ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY

Mały wahadłowiec pasażerski Dendarian nie pozostawał w tyle za dużym desantowcem barona Fella; przybyli do Kliniki Durony niemal równocześnie. Wahadłowiec Domu Dynę, należący tymczasowo do CesBezu, czekał dyskretnie po drugiej stronie ulicy niedaleko wejścia, tuż przy małym parku. Po prostu czekał.

Kiedy krążyli, szukając dogodnego miejsca do lądowania, Miles zagadnął Quinn, zajmującą fotel pilota:

— Elli, gdybyśmy lecieli gdzieś razem, lotniakiem albo autolotem, i nagle rozkazałbym ci rozbić maszynę, zrobiłabyś to?

— Teraz? — spytała zaskoczona. Wahadłowcem szarpnęło.

— Nie! Nie teraz. Teoretycznie. Posłuchałabyś, nie zadając żadnych pytań?

— No, przypuszczam, że tak. Ale potem zapytałabym. Prawdopodobnie zaciskając ci ręce na szyi.

— Tak myślałem. — Miles zadowolony rozparł się w fotelu.

Spotkali się z baronem Fellem przed głównym wejściem, gdzie wartownicy przygotowali się do otwarcia portalu w osłonie siłowej. Fell zmarszczył brwi na widok trojga Dendarian w półpancerzach — Quinn, Bela i Taury — którzy podążali śladem Milesa ubranego w swój szary strój.

— To mój teren — zauważył Fell. Jego dwaj ludzie w zielonych mundurach zmierzyli ich nieprzychylnym spojrzeniem.

— A to moja ochrona — odparł Miles — której obecność jest w pełni uzasadniona, co udowodniłem. Zdarza się, że pański ekran siłowy nie zawsze działa sprawnie.

— Zajęliśmy się już tą osobą — rzekł ponuro Fell. — To się więcej nie powtórzy.

— Mimo wszystko. — By wyrazić gotowość do ustępstw, Miles wskazał kciukiem wahadłowiec opodal parku. — Reszta moich przyjaciół może zaczekać na zewnątrz.

Fell zmarszczył brwi w namyśle.

— Dobrze — powiedział w końcu. Weszli za nim do środka. Powitał ich Hawk, kłaniając się baronowi, po czym oficjalnie poprowadził ich przez kilka rur windowych do apartamentu Lilly Durony na ostatnim piętrze.

Wynurzając się zza chromowanej balustrady, Miles pomyślał, że najodpowiedniejszym określeniem na opisanie tego, co ujrzał, jest „żywy obraz”. Ustawiony z perfekcyjną dbałością o szczegóły.

Centralną postacią był Mark, który wygodnie siedział w fotelu Lilly Durony, z obandażowaną nogą wspartą na jedwabnej poduszce, spoczywającej na niskim okrągłym stoliku. Wokół niego stały Durony. Po prawicy Marka stała sama Lilly, z dłonią na wyściełanym oparciu i zadumą malującą się na twarzy, spoglądając dobrotliwie na czubek głowy Marka. Siwe włosy miała dziś zaplecione w kunsztowną fryzurę, która zdobiła jej skronie niczym korona. Hawk zajął miejsce po lewej stronie Marka. Wokół nich skupiły się z respektem doktor Chrys, doktor Poppy i doktor Rosę. Doktor Chrys trzymała przy nodze sporą gaśnicę. Rowan nie było. Okno w pokoju zostało naprawione.

Pośrodku stołu znajdował się przezroczysty pojemnik chłodniczy. W środku spoczywała odcięta dłoń z dużym srebrnym pierścieniem ozdobionym kwadratowym kamieniem, który wyglądał na onyks.

Wygląd Marka zaskoczył Milesa. Przygotował się psychicznie na oglądanie potwornych skutków najwymyślniejszych tortur, tymczasem ciało Marka od stóp do głów okrywał szary strój, taki sam jak jego. O przejściach ostatnich pięciu dni zdawały się świadczyć jedynie sińce na twarzy oraz bandaż na nodze. Ale jego twarz i całe ciało było dziwnie i niezdrowo opuchnięte, a brzuch przybrał szokujące rozmiary. Mark wyglądał na znacznie tęższego niż tamta postać w dendariańskim mundurze, którą Miles widział zaledwie przed kilkoma dniami, i o niebo tęższego niż jego prawie sobowtór, którego cztery miesiące temu próbował ratować po ataku na żłobek klonów. U kogoś innego, na przykład barona Fella, taka otyłość raczej by go nie raziła, ale Mark… czy tak pewnego dnia może wyglądać Miles, jeśli zwolni tempo życia? Zapragnął nagle uroczyście sobie przyrzec, że nie będzie jadł deserów. Elli gapiła się na niego zupełnie otwarcie, z nieukrywaną zgrozą i wstrętem.

Mark uśmiechał się. Pod jego prawą dłonią leżał jakiś zdalny sterownik. Palec wskazujący naciskał guzik.

Baron Fell dostrzegł pojemnik z ręką i ruszył w jego stronę, krzycząc:

— Aach!

— Stać — rzucił krótko Mark.

Baron zatrzymał się i spojrzał na niego z ukosa.

— Tak? — rzekł nieufnie.

