Rozdział 7
Kasel Remnak, Kamień Popiołu Świątyni Ognia, siedział za prostym biurkiem, zbudowanym z jasnego drewna i czekając na swojego gościa, rozpoczął medytację. Technika „oddechu trzech ogni” – którą ćwiczył od dziecka, odkąd jako siedmiolatka posłano go, jak wielu młodszych synów pochodzących z rzemieślniczych rodzin, do przyświątynnej szkółki – pozwalała uspokoić myśli, stłumić emocje, zyskać wewnętrzny spokój. Rozjaśnić, jak powtarzał jego nauczyciel, zamęt w głowie świętym płomieniem.
Pogłębiając oddech, powrócił myślami do szkółki przy świątyni. Większość dzieci kończyła edukację po dwóch–trzech latach, nabywając w tym czasie podstawowe umiejętności czytania i rachunków, ale on się wyróżniał. Jako dziesięciolatek płynnie czytał i pisał w suanari, opanował liczenie do tysiąca, a nawet zachęcony przez mnichów, nauczył się na pamięć pierwszych ośmiu rozdziałów „Księgi Pana Żaru”, nieoficjalnej, lecz tolerowanej wersji przetłumaczonych z Mowy Ognia dziejów Agara. Geijv – Mowa Ognia, była najświętszym językiem Białego Konoweryn, którym posługiwała się tylko elita Świątyni, wyżsi stopniem oficerowie Rodów Wojny i garść hołdującej tradycji arystokracji. Oczywiście nie znał jej jako dziecko, ale później opanował do perfekcji. Tak jak kilka innych języków, kaligrafię, sztukę dysputy, zarządzania finansami, umiejętność podstawowej opieki nad chorymi i rozpalania ognia w każdych warunkach.
Był utalentowany, inteligentny, ciekawy świata i pracowity oraz szczerze i żarliwie czcił Agara, a właśnie takie dzieci Świątynia Ognia chętnie brała pod swoje skrzydła. Stawały się fundamentem, na którym wznoszono jej potęgę.
Po zaledwie kilkudziesięciu oddechach poczuł, jak opuszcza go napięcie, a myśli zaczynają płynąć żwawiej. Wrócił wspomnieniami do swojej przeszłości, bo ściśle wiązała się z teraźniejszością. W stolicy księstwa, oprócz głównej, zbudowanej wokół Oka Agara świątyni było ponad trzysta innych, a przy większości z nich funkcjonowały szkółki dla ubogiej dzieciarni. W związku z napływem uchodźców z zachodnich prowincji służyły one teraz głównie jako tymczasowe noclegownie i miejsca wydawania posiłków dla potrzebujących, zupełnie zaniedbując swoje pierwotne przeznaczenie. A pora deszczowa była zazwyczaj okresem, gdy najwięcej dzieci uczęszczało na lekcje. Wielu kapłanów słało do niego wieści w tej sprawie. Jeśli przerwa w nauczaniu potrwa dłużej, pewien rytm, którym od stuleci żyło Białe Konoweryn, a z nim Świątynia Ognia, zostanie zachwiany – argumentowali. Nie możemy porzucić na pastwę losu tych młodych, niewinnych duszyczek i czyhających na nie zagrożeń – pisali. Całe pokolenie dzieci zostanie pozbawione duchowej opieki i przepadnie w mroku – wyrażali szczerą obawę.
I zapewne zupełnie nie chodziło tu o to, że rodzice uczniów opłacali naukę tradycyjnym co łaska, a tak naprawdę zwyczajową daniną między dwunastą a dziesiątą częścią swoich miesięcznych dochodów. I tak wychodziło to taniej niż wynajęcie guwernera, a umiejętność czytania i liczenia dla drobnego rzemieślnika czy kupca była bezcenna. I tu pojawił się problem dla świątynnych szkółek, bo część rzemieślniczych rodzin zaczęła składać się i opłacać prywatnych nauczycieli, których – jak się okazało – całkiem sporo pojawiło się w stolicy wraz z falą uchodźców. Właściwie każdy drobny szlachetka, kupiec, prawnik, nadzorca albo właściciel plantacji uciekający przed atakami buntowników przełykał dumę i wynajmował się do drobnych prac, takich jak pisanie listów, prowadzenie spraw przed sądem czy uczenie dzieci biedoty. Podobno robiły to nawet kobiety.
