było tam żadnych dowodów działalności jakichś sił nadprzyrodzonych, mimo statystycznego nieprawdopodobieństwa istnienia takich czterech światów obok siebie. Śmiali się więc sami z siebie, wyśmiewając własną głupotę, przesądy i przypływ prymitywnych lęków, do których, jak sądzili, nie są już zdolni, i odprężyli się nieco. Niektórzy z nich podejrzewali, że Romb Wardena jest rezultatem działalności jakiejś minionej cywilizacji, czyniącej planety nadającymi się do zamieszkania lecz jeśli nawet tak było, ślady takiej działalności nie były widoczne.

Lądowali z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Charon był gorący i parny, jak przystało planecie najbliższej słońcu z całej czwórki. Padało tani prawie nieustannie, a małe, obrzydliwe gady, przypominające wyglądem dinozaury, wyglądały groźnie, nawet niebezpiecznie, ale nie mogły stanowić większego problemu dla człowieka i jego technologii. Możliwe, iż morza pokrywające większość powierzchni planety kryły coś bardziej niebezpiecznego, jednak stwierdzenie tego wymagałoby założenia stałej bazy. Tymczasem zbadano, że ten zarośnięty dżunglą świat ma temperaturę od 28 do 60°C, a nachylenie jego osi wynosi około 6 stopni. Rozmieszczenie lądów na powierzchni czyniło go nadającym się do zamieszkania, choć niezbyt wygodnym. Charon rzeczywiście przypominał wyglądem piekło.

Następni była Lilith, świat prawie podręcznikowo doskonały. Odrobinę mniejszy od Charona, pokryty był w około 70 procentach wodą, lecz jego klimat był o wiele bardziej umiarkowany, a krajobraz znacznie łagodniejszy. Wokół niewysokich gór roztaczały się wielkie równiny i bagna. Różnorodność form geologicznych była imponująca, gwałtowne i niebezpieczne zjawiska przyrody praktycznie nieobecne, a nachylenie osi wynoszące 84 stopnie — robiące wrażenie, iż cały świat leży na boku — świadczyło o minimalnych różnicach między porami roku. Było tam bardzo gorąco — temperatura przekraczała często 40°C natomiast 20 do 25°C oznaczało chłód.

Przypominające ziemską dżunglę lasy odznaczały się soczystą zielenią i chociaż same drzewa były zupełnie nieznane, lasy owe nie były aż tak obce, skoro rodziły olbrzymie ilości owoców i innych produktów, które okazały się jadalnymi dla człowieka. Dominującą formą życia zwierzęcego były wyłącznie insekty, od ogromnych potworów do drobniutkich stworzonek, mniejszych od łebka od szpilki. Był to więc taki rodzaj świata, jaki fachowcy Konfederacji od przystosowywania planet stawiali sobie jako ideał do osiągnięcia i którego nigdy metodami sztucznymi nie udało im się osiągnąć; a teraz oto mieli go tutaj, świat powstały w sposób naturalny, piękny jak Eden raj planety Lilith. I ani śladu węża — na razie.

Cerber był bardziej surowy. Dwudziestopięciostopniowe nachylenie osi powodowało ekstremalne zmiany pór roku i pozwalało na istnienie zarówno zamarzniętych czap polarnych, jak i występowanie temperatury 40°C na równiku. Najdziwniejsze jednak były masy lądowe, które wydawały się pokryte ogromnymi, wielokolorowymi lasami. Dopiero lądowanie pozwoliło odkryć, iż na Cerberze w ogóle nie ma stałych lądów, a prawie cała jego powierzchnia pokryta jest olbrzymimi roślinami, wyrastającymi z dna oceanu, czasami z głębokości wielu kilometrów i rosnącymi tak gęsto, iż one same tworzą praktyczne coś na kształt lądu stałego. Na tych wsiąkniętych wodą, lasach, rosły z kolei inne rośliny, tworząc jedyny w swoim rodzaju ekosystem botaniczny. Zaobserwowane zwierzęta przypominały ptaki, chociaż zauważono także pewną liczbę insektów, ale w sumie zwierząt było niewiele — chyba że zamieszkiwały one wszechobecny ocean. Rośliny tego wodnego świata były tak gęste i ogromne, że nadawał on się do zamieszkania przez człowieka, który zapewne byłby nawet w stanie budować miasta na jego drzewach. Osiedlenie się i kolonizacja byłaby jednak wielce ryzykowna, bowiem poza drewnem nie widać było żadnych innych bogactw naturalnych, a sprowadzanie wszystkiego, co niezbędne do cywilizowanego życia, byłoby zbyt kosztowne. Planeta nadawała się do zamieszkania, niewątpliwie, ale z punktu widzenia współczesnego człowieka byłoby to rzeczywiście pieskie warunki.

Ostatnią i najmniej przyjemną była Meduza, planeta zamarzniętych mórz, oślepiających śnieżyc i poszarpanych, ostrych, wysokich szczytów. Dziewiętnastostopniowe nachylenie osi pozwalało na występowanie pór roku, ale temperatura w pobliżu równika nie przekraczała 20°C, a wraz z oddalaniem się od niego spadała aż do niemożliwie wręcz mroźnej w okolicach biegunów. Choć skuta ludowcami, była jedynym spośród światów Wardena z widocznymi oznakami działalności wulkanicznej. Było tam trochę lasów, ale przeważała tundra i stepy, na których zaobserwowano stada roślinożernych zwierząt, prawdopodobnie ssaków, i pojedyncze sztuki groźnych, dzikich drapieżców. Był to więc surowy i bezlitosny świat, który dałby się przecież okiełznać; Grupa Eksploracyjna jednak musiała się zgodzić z Wardenem — trzeba by mieć kiełbie we łbie, by zechcieć tam się osiedlić na stałe.