— Przedmiot wzbudzający takie pana zainteresowanie leży w pojemniku, pod którym znajduje się mały granat termiczny. Zdalnie odpalany — uniósł dłoń z pilotem — za pomocą tego włącznika, który zdetonuje ładunek, gdy zwolnię przycisk. Jest jeszcze drugi włącznik, zwykły, w rękach innej osoby znajdującej się poza tym pomieszczeniem. Jeśli mnie pan ogłuszy albo się na mnie rzuci, granat wybuchnie. Przestraszy mnie pan, a może mi się ześliznąć ręka. Zmęczy mnie pan, a palce odmówią mi posłuszeństwa. Mogę się też zdenerwować i zwolnić przycisk dla kawału.

— Skoro tak to wszystko zorganizowałeś — powiedział wolno Fell — domyślam się, że już wiesz, co masz w swoich rękach. Ale nie wierzę w twoje groźby. To blef.

— Niech pan nie wystawia na próbę mojej cierpliwości — odparł nadal z uśmiechem Mark. — Po pięciu dniach korzystania z gościnności pańskiego przyrodniego brata naprawdę nie jestem przyjaźnie nastawiony do świata. Zawartość tego pojemnika jest cenna dla pana. Dla mnie nie. Jednak… — nabrał powietrza — ma pan coś, co jest cenne dla mnie. Baronie, spróbujmy zawrzeć Umowę.

Fell przygryzł wargę, wpatrując się w błyszczące oczy Marka.

— Słucham — powiedział w końcu.

Mark skinął głową. Kilka Duron pobiegło po krzesła dla barona Fella i Milesa; ochrona stanęła wokół nich. Strażnicy Fella spoglądali to na pojemnik, to na swojego pana, a ich miny świadczyły o tym, że intensywnie myślą. Natomiast Dendarianie przyglądali się strażnikom w zielonych mundurach. Fell zasiadł z lekkim uśmiechem i skupiony, przyjmując oficjalną pozę.

— Herbaty? — zapytała Lilly.

— Dziękuję — odrzekł baron.

Dwoje dzieci na jej znak wybiegło z pokoju. Rozpoczęto rytuał. Miles usiadł ostrożnie, mocno zaciskając zęby. Nikt nie raczył go poinformować, co się właściwie tutaj dzieje. Główną rolę w tym przedstawieniu grał najwyraźniej Mark. Ale Miles nie miał pewności, czy Mark jest w tym momencie przy zdrowych zmysłach. Owszem, wydawał się sprytny, lecz nie przy zdrowych zmysłach. Baron Fell spoglądał na samozwańczego gospodarza, jakby doszedł do podobnego wniosku.

Obydwaj przeciwnicy czekali w milczeniu na herbatę, oceniając się nawzajem. Chłopiec wniósł tacę i postawił ją obok strasznego pojemnika. Dziewczynka nalała najwykwintniejszą herbatę Lilly — importowaną Japan Green — tylko do dwóch filiżanek, dla Marka i barona, a następnie podsunęła im herbatniki.

— Nie — powiedział z obrzydzeniem Mark, mając na myśli ciastka. — Dziękuję.

Baron wziął dwa ciastka i skubnął jedno. Mark zaczął unosić herbatę do ust lewą ręką, która jednak za bardzo drżała. Odstawił filiżankę ze spodkiem na poręcz fotela, zanim zdążył się oparzyć. Dziewczynka podeszła do niego bezszelestnie i uniosła filiżankę; wypił łyk, dziękując jej ruchem głowy, a ona przycupnęła przy nim, by służyć mu na każde skinienie. Jest o wiele bardziej poturbowany, niż stara się pokazać, pomyślał nagle Miles, czując chłód w żołądku. Baron spojrzał na drżącą rękę Marka, potem z powątpiewaniem na własną i poprawił się niespokojnie na krześle.

— Baronie Fell — rzekł Mark. — Zgodzi się pan chyba ze mną, że najważniejszy jest teraz czas. Czy mogę zacząć?

— Proszę.

— W tym pojemniku — Mark wskazał głową odciętą rękę — spoczywa klucz do Domu Ryoval. Należący do Ry Ryovala tajemny pierścień dekodujący. — Mark wydał z siebie głośny rechot, lecz zaraz urwał i dał znak dziewczynce, by znów podała mu herbatę. Odzyskawszy panowanie nad głosem, ciągnął:

— W krysztale pierścienia tkwią wszystkie prywatne klucze szyfrowe nieżyjącego barona Ryovala. Trzeba tu wspomnieć, że Dom Ryoval miał specyficzną strukturę administracyjną. Określenie, że Ry Ryoval miał paranoję na punkcie kontroli nad wszystkim, byłoby o wiele za łagodne. Ale Ryoval nie żyje i pozostawił swych podwładnych rozproszonych w wielu różnych miejscach bez instrukcji, do których przywykli. Kiedy dojdą do nich pogłoski o jego śmierci, kto wie, co zrobią? Sam pan widział przykład.

— Za dzień, może dwa, zlecą się sępy, żeby rozszarpać padlinę Domu Ryoval. Posiadanie pierścienia stwarza nadzwyczaj korzystną sytuacją prawną, choć tutaj nie obowiązuje żadne prawo. Sam Dom Bharaputra ma swoje udziały w towarach Domu Ryoval. Na pewno może pan wymienić jeszcze innych, baronie.

Fell skinął głową.