Kobiety!
Kamień Popiołu westchnął głęboko, próbując utrzymać spokój. Medytacja pomogła dopiero po dłuższej chwili.
Musiał w ciągu najbliższych dni rozwiązać dwa problemy. Jeden to możliwość utraty dochodów dla wielu mniejszych świątyń, jeśli w mieście pozostanie spora liczba nauczycieli, uczących dzieci za pół ceny. Nie było to duże zagrożenie, wystarczyło znaleźć jednego lub dwóch takich przybłędów, którzy nie wyrażali się z należytym szacunkiem o Agarze, i posłać ich na stos, po czym powtarzać to tak długo, aż reszta dojdzie do wniosku, że powietrze w stolicy im nie służy. Nie minie miesiąc lub dwa i wszystko wróci do normy.
Ale to musiało poczekać, aż resztki buntu zostaną zniszczone, bo wszelkie niepokoje mogły mieć opłakane skutki. Rozprawa z Krwawnicą była absolutnym priorytetem.
Drugi problem to kobiety. W mieście pojawiło się mnóstwo samotnych, często niezamężnych niewiast, zarówno tych, które uciekały z ogarniętych chaosem centralnych prowincji, jak i takich, które przyciągnęła stacjonująca w stolicy armia. Świątynia Ognia oczywiście spodziewała się czegoś takiego, w czasie wojny to zwykła sprawa, a wiele tysięcy młodych bojowników o sprawę Agara miało swoje potrzeby, ale od jakiegoś czasu ze wszystkich stron dochodziły coraz bardziej niepokojące wieści.
Kobiety traciły swoje przypisane atrybuty. I nie chodziło tylko o przyjezdne, co do których, w związku z ich ciężkim losem, mógłby wykazać zrozumienie. Nie plaga, lecz właściwie zaraza zaczynała się szerzyć po całym mieście. Stateczne matrony, doświadczone żony, młode mężatki, a nawet panny przed ślubem, których łona czekały na błogosławieństwo macierzyństwa, stawały się… dzikie, kłótliwe, pyskate i niemiłe w obejściu.
Nagle zrobiło im się ciasno. Ciasno w domach. Ciasno pod władzą rodziców, mężów i teściów. Ciasno we własnej – błogosławionej wszak przez Agara – postaci.
Trucizna zatruwała ich dusze i umysły. A trucizna ta rozchodziła się niczym cuchnący dym z jednego miejsca.
Książęcego Domu Kobiet.
Spokój, który osiągnął oddychaniem i medytacją, prysł w jednej chwili.
Jak zwykle, gdy dochodził do tej nieprzyjemnej konkluzji, że Dom Kobiet w pałacu stał się źródłem – nie mógł tego inaczej ująć – zarazy. Cała stolica, a zapewne wkrótce i całe Białe Konoweryn, padnie ofiarą rozchodzącej się stamtąd zgnilizny. Plotki, opowieści, ubarwione do absurdu historyjki wypływały z niego nieprzerwanym strumieniem, mącąc w głowach większości niewiast.
Kobiety z pałacu uczą się władać bronią. Kobiety z pałacu nie wpuszczają mężczyzn, nawet kapłanów Agara i świętych wojowników z Rodów Wojny do swoich komnat. Kobiety z pałacu rządzą się same. Kobiety z pałacu to, kobiety z pałacu tamto.
Co za bzdury! Prastarą tradycją przecież było, że Domy Kobiet na całym Południu cieszą się pewną swobodą, a mężczyźni albo w ogóle nie mają do nich wstępu, albo pojawiają tam tylko w eskorcie eunuchów. Nagle jednak stało się to jakimś niesłychanym i rozpalającym puste głowy fenomenem.
Do tego snuto opowieści o wojowniczkach Issaram, które kładą pokotem całe zastępy Słowików. Kasel wiedział, że tylko raz zorganizowano taki przyjacielski pojedynek, który zakończył się w taki, a nie inny sposób, bo młodzi oficerowie… no cóż, nie chcieli zrobić im krzywdy. W końcu pochodziły z tego samego ludu co Wybrana. I były kobietami.
