ROZDZIAŁ CZWARTY

Mile rozgrzany gorzałką, Twardokęsek drzemał pod budą, pomiędzy beczkami z soloną słoniną. Zacinał lodowaty deszcz, a wietrzysko targało łysymi gałęziami. Nieradzic siedział na koźle. Zbójca nawet nie spytał, skąd chłopak wiedział, że czas się z obozowiska zabierać, ani dlaczego wóz czekał naszykowany na drogę. Bezsprzecznie mały spiskował z wiergowskimi mistrzami, bo z dziwną wprawą powoził cudacznym zaprzęgiem. Twardokęsek nie dociekał, czego dotyczyła zmowa. Spać mu się chciało niezmiernie, choć wóz kolebał się mocno i trząsł na wykrotach. Aż po czubek nosa nakrył się baranicą, a łeb oparł o skraj skrzynki, w której pobrzękiwały kowalskie narzędzia, co je Nieradzic, czort wie po co, zapakował na drogę.

Nie usnął jednak. Znienacka mu się wydało, że coś zatrzeszczało w chaszczach przy ścieżce. Podczołgał się na skraj wozu, odsunął nawoskowane płótno, wyjrzał ostrożnie. Nie zobaczył jednak niczego. Pusty zimowy las milczał. Tylko zamarznięte błoto chrupało pod kołami i wrony podrywały się z krzykiem spomiędzy krzów. Uspokojony, znów złożył głowę na juchtowym worku i przymknął oczy.

Fura podskoczyła na kamieniu, aż mu w kościach chrupło. W tyle ponownie zachrzęściły zarośla.

Twardokęsek rozmasował czoło, obite o kant skrzynki. Przetoczył się na bok i ponownie wyjrzał na ścieżkę.

Nic. Tylko deszcz bębnił po skórzanej pokrywie wozu.

Przymknął powieki, ale zamiast drzemać, nasłuchiwał bacznie. Zrazu nic nie pochwycił. Potem spomiędzy turkotu kół i strzępów piosenki, nuconej przez Nieradzica, począł wyławiać inne dźwięki. Odgłos suchej gałązki, pękającej pod stopą. Trzask cienkiej warstewki lodu na zamarzniętej kałuży. Przestraszony krzyk ptactwa. Szczęk żelaza. Blisko. Tuż za wozem.

Ktoś szedł za nimi. Ukradkiem, nie wychylając nosa na dróżkę, przedzierał się gęstwiną.

Kilku ludzi, nie więcej, pomyślał zbójca. Nie Pomorcy, bo ci w tropieniu mniej wprawni i lasu nie znają, pierwej by się zdradzili. Ale też nie przyjaciele, bo ci nie skradają się ciszkiem.

Senność odeszła go w jednej chwili.

Ostrożnie przelazł naprzód i trącił Nieradzica w plecy. Chłopak podskoczył na koźle, lecz pohamował się szybko, gdy zbójca szepnął z naciskiem:

– Siedź, jakeś siedział!

Mały poruszył się niespokojnie, ale usłuchał. Nawet znów fałszywie zanucił piosenkę.

– Właśnie tak – pochwalił Twardokęsek. – Nie oglądaj się. Jedź równo, aż do tamtego pieńka. – Pokazał zwalony dębczak, który upadł nieomal w poprzek drogi. – Tam konie zatnij.

Nieradzic odruchowo kiwnął głową, a zbójca uśmiechnął się pod wąsem. Dzieciak był grzeczny i posłuszny jak rzadko. Poradzi sobie.

Twardokęsek roztarł wyziębłe dłonie, wymacał rękojeść korda. Podczołgał się jeszcze bliżej, skulił i sprężył w sobie. Byli niemal przy wykrocie.

Kiedy zwalone drzewo na krótko przesłoniło wóz, zbójca przesadził nad jego wysokim bokiem i ześlizgnął się na ziemię, dobywając korda. Zanurkował pomiędzy korzenie, przyczaił się tuż przy ziemi.

Furgon potoczył się powoli dalej, ale Nieradzic wychylił się z kozła i wgapił w zbójcę. Oczy miał rozszerzone zdumieniem i strachem. Twardokęsek zamachał na niego karcąco dłonią. Nie wybałuszaj tak ślepi, ciemięgo, chciał krzyknąć na chłopaka. Jedź dalej, głupi, nim się ścierwa spostrzegą.

Po drugiej stronie pnia chrupnęła gałązka. Coś zaszurało.

Zbójca sprężył się do skoku.

Wóz stanął dokładnie w chwili, kiedy spoza brunatnego kręgu korzeni i darni wychynęła głowa, szczelnie okutana kapturem.

Twardokęsek uderzył, mierząc tuż pod mostek.

– Pleskota, uważaj! – rozdarł się piskliwie Nieradzic.

Nieznajomy uskoczył tuż przed ostrzem. Potknął się o korzeń i zwalił jak długi. Ale zanim zbójca zdążył go lepiej żelazem pomacać, zza krzaków wypadło jeszcze dwóch drabów w podróżnych opończach. Jeden miał w ręku koścień, a drugi potężne szydło, które niedwuznacznie na Twardokęska nastawił. Trzeci też już się gramolił, prychając ziemią i złorzecząc plugawo wszystkim bogom. Kaptur spadł mu ze łba, odsłaniając zarośniętą gębę i kłąb czarnej czupryny. Wszyscy nosili na kaftanach długie półkożuszki. Żaden jednak nie miał szabelki u boku i pospołu wyglądali na zwyczajnych chłopskich łupieżców.

Zbójca nawet się nie zasłaniał, tak go rozgoryczyło Nieradzicowe przeniewierstwo. Zresztą szydło miało ostrze na dobre dwa łokcie, zatem mógł swoim kordzikiem machać do woli.

– Czekajcie! – Nieradzic biegł ku nim po zamarzniętym gościńcu, że mało nóg nie pogubił. – Czekajcie!

Zbiry zatrzymały się, czujnie popatrując na zbójcę. Chłopak roztrącił ich niecierpliwie i przepchnął się przed zbójcę.

– Miałem wam powiedzieć – wykrztusił, wbijając w niego wielkie niebieskie oczy, które niezmiennie przywodziły zbójcy na myśl wiedźmę. – Naprawdę chciałem, aleście tacy źli byli, że ani przystąpić śmiałem. A potem wszystko tak szybko poszło, że czasu nie stało rzecz całą wyjaśnić…

– A co tu wiele wyjaśniać? – wtrącił obcesowo Twardokęsek. – Z bandyctwem się pokumałeś, ot co!

