3

Przeraźliwy dźwięk alarmu trwał zaledwie kilka sekund, po czym cisza nocy znów otuliła sypialnie… Susan obudziła się i usiadła na łóżku.

Alarm powinien wyć, dopóki by go nie wyłączyła. Była zaskoczona.

Odgarnęła do tyłu gęste, jasne, niemalże świetliste włosy i nasłuchiwała intruza, jeśli taki w ogóle istniał. Wielki dom zbudował przed stu laty jej pradziadek, gdy był jeszcze młody, świeżo po ślubie i dzięki odziedziczonemu bogactwu zamożny. Budynek z cegły, w stylu georgiańskim, był duży i proporcjonalny, miał gzymsy i narożniki z piaskowca, takie same stiuki wokół okien, a także korynckie kolumny, pilastry i balustrady.

Pokoje były ogromne, z pięknymi kominkami i licznymi trójdzielnymi oknami. Podłogi wyłożono marmurem albo drewnem, a następnie otulono perskimi dywanami we wzory i odcienie, które po wielu dziesięcioleciach straciły już ostrość.

W ścianach, niewidoczna i cicha, kryła się instalacja, typowa dla nowoczesnej, kierowanej komputerem posiadłości. Oświetlenie, ogrzewanie, klimatyzacja, monitory, żaluzje w oknach, system audio, temperatura basenu i sali gimnastycznej, sprzęt kuchenny – wszystko można było regulować za pomocą przycisków na tablicach zainstalowanych w każdym pokoju. System nie był tak rozbudowany i zmyślny jak w ogromnym domu założyciela Microsoftu, Billa Gatesa, lecz dorównywał podobnym w przeciętnych domach w tym kraju.

Nasłuchując w ciszy, która wraz z umilknięciem krótkotrwałej syreny rozlała się w nocnej ciemności, Susan sądziła, że nastąpiła awaria komputera. Jednak taki krótki, nagle cichnący alarm nigdy wcześniej się nie zdarzył.

Wysunęła się spod pościeli i usiadła na brzegu łóżka. Była naga, a w powietrzu panował chłód.

– Alfredzie, ciepło – powiedziała.

Natychmiast do jej uszu dotarło ciche „klik" włącznika i przytłumiony pomruk termowentylatora. Monterzy wzbogacili ostatnio system domowy o moduł reagujący na głos. Wciąż wolała obsługiwać większość urządzeń przyciskami, ale czasem wygodnie było posłużyć się ustnym poleceniem

Sama nazwała niewidzialnego, elektronicznego kamerdynera Alfredem. Komputer odpowiadał tylko na te polecenia, które były poprzedzone tym właśnie imieniem.

Alfred.

Był niegdyś w jej życiu pewien Alfred, prawdziwa istota z ciała i krwi.

Zadziwiające, że ochrzciła system tym imieniem, nie zastanawiając się, dlaczego to robi. Dopiero gdy zaczęła korzystać z tej funkcji, uświadomiła sobie całą ironię… i mroczne implikacje nieświadomego wyboru.

Teraz odniosła wrażenie, że w nocnej ciszy jest coś złowieszczego, nienaturalnego – nie była to cisza opuszczonego miejsca, kryła się w niej obecność przyczajonego drapieżnika, bezszelestne skradanie się zbrodniczego intruza.Obróciła się po ciemku w stronę tablicy z przyciskami na nocnym stoliku. Kiedy tylko nacisnęła odpowiedni guzik, ekran wypełnił się miękkim światłem. Widniał na nim cały system domowy pod postacią szeregu ikonek.

Dotknęła obrazka psa z podniesionymi uszami, dzięki czemu uzyskała dostęp do systemu zabezpieczeń. Na ekranie ukazała się lista opcji i Susan dotknęła ramki z napisem „Raport".

Na ekranie pojawiły się słowa: „Dom zabezpieczony".

Marszcząc czoło, Susan dotknęła następnej ramki, oznaczonej hasłem „Obserwacja – na zewnątrz". Dwadzieścia wysokiej jakości kamer, zainstalowanych wokół dziesięcio-akrowego terenu, czekało tylko, by zaprezentować na ekranie widok w różnych punktach: ogrody, trawniki, tarasy, a także dwu i półmetrowy mur otaczający posiadłość.