Mimowolnie zgrzytnął zębami, a resztki spokoju uleciały gdzieś daleko, bardzo daleko. Ten przeklęty głupiec, Vaminar Złoty, nigdy nie powinien zgodzić się na takie przedstawienie!
No i była jeszcze Wybrana. Deana d’Kllean. Ta, Którą Dotknęło Tchnienie Agara – jak głosił najnowszy przydomek nadany jej przez ulicę. Gdyby mógł… gdyby to tylko od niego zależało… Jej zachowanie przynosiło dziesięć razy więcej szkód niż wszystkie opowiastki i bajeczki dotyczące Domu Kobiet.
Wybrana mianuje urzędników. Wybrana przyjmuje poselstwa z sąsiednich księstw. Wybrana zwołuje rady wojenne, wysyła wojsko na rozlewisko Tos, zaciąga nowe oddziały. Wybrana sięga do skarbca nie tylko księstwa, ale i samej Świątyni Ognia, mianuje kapłanów na najwyższe stanowiska, kieruje rzeszami niewolnych, których wysłano na wschód.
Wybrana rządzi.
Rządzi księstwem.
Gdybyż tylko mogła trzymać się swojej legendy, zdobytej w czasie bitwy z Krwawnicą. Legendy o lekko naiwnej, zagubionej dziewczynie z dzikiego plemienia, której czystość i odwaga ujęła nie tylko księcia Laweneresa, ale i samego Agara, dzięki czemu demoniczna Krwawnica została ciężko zraniona, a jej armia rozbita. Po bitwie Deana d’Kllean powinna wrócić do stolicy, by w pokorze oczekiwać na poród, a Świątynia zadbałaby przecież o jej dobrostan. Przekułaby bitewną legendę w miecz wymierzony nie tylko w buntowników, ale także w każdego, kto chciałby zagrozić potędze Oka i Białego Konoweryn.
Ale nie. Ona wzięła się, razem z Wielkim Kohirem, Valarą i tym podstępnym trucicielem, za rządzenie. Nie tylko mianowała urzędników, nie tylko obsadzała stanowiska w armii, ale nawet zdecydowała się ingerować w hierarchię Świątyni Ognia. I to tak, jakby chciała zakpić z nich wszystkich.
Kasel Remnak zacisnął zęby tak mocno, aż coś chrupnęło mu w szczęce.
Kamień Popiołu – tytuł, którym go łaskawie obdarowała – był zwykle piątym w kolejności wśród najwyższych kapłanów. Ciemna Iskra, Lodowy Płomień, Migoczący Żar – wszystkie one stały nad nim, nie wspominając o Dziecięciu Ognia, który to przydomek należał do samego Laweneresa. Po czym, jak gdyby nigdy nic, zażądała, żeby to właśnie on, Kasel Remnak, reprezentował Świątynię w najważniejszych sprawach, na radach wojennych i w czasie ustalania nowych praw. To był policzek wymierzony w pozostałych wielkich kapłanów, ale taki, na który nie mogli się obrazić, bo w końcu była Wybraną Agara.
Nie chciał nawet myśleć, że mogła to zrobić z rozmysłem. Że pragnęła wbić klin między niego a resztę hierarchów. Co prawda ta reszta – wszyscy bez wyjątku należeli poprzednio do niskiej rangi duchownych, których wyróżniało tylko to, że uchodzili za wyjątkowo uczciwych i stroniących od polityki – nadal była zbyt wstrząśnięta swoimi awansami, by podjąć jakiekolwiek działania, ale już wokół nich gromadziły się kliki i frakcje. Walka o wpływy jeszcze się nie zaczęła, był jednak pewien, że gdy tylko zagrożenie ze strony buntowników i ich demonicy zniknie, stare wojenki wybuchną na nowo.
A do niego przylgnie opinia kogoś, kto ośmielił się zajmować pozycję wyższą niż należna z racji rangi.
Nie miał wątpliwości, że jeśli urażona duma każe innym hierarchom szukać w przyszłości zemsty, zwrócą się przeciw niemu.