Cztery światy, od parującego piekła do lodowatej tundry. Cztery światy, których ekstremalna temperatura była do zniesienia, a których powietrze i woda nadawały się do użytku. Było to wręcz niewiarygodne, fantastyczne — a przecież prawdziwe. Tak więc Grupa Eksploracyjna wylądowała i założyła swe bazę główną na brzegu tropikalnej laguny jakby żywcem zdjętej z romantycznego plakatu reklamowego jakiegoś biura podróży — naturalnie, na Lilith. Mniejsze ekspedycje udały się stamtąd na trzy pozostałe planety, by przeprowadzić badania wstępne, by powęszyć, postukać i posondować.

Warden miał rację, jeśli chodzi o te trzy planety, natomiast jego podejrzenia dotyczące Lilith były naturalnymi podejrzeniami kogoś, dla kogo coś jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. A może był to jakiś szósty zmysł, który wyrobił sobie przez te lata samotności, lata obwąchiwania i sondowania nowych i obcych systemów planetarnych. Być może był to…


Po wylądowaniu Grupy Eksploracyjne zostały poddane przez Konfederację faktycznej kwarantannie. Wstępne badania miały trwać co najmniej rok; w którym to czasie członkowie grup byliby zarówno badaczami, jak i królikami doświadczalnymi, obstukującymi i sondującymi się wzajemnie, tak jak obstukiwali i sondowali każdą z planet. Dysponowali promem, zdalnym do podróży pomiędzy planetami, a także pojazdami do poruszania się w atmosferze i na powierzchni planet, ale nie udostępniono im statków kosmicznych do podróży międzygwiezdnej. Byłoby to zbyt ryzykowne. Człowiek sparzył się już zbyt wiele razy, by takie ryzyko podjąć.

Dokonanie oceny możliwości przybyszów zajęło wężowi Lilith jedynie sześć miesięcy.


W momencie, w którym wszystkie maszyny przestały funkcjonować, było już za późno. Najpierw obserwowali wypływ mocy z maszyn i urządzeń, jak gdyby wypijało ją jakieś spragnione i zachłanne dziecko. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin cała ich maszyneria, wszystkie urządzenia — prawdę mówiąc wszystkie artefakty — zamieniły się w kupę złomu. W rezultacie tego zginęły cztery osoby, a pozostałe patrzyły z bezsilnym przerażeniem, jak ich ciała ulegają gwałtownemu rozkładowi.

Po tygodniu nie było najmniejszego śladu po tym, iż na tej planecie wylądował ktoś obcy. Miejsca oczyszczone z roślinności zarastały w ciągu jednej nocy; metal, plastik, związki organiczne i nieorganiczne — wszystko to gniło, rozkładało się i zamieniało w drobny proszek, wchłaniany na koniec przez żyzną glebę. Nie zostało nic — nic poza sześćdziesięcioma dwoma wstrząśniętymi, zaskoczonymi, nagimi badaczami, którzy byli zbyt ogłupiali i przerażeni, by bez pomocy jakichkolwiek instrumentów naukowych próbować wyjaśnić co takiego, u diabła, im się przydarzyło.

Tydzień wcześniej przywrócono ponownie bezpośredni kontakt pomiędzy grupami z tych czterech planet. Przedstawiciele zespołów badawczych z trzech pozostałych planet przybyli na Lilith, by podzielić się odkryciami i ustalić program dalszych badań. Przylecieli, porozmawiali, podyskutowali, przeprowadzili wstępne analizy, wysłali raporty na znajdujący się w pobliżu krążownik wartowniczy i wrócili na swoje planety, nieświadomie zabierając ze sobą węża.

Sekcja badawcza na krążowniku natychmiast zajęła się powstałym problemem. Za pomocą zdalnie sterowanych laboratoriów analitycznych odkryli w końcu tę jedyną rzecz, które umknęła wszystkim, Z Wyjątkiem Wardena i jego szóstego zmysłu. Wąż okazał się obcym organizmem, o rozmiarach niewiarygodnie mikroskopijnych, tworzącym całe kolonie wewnątrz pojedynczych komórek. Nie był inteligentny w sensie ludzkim, bowiem nie dysponował tym, co człowiek mógłby określić jako proces myślenia, ale posiadał zbiór reguł, które narzucał całej planecie, a także niesamowitą umiejętność przystosowywania się do nowych warunków i podporządkowywania ich sobie. Choć jego długość życia wynosiła zaledwie trzy do pięciu minut, działał on jednak z szybkością setki, o ile nie tysiące, razy przewyższającą szybkość działania tego, co go otaczało. Na Lilith przystosowanie się organizmu do nowych obiektów, wprowadzonych z zewnątrz, zabrało mu sześć miesięcy, ale w końcu ewoluował na tyle, iż sam zaadaptował obcych do własnego, wygodnego, symbiotycznego systemu.