Jeden ze zbirów, ten od kiścienia, zabulgotał coś z oburzeniem. Chłopak osadził go w pół słowa jednym machnięciem ręki.

– To żadni bandyci, tylko czeladź moja – wyjaśnił z urazą Nieradzic.

Twardokęskowi na chwilę odebrało głos ze zdumienia.

– Czeladź? – powtórzył w końcu bezradnie. – Czeladź?

Mały stropił się wyraźnie.

– A skąd ty wziąłeś czeladź, synku? – spytał z udawanym spokojem zbójca.

Oczy mu połyskiwały niebezpiecznie.

Nieradzic łypnął po bokach jak kurak zaganiany do kojca.

– Z dworca za mną poszli – wyjaśnił z ociąganiem chłopak. – Jeszcze na początku jesieni. Tylko Pleskota później, bo go ojciec na zbiegostwie przydybał.

– Alem się wyrwał – oznajmił z dumą rzeczony Pleskota, potężny drab, który ledwo uniknął zbójeckiej napaści. – Pan srogi, w ciemnicy mnie zawarł, tortury obiecywał, jeśli nie wyjawię, kudy panicz zemknął.

– Panicz? – Zbójca popatrzał na Nieradzica, jakby go pierwszy raz w życiu zobaczył. – A czyj ty, synku, jesteś?

Choć ładnych parę niedziel tłukli się w jednym furgonie, polewkę wspólną warzyli, drwa na ognisko rąbali i wymykali Pomorcom, nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, że warto o to zapytać. Owszem, prędko rozpoznał, że dzieciak nie chował się w chłopskiej chałupie, ale nie dociekał więcej. Twardokęsek nie był wylewny, nadto na Przełęczy Zdechłej Krowy nawykł do rozmaitych towarzyszów. Każdy miał swoje powody, by po gościńcu się błąkać. Wszystko jedno, jakie.

Chłopak pokraśniał jak burak i wbił wzrok w ziemię.

– No, przecież gołym okiem widać – zniecierpliwił się jeden z czeladzi, ten z kiścieniem. – Toż to Nieradzic, syn jaśnie pana podkomorzego.

– Bo wyście mnie przecie w tej karczmie uratowali! – wybuchnął nagle Nieradzic. Kiedy podniósł głowę, zbójca zobaczył, że usta ma wygięte w podkówkę. – Z płomieni mnie wynieśliście. To ja was teraz nie opuszczę. Tak długo służyć wam będę, aż się jakoś wypłacę! – dokończył piskliwym głosem, z trudem hamując łzy.

Pod Twardokęskiem ugięły się kolana, bo nagle zrozumiał, gdzie pierwszy raz go zobaczył. Zeszłego roku w gospodzie, tejże samej nocy, gdy Jastrzębiec zamordował Przemękę, a potem sam padł z ręki Koźlarza.


* * *

Okazało się, że z całej czeladzi najwymowniejszy jest właśnie Pleskota, którego Twardokęsek próbował nanizać na kordzik. Bez zaproszenia wgramolił się na kozioł i przysiadł obok zbójcy. Zresztą miejsca było dosyć, bo Nieradzic, zbity z pantałyku sposobem, w jaki wyszła na jaw prawda o jego pochodzeniu, dreptał posępnie za furą, w kompanii dwóch pozostałych pachołków. Pleskota za to nie krępował się wcale. Był wielkim chłopem, żylastym i z wyglądu silnym jak tur, choć gębę miał pobrużdżoną od lat i z bliska znać było srebrne nitki w jego bujnej czarnej czuprynie. Zbójca szybko wyrozumiał, że musiał z dawien dawna siedzieć na służbie u podkomorzego, bo wszelkie sprawy jego i familii znał na wylot i nie krępował się głośno o nich rozprawiać.

– Młody panicz narwaniec – opowiadał – i z dawna go do tej rebelianckiej brewerii ciągnęło. Wiecie, jak to jest. Czterech chłopyszków podkomorzy spłodził. Ten jest najmłodszy, matki ulubieniec, tedy mu ponad miarę pobłażano. Ale jak łońskiego roku zaczął o żalnickim książęciu gadać, zeźlił się pan ojciec niezmiernie i zakazał nawet wspominać imienia Koźlarza. Zresztą trudno kryć, miał powód.

Wygrzebał z sakwy bukłaczek, pociągnął potężnie i podał zbójcy.

– Pokrzepcie się, przednia siwucha – poradził dobrotliwie. – Aż mi się wątpie skręciły, jakeście na mnie zza tego korzenia skoczyli, a na nerwy zruszone nie masz jak gorzałka. Widzicie, z jaśnie podkomorzym tak jest, że on potężny pan, bogaty, skoligacony. Choć tak po prawdzie – splunął na gościniec – źle z sąsiedztwem żyje. Synaczka najstarszego na dwór do Uścieży posłał i pono z pomorcką dziewką zeswatał. Ot, taki jest… – Przygryzł wąsa i skrzywił się z niechęcią. – Ale wielki pan, bardzo wielki pan – zastrzegł się zaraz. – Tyle że straszliwie spomorzał. Niby zaszczyty wielkie z tego płyną, bo mu za wysługę Wężymord godności, urzędów nadawał i królewszczyzny chętnie w dzierżawę puszcza. Ale – mlasnął językiem – sąsiedzi…

– …się krzywią – dopowiedział Twardokęsek.

– Juści. – Pachołek uśmiechnął się półgębkiem. – Paskudna sprawa. Bo jak wam się zdaje, skąd się wolne królewszczyzny biorą? Ano jest majątek wolny, jak Pomorcy kogoś z naszych na rebelianctwie przydybią i na żerdzi obwieszą. A jaśnie pan podkomorzy nie krzywi się jako inni, tylko bierze, gdy dają. Stąd wielka w narodzie do niego nienawiść. Jeszcze za Jastrzębca trzy razy rebelianci pod dwór mu podchodzili, ognistego kura puścić próbowali. No, ale w dworze czeladzi dosyć, więc popędziliśmy ich precz, aż się po gościńcu kurzyło! – Klepnął się z uciechy po kolanach. – Ale Jastrzębiec zajadły, ścierwo. Jął się na podkomorzego zasadzać. Powiadam wam, straszne czasy nastały, bo jako wściekły pies ganiał i kąsał. Dnia ani godziny człek nie znał. To w karczmie się zaczaił, to na gościńcu, to w lesie. Raz na pastwiskach prawie podkomorzego pochwycił. Szczęściem tuż obok w wiosce Pomorcy w stanicy stali, nadbiegli na ratunek. I wtedym na odchodne Jastrzębca przez łeb ciął. – Z zakłopotaniem podrapał się po głowie.