Jeśli chciała jego rad i pomocy, Deana d’Kllean powinna była przyznać mu tytuł co najmniej Ciemnej Iskry, a nawet Migoczącego Żaru.
Należał mu się bardziej niż tym zmurszałym dziadygom, którzy je obecnie dzierżyli.
Przez większość czasu musiał grać, udawać małego duchem świątynnego gryzipiórka, dla którego najważniejsze było przedstawianie niekończących się wyliczeń. Skoro Wybrana uznała go za pośledniego hierarchę, dostanie pośledniego hierarchę. Przy okazji – takie zachowanie nie powinno zwrócić na niego uwagi reszty dworu i pozwoli mu działać.
Musiał ocalić Świątynię i Białe Konoweryn przed zgubnym wpływem jednej kobiety.
Rozluźnił się powoli, najpierw lewa dłoń, potem prawa, na końcu szczęka, i z powrotem zaczął powolne, głębokie oddechy. Ta dziewczyna była dzikuską bez edukacji, bez ogłady, bez przynależnej swojej płci delikatności i nieśmiałości. Odzywała się do mężczyzn niepytana i mówiła im wprost, co myśli. Poruszała się bez wdzięku, ubierała w szaty, które nie pozwalały na pierwszy rzut oka rozpoznać jej płci, i cały czas nosiła broń. Na dodatek otaczała się takimi samymi dzikuskami jak ona, a rządząc niczym udzielna księżna, rozsiewała po całym księstwie zły przykład.
Przez nią kobietom w różnym wieku i o różnej pozycji przychodziły do głowy niestosowne pomysły, patrzyły na książęcy pałac jak papuga na kawałek zbitego lusterka, niezdolne pojąć, jak bardzo fałszywa i bezwartościowa jest taka błyskotka. Do tego dochodziła kwestia niewolników. Deana d’Kllean do tej pory nie zadeklarowała, jaki będzie ich los. Czy wyśle ich z powrotem na plantacje i do kopalń, by odbudowywali zrujnowaną gospodarkę? Czy każe sprzedać do innych księstw, by napełnić uszczuplony wojną skarbiec? A może, jak głosiły plotki, które mroziły mu krew w żyłach, rozważa powszechne wyzwolenie i wypłacenie właścicielom krociowych odszkodowań? Albo – co gorzej – niewypłacenie ani miedziaka.
Jak księstwo i Świątynia Ognia miałyby przetrwać podobną katastrofę?
W głębi duszy czuł, że Deana d’Kllean mogłaby się na coś takiego zdobyć. W końcu co dziewkę z pustynnego plemienia obchodzą zawiłości wewnętrznej polityki i ekonomii najpotężniejszego z południowych księstw.
Została dotknięta przez samego Agara! Powinna być… pod każdym względem inna niż jest.
To wszystko ciążyło mu niczym młyński kamień zarzucony na ramiona. Coraz częściej czuł przerażającą bezsilność i strach. Nie wątpił, że Białe Konoweryn poradzi sobie z Krwawnicą i resztkami jej armii. W końcu w jego sercu płonęło Oko Agara, widomy znak łaski Pana Ognia, a szykowana do nowej kampanii armia była silna i zwarta we wspólnym celu.
Ale co potem? Mądry człowiek zawsze patrzy w przyszłość. Co będzie, gdy wyschnie strumień złota trafiający do skarbca na świętą wojnę? Gdy nie znajdzie się pieniędzy, by opłacić wojsko? Gdy kaprys Deany d’Kllean pozbawi księstwo rąk do pracy i nie będzie komu zbierać bawełny, trzciny cukrowej i pszenicy z pól oraz owoców z sadów? Ani wydobywać kruszców i drogich kamieni? Ani wytapiać żelaza w hutach? Gdy kobiety, omamione jej przykładem, nauczą się być pyskate i nieposłuszne?