Teraz ekran podzielił się na ćwiartki, dając obraz tego, co dzieje się w różnych częściach terenu wokół domu. Gdyby dostrzegła coś podejrzanego, mogłaby powiększyć dowolny fragment, aż wypełniłby cały ekran, i przyjrzeć się dokładniej jakiemuś zakątkowi.

Słabe, ogrodowe oświetlenie w zupełności wystarczało do uzyskania ostrego i czystego obrazu nawet najciemniejszych zakamarków. Przejrzała na ekranie to, co zarejestrowały wszystkie kamery, nie dostrzegając niczego niepokojącego. Dodatkowe, ukryte kamery dawały podgląd wnętrza domu. Dzięki nim można było wytropić intruza, gdyby zdołał kiedykolwiek przedostać się do środka.

Rozbudowany system wewnętrznej obserwacji rejestrował także na taśmie wideo, w określonych odstępach czasowych, czynności służby i dużej liczby gości – w tym wielu nieznajomych – którzy zjawiali się na częstych niegdyś spotkaniach organizowanych w celach dobroczynnych. Antyki, dzieła sztuki, kolekcje porcelany, szkła i srebra stanowiły pokusę dla złodziei, a chciwe dusze trafiały się wśród eleganckiego towarzystwa tak samo jak w każdej warstwie społecznej.

Susan przebiegła wzrokiem obraz z wewnętrznych kamer. Wysokiej klasy technologia, wykorzystująca widmo optyczne, zapewniała doskonałą obserwację.

Zredukowała ostatnio personel do minimum – a ci, którzy pozostali, mieli robić porządki i zajmować się utrzymaniem domu tylko w ciągu dnia. W nocy cieszyła się absolutną prywatnością, gdyż na terenie posiadłości nie było nikogo oprócz niej.

W ciągu minionych dwóch lat, od chwili rozwodu z Alexem, nie odbyło się tu żadne przyjęcie dobroczynne ani towarzyskie. Również w następnym roku nie zamierzała niczego organizować. Chciała tylko pozostać sama, cudownie sama, i koncentrować się na swoich zainteresowaniach. Gdyby była ostatnią osobą na ziemi, obsługiwaną wyłącznie przez maszyny, nie czułaby się samotna czy nieszczęśliwa. Miała dosyć bliźnich – przynajmniej na razie.

Pokoje, korytarze i schody stały puste.

Nic się nie poruszało, Cienie były tylko cieniami.

Wyszła z systemu bezpieczeństwa i znów posłużyła się głosem.

– Alfredzie, raport.

– Wszystko w porządku, Susan – odpowiedział dom przez zainstalowane w ścianach głośniki, które obsługiwały jednocześnie sprzęt grający, system zabezpieczeń i domofon.

Komputer był wyposażony w syntezator głosu. Choć system miał ograniczone możliwości, elektroniczny głos brzmiał męskim, budzącym sympatię tembrem i działał uspokajająco.

Susan wyobrażała sobie wysokiego mężczyznę o szerokich ramionach, być może siwiejącego na skroniach, o mocno zarysowanej szczęce, jasnoszarych oczach i uśmiechu, który ogrzewa serce. Przybierał w jej wyobraźni postać Alfreda, którego niegdyś znała- a jednak różnił się od niego, gdyż ten wyimaginowany nigdy by jej nie skrzywdził ani nie zdradził.

– Alfredzie, wyjaśnij alarm – nakazała.

– Wszystko w porządku, Susan. -Do licha, Alfredzie, słyszałam alarm.

Domowy komputer nie odpowiedział. Mógł rozpoznawać setki poleceń i pytań, ale tylko wówczas, gdy miały specyficzną formę. Rozumiał zwrot „wyjaśnij alarm", nie potrafił jednak zinterpretować słów „słyszałam alarm". W końcu nie była to obdarzona świadomością istota, myślący osobnik, lecz jedynie sprawne urządzenie elektroniczne ożywione wyrafinowanym programem. -Alfredzie, wyjaśnij alarm -powtórzyła Susan.

– Wszystko w porządku, Susan.

Wciąż siedząc na brzegu łóżka, w mroku rozjaśnionym jedynie widmowym blaskiem tablicy z przyciskami, Susan nakazała:

– Alfredzie, próba systemu bezpieczeństwa.

Dom, po dziesięciosekundowym wahaniu, odpowiedział:

System bezpieczeństwa działa prawidłowo.

Nie przyśniło mi się – stwierdziła kwaśno. Alfred milczał.