– Ponoć był wielki szermierz – rzucił z uznaniem zbójca.

– E tam. – Pleskota wzruszył niechętnie ramionami. – Pijany był jak stodoła, tedy żadna sztuka czerep mu poszczerbić. Gorzej, żem sprawy nie skończył. Wywinął się, kurwi syn, i w zamęcie uciekł. Dwie niedziele był spokój. Jakby pod ziemię się zapadł, pewnie zdrowie nadwerężone łatał. A potem znowu wypłynął jak gówno w przerębli. Akuratnie wtedy egzekwie żałobne po świątyniach śpiewano i strach nastał ogromny po tym, jak wieża Nur Nemruta spadła. Więc się pod kapliczką, kurwi syn, zasadził, aby pana pochwycić, jak po nabożeństwie na majdan wynijdzie. Tyle że pan, podagrą złamany, w łóżku leżał, więc zamiast podkomorzego Jastrzębiec dzieciaka złapał. Resztę sami znacie.

Zbójca pokiwał głową, wspomniawszy, jak rebeliancka kompania zabawiała się rzucaniem noży w Nieradzica.

– Dziw, że po podobnej przygodzie wciąż do rebelii ciągnie – mruknął.

– Niby ktoś z młodymi dojdzie? – żachnął się pachołek. – U nas każdy dzieciuch ma tym przeklętym powstaniem głowę nabitą, ale z naszym paniczem było prawdziwe utrapienie. Ojciec chciał go dla bezpieczeństwa precz z Wilczych Jarów odesłać. Tymczasem zaciął się smarkacz. Dwa razy uciekał. Starościńscy go na trakcie chwytali i do dworca na powrózku wiedli. A jaki wstyd był!

Obejrzał się za wóz, żeby sprawdzić, czy Nieradzic nie podszedł za blisko do furgonu, po czym podjął przyciszonym głosem:

– Powiadam wam, pan podkomorzy mało się ze sromoty nie rozpękł. Dzieciaka batogiem oćwiczyć kazał i w więzach do ciemnicy cisnął. Ani matce do niego przyjść nie dozwolił. Surowy on. – Potrząsnął głową i odwrócił spojrzenie. – I wszystko tak być ma, jak sobie umyśli. Co do joty. Nam zapowiedział, że jeśli który paniczowi uciec pomoże, do sądnego dnia w ciemnicy gnić będzie.

Zasępił się i znów zaczął wąs kręcić.

– No, ale z młodym paniczem przeliczył się trochę – odezwał się znowu. – Ledwo nocka nastała, smarkacz guzy czerwone od żupana oberżnął i tym się pachołkom wykupił, co na straży stali. I znowu zemknął. Tyle że na dobre.

Zbójca który bynajmniej nie zamierzał się z Nieradzicową czeladzią pospolitować, zarechotał mimo woli.

– Musiał się pan ojczulek dobrze tą sztuczką zeźlić!

– Zeźlić? – Pleskota uniósł brwi. – Mały włos, a by starostę udusił. Pachołkowi, co przy nim guzy znaleźli, na dziedzińcu łeb nadziakiem rozłupał. Trzech innych powiesić kazał. Srożył się okrutnie. A najbardziej go chyba obeszło, że ludziska jawnie szydzili, iż syna nie umie poskromić, więc jak ma urząd sprawować. Bał się na dodatek, żeby go kniaź z majątków i godności nie obdarł, kiedy się o podobnym przeniewierstwie dowie.

– A Wężymord dba o jedno szlacheckie szczenię, co się ojcu zbiesiło? – prychnął Twardokęsek.

– Wężymord pewnie nie dba. Ale wielu innych czeka, aż się podkomorzemu noga powinie, i ci na pewno kniaziowi doniosą skwapliwie o domowych niepokojach. Dlatego pan podkomorzy tego samego wieczora syna solennie wyklął i z rodziny wypędził. A nam zapowiedział, że jak się który będzie z jaśnie paniczem zmawiał, też na gałęzi skończy.

– Toście są ryzykanci – skonstatował zbójca. – Znaczy, żeście się śmieli przeciwić…

– A co było robić? – burknął Pleskota. – Babka po mnie posłała. Znaczy, jaśnie pani matka – objaśnił. – Widzicie, tam teraz wszystkim podkomorzy rządzi. Ale dworzec mu żona w wianie wniosła, i wioski okoliczne, i lasy, a cały ten folwark od wieków jej ród macierzysty w garści trzymał. Dlatego babkę każdy szanuje niezmiernie, bo ze starych panów tylko ona wciąż żywie. Więc posłała po mnie babka i rzecze: „Ty, Pleskota, z dawien dawna u nas służysz, dobry jesteś pachołek, roztropny. Tedy ja ci powiadam i przykazuję, pluń na tę pomorcką służbę i ruszaj do lasu, panicza dopilnować”. Tom poszedł. – Podrapał się po łbie.

– Nie bałeś się podkomorzego?

– Co bym się miał nie bać? – Pleskota westchnął. – Surowy przecież i w swoim prawie, bo rozkaz wyraźny dał. Lecz jak mus, to mus. Zebrałem dwóch krewniaków, co też w czeladzi byli, i przodem ich posłałem, niby z pisaniem. Sam nocką z dworu uszedłem. Jeno szczęścia nie miałem, bom się w pierwszej wiosce na Pomorców natknął. Za rebelianta mnie wzięli. Zaraz skrępowali i wieszać chcieli, bo teraz w Wilczych Jarach rozmowa krótka.

– Ale nie powiesili.