— Ale ktoś, kto dziś będzie miał w ręku klucze szyfrowe Ryovala, może zyskać ogromną przewagę — ciągnął Mark. — Zwłaszcza gdyby dysponował wystarczającą liczbą ludzi. Nie marnując czasu na żmudne łamanie jeden po drugim kodów Ryovala, mógłby od razu przejąć kontrolę nad większością środków obrotowych Domu Ryoval, w całości zamiast po kawałku. Jeśli na poparcie zasadności roszczeń dodać argument pokrewieństwa, o którym wszystkim wiadomo, sądzę, że konkurenci zostaliby skutecznie zniechęceni do kosztownej konfrontacji.

— Pierścień mojego przyrodniego brata nie należy do ciebie, żebyś mógł nim handlować — zauważył chłodno Fell.

— Ależ tak — odrzekł Mark. — Zdobyłem go. Mam go w ręku. Mogę go zniszczyć. Poza tym — oblizał wargi; dziewczynka znów uniosła mu do ust filiżankę — zapłaciłem za niego. Gdyby nie ja, nie otrzymałby pan tej niepowtarzalnej okazji, a innej nie będzie.

Baron niedostrzegalnie skinął głową.

— Mów dalej.

— Jak określiłby pan wartość Grupy Durony w stosunku do środków obrotowych Domu Ryoval? Proporcjonalnie.

Baron zmarszczył brwi.

— Jeden do dwudziestu. Może jeden do trzydziestu. Dom Ryoval ma znacznie więcej nieruchomości. Trudniej ocenić majątek, hm, intelektualny. Grupa zajmuje się różnymi zadaniami z dziedziny biologii.

— Odłóżmy na bok kwestię nieruchomości. Dom Ryoval jest nieporównanie więcej wart. Budynki, bunkry, technicy, niewolnicy. Długa lista klientów. Chirurdzy. Genetycy.

— Nie można zaprzeczyć.

— Dobrze. Proponuję transakcję. Dostanie pan Dom Ryoval w zamian za Grupę Durony plus bon kredytowy na kwotę odpowiadającą wartości dziesięciu procent środków Domu Ryoval.

— Dziesięć procent. Prowizja pośrednika — powiedział Fell, spoglądając na Lilly, która uśmiechnęła się bez słowa.

— Wyłącznie prowizja pośrednika — przytaknął Mark. — Niewiele w porównaniu z tym, co by pan stracił, nie mając kluczy Ry Ryovala. A byłoby to co najmniej dwa razy więcej.

— Co byś zrobił z tymi paniami, gdybyś je dostał, Marku?

— Co zechcę. Co dusza zapragnie, by tak rzec.

— Nie myślisz o tym, by samemu zacząć tu robić interesy? Zostać baronem Markiem?

Milesowi skóra ścierpła na myśl o tym.

— Nie. — Mark westchnął. — Chcę wrócić do domu. Moja dusza tego pragnie. Grupa Durony… sama będzie wiedziała, co jest dla niej najlepsze. Pozwoli im pan odejść wolno i nie będzie ich pan ścigał, a one udadzą się, gdzie zapragną. Wspominałaś o Escobarze, Lilly? — Uniósł na nią wzrok i Lilly w odpowiedzi uśmiechnęła się, kiwając niedostrzegalnie głową.

— Dziwne — mruknął Fell. — Mam wrażenie, że oszalałeś.

— Och, baronie, nie ma pan pojęcia… — Z ust Marka wyrwał się zagadkowy chichot. Jeśli grał, był to najlepszy przykład sztuki aktorskiej, jaki Miles widział w życiu, nie wyłączając jego własnych najbardziej brawurowych wyczynów.

Baron założył ręce, odchylając się do tyłu. Jego twarz zastygła w kamienną maskę. Czy zdecyduje się zaatakować ich z zaskoczenia? Miles zaczął gorączkowo szacować układ sił w przypadku nagłej strzelaniny, Dendarianie na miejscu, CesBez na orbicie, on i Mark w niebezpieczeństwie, nagle jasny płomień u wylotu lufy… — Boże, ale pasztet…

— Dziesięć procent — rzekł w końcu baron — minus wartość Grupy Durony.

— Kto oceni majątek intelektualny, baronie?

— Ja. Poza tym wyjadą natychmiast. Cały majątek, notatki, kartoteki i dokumentacja prowadzonych obecnie eksperymentów mają zostać na miejscu.

Mark zerknął na Lilly; pochyliła się, by szepnąć mu coś do ucha.

— Grupa Durony otrzyma prawo skopiowania całej dokumentacji technicznej. I zabrania wszystkich rzeczy osobistych, takich jak ubrania i książki.

Baron zamyślił się, utkwiwszy wzrok w suficie.

— Mogą zabrać tyle, ile zdołają unieść. Nie więcej. I nie mogą kopiować dokumentacji technicznej. Ich konto kredytowe nadal będzie należało do mnie, tak jak dotychczas.

Lilly ściągnęła brwi; znów przez chwilę naradzała się z Markiem szeptem. Machnęła ręką, jak gdyby nie zgodziła się z jakąś uwagą, potem wskazała w górę, w stronę orbity. W końcu skinęła głową.

— Baronie Fell. — Mark głęboko nabrał powietrza. — Umowa zawarta.

— Umowa zawarta — potwierdził Fell, przyglądając mu się z nieznacznym uśmiechem.