Pozostałe planety były jednak inne — posiadały inną równowagę atmosferyczną, inną grawitację i inne natężenie promieniowania. Nie mógł więc zaadaptować tych obcych środowisk do własnego systemu, wobec tego przystosował się do nich. W przypadku Meduzy, na przykład, dość szybko udało mu się dostosować do siebie organizmy gospodarzy — ludzi, zwierząt i roślin. Na Charonie i Cerberze wytworzył w organizmach nosicieli taki stan równowagi, który mu najbardziej odpowiadał; produktem ubocznym były zmiany fizyczne, związane z miejscami, w których czuł się najlepiej.

Tak tedy Romb Wardena poddarty był kwarantannie, a naukowcy poszukiwali jakiegoś lekarstwa na powstałą, sytuację. Umieszczenie pechowych ofiar w komorze izolacyjnej nie przynosiło pożądanego rezultatu: istniało coś co łączyło te organizmy z Rombem, i kiedy je stamtąd usuwano, ginęły, zabijając w ten sposób swojego nosiciela, bowiem zagnieżdżając się w jego komórkach, przejmowały nad nimi kontrolę, dostosowując wszystko do swoich potrzeb. Bez tej kontroli następował błyskawiczny rozpad funkcji komórek, powodujący gwałtowną, i bolesną, choć na szczęście szybką, śmierć.

Co zaskakujące, uwięzieni na tych czterech planetach byli w stanie podróżować wewnątrz tego systemu, bowiem mikroorganizm w ich ciałach zmutował się na tyle, iż nie rozpoznawał już Lilith jako swej ojczystej planety, a znalazłszy się w stanie homeostazy, nie widział powodów do dalszych zmian.

Człowiek mógł więc żyć, pracować i budować na Rombie Wardena, ale kiedy już tam się znalazł, nie było dla niego żadnej drogi odwrotu.

Naturalnie, nie powstrzymywało to naukowców, którzy przybywali i zakładali kolonie, choć na samej Lilith było to bardzo trudne, skoro zmuszeni byli korzystać wyłącznie z materiałów miejscowych. Przybywali tam jednak przygotowani, przybywali przeprowadzać badania i odkrywać tajemnice Rombu Wardena. Po dwóch wiekach ich potomkowie ciągle zajmowali się tym samym, wspomagani — od czasu do czasu przez świeżych przybyszów, ale postępy badali były znikome. Dopingowało ich to jedynie do dalszej wytężonej pracy.

W końcu to jednak nie uczeni badacze zasiedlili Diamenty Wardena, lecz tak zwane elementy aspołeczne. Dość wcześnie bowiem, kiedy uświadomiono sobie ogrom problemu, wystąpiono z pomysłem, iż te cztery światy są więzieniem najdoskonalszym z, doskonałych.

Wysyłano tam przeto nie dostosowanych całymi setkami wszystkich, którym koneksje pozwalały uniknąć fachowców od „reedukacji”, tych których geniusz lub szczególny talent uległby zniszczeniu w czasie owej reedukacji, więźniów politycznych z niezliczonych światów. Wysyłano ich wszystkich, zamiast zabijać czy zmieniać im psychikę, w nadziei iż jakiś przyszły rywal, który odniesie wreszcie sukces, będzie pamiętał, że go nie zabito ani nie odmóżdżono, a jedynie zesłano. Płeć była nieważna. Był to najlepszy element aspołeczny, polityczno — kryminalna elita. Żyli więc tam, płodzili dzieci i umierali, a ich dzieci żyły po nich, rodziły własne dzieci, i tak dalej.

Tak tedy wyglądały te światy, zdominowane praktyczne przez elitę kryminalistów uwięzionych na zawsze, bez sympatii lub choćby poczucia wspólnoty z obywatelami Konfederacji. Utrzymywali jednakże z nimi stosunki handlowe. Mikroorganizm bowiem mógł być zabity, a statki bezzałogowe wysterylizowane. I stąd inni geniusze kryminalni, ci, których jeszcze nie schwytano, lub ci, którzy sami byli u władzy, przechowywali skrzynie pieniędzy, klejnotów, wspaniałe dzieła sztuki i inne kradzione dobra na światach Wardena, bez najmniejszego lęku, iż Konfederacja położy na nich swą ciężką łapę.

W tym samym czasie najsilniejsi, najinteligentniejsi, najbardziej bezwzględni spośród zesłańców wdarli się na szczyty hierarchii tych dziwnych światów, aż objęli kontrolę i nad nimi, i nad całym handlem. Lilith, na której nie można było magazynować nic materialnego, była doskonałym miejscem na magazynowanie informacji, takiej jak numery kont bankowych, czy oficjalne tajemnice, o których nawet Konfederacja nie powinna nic wiedzieć — jednym słowem, takiej informacji jakiej nie powierza się komputerowi, ponieważ żaden komputer nie oprze się geniuszowi informatyki. I to niezależnie od systemu zabezpieczenia, ponieważ każdy system został przez kogoś zaprojektowany, wobec czego ktoś drugi ma szansę go złamać.

Tak tedy ci wielcy królowie przestępców — Czterej Władcy Rombu, obcy już rasie, z której się wywodzili, genialni, ale zgorzkniali banici, mieli i tajemnice, i skradzione dobra, a tylu samym możliwość szantażowania Konfederacji i wpływania na bieg wydarzeń w jej strukturach, choć sami nie mogli już nigdy zobaczyć jej światów.