– Bogowie ustrzegli. – Uczynił dłonią znak chroniący od złego. – Był tam stary wachmistrz, co mnie zapamiętał z czeladzi jaśnie pana. Niedaleko folwarku stali, więc resztę namówił, żeby się do podkomorzego z wizytą wybrali. Powiesić, gada, zawsze się zdąży, a podkomorzy gniewać się może, jeśli pachołka mu pod samym nosem utrupimy. Lepiej już do dworca zajechać, zapytać grzecznie. Gospodarz z niego bogaty, więc przynajmniej taka korzyść będzie, że piwa beczkę wytoczy. I przez pomorckie pragnienie cztery niedziele w ciemnicy przesiedziałem – dokończył kwaśno. – Pan się wściekł.

– Ale obiecywał powiesić – przypomniał zbójca.

– Oj, jak się wydało, żem krewniaków zbuntował – Pleskota machnął ręką – to jeszcze inne obietnice czynił. O zdradzie krzyczał, torturami straszył. W niewolę nawet chciał sprzedać, ale go rozumniejsi powstrzymali, bo nie masz takiego prawa, żeby mógł człeka ze szlachectwa obedrzeć i jako bydlę spieniężać. Długo się burzył i sierdził. Na koniec kazał oćwiczyć i precz przegnał.

– A długoście u niego służyli? – zagadnął zbójca.

– U niego to niezadługo – odparł pachołek. – Z półtora tuzina lat, nie więcej. Ale u babki drugie tyle, bo to, jak wam prawiłem, jej dworzec.

– Szmat czasu.

– Ano szmat… Nic, przynajmniej mogłem wreszcie panicza dopilnować. Wiecie, ród mój nieopodal na porębach siedzi, więc chwacko i bez ceremonii mnie krewniacy do obozowiska zawiedli. No i co ja tam słyszę? – sapnął z oburzenia. – Że nie masz w obozie panicza. Nie wiedzieć, dokąd go zaniosło licho. Pytam więc tych łbów baranich – kiwnął ku pachołkom, człapiącym posępnie za wozem – czego samopas dzieciaka puścili. A ci gadają, durnie, że jaśnie książę posłał panicza w dalekie kraje. Za przewodnika zbójowi go przydawszy. No, srodze mnie tym pomysłem jaśnie książę zawiódł! – Szarpnął wąs. – Oj, srodze.

– Ani chybi żałuje i waszym rozczarowaniem się gryzie. – Zbójca uśmiechnął się nieznacznie.

Pleskota nie rozpoznał jednak kpiny.

– Pożałowałby bardziej, jakby się nasz panicz z tej włóczęgi nie wrócił – rzekł twardo. – Ja wszelką zwierzchność szanuję i ród kniaziowski cenię. Ale gdyby dzieciak przez tę rebelię zmarniał, łeb bym uciął! A co? Jestem człek prosty, na tronach się nie wyznaję. Żelazem jednak robić potrafię i wnet by się okazało, czy jaśnie książę pan jeno dla postrachu to wielkie mieczysko na plecach nosi.

Zbójca spojrzał na niego z ukosa, wspomniawszy wczorajszą potyczkę, jednak zmilczał.

– No, szczęściem nie było trzeba – westchnął pachołek. – Zdrowy wrócił dzieciak. I dobrze się składa, bo książę pan porządny, szkoda by go ciąć…

Tutaj Twardokęsek nie zdzierżył i zarechotał ze szczerego serca.

Pleskota popatrzał na niego z urazą.

– Taż czego rżycie? – burknął.

– A tak mi jakoś wesoło – odparł bezwstydnie zbójca który tak się zatchnął śmiechem, że ledwie dech chwytał. – Prawdziwie, macie w uszanowaniu swych kniaziów.

– Głupstwa gadacie! – Pleskota odął się trochę. – Może tam u was w obcym świecie insze są obyczaje. Lecz tutaj sprawa prosta. Nasz kniaź jest, a nie my kniazia. I nigdy tak nie będzie, żeby go nie mógł szlachcic poczciwym żelazem usiec, jak mu się krzywda dzieje.

– No, przecie się nie stała – rzekł pogodnie zbójca.

Opowieść Pleskoty wprawiała go w coraz lepszy humor.

– Ale mogła się stać! – oznajmił triumfalnie szlachcic. – Na wszelki wypadek postanowiłem mieć na panicza baczenie, żeby mi się znowu spod kurateli nie wymknął, sprytny szczeniak. I dobrze. Bo wczoraj nad ranem przybiega ten barani łeb jeden – z niesmakiem obejrzał się do tyłu – i gada, że książę znów gdzieś naszego dzieciaka posyła. Tedym poszedł pod kuźnię, niskom się pokłonił i tak paniczowi powiadam, że nie będzie się samowtór po drogach włóczył. Chyba że po trupie – moim albo książęcym.

– Książę może się przydać – zauważył zbójca.

– Tak i mnie się zdaje. – Pleskota uśmiechnął się półgębkiem, pierwszy raz. – Zacny pan i po prawdzie nijak go rezać. Szczęściem dał się dzieciak przekonać.

– Jakbyście mu korda do gardzieli przykładli, też by się dał przekonać. Może łacniej nawet – skwitował cierpko zbójca.

– A o tymżem nie pomyślał – przyznał pachołek.

– Tak i mnie chcecie do swojej kompanii przekonać? – spytał Twardokęsek kwaśno.

– Nie krzywcie się na mnie, panie – zreflektował się Pleskota – przecież do was nic nie mam. Jesteście człowiek porządny, panicza na własnych rękach z płomieni wynieśliście. I za tę jedną zasługę szczerze was miłuję i miecza w potrzebie użyczę. Ale z nami wam też bezpieczniej podróżować się będzie. Sami się przekonacie. Myśmy ludzie spokojne, w karności wyćwiczone i do pracy nawykłe. Przydamy się wam.

Zbójca skrzywił się tylko. Wzrok utkwił w dyszlu i zamyślił się posępnie.

Wóz zakołysał się nagle, podskoczył i utknął. Konie szarpnęły się, przestraszone.

– A poza tym kto wam pomoże, jak wóz w wyrwę wpadnie? – zapytał Pleskota chytrze. – Przecie go na grzbiet nie zarzucicie. No, dawajcie chłopaki! – krzyknął do tyłu. – Będziem wyciągać.