– Alfredzie, jaka jest temperatura w pokoju?

Dwadzieścia dwa stopnie, Susan.

Alfredzie, utrzymaj Jana tym samym poziomie.

Tak, Susan. -Alfredzie, wyjaśnij alarm.

Wszystko w porządku, Susan.

Cholera – stwierdziła.

Choć umiejętność posługiwania się przez komputer głosem stanowiła dla właściciela domu pewną wygodę, jego ograniczone możliwości w rozpoznawaniu poleceń i syntezowaniu odpowiedzi bywały frustrujące. W takich chwilach nie wydawał się niczym więcej jak tylko gadżetem, zaprojektowanym wyłącznie na użytek wielbicieli tego typu urządzeń, po prostu kosztowną zabawką. Susan zastanawiała się, czy wyposażyła domowy komputer w tę funkcję tylko dlatego, by podświadomie czerpać przyjemność z wydawania rozkazów komuś o imieniu Alfred – i z jego posłuszeństwa.

Jeśli naprawdę tak było, to co powinna sądzić o swoim zdrowiu psychicznym? Nie chciała się nad tym zastanawiać.

Siedziała naga w ciemności.

Była taka piękna.

Była taka piękna.

Była taka piękna w ciemności, na brzegu łóżka, samotna i nieświadoma tego, jak bardzo jej życie wkrótce miało się zmienić.

– Alfredzie, zapal światło -powiedziała.

Sypialnia powoli wyłaniała się z mroku, niczym spatynowany rysunek, który wygrawerowano na srebrnej tacy. Otulał ją jedynie miękki, nastrojowy blask żarówek w narożnikach sufitu i przygaszonych lamp na nocnym stoliku.

Gdyby poleciła Alfredowi zwiększyć natężenie światła, zrobiłby, co trzeba. Nie poprosiła jednak o to.

Jak zawsze, najlepiej czuła się w lekko rozproszonym mroku. Nawet podczas wiosennego dnia, pełnego śpiewu ptaków i niesionego wiatrem zapachu koniczyny, gdy blask słońca przypominał deszcz złotych monet, a wkoło pyszniła się rajska przyroda, wolała przebywać w cieniu.

Wstała, zgrabna jak nastolatka, gibka, kształtna, zjawiskowa. Bladosrebrne światło, napotkawszy jej ciało, przybrało złoty odcień, a jej gładka skóra wydawała się promieniować, jakby płonął w niej wewnętrzny ogień.

Kiedy Susan przebywała w sypialni, kamera tam zainstalowana nie działała, by nic nie naruszało jej prywatności. Wyłączyła ją wcześniej, kiedy się kładła. A jednak czuła się… obserwowana.

Spojrzała w stronę kąta, gdzie znajdował się obiektyw kamery, dyskretnie umieszczony pod sufitem. Z trudem dostrzegała ciemne szklane oko.

Zakryła dłońmi piersi, jakby zawstydzona.

Była taka piękna.

Była taka piękna.

Była taka piękna w tym przyćmionym świetle, kiedy stała obok antycznego łóżka, na którym zmięta pościel wciąż była ciepła od jej ciała, a wełniana narzuta wciąż przepojona jej zapachem.

Była taka piękna.

Alfredzie, wyjaśnij stan kamery w sypialni.

Kamera wyłączona – odpowiedział natychmiast dom.

Susan wciąż jednak wpatrywała się ze zmarszczonym czołem w obiektyw.

Taka piękna.

Taka rzeczywista.

Taka… Susan.

Wrażenie, że jest obserwowana, minęło.

Opuściła dłonie.

Podeszła do najbliższego okna i powiedziała:

– Alfredzie, podnieś żaluzje antywłamaniowe.

Mechaniczne, stalowe żaluzje po wewnętrznej stronie wysokich okien podjechały z warkotem do góry, przesuwając się po szynach wpuszczonych w boczne framugi, po czym zniknęły w specjalnych szczelinach nad szybą.

Pomijając względy bezpieczeństwa, żaluzje dawały ochronę przed światłem z zewnątrz. Teraz, gdy były uniesione, matowy blask księżyca przedzierał się przez liście palm i pokrywał ciało Susan cętkami.