— Jednym słowem, Czterej Władcy sprzedają nas obcym — westchnął młody Mężczyzna. — Czy nie byłoby najprostszym rozwiązaniem zniszczenie tych czterech planet? Przy okazji pozbylibyśmy się innych kłopotów.

— Bez wątpienia — zgodził się komandor Krega. — Tyle, że nie możemy tego zrobić. Zbyt długo zostawialiśmy im wolną rękę — są, politycznie rzecz biorąc, nie do ugryzienia. Jest tam za dużo bogactwa, za dużo władzy i zbyt wiele tajemnic. Po prostu, nie ma sposobu na dobranie się im do skóry. Mają haka praktycznie na każdego, kto jest na wystarczająco wysokim stanowisku, by decydować o tych sprawach.

Młody mężczyzna chrząknął znacząco.

— Rozumiem — powiedział z pewnym obrzydzeniem. Dlaczego wobec tego nie umieścimy tam agentów i nie dowiemy się, o co naprawdę w tym wszystkim chodzi?

— Och, próbowano tego od samego początku — poinformował go Krega. — Nie przyniosło to podanych rezultatów. Zważ bowiem: proponujemy komuś, by zgodził się na dożywotnie zesłanie i by zmienił się, również dożywotnio, w kogoś, kto nie jest tak całkiem człowiekiem. Jedynie fanatyk zgodziłby się na taką propozycję, a fanatycy to na ogól bardzo kiepscy szpiedzy. Czterej Władcy nie są bynajmniej łatwym celem. Sprawdzają dokładnie każdego nowo przybyłego, a ich ludzie tutaj przekażą im każdą informację, jakiej zażądają na temat tychże nowo przybyłych. Może i udałoby się nam przeszmuglować jednego agenta, jednego naprawdę dobrego agenta, ale iluś? Nigdy w życiu. Szybko by się zorientowali i wybili wszystkich jak leci, winnych i niewinnych. Znają również nieźle psychologię człowieka — agent więc musiałby być cholernie dobrym agentem, by ujść z życiem. A jeśli jest taki dobry, to zorientuje się natychmiast, że jest w pułapce, której nigdy już nie opuści. Niełatwo o lojalnych, ale nawet najbardziej lojalny i zaangażowany w zadanie agent ma dość rozumu, by zobaczyć, co jest istotne dla jego przyszłego dobrobytu. I przechodzi na drugą, stronę. Jeden z obecnych Władców to w rzeczywistości agent Konfederacji.

— Hm. Naprawdę?

Krega skinął głową.

— W każdym razie, był nim. Najlepszy fachowiec w tym interesie, znał wszystkie triki, a Romb nie tyle go przeraził co fascynował. Twierdził, że Konfederacja go nudzi. Wysłaliśmy go na Lilith, by spróbował się jakoś wspiąć po szczeblach tamtejszej hierarchii i trzeba przyznać, że mu się to udało. Aż za dobrze. Tyle, iż przez cały czas nie dostarczał nam żadnych informacji, podczas gdy my nie żałowaliśmy mu najistotniejszych. A obecnie jest jednym z naszym wrogów. Teraz rozumiesz?

— Macie ciężki orzech do zgryzienia — powiedział młody mężczyzna ze zrozumieniem. — Nie macie na planetach Wardena ludzi, na których moglibyście polegać, a jeśli znajdziecie tutaj kogoś, kto jest w stanie zrobić to, co należy, natychmiast ląduje po tamtej stronie. A na dodatek teraz sprzedają nas jakimś obcym siłom.

— Właśnie — Krega skinął głową. — Widzisz w jakiej to nas stawia sytuacji. Naturalnie, mamy tam ludzi. Żaden nie jest godzien stuprocentowego zaufania, a każdy poderżnąłby ci gardło, gdyby uważał, iż jest to w jego interesie. Mamy jednak pewne przekonywające argumenty — zapłata w tej czy innej formie, mały szantażyk wobec tych, którzy mają bliskich krewnych w Konfederacji — które dają nam jakieś możliwości działania. Niestety niewielkie, bowiem Czterej Władcy są całkowicie bezwzględni, jeśli chodzi o to, co oni uważają za zdradę. Naszym jedynym atutem i szansą jest fakt, iż światy te, jako stosunkowo niedawno odkryte, są jeszcze rzadko zaludnione. Na żadnym z nich nie istnieje totalitarna kontrola wszystkich i wszystkiego i każdy z nich posiada inny system i hierarchię władzy.

Młody mężczyzna pokiwał głową.

— Mam dziwnie nieprzyjemne uczucie, że do czegoś zmierzasz i chcę ci przypomnieć to, co mi powiedziałeś o agentach z przeszłości, a także fakt, iż jeśli nawet będę wrzeszczał i kopał, to i tak nie przestanę być jednym, jedynym agentem na całej dużej planecie.

Komandor Krega uśmiechnął się.