Zanim skończyli, wicher ponad lasem uspokoił się trochę. Kiedy zaś Twardokęsek zaciął konie, z nieba począł sypać śnieg. Pnie sosen majaczyły po obu stronach drogi jak widmowa straż. Mróz był słaby. Wielkie białe płatki bezszelestnie tańczyły w powietrzu, by natychmiast stopnieć na rozgrzanych końskich grzbietach. Zbójca pomyślał, że na Wyspach Zwajeckich śnieg już leży głęboki i lody skuły pewnie Cieśniny Wieprzy. W milczeniu kołysał się na koźle i rozmyślał o dwóch kobietach, rudej i brązowowłosej, ukrytych daleko na północy, poza ciemnym łanem żalnickich lasów i połacią Wewnętrznego Morza.

Śnieg cicho przysypywał ślady kół i zbójca nie umiał zgadnąć, co przyniesie zima.

Wreszcie usnął na dobre, ukołysany miarowym turkotem. We śnie słyszał dźwięk harfy i jasne głosy żmijów, które krzyczały w zawiei, wysoko ponad zwajeckimi skałami.


* * *

W zwajeckim dworcu wiedźma poderwała się w wielkim łożu. Ktoś ją wołał. Na oślep wyciągnęła ręce, ale wymacała jedynie kosmatą baranią skórę, którą zarzucono posłanie. Dopiero wtedy przypomniała sobie, że zbójcy nie ma przy niej. Jednak w duciu wichru wyraźnie słyszała jego głos. Przyzywał ją tak mocno, że wyskoczyła na zimną posadzkę i boso podbiegła do okna. Kiedy odsunęła rygiel, wiatr wyrwał jej z rąk okiennice. Zadymka w jednej chwili przemoczyła na wylot koszulę i uniosła wysoko włosy.

Jaśminowa wiedźma szeroko rozrzuciła ramiona. Moc przepływała nad nią i poprzez nią, unosząc ją na powrót w tamten jesienny dzień, kiedy przypłynęli do dworca Suchywilka.

– Patrz! – wykrzyknęła w ciemność ponad wyspą i całym wielkim Wewnętrznym Morzem. – Patrz, kochany!

Żegluga z Urocznej Przystani jest długa, ale deszcz wciąż pada, kiedy smocza łódź przybija wreszcie do zwajeckiego brzegu. Krople rozpryskują się na skalnej ścieżce, na ostrokole z poczerniałych od dżdżu pali, na wrotach obitych żelazem i przystrojonych czaszkami tych, którzy nieproszeni podeszli pod dworzec najwyższego zwajeckiego kniazia. Rudowłosa kobieta w kurcie norhemnów mruży oczy i rozpoznaje je kolejno. Sinoborskie misiurki o pordzewiałych ogniwach, pogięte kapaliny żalnickich najemników, moriony z południowych wysp, pojedynczy szłom zwajeckiego renegata. I na koniec pomorckie hełmy, długi rząd przegniłych brunatnych kit, którymi miota wiatr. Dwa, trzy tuziny głów, które śmieją się do niej obranymi z mięsa ustami.

Pachołkowie otwierają bramę, zanim zdąży je przeliczyć.

Dworzec jest niski, kryty gontem z jasnego drewna. Kępki skąpej, poszarzałej trawy przysiadły tu i ówdzie pomiędzy dachówką, wąskie szczeliny w ścianach zaparto okiennicami. Po kamiennej ościeżnicy wspinają się żmijowe sploty, a u górnej krawędzi drzwi wbito dwa ciężkie gwoździe. Brunatne zacieki spływają aż do ziemi, aż do progu omotanego powojem, ostrokrzewem i wilczomleczem. Rdza szczelnie pokryła krew, lecz wiedźma widzi ją bardzo wyraźnie. Nie musi pytać, kto dawno temu wbijał żelazne ćwieki w drzwi dworca i dlaczego nikt nie ośmielił się ich wyjąć.

Od niskich kamiennych murków, od stajni ukrytej poza tylną ścianą domostwa gromadki służby w zgrzebnych opończach niewolników przyglądają się gościom.

Jadziołek klekocze i syczy na ramieniu Szarki.

Stara kobieta stoi pośrodku dziedzińca, obiema rękoma oparta o obdarty z kory, sękaty kostur, sztywno wyprostowana. Długie siwe włosy unoszą się na wietrze jak przędza, spełzłe, wyblakłe oczy łzawią od torfowego dymu. Na przegubach ma szerokie srebrne bransolety, na piersi pojedynczy medalion ze znakiem Morskiego Konia.

Llostris – mówi wreszcie stara kobieta. – Och, Llostris. Dziewczyno.

Nic więcej. Ani jednego słowa. Ujmuje rudowłosą palcami, które wydają się kruche jak wiosenny lód, i prowadzi do dworca, do wielkiej sali. A potem sadza ją pod poprzeczną belką, na której wyrzeźbiono skrzydlate węże nieba, zdejmuje skórzaną opończę z jej ramion, nalewa miodu w kielich.

Deszcz stuka po kamiennym dachu, łopoczą płomienie w kominie, a bose stopy służebnych bardzo cicho przesuwają się po posadzce wysypanej świeżymi liśćmi i ciętym sitowiem. Przy kręgu ograniczającym palenisko jednooki niewolnik brzdąka na ręcznicy, siwe ogary skomlą przez sen u jego stóp. Na ściemniałych od sadzy ścianach połyskują zdobyczne włócznie i szafeliny.

I przez całą ucztę Szarka czuje na sobie dłonie Zwajki. Trwożliwe, pospieszne muśnięcia, kiedy stara wygładza jej suknię, dotyka jasnych włosów. Jakby chciała się upewnić, że kniaź nie sprowadził pod dach jednej z morskich boginek, które pod nowym księżycem rozpływają się w morskiej pianie.

Jaśminowa wiedźma ocknęła się. Zniknął jesienny deszcz. Była tylko zawierucha, która targa żagle okrętów i przywabia topielców w ludzkie siedziby. A kiedy mocniej wytężyła wzrok, widziała leśną drogę, daleko, na południowym skraju Żalników, i mężczyznę, który spał, nisko pochylony na koźle. Pochrapywał przez sen i mruczał coś do siebie, ale nie jej szukał we śnie.

Wiedźma zamrugała powiekami, niecierpliwie strząsając z rzęs łzy.

Szarki nie było we dworcu ani tej nocy, ani poprzedniej. Wiedźma odnalazła ją jednak bez trudu.

