Epilog
Pewnego słonecznego dnia w Starym Ulg trwał targ. Trzy razy w miesiącu gospodarze z okolicznych wiosek zwozili tu na handel swoje wyroby, skóry i futra, grzyby, ryby, orzechy i miód, mięso, mleko, masło, jajka, jagnięta i koźlęta z tegorocznych wykotów. Zjeżdżała też lokalna szlachta, z tej drobnej, dla której to żaden dyshonor wychylić kufel z plebsem. Wędrowni czeladnicy chętnie pokazywali swoje umiejętności, kupcy rozkładali stragany, karczmy pękały w szwach.
Minęło południe, gdy drzwi największej z nich otworzyły się i weszło przez nie dwóch mężczyzn. Brodaci, z włosami, które domagały się strzyżenia, o twarzach wychudzonych i pobrużdżonych jak stara skóra. Widać było, że głód i nędza nieraz dyszały im w kark. Miejscowi obrzucili ich wzrokiem, od razu po twarzach, brudnych wełnianych płaszczach, znoszonych butach oraz postrzępionych rękawach koszul uznając, że to para wędrownych parobków rozglądających się za pracą. Wielu takich szukało szczęścia w dzień targowy.
Większość klientów stanowili drobni gospodarze, którzy sprzedali już swoje osełki masła, gomółki sera i kurczęta. Teraz jedli późny obiad, nabierając sił przed drogą powrotną i pijąc. Ich żony, zamiast w zadymionej izbie, wolały siedzieć przed lokalną świątynią i gadać w nieskończoność z kumami albo wędrowały między straganami, patrząc, na co można by wydać resztę pieniędzy. Młodzież urządzała wyścigi w workach, siłowała się, rzucała kamieniami na odległość i toporkami do celu oraz z niesłabnącym entuzjazmem obmacywała się po krzakach.
Bo w dniu targowym bardziej niż o zarobek chodziło o spotkania, plotki i zabawę.
Obcy przysiedli się do głównej ławy, nie zważając na krzywe spojrzenia. Dziwne było, żeby wiejska biedota pchała się między gospodarzy. Ale szmery umilkły, gdy odrzucili płaszcze i błysnęli rękojeściami kordów. A potem srebrną monetą.
Czyli najemnicy, a nie parobcy. Takich też przyciągały targowe miasteczka, kupcy wędrujący od jednego do drugiego chętnie korzystali z ich ochrony.
— Co tam macie na obiad? — zapytał starszy z nich.
Karczmarz zerknął na monetę. Ćwierćorgówka, nieobrzezana.
— Polewka z serem, kwaśnica, kasza ze skwarkami, kapusta z grochem, krwawa kiszka, świńskie żeberka. Co podać?
— Wszystko. Dwa razy. I dzban piwa.
— Z piwem uważajcie — rzucił jeden z siedzących przy ławie gospodarzy, już całkiem wstawiony — drogo sobie tu liczą.
— Bo podatek od chmielu znów podnieśli. — Karczmarz najwyraźniej mówił to któryś raz, bo minę miał, jakby tłumaczył coś dziecku. — Podatki podnoszą, to i mnie więcej kosztuje, żeby piwo uwarzyć.
— Słyszałem — rzucił siedzący na rogu ławy brodacz w czerwonym kapturze — że nie tylko podatek na chmiel idzie w górę. Jak sąg drewna sprzedasz, będziesz musiał zapłacić, jak krowa się ocieli – też. Młynarzom od każdego worka mąki, garncarzom od garnka, a tkaczom od łokcia materiału mają podnieść podatek. Kowal musi opłacić się za podkucie ci konia, a…
— I dobrze im tak, chytrym kutasom z młynami — rozdarł się ten, dla którego piwo było za drogie, choć najwyraźniej wypił go sporo. — Niech płacą.
— Głupiś. — Czerwony kaptur spojrzał na niego z pogardą. — Będzie jak z chmielem, piwowarom podatek podnieśli, a my musimy płacić. Młynarz też nie z własnej sakiewki odda, tylko do twojej sięgnie.
Rozgorzała kłótnia, w której ten od drogiego piwa próbował dowieść, że głupi nie jest, a reszta udowadniała mu, że jednak kawał z niego półgłówka. Trwała, dopóki do karczmy nie wtargnęła tęga niewiasta i nie wyciągnęła miłośnika chmielonego napoju na zewnątrz, okładając go przy okazji po pysku.
Co nie uspokoiło obecnych. Pomstowano na nowe daniny, które miały być tymczasowe i iść na pomoc dla prowincji dotkniętych wybuchami na Uroczyskach. Na jedzenie dla uciekających z nich nieszczęśników i opiekę nad sierotami po tych, którym uciec się nie udało. Oraz na wojsko, do walki z potworami. W tymczasowość nikt nie wierzył, bo jeszcze się nie zdarzyło, żeby władza zlikwidowała podatek, do którego płacenia ludzie przywykli, a to, że pieniądze naprawdę trafią do potrzebujących, budziło tylko pełne politowania uśmiechy.
Wkrótce narzekano już zgodnie na złe traktowanie ciężko pracujących chłopów i ogólną niesprawiedliwość świata.
Jeden z najemników odsunął kufel od ust i huknął nim o blat, aż gliniane naczynie rozprysło się na kawałki. W roztrzęsionej dłoni zostało mu popękane ucho.
— Niesprawiedliwość — wychrypiał w ciszy, która zapadła. — Złe traktowanie?
Powiódł wzrokiem wzdłuż ławy, a w oczach miał coś takiego, że wszyscy poczuli lodowe igły wędrujące wzdłuż pleców.
— Zaraz wam opowiem o niesprawiedliwości i o krwi przelanej za Imperium, na którą naszczano.