— To nie całkiem jest tak, jak mówisz. Jesteś cholernie dobrym detektywem i wiesz o tym. Zdarzało ci się wyśledzić i dopaść faceta w miejscu, w którym nikt inny by go w ogóle nie szukał; przechytrzyłeś i wyprowadziłeś w pole najbardziej wyrafinowane komputery i najbystrzejszych przestępców, mimo niewątpliwie bardzo młodego wieku. Jesteś najmłodszym Oficerem w randze Inspektora w całej historii Konfederacji. Mamy tutaj przed sobą dwa oddzielne problemy. Pierwszy, to ustalenie tożsamości i miejsca pochodzenia tej obcej rasy. Musimy odkryć kim są, gdzie się znajdują i jakie mają zamiary. Możliwe, iż już jest na to wszystko za późno, ale musimy spróbować. Drugi, to neutralizacja ich kanału informacyjnego, to znaczy, neutralizacja Czterech Władców. Jakbyś się do tego zabrał?

Młody mężczyzna uśmiechnął się.

— Zapłaciłbym Czterem Władcom więcej niż obcy. Niech pracują dla nas — zasugerował.

— To niemożliwe. Braliśmy to już pod uwagę — odpowiedział komandor ponuro. — Nie chodzi tutaj o materialne korzyści. Mają i tak więcej, niż potrzebują. I nie chodzi o władzę; tej też mają w nadmiarze. Problem polega na tym, iż odcięliśmy ich na zawsze od reszty wszechświata, zamknęliśmy ich w pułapce. Przedtem nie byli w stanie zmienić tego stanu rzeczy, ale teraz, z obcymi jako ich sojusznikami, będą mogli to uczynić. Obawiam się, iż motywem działania ludzi tego pokroju jest Zemsta, a tej my im nic jesteśmy w stanie zapewnić. Nie możemy nawet zmienić czy unieważnić ich wyroków, chyba że nastąpi jakieś nieoczekiwane, fantastyczne odkrycie naukowe, a przecież nikt nie poświęca temu zagadnieniu tyle czasu i energii, co oni sami. Nie, zawarcie jakiegoś układu nie wchodzi w grę. Po prostu nie mamy żadnych kart.

— To znaczy, że musicie wysłać kogoś na każdą z tych planet, by poszukał informacji dotyczącej obcych. Przecież muszą się kontaktować z nimi bezpośrednio, muszą przekazywać informację i wysyłać swoje zabaweczki, takie jak ten fantazyjny robot. Agent może, co prawda zdradzić, ale jeśli będzie ochotnikiem, nie będzie nim kierować chęć zemsty i będzie czuł się bliższy ludziom, a nie jakiejś obcej rasie o nieznanym wyglądzie i strukturze.

— To prawda. Musi być także najlepszym z najlepszych. Kimś, kto nie tylko przeżyje, ale i dostosuje się świetnie do miejscowych warunków, potrafi zebrać dane i przesłać je na zewnątrz. Jak jednak zyskać na czasie, którego tak nam brakuje.

Młody człowiek ponownie się uśmiechnął.

— To łatwe. Przynajmniej łatwo to sformułować, bo samo wykonanie może być prawie że niemożliwe. Należy zabić wszystkich Czterech Władców. Inni, naturalnie, Zajmą ich miejsce, ale tymczasem można zyskać kilka miesięcy, jeśli nie lat.

— Rozumowaliśmy podobnie — przyznał Krega. — I tak też zaprogramowaliśmy komputery. Mistrz wśród detektywów, lojalny, zgłaszający się na ochotnika i posiadający Licencję Skrytobójcy. Potrzeba nam takich czterech i koordynatora, bowiem robota musi być wykonana równocześnie, a nie będzie ani powodu do kontaktu między nimi, ani zresztą takiej możliwości. I dodatkowo, jako zabezpieczenie, potrzebni są ewentualni zmiennicy, gdyby się coś przydarzyło oryginałom. Takie właśnie cechy i wymagania podaliśmy komputerowi i… wypluł nam ciebie.

Młody człowiek roześmiał się bez odrobiny wesołości.

— Nie wątpię. Mnie i kogo jeszcze?

— Nikogo więcej. Tylko ciebie.

Po raz pierwszy od początku tej rozmowy młody człowiek wyglądał na zdziwionego.

— Tylko umie?

— Och, mnóstwo innych, ale nie tak godnych zaufania z różnych powodów, słabszych pod jakimś względem, lub, mówiąc szczerze, zajętych w tej chwili bardzo ważnymi sprawami na drugim końcu Konfederacji.

— Wobec tego macie przed sobą dwa problemy — powiedział młody mężczyzna. — Po pierwsze, musicie wymyślić jak, do diabła, zmusić mnie, żebym się podjął takiego zadania na ochotnika i po drugie, w jaki sposób uzyskacie… — Przerwał i wyprostował się. — Chyba rozumiem.

— Tak też sądziłem. — Głos Kregi zdradzał zadowolenie i pewność siebie. — Jest to prawdopodobnie najpilniej strzeżona tajemnica w całej Konfederacji, ale proces Mertona ukazał się skuteczny. Prawie w stu procentach.