Ukrył twarz w dłoniach, czując, jak młyński kamień podwaja swoją wagę. Bo wszystkie te rozważania nie miały znaczenia wobec tego, że Deana d’Kllean weszła i wyszła żywa z Oka Agara, pomaszerowała z armią przeciw zbuntowanym niewolnikom, a gdy armia ta poniosła klęskę, sam Agar od Ognia zadziałał za jej pośrednictwem, paląc swoich nieprzyjaciół. To ona pobłogosławiła książęcego kornaka i zmieniła go w falę ognia.
Ona i tylko ona.
Przez ostatni miesiąc Kasel Remnak nie robił nic innego, tylko próbował znaleźć jakąś lukę w tej historii, coś, co wskazałoby, że to nie ta Issarka stała się wykonawczynią woli Agara. Na jego rozkaz przeprowadzono drobiazgowe śledztwo – oficjalnie, by potwierdzić świętość Wybranej – przesłuchano setki weteranów tej nieszczęsnej bitwy, setki świadków jej wejścia w Oko, a nawet ludzi, którzy odnaleźli ją i Laweneresa na pustyni. I nic. Albo wszystko – zależy jak na to spojrzeć. Jeśli w historii ostatnich stu czy dwustu lat Białego Konoweryn można by kogoś nazwać dotkniętym przez boga, była to właśnie ona.
Żaden ze świętych tekstów nie mówił, że Agar ma tak przewrotne poczucie humoru.
A on, Kasel Remnak, Kamień Popiołu, musiał znaleźć sposób, by nie obrażając swojego boga, ocalić ukochane miasto i księstwo przed kaprysami ciężarnej kobiety.
To dopiero wyzwanie.
Usłyszał puknie do drzwi. Głośne, pewne siebie. Tylko jeden człowiek w pałacu mógł dobijać się w ten sposób do jego komnaty.
— Wejdź, bracie — powiedział głośno w geijv.
Kosse Oluwer otworzył drzwi i stanął w progu, garbiąc się lekko, by nie uderzyć głową o futrynę. Był, jak niemal każdy Bawół, wielki niczym szafa, a luźna, grubo tkana koszula z szerokimi rękawami tylko pogłębiała to wrażenie. Nie nosił żadnych insygniów ani żadnej broni, ale kapłan wiedział, że ten mężczyzna ich nie potrzebuje i jest bronią samą w sobie.
To był trudny wybór. Kasel potrzebował siły, a jedyną realną siłę księstwa reprezentował teraz ten człowiek lub Vaminar Złoty. Lecz dowódca Słowików stanowił zbyt nową i mało znaną figurę na planszy. Kapłan postawił więc wszystko na nadzieję, że uda mu się dotrzeć do Oluwera.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym af’gemid wszedł i starannie zamknął za sobą drzwi.
— Tylko prawda? — rzucił zamiast powitania, również w Mowie Płomieni.
— Tylko prawda, bracie — potwierdził Remnak. — Zaprosiłem cię, bo pragnę, abyś wysłuchał mojej spowiedzi i pomógł mi uporać się z cieniem w sercu i duszy.
Mało kto wiedział, że af’gemidzi Rodów Wojny sami byli wysokimi kapłanami Agara. Od pokoleń się z tym nie afiszowali, a Świątynia Ognia nie próbowała im odebrać tych tytułów, ale formalnie w komnacie znajdowało się teraz dwóch duchownych.
Oluwer zesztywniał.
— Tylko prawda. Możesz się wyspowiadać przed każdym kapłanem w stolicy, bracie.
Geijv był sztywnym, od stuleci martwym językiem, ale miał dla Kasela jedną zaletę – niektórzy członkowie Rodów Wojny głęboko wierzyli, że to mowa samego Agara, i że jeśli się w niej skłamie, Pan Ognia ukarze krzywoprzysięzcę.
Szpiedzy potwierdzili, że Kosse Oluwer, ze swoją nowo nabytą wiarą, był jednym z nich.
A on musiał teraz przekonać najbardziej fanatycznego wyznawcę Agara, by pomógł mu okiełznać Wybraną, zanim ta pogrąży księstwo w otchłani chaosu.
— Tylko prawda, bracie — zaczął, czując, jakby wchodził na wybieg z oszalałym słoniem. — Nie wiem, czy ścieżka, którą kroczy nasza Wybawicielka, nie sprowadzi na nią niebezpieczeństwa.