– Skoro właśnie tego pragniesz, zbójco – wyszeptała wargami pobielałymi od mrozu. – Skoro jej szukasz.

Granie psów niesie się wysoko, kiedy zwierzęta biegną ścieżką, pod nawisem oszronionej trawy i kolczastych gałęzi. Śnieg zasypuje krople posoki, topnieje na tarczach trawionych we wzór winorośli i kwiatu jabłoni, na grotach koncerzy i rogacin. Buty ślizgają się na oblodzonych skalach. Krwawią palce otarte ostrą krawędzią głazu. Rudowłosa dziewczyna odprawia łowczego pojedynczym skinieniem głowy i nie przerywa pościgu nawet wówczas, kiedy mrok podnosi się wraz z wieczornym chłodem.

Psy szczekają coraz bliżej. Szare mastify, które jednym skokiem potrafią dosięgnąć jeźdźca i zrzucić go z siodła. Coraz częściej na ścieżce leżą ich ciała z otwartymi brzuchami i wnętrznościami rozwleczonymi jak krwawy ochłap. Na samym dole, przy wejściu do nadmorskiej groty suka z poszarpaną nogą skowyczy cicho, kiedy łowczy przecina jej gardło szerokim nożem. Pachołkowie rozpalają pochodnie, lecz odyniec wypada prosto na nich, nim jeszcze smołowane pakuły zajmą się na dobre. Jest biały, biały jak morska piana, a siwe kły wydają się uczynione z najczystszego srebra.

Rudowłosa kobieta unosi włócznię.

Zbójca przebudził się ze zduszonym krzykiem.


* * *

Zarzyczka patrzyła, jak wreszcie ostatni gońcy odjeżdżają z cytadeli. Lodowaty wicher od Cieśnin Wieprzy rozwiewał opończe, a grudki zamarzniętej ziemi pryskały spod końskich kopyt. Wieczorem zaczął padać śnieg. Wielkie ciężkie płatki wirowały wokół oświetlających dziedziniec pochodni. Było tak cicho, że księżniczka słyszała ryk bydła w odległych stajniach. Nie mogła spać. Boso podeszła do okna. W kominie w głębi komnaty buzował ogień, lecz zaścielające posadzkę skóry przeszły chłodem.

Gdyby było takie zaklęcie, pomyślała nagle, żeby cały zamek zapadł w sen. Jak w baśniach, gdzie księżniczka kaleczy się wrzecionem i uśpiona czeka, aż pokolenie przejdzie za pokoleniem. Gdybyśmy tylko mogli położyć głowy na poduszkach i nie słyszeć nic prócz spadających płatków śniegu, latem zaś szumu dzikich róż, które będą rosnąć coraz wyżej, aż zasłonią zamek.

Przez całą jesień nadchodziły wieści, a legendy pęczniały jak dojrzewające dynie. W ludzkich gadkach wszystko było obce, odmienione. Wojowniczka o płomiennych włosach Iskry walczyła z Zarzyczką na schodach cytadeli księcia Evorintha. Nur Nemrut umierał z głową uciętą zakrzywionym ostrzem podobnym temu, którym ongiś zabito Stworzycieli. Przeklęta córka Smardza umykała w kohorcie wiedźm i zwierzołaków aż do Doliny Thornveiin, by wykraść ostatnią spośród żmijowych harf i rzucić urok na kniazia z uścieskiej cytadeli. A wiedźmy pod postaciami czarnych ptaków spadały na uśpione osady, porywały dzieci i prześladowały bydło pomorem.

Nic nie było prawdziwe.

Zarzyczka miała wrażenie, że legenda pożera ją kawałek po kawałku. Opowieści snuły się nisko przy ziemi jak dym z ognisk, w których pieczono rzepę. Wciąż dostrzegała prawdziwe twarze ukryte poza legendą. Czasami jednak wydawało się jej, że prawda nie ma już żadnego znaczenia.

Jak całun, myślała, legendy otulają nas jak trumienne giezło. Niedługo będzie zupełnie obojętne, kim był tamten mężczyzna, który dwa pokolenia wcześniej wyruszył na północ, by zabić żmijów, i kim była kobieta, która nosiła na czole obręcz dri deonema. Nie zostanie nawet ślad po żadnym z nas.

Znak Fei Flisyon wciąż spoczywał w skrzynce z różanego drewna. Szkatułka pachniała zwiędłymi płatkami, przywodząc na myśl ogrody w Dolinie Thornveiin. Zarzyczka nie śmiała spytać Wężymorda, dlaczego nazwał obręcz swoją śmiercią. Zresztą nie mówili o wielu rzeczach. Ćwiczyła się w cierpliwości. Czy nie czekałam całe życie? – myślała czasami gorzko.

Co rano nieodmiennie budził ją tętent końskich kopyt na bruku dziedzińca. Schodziła do wielkiej sali i znów słuchała o okolicach, gdzie chłopi porzucili domostwa i poszli za prorokiem, by czynić pokutę za śmierć bogów. Obłąkany braciszek głosił, że należy krwią odstępców obmyć drogę dla bogini i oczyścić kraj ogniem, a wówczas Bad Bidmone powróci w swą dziedzinę. Czasami jego nauki nazywano po prostu Krwawą Ścieżką.

Tyle że cokolwiek wieszczą chłopscy prorocy, myślała księżniczka, we wszystkich Krainach Wewnętrznego Morza nie ma dość posoki, by na nowo przywołać Bad Bidmone. Nic nie pomoże, choćby wszystkie źródła północy znów zaczęły bić żywą wodą, a żmijowe harfy zagrały na samym progu uścieskiej cytadeli.

Zdumiewające, pomyślała, spoglądając na wirujące płatki śniegu. Zird Zekrun przybył do Rdestnika zabić boginię, gdyż pragnie ożywić martwe ciała Stworzycieli na nadksiężycowych ścieżkach. Szalony prorok żąda ofiary z życia kniahini, aby przebłagać zaginioną boginię. Mój brat chce pokonać Wężymorda, wypędzić frejbiterów i zmieść z tronu moc pana Pomortu. Lecz żadna z tych śmierci nie starczy, by oczyścić ziemię, w którą wsiąkła czarna śmiertelna krew Bad Bidmone. Być może w jednym szalony prorok ma rację – jesteśmy przeklęci. W tym kraju nawet kamienie i kora drzew dźwięczą krzykami umierającej bogini i tylko ludzie wciąż nie pojęli, że oddychają śmiercią.