— Przybijam — odrzekł Mark. Parsknął krótkim śmiechem, odwrócił sterownik granatu i przekręcił jakąś gałkę na spodzie. Odłożył go z powrotem na oparcie fotela, potrząsając drżącą dłonią.

Fell przeciągnął się na krześle wyraźnie odprężony. Strażnicy też się uspokoili. Miles omal nie zsunął się bezwładnie z krzesła. Do licha, co myśmy zrobili? Na znak dany przez Lilly wszystkie Durony rozbiegły się w różnych kierunkach.

— Robienie interesów z tobą, Marku, jest arcyciekawym doświadczeniem. — Fell wstał. — Nie wiem, które miejsce uważasz za swój dom, ale jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował zajęcia, zapraszam do siebie. Chętnie skorzystałbym z pomocy takiego pośrednika w swoich sprawach galaktycznych. Twoje wyczucie czasu jest… złośliwe i eleganckie zarazem.

— Dziękuję, baronie. — Mark skinął głową. — Będę pamiętał, w razie gdyby nie udały się moje plany.

— Twojego brata też zapraszam — dodał po namyśle Fell. — Oczywiście, jeśli w pełni wróci do zdrowia. Moim ludziom przydałby się aktywniejszy dowódca.

Miles odchrząknął.

— Potrzeby Domu Fell mają raczej charakter obronny. Wolę bardziej ofensywne zadania, jakie otrzymują Dendarianie — rzekł.

— Być może w niedalekiej przyszłości może nas czekać zadanie związane z atakiem — odparł Fell zapatrzony gdzieś daleko.

— Myśli pan o podbiciu świata? — spytał Miles. — O cesarstwie Fella?

— Przejęcie Domu Ryoval postawi Dom Fell w trudnej sytuacji pewnego braku równowagi — oświadczył Fell. — Nie będzie warto prowadzić polityki nieograniczonej ekspansji, zwalczając jednocześnie przez następne pięćdziesiąt lat opozycję, która niewątpliwie się narodzi. Gdyby ktoś jednak miał żyć jeszcze z pięćdziesiąt lat, chyba udałoby się znaleźć ciekawą pracę dla zdolnego oficera… — Spoglądając na Milesa, Fell pytająco uniósł brew.

— Nie, dziękuję. — I życzę wam pociechy z siebie nawzajem.

Mark posłał Milesowi spod półprzymkniętych powiek kocie, lekko rozbawione spojrzenie.

Ależ Mark wybrał niezwykłe rozwiązanie, pomyślał Miles. Co za Umowa. Czy jako Jacksończyk demonstracyjnie zlekceważył zasady, w jakich go wychowano, i przeszedł na stronę dobra, buntując się przeciw powszechnej korupcji? Na to wyglądało. Chyba mój brat jest w większym stopniu Jacksończykiem, niż mu się wydaje. W głowie się nie mieści.

Na znak Fella człowiek z jego obstawy ostrożnie uniósł przezroczysty pojemnik. Fell odwrócił się do Lilly.

— Cóż, starsza siostro. Miałaś ciekawe życie.

— Jeszcze żyję. — Lilly się uśmiechnęła.

— Na razie.

— Mnie wystarczy, zachłanny chłopcze. A więc to koniec naszej drogi. Ostatni pakt krwi. Kto mógłby to sobie wyobrażać wiele lat temu, kiedy wychodziliśmy razem z bagna Ryovala?

— Ja nie — odrzekł Fell. Uścisnęli się. — Żegnaj, Lilly.

— Żegnaj, Georie.

Fell ponownie zwrócił się do Marka.

— Umowa to Umowa, zawarłem ją w imieniu Domu. A ode mnie, przez wzgląd na dawne czasy… — Wyciągnął do niego masywną dłoń. — Czy mogę uścisnąć pańską dłoń?

Mark posiał mu zaskoczone i podejrzliwe spojrzenie; jednak Lilly lekko skinęła głową. Jego dłoń utonęła w łapie barona.

— Dziękuję — powiedział szczerze Georish Stauber. Dał znak strażnikom, po czym w ich towarzystwie zniknął w głębi rury windowej.

— Sądzisz, że ta Umowa długo pozostanie w mocy? — zapytał Mark Lilly słabym głosem, w którym pobrzmiewała troska.

— Wystarczająco długo. Przez następne kilka dni Georish będzie bardzo zajęty swoim nowym nabytkiem. Na początek zaangażuje w to wszystkie swoje środki. Czy będzie żałował? Później tak. Czy będzie się chciał na nas zemścić? Nie. Tyle wystarczy. Więcej nam nie potrzeba. — Czule pogładziła jego włosy. — Teraz odpocznij. Napij się jeszcze herbaty. Przez pewien czas będziemy bardzo zajęci. — Odwróciła się, by zwołać wszystkie młode Durony. — Robin, Violet! Chodźcie prędko… — Popędziła dzieci w głąb swego apartamentu.

Mark zgarbił się, wyglądał na bardzo zmęczonego. Skrzywił się, spoglądając z roztargnieniem na filiżankę, przełożył ją do prawej dłoni i lekko zakręcił, po czym pociągnął łyk.

Elli dotknęła hełmu, posłuchała chwilę i wybuchnęła krótkim, szyderczym śmiechem.