Jego towarzysz skinął w roztargnieniu głową, zajęty własnymi myślami. Zanim awansowano go na inspektora rok wcześniej, zabrano go do jakiegoś wielce skomplikowanego i tajemniczego laboratorium, gdzie został wprowadzony go w dziwny stan hipnotyczny. Do końca nie był pewien, co też właściwie z nim zrobiono, ale ponieważ przez następne trzy dni cierpiał na ból głowy, pobudziło to jego ciekawość. Proces Mertona. Klucz do nieśmiertelności, jak twierdzili poniektórzy. Zajęło im to mnóstwo czasu, żeby choć trochę zbliżyć się do wyjaśnienia tajemnicy i jedyne, co udało mu się w końcu ustalić, to fakt, iż Konfederacja pracuje nad procesem, podczas którego cała pamięć, cała osobowość pojedynczego osobnika, może zostać zapisana, w jakiś sposób zmagazynowana, po czym odciśnięta w innym mózgu, być może nawet mózgu będącym wynikiem klonowania. Dowiedział się również, że za każdym razem kiedy przeprowadzano taki eksperyment, nowa osoba albo popadała w szaleństwo, albo umierała. Powiedział o tym teraz.

— Rzeczywiście tak się zdawało — przyznał Krega — ale to już przeszłość. Mózgi uzyskane w rezultacie klonowania nie były w stanie tego wytrzymać. Hodowane w zbiornikach rozwijały, charakterystyczne tylko dla nich, układy zawiadujące funkcjami autonomicznymi i układy te ulegały rozchwianiu podczas transferu. Mimo to byliśmy jednak w stanie usunąć całą odpowiedzialna ze świadomość część mózgu jakiejś osoby i wstawić ją, tak jak była przedtem umiejscowiona, z powrotem do oryginalnego ciała, przechowując jednocześnie zapis pierwotnej informacji w naszych rejestrach. Prowadziło to, naturalnie, do prób z następnymi ciałami, do usunięcia partii mózgowej, by tak rzec, jakby do zmazania zapisu, po czym do wstawienia w to miejsce osobowości i pamięci kogoś innego. To bardzo delikatna operacja, udaje się tylko od czasu do czasu, jedynie wówczas kiedy dziesiątki czynników, których znaczenia niezbyt dobre rozumiem, wystąpi jednocześnie. Na przykład, nowe ciało musi być dwa lata młodsze od oryginału. Z drugiej strony, niektóre ważne czynniki, takie jak płeć czy planeta urodzenia, wydają się zupełnie nieistotne. Niemniej uzyskujemy doskonały transfer mniej więcej raz na dwadzieścia przypadków.

Młody mężczyzna poruszył się niespokojnie. — A co z pozostałą dziewiętnastką?

Krega wzruszył ramionami.

— Umierają lub popadają w szaleństwo i muszą być likwidowani. Używamy zresztą jedynie osobników aspołecznych, takich których i tak trzeba byłoby poddać obróbce psychicznej, zrobić im pranie mózgu, albo wręcz wyeliminować. Czternaście miesięcy temu, zdjęliśmy matrycę z twojego mózgu — na pewno o tym wiedziałeś. Teraz możemy wykonać cztery egzemplarze twojej szanownej osoby. Ciała byłyby naturalnie różne, ale wnętrze to ty, w najdrobniejszym szczególe. W razie konieczności może was być więcej niż czterech. Możemy wysłać cię na wszystkie cztery planety jednocześnie, razem z rejestrem przestępczym i historią życia. Możemy tam cię wysłać, a mimo to mieć cię tutaj na miejscu, takiego jakim jesteś, wykonującego udanie korelowania danych otrzymanych od tych pozostałych.

Młody mężczyzna nie odezwał się przez pełną minutę, po czym powiedział:

— Niech mnie piorun strzeli.

— Czterokrotnie, a zarazem wcale — odrzekł komandor. — Bo widzisz, nie ma tu najmniejszego ryzyka. My przecież już mamy całkowity zapis twojej matrycy.

Rozważył te słowa.

— Zapewne powinna być zdjęta najnowsza — zauważył. — Niedobrze by się stało, gdyby moje cztery „sobowtóry” obudziły się w drodze na Romb Wardena, bez pamięci ostatnich czternastu miesięcy, żeby nie wspomnieć tej rozmowy, którą właśnie prowadzimy.

Krega skinął głową.

— Masz oczywiście rację. Mój własny zapis jest uaktualniany raz w roku. Nie licząc bólu głowy, jeśli ten proces zadziała za pierwszym razem, będzie działał już zawsze.

— To pocieszające — odpowiedział młody mężczyzna niepewnie, pamiętając, iż raz już poddano go tej operacji bez jego wiedzy i zgody, a słowa komandora jednoznacznie sugerowały, że proces czasami bywał zawodny. Odpychając od siebie te niemile myśli, zapytał: — A w jaki sposób będę otrzymywał te dane, które mam korelować? Zakładając nawet, iż tym czterem kopiom mojej własnej osoby uda się dowiedzieć czegoś ważnego, jak ja się o tym dowiem?

Krega sięgnął do szuflady i wyjął małe pudełko. Otworzył je i podsunął rozmówcy.

— Dzięki temu — powiedział obojętnym głosem.

Młody mężczyzna popatrzył na przedmiot leżący w pudełeczku. „To” okazało się maleńkim paciorkiem zbudowanym z nieznanej substancji, tak drobnym, iż ledwie widocznym gołym okiem, nawet na tle czarnego aksamitu.

— Implantowane urządzenie naprowadzające? — Głos mężczyzny wyrażał sceptycyzm. — A w czym nam ono może pomóc?