Świeca w ciężkim srebrnym kandelabrze dopaliła się, skwiercząc.

Dlaczego nie mielibyśmy po prostu odejść? – pomyślała nagle. Spakujemy sakwy, kufry i zawiniątka, objuczymy kilka koni i odjedziemy jeszcze przed świtem, żeby śnieg zasypał ślady, nim wieść rozejdzie się po dolnym zamku. Nikt nas nie będzie ścigał. Zamknę na kłódkę szkatułkę z obręczą dri deonema, spalę księgi Thornveiin i zapomnę formułę ognia, który płonie nawet pod wodą. A potem pozwolę Wężymordowi otulić się szubą i razem zrobić te kilka kroków, które uniosą nas poza mury zamków i świątyń. Kilka kroków, by bezpowrotnie odejść z legendy. Powędrować wyludnionym gościńcem w jakieś odległe miejsca, gdzie nie ogląda się pomorckich szpiegów, rebeliantów Koźlarza czy wyznawców szalonego proroka.

Byłabym tam szczęśliwa, pomyślała nagle. Nie w samym mieście, ale gdzieś wysoko w Górach Żmijowych, w małej dolinie, do której nie zagląda nikt prócz książęcych poborców podatkowych.

Usnęła, zanim Wężymord wrócił z uczty w wielkiej sali.

We śnie szła zapyloną ścieżką pomiędzy kępami dziewanny i dzikiego bzu, z chustą pełną świeżych ziół i spódnicą dla wygody zatkniętą za chłopski skórzany pas. Skałki na stokach były prawie białe od porannego słońca, a łaciate kozy przechadzały się wśród nich, skubiąc skąpą trawę. Minęła spleciony z chrustu płotek. Jabłonie wciąż przesłaniały chatę, niską, o dachu krytym ledwo poszarzałą słomą i ścianach z bali uszczelnionych mchem. Pomiędzy pobielonymi wapnem pniami jabłoni widziała już daszek studni – przechylone przez cembrowinę dziecko z wizji mechszycy nasłuchiwało ech, dziecko o włosach koloru nadbrzeżnego piasku i błękitnych oczach Wężymorda. Przyspieszyła kroku. Nie powinien się tam bawić, pomyślała z przestrachem. Dość jednego nieostrożnego kroku, a cembrowina śliska. Lecz gdy podeszła bliżej, dostrzegła ciemną plamę na plecach dziecka. Nie łatę na kubraku naszytą niewprawną ręką, ale rdzawy zaciek zaschniętej krwi. I strzałę, wbitą głęboko, aż po pierzysko.

Obudziła się z wargami pogryzionymi do krwi. I nic nie powiedziała Wężymordowi.


* * *

Złociszka stała w oknie. Wiatr nanosił do izby kłębami śniegu.

– Dziwna noc – wyszeptała do siebie. – Jaka dziwna noc.

– Panienko. – Stara piastunka pociągnęła ją za rękaw. – Wystarczy. Zaziębisz się. On nie przyjedzie. Nie przed wiosną.

Dziewczyna z ociąganiem pozwoliła się odprowadzić od ościeżnicy. Niańka narzuciła jej na ramiona grubą wełnianą chustę.

– Zaraz będzie ciepło – mamrotała z cicha, bardziej do siebie niż do Złociszki, rozpinając jej przemoczoną suknię. – Napalimy w kominie, włosy ze śniegu wytrzemy. Gdzież tak niczym pomywaczka z gołą głową w oknie stać. Co sobie sąsiedzi pomyślą? – Zsunęła suknię i rozwiązała rzemyki podtrzymujące ciężką aksamitną spódnicę. – No, proszę, ręce na lód skostniały, a serce z nerwów kołacze. Oj, będzie nieszczęście, jak się ojciec dowiedzą…

Dziewczyna obróciła się ku niej gwałtownie.

– Ani śmiesz mu powiedzieć! – syknęła gniewnie. – Bo precz każę wypędzić!

– No, jakże to, gołąbeczko? – Głos staruszki załamał się. – Jakże to? Taką masz dla mnie nagrodę, że cię własną piersią karmiłam, w chorobie piastowałam?

Złociszka zerwała się ze stołka, zrzucając z ramion chustę. W samej spodniej sukni podeszła do kominka i oparła czoło o okap.

– Co ja mam zrobić? – zapytała przez łzy. – Co mam zrobić?

– Skądże mnie wiedzieć, starej? – Piastunka bezradnie rozłożyła ręce. – Ale teraz trzeba jak najprędzej do świetlicy zejść, bo tam od popołudnia rajca Kurdyban z panem ojcem siedzą. I coś mi się zdaje, że nie o cenach sukna tyle czasu mają naradę – dodała znacząco.

– Lepiej by się Kurdyban suknem swoim zajął i w warsztacie siedział! – Dziewczyna wyprostowała się i parsknęła z niechęcią. – Dobrze wiem, czemu się tu kręci i ojca nachodzi. Ale nic z tego nie będzie! – Tupnęła nogą. – Nic a nic!

– Skoro pan ojciec nakażą… – zaprotestowała niańka, choć niezbyt żwawo i z jej miny znać było, że tylko z nawyku się krzywi, bo jest przez swoją panią ze szczętem opanowana.

– Ojciec dobrze rozumie, że nie na mnie się Kurdyban ogląda – odparła ze złością panna – ale na to, co mam w posagu. Trzydzieści dwa tysiące czerwonych złotych. Tylko o nich myśli.

– A kto by nie pomyślał, Złotko? – Staruszka zdziwiła się szczerze. – Chyba tylko głupi. Wszyscy tutaj wiedzą, żeś burmistrzowa córa i jedyna dziedziczka. Więc choćbyś była najgładsza, o wianie też nie zapomną. Taki los, duszko. Zamiast marszczyć czółko, radować się powinnaś i ojcu błogosławić, że przyszłość ci zabezpieczył. A jak mu się odpłacasz? Trzeci raz cię woła.

– Wszystko jedno, nie zejdę! – Złociszka zacisnęła wargi. – Kurdyban nic o mnie nie dba, przy tym jest sprośny, stary i brzydki.