— Na linii jest dowódca CesBezu ze Stacji HargravesDyne. Mówi, że przybyły posiłki i pyta, gdzie je ma przysłać.

Miles i Mark spojrzeli po sobie. Miles nie wiedział, o czym myśli Mark, bo jemu do głowy przychodziły same wulgarne odpowiedzi.

— Do domu — rzekł wreszcie Mark. — I niech nas przy okazji zabiorą.

— Muszę wracać do floty Dendarian — wtrącił pospiesznie Miles. — Hm… gdzie oni są, Elli?

— W drodze z Illyriki na umówione miejsce zbiórki niedaleko Escobaru, ale nie dołączysz do nich, admirale, dopóki lekarze CesBezu nie dopuszczą cię do służby czynnej — powiedziała stanowczo. — Z flotą wszystko w porządku, z tobą nie. Illyan urwałby mi głowę, gdybym wysłała cię gdziekolwiek indziej niż do domu. Poza tym twój ojciec…

— Co z moim ojcem? — zapytał Miles. Elena zaczęła coś mówić; serce ścisnęło mu lodowate przerażenie. Oczyma wyobraźni ujrzał kalejdoskopowe wizje zamachów, śmiertelnych chorób i spisków politycznych. Nie wspominając o wypadkach autolotów.

— Gdy byłem na Barrayarze, przeszedł poważny atak serca — powiedział Mark. — Leży przykuty do łóżka w CSW, czekając na przeszczep. Teraz pewnie przeprowadzają operację.

— Byłeś tam? — Coś ty mu zrobił? Miles miał wrażenie, jak gdyby nagle odwróciły się w nim bieguny magnetyczne. — Muszę się dostać do domu!

— Właśnie to powiedziałem — rzekł ze znużeniem Mark. — Jak sądzisz, po co przejechaliśmy taki kawał drogi, jeśli nie po to, żeby cię zabrać do domu? Nie zamierzaliśmy spędzić urlopu w uroczym sanatorium Ry Ryovala. Matka uważa mnie za następnego dziedzica Vorkosiganów. Z Barrayarem jakoś sobie daję radę, ale z tym już nie.

Usłyszał za dużo naraz, za szybko. Usiadł, próbując się uspokoić, zanim nastąpi nowy atak drgawek. Drobna słabość fizyczna, przez którą można było wylecieć z Cesarskich Sił Zbrojnych, jeśli się ktoś z nią zdradził przed nieodpowiednimi świadkami. Miles zakładał, że konwulsje to tylko chwilowe zaburzenie procesu rekonwalescencji. A jeśli będzie miał tę dolegliwość na stałe? Boże…

— Mam zamiar wypożyczyć Lilly mój statek — oznajmił Mark. — Powinienem, skoro baron Fell w swojej troskliwości pozbawił ją funduszy na trzydzieści sześć biletów na Escobar.

— Jaki statek? — zdumiał się Miles. Chyba nie żaden z moich…

— Ten, który dostałem od matki. Lilly powinno się udać sprzedać go na orbicie Escobaru ze sporym zyskiem. Będę mógł spłacić matkę i wykupić zastawione Vorkosigan Surleau, a i tak zostanie jeszcze całkiem porządne kieszonkowe. Kiedyś chciałbym mieć własny jacht, ale z tego przez pewien czas naprawdę nie mogę korzystać.

Co? Co? Co?

— Zastanawiałem się — ciągnął Mark — czy Dendarianie nie mogliby polecieć z Lilly. Zapewniliby jej ochronę wojskową w zamian za darmowy przelot do floty. I oszczędziliby CesBezowi kosztów czterech kursów pasażerskich.

Czterech? Miles zerknął na milczącego Bela, który odpowiedział ponurym spojrzeniem.

— Najlepiej, żeby wszyscy zniknęli stąd jak najprędzej — dodał Mark. — Zanim coś pójdzie nie tak.

— Amen! — mruknęła Quinn.

Rowan i Elli na pokładzie jednego statku? Nie mówiąc już o Taurze. A jeśli wszystkie postanowią wymienić spostrzeżenia? A jeśli dojdzie między nimi do nieporozumień? Albo, co gorsza, zawrą w sekrecie sojusz i na mocy układu podzielą go między siebie? Miles Północny i Miles Południowy… Wcale nie chodziło o to, że podrywał dużo kobiet. W porównaniu z Ivanem żył niemal w celibacie. Ale nigdy ich nie porzucał. W ciągu długiego czasu akumulacja mogła się stać wręcz kłopotliwa. Aby skończyć z tą niedorzeczną sytuacją, potrzebował… lady Vorkosigan. Lecz nawet najodważniejsza Elli wzbraniała się przed podjęciem tych obowiązków.

— Tak — odezwał się Miles. — To ma sens. Do domu. Komandor Quinn, proszę ustalić z CesBezem szczegóły przelotu mojego i Marka. Sierżant Taura, proszę oddać się do dyspozycji Lilly Durony, dobrze? Zgadzam się, że im szybciej się stąd ewakuujemy, tym lepiej. Bel… mógłbyś zostać i chwilę ze mną porozmawiać?