Urządzenie takie znane bowiem było każdemu policjantowi; można je było umieścić w którymkolwiek miejscu ciała bez specjalnego zabiegu operacyjnego, a szansa jego wykrycia była bliska zeru. Po implantacji, jego sygnał wskazywał drogę śledzącym — zwyczajne narzędzie policyjne.

— To nie jest żadne urządzenie naprowadzające — powiedział komandor. — Przyznaję, iż w jakiejś mierze jest na nim oparte, ale w jeszcze większym stopniu jest ono produktem ubocznym badań naukowych związanych z procesem Mertona. Wszczepia się je bezpośrednio do konkretnego punktu w mózgu — przykro mi, ale nie znam na tyle biologii, by ci wyjaśnić bliżej. Ty również otrzymasz jedno z tych urządzeń. Działa ono jedynie wówczas, kiedy dwa ciała posiadają taki sam wzór matrycy mózgu; w przeciwnym razie uzyskałbyś jedynie bełkot. Wykorzystując tę część, która oparta jest na urządzeniu naprowadzającym, specjalny odbiornik może odnaleźć noszącego to nasze urządzenie, gdziekolwiek by się znajdował, nastawić się na niego, odbierać i wzmacniać sygnały, po czym przekazywać je do rejestratora Mertona. Ta informacja może posłużyć do wykonania świeżego odbicia nazywanego „miękkim”, które pozwoli partnerowi naszego nadawcy uzyskać zapis tego, co się wydarzyło w czasie zawartym między przebudzeniem nowego ciała a dokonaniem przez nas odczytu. Jest ono miękkie i łagodne, bo jak twierdzą, przypomina obejrzenie całego filmu w jednej chwili. Niemniej jest to zapis wszystkiego co powiedział i zrobił twój odpowiednik. Umieścimy cię na statku wartowniczym, bardzo wygodnym, i będziemy prowadzić w miarę ciągły zapis odbicia „miękkiego”, za pośrednictwem satelitów monitorujących. Dostaniesz więc swoje dane, nie martw się. A jeśli chodzi o tę rzecz tutaj, to jest ona zbudowana z substancji quasi-organicznej, tak że nawet na Lilith, która nienawidzi wszystkiego co obce, będzie funkcjonowała jako część twego ciała. Wiemy to na pewno. Mamy bowiem już tam kilku ludzi z tymi urządzeniami. Oni naturalnie są tego nieświadomi. To tylko test, ale działa bez zarzutu.

Młody mężczyzna pokiwał głową.

— Wygląda na to, że pomyśleliście o wszystkim. — Przerwał. — A co się stanie, jeśli odmówię? Albo formułując to inaczej, co się stanie, jeśli ja się zgodzę, a moi alter ego już na miejscu podejmą decyzję o zerwaniu współpracy?

Uśmiech Kregi miał w sobie coś bardzo nieprzyjemnego.

— Zważ, co ci oferuję. Mamy możliwości, by uczynić cię nieśmiertelnym, jeśli odniesiesz sukces. W takim przypadku, żadna nagroda nie będzie za wysoka. Jesteś ateistą. Wiesz przeto, że jeśli się tam udasz, to już na zawsze chyba że odniesiesz wspomniany sukces. Wówczas i ty i twoi alter ego będziecie istnieć nadal. Będziecie nadal żyć. Sądzę, i to całkiem przekonywający argument.

Młody mężczyzna zamyślił się.

— Zastanawiam się, czy oni podobnie będą widzieli tę sytuację? — wyszeptał do siebie.

Czterech Władców Rombu. Czterech potężnych i inteligentnych mężczyzn, których trzeba zabić. Cztery klucze do tajemnicy, która może oznaczać koniec ludzkiej rany. Pięć problemów, pięć zagadek.

Tak naprawdę, to Krega nie musiał oferować żadnej nagrody. I bez niej, trudno byłoby się oprzeć takiej propozycji.

3

Statek baza miał siedem kilometrów długości. Tkwił w pobliżu układu Wardena, w odległości około ćwierć roku świetlnego od jego słońca. Zaprojektowany jako ruchoma baza, prawie mini — świat, był całkowicie samowystarczalny i gdyby nie uczucie pewnego osamotnienia, służba na nim byłaby wręcz komfortowa.

Z dolnych pokładów startowały statki wartownicze: pojazdy z załogą jednoosobową, lub całkowicie automatyczne, krążące wokół układu Wardena i dostarczające statkowi bazie informacji na temat przestrzeni wokół układu, jak i wewnątrz niego. Wszelki transport towarów z zewnątrz skierowany był wpierw tutaj i dopiero na statku bazie dokonywano przeładunku na automatyczne pojazdy obsługujące transport wewnątrzsystemowy. Nikomu, poza personelem wojskowym, nie wolno było latać poza perymetr wyznaczony przez statki wartownicze, a i im nawet nie wolno było lądować na poszczególnych planetach. Kara za przekroczenie tego zakazu była prosta — pochwycenie winnego, o ile było to możliwe, likwidacja, jeśli schwytanie okazało się niemożliwe. Mając przeciwko sobie automatycznych strażników i załogowe patrole, potencjalny intruz miał szansę umknąć jednemu lub drugiemu, ale pokonanie całej sieci złożonej z kilkuset pojazdów było praktycznie niemożliwe, tym bardziej że musiałby działać przeciwko najlepszym komputerom obrony, jakie znał człowiek.