Z okna na piętrze rozciągał się widok na basen. Woda była ciemna jak olej, a na jej pomarszczonej powierzchni odbijało się, tworząc nieregularne wzory, światło księżyca. Wyłożony cegłą taras otaczała balustrada. Dalej widniały czarne trawniki, majaczące w ciemności palmy i indiańskie wawrzyny, nieruchome w bezwietrznej nocy. Kiedy tak patrzyła przez okno, cały teren wydawał się równie spokojny i opustoszały jak wówczas, gdy obserwowała go przez obiektywy kamer.

Alarm był fałszywy. A może obudził się jakiś dźwięk we śnie, którego nie zapamiętała? Ruszyła z powrotem w stronę łóżka, ale po chwili zmieniła zamiar i wyszła z pokoju. Podczas niejednej nocy budziła się z mgliście zapamiętanych snów, lepka od potu, ze ściśniętym żołądkiem. Serce biło jej jednak powolnym rytmem, jakby była pogrążona w głębokiej medytacji. Krążyła czasem aż do świtu, niespokojna niczym kot w klatce.

Teraz, bosa i obnażona, penetrowała dom. Była w swych ruchach zwiewna jak blask księżyca, wiotka i giętka – bogini Diana, łowczyni i obrończyni, wcielenie wdzięku. Susan. Jak zanotowała w swoim pamiętniku, w którym zapisywała coś każdego wieczoru, od czasu rozwodu z Alexem Harrisem czuła się wyzwolona. Po raz pierwszy w ciągu trzydziestu czterech lat życia uważała, że wreszcie sprawuje kontrolę nad swoim losem.

Nikogo teraz nie potrzebowała. Wreszcie uwierzyła w siebie. Po tylu latach nieśmiałości, zwątpienia i niezaspokojonej potrzeby akceptacji, zerwała ciężkie, krępujące łańcuchy przeszłości. Śmiało przywoływała straszne wspomnienia, które wcześniej tłumiła, i znajdowała w tej konfrontacji odkupienie.

Gdzieś w głębi duszy wyczuwała wspaniałą dzikość, którą tak zaciekle pragnęła odkryć: wspomnienie dziecka, którym nigdy nie pozwolono jej być, coś, co niemal trzydzieści lat wcześniej zostało, jak sądziła, w niej zabite. Jej nagość była niewinna – gest dziecka, które łamie zasady wyłącznie dla zabawy, próba dotarcia do owych głęboko skrywanych, pierwotnych, niegdyś zniszczonych pokładów, by stać się w pełni sobą.

Gdy wędrowała po wielkim domu, pokoje wyłaniały się kolejno z mroku. Światło było przyćmione, jednak na tyle jasne, by mogła poruszać się bez przeszkód.

Kiedy dotarła do kuchni, wyjęła z zamrażarki lody i zjadła je stojąc przy zlewie, tak aby spłukać wszelkie okruszki czy krople i nie pozostawić kompromitujących dowodów. Jakby na górze spali dorośli, a ona przekradła się na dół, by w tajemnicy trochę połasować.

Jakże była słodka. Jakże dziewczęca. I o wiele bardziej bezbronna, niż przypuszczała.

Wędrując po przepastnym domu, mijała lustra. Czasem odwracała się od nich ze wstydem, nagle przestraszona widokiem swojej nagości.

Lecz potem, w łagodnie oświetlonym przedpokoju, nie zwracając uwagi na chłód, przenikający od zimnego marmuru podłogi ułożonego w carreaux d 'octogones, zatrzymała się przed zwierciadłem wielkości dorosłego człowieka, obramowanym pozłacanymi liśćmi akantu o zawiłym wzorze. Jej odbicie przypominało wysublimowany obraz namalowany przez któregoś z dawnych mistrzów.

Przyglądając się sobie, nie mogła wyjść ze zdumienia, że jej przeżycia nie pozostawiły widocznych blizn na ciele. Tak długo wierzyła, że każdy, kto na nią spojrzy, od razu dostrzeże rany, zepsucie, plamy wstydu na twarzy, popiół winy w niebieskoszarych oczach… Ale wyglądała tak niewinnie!

W ciągu minionego roku uświadomiła sobie, że nie ponosi odpowiedzialności za to, co się stało – że jest ofiarą, nie sprawcą. Nie musiała już czuć do siebie nienawiści.

Przepełniona cichą radością, odwróciła się od lustra, weszła na schody i wróciła do sypialni. Stalowe żaluzje były spuszczone, odcinając dostęp do okien. Kiedy wychodziła, były podniesione.