Quinn i Taura pojęły aluzję i ulotniły się. Mark… Mark i tak o wszystkim wiedział. Poza tym Miles trochę się bał poprosić Marka, by wstał. Bał się widoku, jaki mógłby się wtedy ukazać jego oczom. Tamta rzucona lekkim tonem uwaga o sanatorium Ry Ryovala musiała być próbą ukrycia… no właśnie — czego?

— Usiądź, Bel. — Miles wskazał mu krzesło, które jeszcze przed chwilą zajmował baron Fell. W ten sposób Miles, Bel i Mark znaleźli się u wierzchołków trójkąta równobocznego. Bel usiadł, kładąc hełm na kolanach i zsuwając kaptur. Miles przypomniał sobie, jak pięć dni temu, jeszcze przed kaskadą wspomnień, w tym samym pokoju wziął Bela za kobietę. Wcześniej z jakiegoś powodu zawsze uważał Bela za mężczyznę. Dziwne. Zapadło niezręczne milczenie.

Miles przełknął ślinę i postanowił przerwać ciszę.

— Nie mogę pozwolić na twój powrót na stanowisko dowódcy „Ariela”.

— Wiem — odrzekł Bel.

— Ucierpiałaby na tym dyscyplina floty.

— Wiem — powtórzył Bel.

— To… nie jest sprawiedliwe. Gdybyś nie był uczciwy i nie puścił pary z ust, udając cały czas, że Mark oszukał także ciebie, nikt o niczym by się nie dowiedział.

— Wiem. — Po chwili Bel dodał: — Musiałem w wyjątkowej sytuacji przejąć dowództwo. Uważałem, że nie mogę pozwolić Markowi dalej wydawać rozkazów. To było zbyt niebezpieczne.

— Dla tych, którzy poszli za tobą.

— Tak. Poza tym… ja bym wiedział — dodał Bel.

— Komandorze Thorne — westchnął admirał Naismith. — Jestem zmuszony prosić cię o złożenie rezygnacji.

— Tak jest, admirale.

— Dziękuję. — I stało się. Szybko poszło. W myślach wrócił do bezładnych obrazów z ataku Marka. Był pewien, że wciąż brakuje mu kilku kawałków. Jednak zginęli tam ludzie, dlatego nie można było niczego odwrócić. — Wiesz… co się stało z Phillipi? Chyba miała szansę.

Mark i Bel wymienili spojrzenia.

— Nie przeżyła — powiedział Bel.

— Och, przykro mi to słyszeć.

— Krioreanimacja to duże ryzyko. — Bel westchnął. — Kiedy zaciągamy się do wojska, wszyscy podejmujemy ryzyko.

Mark zmarszczył brwi.

— To nie w porządku. Bel traci stanowisko, a mnie uchodzi na sucho.

Bel patrzył przez chwilę na wydęte i okaleczone ciało Marka skulone w dużym fotelu Lilly. Nieznacznie uniósł brwi.

— Co zamierzasz teraz robić, Bel? — spytał ostrożnie Miles. — Wrócić do domu, na Kolonię Beta? Wspominałeś o tym kiedyś.

— Sam nie wiem — rzekł Bel. — Nie dlatego, że się nie zastanawiałem. Rozmyślałem o tym przez wiele tygodni. Nie jestem pewien, czy czułbym się tam jak w domu.

— Ja też się zastanawiałem — przyznał się Miles. — I wpadłem chyba na niezły pomysł. Wydaje mi się, że pewne osoby z mojego kręgu reagowałyby mniej histerycznie, gdybyś z głową pełną poufnych informacji o Barrayarze krążył po tunelach czasoprzestrzennych jako osoba nadal opłacana przez Illyana. Jako informator — może agent?

— Nie potrafię łudzi tak nabierać jak Elli Quinn — powiedział Bel. — Byłem dowódcą statku.

— Dowódcy statków docierają do ciekawych miejsc. Nieraz słyszą interesujące rzeczy.

Bel przechylił głowę.

— Poważnie tym pomyślę.

— Przypuszczam, że nie chcesz się wypisać ze służby od razu, w Obszarze Jacksona.

Bel roześmiał się głośno.

— Nie ma głupich.

— A więc pomyśl o tym w drodze na Escobar. Porozmawiaj z Quinn. Nim dotrzecie na miejsce, podejmij decyzję i powiedz jej.

Bel skinął głową, wstał i rozejrzał się po cichym salonie Lilly Durony.

— Wiesz co, wcale mi nie jest przykro — powiedział do Marka. — Tak czy inaczej, wyciągnęliśmy z tego bagna prawie dziewięćdziesiąt osób. Uratowaliśmy ich od pewnej śmierci albo niewolnictwa. Nieźle, jak na starzejącego się Betańczyka. Na pewno będę o tobie pamiętał.

— Dziękuję — szepnął Mark.

Bel utkwił spojrzenie w Milesie.

— Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? — spytał.

— Tak. Ogłuszyłem cię.

— Zgadza się. — Podszedł do jego krzesła, pochylił się i ujął w dłoń jego podbródek. — Nie ruszaj się. Czekałem na tę chwilę od wielu lat. — Całował go długo. Miles pomyślał o pozorach, o dwuznaczności tej sytuacji i o nagłej śmierci. W końcu doszedł do wniosku: do diabła z tym wszystkim, i odwzajemnił pocałunek. Bel odsunął się z uśmiechem.

Z rury windowej dobiegły jakieś głosy. Któraś Durona udzielała informacji:

— Tędy, prosto na górę, proszę pani.