– Nie stary, ale stateczny – obruszyła się piastunka. – Jeszcze czterech tuzinów lat nie skończył. I bardzo dobrze, że jest człek w leciech letnich, boś ty młódka, wietrznica i do swobody nawykła, własnym rozumem się rządzisz. Ojca za nos wodzisz, pobłaża ci, aż wstyd patrzeć. Ale co pannie uchodzi, nie przystoi żonie. Silnego męża ci trzeba, żeby się krzyków nie uląkł i pod pieszczotą nie stopniał. Młodzik cię nie okiełzna. Ale rajca Kurdyban – spojrzała na nią badawczo i zacmokała wargami – poradzi sobie.

Dziewczyna buntowniczo podrzuciła głową.

– Bo jest zimny starzec, do grobu mu bliżej niźli do wesela. Wcale mi się nie podoba. A jakbym miała temu truchłu dziatki rodzić i z nim się do snu układać, to wolę nie żyć.

– Złociszko! – Staruszka tak się wzburzyła, że na policzkach wystąpiły jej ceglaste placki. – Zepsuta jesteś i tyle. Przecież nie pierwszy Kurdyban do ojca w konkury chodzi. I co? Tylko się krzywisz, grymasisz, nikomu przychylna nie jesteś. Widać na całym bożym świecie nie masz takiego, co by cię zadowolił.

– A jeszcze zobaczymy! – Dziewczyna zaśmiała się sucho. Zebrała w rękę fałdy płóciennej spódnicy i zrobiła kilka drobnych nerwowych kroków ku stoliczkowi z różanego drewna, na którym zamocowano duże owalne zwierciadło. – Suknię podaj. Pomożesz mi się ubrać.

– Trzeba było od razu tak mówić. – Staruszka aż klasnęła w dłonie i podreptała szybciutko do wielkiej rzeźbionej skrzyni w kącie komnaty. – Przecie główkę ma moje Złotko nie od parady. Wiedziałam, że jak się dąsać przestanie, szybko do rozumu przyjdzie – paplała, rozprostowując fałdy wspaniałej złocistej materii. – Bo z chłopem złością nie poradzisz, gołąbeczko, on na uśmiechy łasy. Zresztą po co się krzywić, urodę marnować? Pokorne cielę dwie matki ssie. A gniewem nie ujedziesz daleko…

– Nie tę suknię – przerwała niecierpliwie dziewczyna. – Tę brunatną. I płaszcz skórzany z kapturem.

– Tak chcesz się Kurdybanowi pokazać? – Niania załamała ręce. – Jak żebraczka? Ojca na wstyd wystawisz, na pośmiewisko… – urwała, marszcząc brwi.

Złociszka przekrzywiła głowę i kpiąco uniosła brew.

– Chyba nie zamyślasz do miasta teraz iść? – Piastunka gapiła się na nią z niedowierzaniem. – Przecież ojciec w świetlicy czekają, rajca Kurdyban od dawna cię wygląda. Jakże tak? Chcesz gościa samego zostawić i z domu się nocą wymknąć jak złodziej?

– Zwyczajnie – odparła lekko dziewczyna. – Ojciec z Kurdybanem przyszłe zyski liczy. Obaj szczęśliwi, ani który moją nieobecność spostrzeże. A ja w mieście mam sprawę pilną i wyjść muszę, więc podaj wreszcie tę suknię. Bo sama wezmę – zagroziła.

Piastunka usłuchała niechętnie.

– Ojciec zakazał ci włóczyć się samopas po mieście – gderała, zapinając haftki. – Niech się jeno dowie o tej nowej brewerii, a będzie rózgą karcił.

– Musisz więc, nianiu, ze mną iść i przed nieposłuszeństwem mnie uchronić. – Panna zaśmiała się filuternie. – I przed rózgą.

– Nigdzie nie pójdę! – Staruszka się zaperzyła. – Kto ja niby jestem, powsinoga, żeby w środku nocy pieszkiem po ulicach ganiać, o godność i dobrą sławę nie dbając?

Złociszka wyjęła jej z rąk skórzaną opończę.

– Więc sama pójdę – oznajmiła, wiążąc troczki na szyi. – Choć boję się trochę – dodała przebiegłe – bo po gospodach czeladnicy rzeźniccy siedzą i piją. Jeszcze mnie który zniewoli albo gardło poderżnie za ojcowe przewiny. – Ruszyła ku wyjściu z komnaty. – No, ale skoro serce w was zimne i nie chcecie biednej sieroty wspomóc, to sama pójdę – rzuciła przez ramię.

Na ostatnie oskarżenie oczy staruszki zaszkliły się łzami.

– Biednej sieroty? – powtórzyła rozedrganym głosem. – Niechby matka żyła, kijem by z ciebie wytłukła tę krnąbrność i samowolę.

– Moja matka – Złociszka stanęła, przytrzymując się ościeżnicy – tego za mąż pojęła, kogo sama chciała. I gdyby tylko żyła, nie stałaby mi na drodze. Nie jestem samowolna. – Popatrzyła na starą z powagą w niebieskich oczach. – Robię tylko, co muszę.

– Ale dokąd ty, dziecko, chcesz iść? Na bramach straże stoją, przecież cię nie przepuszczą.

– A za bramy to nie chcę. – Dziewczyna roześmiała się; jej nastroje były zmienne jak wiosenne niebo. – Wstyd, nianiu, wstyd! Jak mogło ci się uroić, że z domu będę uciekać, ojca samego zostawię?

Piastunka milczała. Wiedziała, że Złociszki i tak nie zdoła przegadać.

– Chcę alchemika odwiedzić. – Dziewczyna znacząco potrząsnęła sakiewką u pasa. – Posyłał do mnie wczoraj.

– Więc na to ojcowy grosz trawisz? – burknęła staruszka. – Żeby ci byle próżniak i oczajdusza z grochu szczęście wróżył i ziółka palone zadawał?

Dziewczyna zacisnęła palce na trzosie.

– Nie, nie na to – odpowiedziała powoli. – Nie na wróżby czy zioła miłosne, nianiu, ale na ogień, co pod wodą płonie, żelazo najtwardsze na świecie i łuki, z których pancerz stalowy przebijesz jak skórę. Bo idzie wojna, nianiu, z wiosną także w moje okienko zastuka. Więc chcę być gotowa.

Загрузка...