Z tego też powodu wskazanie Rombu Wardena jako centrum konspiracji z udziałem jakiejś obcej rasy spotkało się z wielce sceptycznym przyjęciem ze strony sił wojskowych, które uważały, iż robot usiłował wyprowadzić je w pole, wskazując fałszywy kierunek.

Komputery analityczne i stratedzy mieli inne zdanie na ten temat. Przynajmniej nie mogli sobie pozwolić na lekceważenie takiej możliwości. Stąd, przybycie na statek bazę bardzo szczególnego gościa. Wszyscy wiedzieli, iż jest kimś wyjątkowym i choć krążyło mnóstwo plotek na temat jego tożsamości, wykonywanych zadań i pełnomocnictw, nikt, włącznie z dowodzącym statkiem admirałem, nie wiedział nic na pewno.

Z człowiekiem tym przybył cały osobny moduł, który został podłączony do statku bazy w miejscu sąsiadującym z sekcją bezpieczeństwa. Tutaj, z dala od pozostałych, tajemniczy gość wykonywał swoje zadania, otoczony przez Strażników, którzy nie mieli najmniejszego pojęcia kin był i co robił — i którym nie wolno było wejść do modułu, tak jak nie było wolno i samemu admirałowi. Zamki zaprogramowane były bowiem na fale mózgowe tajemniczego mężczyzny, na wzór jego siatkówki, na jego strukturę genetyczną i praktycznie na wszystko, co tylko był w stanie wymyślić cierpiący na paranoję wydział bezpieczeństwa. Każdy, kto by usiłował tam wejść zostałby natychmiast zatrzymany i przekazany odpowiednim służbom. Materia nieożywiona byłaby natomiast bez na najmniejszej zwłoki rozpylona na atomy.

I chociaż ów mężczyzna przebywał tam już od kilku miesięcy, nikt nie znał nawet jego imienia. Nie żeby trzymał się całkowicie na uboczu — przeciwnie, brał udział w grach sportowych i innych rozrywkach, jadał posiłki w messie służby bezpieczeństwa, zdarzało mu się nawet jadać kolację i pić wino w towarzystwie kobiet, zarówno wojskowych, jak i cywilnych, najwyraźniej — zaintrygowanych jego tajemniczością. Był sympatyczny, miły w obejściu i w pełni zrelaksowany. Podczas tych wszystkich miesięcy, nie wyjawił żadnego szczegółu na swój temat, nawet tym, z którymi zapoznał się bliżej — chociaż, jak zauważyli funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, miał wyjątkowy talent dowiadywania się o najbardziej intymnych sprawach ludzi, z którymi się spotykał. Podziwiano jego samokontrolę i profesjonalizm i odczuwano przed nim lęk.

Codziennie spędzał kilka godzin w swojej niewielkiej kabinie, będącej zarazem jego sypialnią. Wszyscy zastanawiali się, co też może kryć jej wnętrze, ale nikt nigdy nie odgadł prawdy.


Kiedy wchodził do swego modułu, usłyszał brzęczyk. Po raz pierwszy odczuł podniecenie i ekscytację. Już dawno osiągnął to, co było możliwe, jeśli chodzi o dane fizyczne i od dawna stanowiło to dla niego jedynie nudne i monotonne ćwiczenie. Komputer zapisał wszystko, co mógł, ze śladów pamięci, ale obraz, który mu przedstawił, był zbyt niekompletny i zbyt pełen emocji, by znaczyć cokolwiek. Mając nadzieję, iż tym razem będzie inaczej, skierował się do fotela dowódcy i usiadł w nim. Komputer, wyczuwając jego obecność, opuścił małe sondy, umieścił je wokół jego głowy, zaaplikował mu odmierzoną porcję iniekcji i rozpoczął wczytywanie zapisu głównego.

Przez chwilę unosił się w półhipnotycznej mgle, powoli jednak w jego mózgu poczęły powstawać obrazy, tak jak zdarzało się to już przedtem. Tyle że teraz wydawały się ostrzejsze, wyraźniejsze, bardziej podobne do jego własnych myśli. Środki farmakologiczne i sondy neuronowe wykonały swoje zadanie. Jego własny umysł i osobowość ustąpiły pola, a ich miejsce zajął podobny, a jednak zupełnie inny układ.

— Agent ma się zgłosić na rozkaz — polecił komputer, przesyłając tę komendę głęboko w jego umysł, w umysł, który już nie był jego własnością.

To, co teraz miało nastąpić, a tak przynajmniej twierdzili technicy, to przywołanie całkowitej informacji, pełnej zawartości pamięci jego alter ego znajdującego się na powierzchni planety, informacji, którą jego własny umysł posortuje, poklasyfikuje i zredaguje, czyniąc z niej konkretną całość.

Włączyły się urządzenia rejestrujące.

Mężczyzna w fotelu odchrząknął kilkakrotnie. Minęły przeszło trzy godziny, nim oprócz pomruków i dziwacznych słów czy dźwięków z jego ust zaczęły wydobywać się pierwsze sensowne sylaby, ale komputer był nieskończenie cierpliwy, wiedząc iż umysł mężczyzny odbiera olbrzymie ilości danych i trudzi się wielce z ich sortowaniem i klasyfikowaniem.

W końcu mężczyzna zaczął mówić równo i płynnie.

Загрузка...