Zza chromowanej balustrady wyłoniła się Elena Bothari — Jesek i ogarnęła spojrzeniem cały pokój.

— Cześć, Miles, muszę porozmawiać z Markiem — powiedziała jednym tchem. W jej pociemniałych oczach malowała się głęboka troska. — Możemy gdzieś stąd iść? — spytała Marka.

— Wolałbym nie wstawać — odparł Mark. Ze zmęczenia zaczął mu się plątać język.

— Właśnie. Miles, Bel, wyjdźcie stąd, bardzo was proszę — powiedziała bez ogródek.

Miles podniósł się skonsternowany. Posłał jej pytające spojrzenie; jej wzrok mówił: „Nie teraz, później”. Wzruszył ramionami.

— Chodź Bel. Zobaczymy, czy się komuś do czegoś przydamy.

Chciał znaleźć Rowan. Zjeżdżając z Belem rurą windową, przyglądał się im. Elena przysunęła sobie krzesło i usiadła na nim okrakiem, gestykulując zawzięcie. Mark miał wyjątkowo posępną minę.


Miles przekazał Bela doktor Poppy, by objął obowiązki oficera łącznikowego, a sam skierował się do pokoju Rowan. Tak jak się spodziewał, zastał ją przy pakowaniu. Obok niej siedziała inna młoda Durona z nieco zdezorientowaną miną. Miles od razu ją poznał.

— Lilly Młodsza! Udało ci się, Rowan!

Twarz Rowan się rozpromieniła. Podbiegła, żeby go uściskać.

— Miles! Nazywasz się Miles Naismith. Tak myślałam! Miałeś kaskadę wspomnień. Kiedy?

— No… — odchrząknął — jeszcze u Bharaputry. Jej uśmiech nieco przybladł.

— Jeszcze zanim uciekłam. I nic mi nie powiedziałeś.

— Ze względów bezpieczeństwa — zasugerował niepewnie.

— Nie ufałeś mi.

To Obszar Jacksona. Sama tak powiedziałaś.

— Bardziej niepokoiłem się Vasą Luigim.

— Chyba rozumiem — westchnęła Rowan.

— Kiedy tu dotarłyście?

— Ja wczoraj rano, Lilly wczoraj wieczorem. Obyło się bez kłopotów! Nawet w marzeniach nie przypuszczałam, że uda ci się ją wyciągnąć!

— Jedna ucieczka była ściśle powiązana z drugą. Lilly wydostała się z Bharaputry tylko dlatego, że ty się stamtąd wydostałaś. — Posłał uśmiech Lilly Młodszej, która przypatrywała się im ciekawie. — Ja nie miałem w tym żadnego udziału. Zresztą ostatnio tak właśnie wygląda moje życie. Ale wierzę, że znikniecie z planety, zanim Vasa Luigi i Lotus wszystkiego się domyśla.

— Przed zmierzchem już nas tu nie będzie. Posłuchaj! — Poprowadziła go do okna. Z placu otoczonego murami Obszaru podnosił się ciężko dendariański wahadłowiec pasażerski z sierżant Taurą za sterami i ośmioma Duronami na pokładzie. Straż przednia, której zadaniem było przygotowanie statku na przybycie pozostałych.

— Escobar, Miles! — powiedziała z entuzjazmem Rowan. — Wszyscy lecimy na Escobar. Och, Lilly, spodoba ci się tam, zobaczysz!

— Będziecie się tam nadal trzymać razem? — spytał Miles.

— Z początku chyba tak. Dopóki inni nie przestaną się dziwić. Lilly przed śmiercią na pewno nas zwolni. Jak sądzę, baron Fell bierze to pod uwagę. Na dłuższą metę oznacza to dla niego mniejszą konkurencję. Podejrzewam, że do jutra rana zainstaluje tu najlepszych ludzi ściągniętych z Domu Ryoval.

Miles cofnął się spod okna w głąb pokoju i dostrzegł znajomy sterownik, który leżał na oparciu kanapy.

— Ach, więc to ty miałaś drugi włącznik detonatora granatu! Mogłem się domyślić. A więc podsłuchiwałaś. Nie byłem pewien, czy Mark nie blef uje.

— Mark nie blefował w żadnej sprawie — oświadczyła z przekonaniem.

— Byłaś tu, kiedy się zjawił?

— Tak. Dzisiaj, tuż przed świtem. Wytoczył się z lotniaka ubrany w bardzo osobliwy kostium i zażądał rozmowy z Lilly.

Ujrzawszy scenę oczyma wyobraźni, Miles uniósł brew.

— A co na to powiedzieli wartownicy przy bramie?

— Powiedzieli: „Tak jest”. Miał jakąś aurę… nie wiem, jak to opisać. Potrafiłam sobie wyobrazić znacznie większych od niego opryszków, którzy szybko schodzą mu z drogi w jakiejś ciemnej alejce. Twój klon — bliźniak to bardzo groźny człowiek.

Miles zamrugał oczyma.

— Lilly i Chrys zabrały go lotopaletą do kliniki i potem już go nie widziałam. Później zaczęły nadchodzić polecenia. — Zamilkła na chwilę. — A ty? Wrócisz do swoich Najemników Dendarii?

— Tak. Przedtem chyba trochę odpocznę i wyzdrowieję.