Alfredzie, co z żaluzjami w sypialni? -Żaluzje spuszczone, Susan.

Tak, ale jakim cudem znalazły się w tym położeniu?

Dom nie odpowiedział. Pytanie przekraczało możliwości urządzenia sterującego.

– Kiedy wychodziłam, były podniesione – stwierdziła.

Biedny Alfred, zwykła tępa maszyna, posiadał świadomość w stopniu nie większym od tostera, i ponieważ te zwroty nie znajdowały się w programie pozwalającym rozpoznawać polecenia, jej słowa miały dla niego tyle sensu co chińszczyzna.

– Alfredzie, podnieś żaluzje w sypialni. Żaluzje zaczęły natychmiast podjeżdżać do góry. Odczekała, aż dojechały do połowy okna, po czym nakazała: -Alfredzie, opuść żaluzje w sypialni. Stalowe listwy przestały sunąć do góry, a potem ruszyły w dół, aż w końcu zatrzymały się z trzaskiem tuż nad parapetem. Susan przez dłuższą chwilę stała nieruchomo, patrząc w zamyśleniu na zabezpieczone okna.

W końcu wróciła do łóżka. Wślizgnęła się pod kołdrę i podciągnęła ją pod samą brodę.

– Alfredzie, zgaś światło. Zapadła ciemność.

Leżała na plecach z otwartymi oczami, pogrążona w mroku. Wokół rozlała się głęboka, nieprzenikniona cisza, zakłócona tylko jej oddechem i biciem serca.

– Alfredzie, przeprowadź całościową diagnostykę systemu elektroniczne go – powiedziała w końcu.

Komputer znajdujący się w piwnicy skontrolował samego siebie i wszystkie podsystemy mechaniczne, z którymi współpracował – tak jak został do tego zaprogramowany -poszukując jakiegokolwiek śladu awarii.

Po około dwóch minutach Alfred odpowiedział:

Wszystko w porządku, Susan.

Wszystko w porządku, wszystko w porządku – wyszeptała z nutą zniecierpliwienia w głosie. Choć niepokój przestał ją dręczyć, nie mogła zasnąć. Nie dawało jej spokoju dziwaczne przeczucie, że wkrótce, może już za chwilę, wydarzy się coś ważnego. Coś sunęło, spadało albo wirowało ku niej, przedzierając się przez ciemność. Niektórzy ludzie twierdzą, że w nocy tuż przed trzęsieniem ziemi budzili się pozbawieni tchu, niespokojnie czegoś oczekując. Od razu przytomni, uświadamiali sobie spętaną moc kryjącą się w ziemi, ciśnienie szukające ujścia.

Susan odczuwała coś podobnego, choć owo bliskie wydarzenie nie miało być wstrząsem skorupy ziemskiej; wyczuwała, że to będzie coś znacznie dziwniejszego.

Od czasu do czasu jej spojrzenie wędrowało ku górnemu narożnikowi sypialni, gdzie zainstalowano obiektyw kamery. Przy zgaszonym świetle nie mogła jednak dojrzeć szklanego oka. Nie wiedziała, dlaczego właśnie kamera miałaby ją niepokoić. Była przecież wyłączona. A nawet jeśli wbrew jej instrukcjom rejestrowała wnętrze sypialni, to i tak tylko ona miała dostęp do taśm.

A jednak nieokreślone podejrzenie nie dawało jej spokoju. Nie potrafiła zidentyfikować źródła niebezpieczeństwa, które zdawało się czaić gdzieś w pobliżu. Tajemnicza natura owego przeczucia napawała ją niepokojem. W końcu jednak powieki zaczęły jej ciążyć i zamknęła oczy. Jej twarz na poduszce, otoczona aureolą splątanych, jasnych włosów, była cudowna, cudowna i pełna błogości, gdyż Susan spała snem wolnym od koszmarów – zaczarowana śpiąca królewna, która czeka, aż obudzi ją pocałunkiem jakiś książę. Była piękna w tej ciemności.

Po chwili, wzdychając i mrucząc, przekręciła się na bok i podciągnęła kolana, zwijając się w kłębek.

Księżyc za oknami już zaszedł.

Czarna woda w basenie odbijała teraz tylko przyćmione, zimne światło gwiazd.

Susan pogrążała się w głębokim śnie. Dom czuwał nad jej spokojem.

Загрузка...