— Nie zamierzasz się ustatkować. Mimo że o włos uniknąłeś śmierci.

— Przyznaję, że widok broni palnej wzbudza we mnie nowe nieprzyjemne odczucia, ale mam nadzieję, że jeszcze długo nie wypiszę się z floty Dendarian. Hm, te moje konwulsje… sądzisz, że przejdą?

— Powinny. Krioreanimacja zawsze pociąga za sobą ryzyko. A więc… nie myślisz jeszcze o przejściu w stan spoczynku. Mógłbyś się osiedlić na przykład na Escobarze.

— Od czasu do czasu zatrzymujemy się tam, żeby dokonać napraw statków. I podreperować żołnierzy. To jeden z większych węzłów sieci czasoprzestrzennej. Być może nasze drogi jeszcze się przetną.

— Ale przypuszczam, że nie tak samo jak za pierwszym razem. — Rowan się uśmiechnęła.

— Posłuchaj, jeśli jeszcze kiedyś będę potrzebował krioreanimacji, zostawię wcześniej rozkazy, aby cię znaleźli i sprowadzili. — Zawahał się. Muszę znaleźć lady Vorkosigan, żeby zakończyć tę wędrówkę… czy może nią być Rowan? Trzydzieści pięć szwagierek to wprawdzie duży minus, lecz będą daleko na Escobarze. — Co sądzisz o zamieszkaniu i pracy na planecie Barrayar? — spytał ją ostrożnie.

Zmarszczyła nos.

— W tej zapadłej dziurze? Dlaczego tam?

— Mam tam… pewne interesy. Właściwie tam chciałbym się osiedlić po zakończeniu służby. Tam naprawdę jest bardzo ładnie. Mało ludzi. Mocno popiera się… hm, dzieci. — Niebezpiecznie zbliżył się do tematów, które mogłyby go zdekonspirować. Rowan dowiedziałaby się, że tożsamość, dla której odzyskania tyle ostatnio ryzykował, jest fałszywa. — Lekarz z przygotowaniem galaktycznym miałby mnóstwo pracy.

— Nie wątpię. Ale całe życie byłam niewolnicą. Dlaczego miałabym z własnej woli zostać poddaną, skoro mogę być obywatelką? — Uśmiechnęła się z lekką drwiną, podeszła do niego i oplotła go ramionami. — Te pięć dni, które spędziliśmy zamknięci u Vasy Luigiego — to nie był skutek uwięzienia, prawda? Taki naprawdę jesteś, gdy nic ci nie dolega.

— Mniej więcej — przytaknął.

— Zawsze się zastanawiałam, jak zarabiają na życie dorosłe osoby z taką hiperaktywnością. Twoja energia wystarczyłaby na poprowadzenie kilku tysięcy żołnierzy, prawda?

— Tak — westchnął.

— Chyba zawsze będę cię na swój sposób kochać. Ale życie z tobą doprowadziłoby mnie do szaleństwa. Jesteś najbardziej dominującą osobą, jaką zdarzyło mi się spotkać.

— Masz się bronić — wyjaśnił. — Liczę na to, że… — nie mógł powiedzieć „Elli” ani tym bardziej „moje kobiety” — moja partnerka nie pozostanie mi dłużna. W przeciwnym razie nie potrafię się zrelaksować i być sobą.

Zgadza się. Za długie przebywanie razem zniszczyło ich miłość lub przynajmniej złudzenie, że mogą się pokochać. Barrayarski system, w którym sprawami małżeńskimi zajmowali się wyspecjalizowani pośrednicy, zaczynał mu się coraz bardziej podobać. Może najlepiej byłoby najpierw się ożenić, a dopiero potem zacząć się poznawać. Zanim żona zdążyłaby go rozpracować, byłoby już za późno na wycofanie się. Westchnął, uśmiechnął się i z teatralnym rozmachem skłonił się przed Rowan.

— Będę zaszczycony, mogąc złożyć pani wizytę na Escobarze, milady.

— Doprawdy doskonały pomysł, drogi panie — odparła ze śmiertelną powagą.

— Och! — Niech to licho, może Rowan się nie docenia, może to rzeczywiście ona…

Siedząca na kanapie Lilly Młodsza, która przypatrywała im się zaintrygowana, zakaszlała. Miles zerknął na nią i przypomniał sobie jej opowieść o przygodzie z Dendarianami.

— Mark wie, że tu jesteś, Lilly? — spytał.

— Nie wiem. Cały czas byłam z Rowan.

— Kiedy Mark widział cię po raz ostatni, wracałaś do Vasy Luigiego. Myślę, że powinien wiedzieć, iż… zmieniłaś zdanie.

— Próbował mnie namówić, żebym została na pokładzie. Ale nie mówił tak przekonująco jak ty — przyznała.

— To dzięki niemu możecie stąd wyjechać. Zapłacił za wasz przejazd. — Miles nie był pewien, czy ma ochotę myśleć o walucie, w jakiej została dokonana transakcja. — Ja mu tylko towarzyszę. Chodź. Przynajmniej się z nim przywitasz i mu podziękujesz. Nic cię to nie będzie kosztować, a podejrzewam, że on to doceni.

Niechętnie wstała i pozwoliła się wyciągnąć z pokoju. Rowan z aprobatą skinęła głową i wróciła do pospiesznego pakowania.

Загрузка...