Rozdział 20

Deszcz bębnił o naciągniętą płachtę, osłaniającą załogę łodzi. Krople uderzały o powierzchnię rozlewiska, przez które płynęła flotylla niewolników, otulając ją nieustannym szumem. Tysiąc łodzi? Dwa tysiące? Oglal wiedział, że nawet gdyby wspiął się na nieużywany teraz maszt, to i tak nie zdołałby ustalić dokładnej liczby. Kurtyna deszczu ograniczała widoczność do trzystu, może czterystu jardów, mógłby więc ujrzeć tylko fragment sił Krwawnicy. Poza tym większość łodzi buntowników nadal udawało sterty śmieci niesione przez wodę, więc maskowały się znakomicie.

Zresztą, po co miałby robić coś tak głupiego? W tej chwili najważniejsze było to, że przebili wątłą zaporę ustawioną przez Białe Konoweryn w dorzeczu Olohy i istniała realna szansa, że nikt tego nie zauważył. Ot, nagle znikło kilka posterunków na długości dwudziestu albo trzydziestu mil umownej granicy nakreślonej na mapie. Zdarza się. Setka imion pojawi się na liście strat, setka nowych nieszczęśników podejmie służbę na bagnach. Konowerska armia liczyła się z odpieraniem serii małych rajdów, a nie pełnoskalową inwazją, więc zapewne nikomu nawet nie przyszłoby do głowy, że Krwawnica będzie płynąć na wschód. A nawet gdyby o tym wiedziano, to co można byłoby zrobić? Wyjść jej naprzeciw i stoczyć bitwę? Jak dowodzić, gdy flag sygnałowych nie widać z dwustu jardów, dźwięk rogów, trąb albo bębnów ginie w szumie deszczu, a gońcy gubią się, ledwo stracą chorągiew dowódcy z oczu. Poza tym, zanim uda się stoczyć bitwę, trzeba wroga znaleźć, a w środku pory deszczowej dwie armie mogły się minąć o strzelenie z łuku, pozostając zupełnie nieświadome swojej obecności.

Wiosła pluskały monotonnie, w rytmie, który mógłby uśpić człowieka nawet na środku pola bitwy. Oglal skulił się na ławce, przytłoczony tymi ponurymi myślami. Płynęli na wschód ósmy dzień, zatrzymując się tylko w czasie najmroczniejszych godzin nocnych, czasem rozbijając obóz na brzegach bagnistych wysepek, częściej po prostu rzucając w wodę kamienie kotwiczne i drzemiąc na twardych ławkach. Jedli w łodziach, pili deszczówkę, wypróżniali się za burtę. Jego poczucie wstydu dawno już umarło. Gdy nocowali na brzegu, gotowano wielkie gary kleistej papki z prosa i pszenicy, którą żywili się później rano i wieczorem.

Cudem pozostawało, że przy tej diecie cała armia nie padła na dyzenterię.

Oglal drgnął i wrócił myślami do teraźniejszości, bo nagle wszystkie łodzie bez żadnego odgórnego znaku skręciły w lewo i skierowały się ku rozległemu kawałkowi suchego lądu. Może to był brzeg rzeki, a może wyspa pośród rozlanych wód, nie mógł tego wiedzieć, ale ucieszył się, że dziś rozbiją namioty, rozciągną płachty, pod którymi zapłonie ogień, zjedzą ciepły posiłek.

Od dwóch dni nie miał w ustach niczego gorącego.

Spędzał czas na łodzi, wciśnięty między dwóch potężnych mężczyzn o skórze pociętej na plecach starymi bliznami. Do tej pory obaj nie odezwali się do niego ani słowem, mimo że byli towarzyszami od ośmiu dni. Nie miał pojęcia, czy są niemi, nie znają żadnego cywilizowanego języka, czy też po prostu gardzą nim, nieniewolnym, którego tylko kaprys ich bogini trzymał przy życiu.

I zdrowych zmysłach.

Wiedział już, co czeka ludzi, których szyje naznaczono rozpalonym żelazem, a później Objęła ich wola Krwawnicy. Dwóch chłopców z oddziału Słowików, którzy zostali schwytani żywcem, siedziało w tej samej co on łodzi i cały dzień wiosłowało wraz z innymi. Oparzenia na ich szyjach, posmarowane grubą warstwą jakiejś maści, goiły się nieźle, ale rany w ich umysłach, zadane wymuszonym Objęciem… Te były straszne. Dawno temu, zanim jeszcze wyspecjalizował się w wiedzy o Issaram, Oglal służył trzy miesiące w lazarecie przy ahyrze Bawołów. Wielka Biblioteka wysyłała młodych uczonych w takie miejsca, by konfrontowali wiedzę z ksiąg medycznych z tą praktyczną. Spędził te trzy miesiące, sprawdzając, czy rysunki w Wielkiej Księdze Awernussa Mądrego, w rozdziale „Złamania kości i amputacje” wyglądają tak jak prawdziwe obrażenia. Ponieważ przed nim dzieło to sprawdzało ileś tam pokoleń bibliotekarzy, nie znalazł żadnych nieścisłości.

Za to mógł się zapoznać z innego rodzaju cierpieniem.

Rody Wojny dbały o swoich rannych weteranów. Także o tych, którzy wracali z pól bitewnych po otrzymaniu ciosu w głowę i mieli uszkodzone mózgi. Oglal pamiętał ich doskonale, niektórzy leżeli cały czas w łóżkach, karmieni i pojeni rzadkimi owsiankami, zakładano im pieluchy i przewracano z boku na bok, by nie pojawiły się odleżyny. Ci, jak mu powiedziano, umierali szybko, rok, czasem dwa i gaśli; potężni kiedyś mężczyźni, których mięśnie zanikały, a wola życia gdzieś się ulatniała. Byli też inni, niektórzy potrafili samodzielnie jeść, chodzić, czasem nawet korzystać z nocnika.

Ale ich oczy… ich wzrok.

Gdy się do nich mówiło, patrzyli zawsze w punkt znajdujący się gdzieś za plecami rozmówcy, odległy, niedostrzegalny dla nikogo poza nimi. Nawet jeśli jakimś cudem udawało im się na chwilę skupić, zaraz uciekali spojrzeniem w dal. I nie ograniczały ich ściany komnat, mury lazaretu ani nawet sam nieboskłon. Byli tak daleko od swoich ciał, jak tylko żywy człowiek może się znaleźć.

Jak ci chłopcy z Rodu Słowika siedzący w jego łodzi.

Wiosłowali cały dzień, a gdy przybijano na wieczorny postój, wysiadali i rzucali się do pracy. Cumowali łódkę, stawiali namioty, rozpinali płachtę, pod którą rozpalano ogień.

Wszystkie te czynności wykonywali ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko, daleko przed nimi. Milcząc. Gdy w trakcie rąbania drewna jeden z nich zranił się w nogę, nie wydał nawet jęku. I nie przerwał machania siekierą, póki nie skończył.

Nie to jednak wydawało się najgorsze. Najgorsze były chwile, gdy Krwawnica wypuszczała obu ze swoich objęć i wracały im zmysły. W ciągu ostatnich dni Oglal trzy razy stał się świadkiem takiego powrotu. I za każdym razem miał ochotę płakać.

Bo czyż jest coś gorszego niż świadomość pojawiająca się na powrót w oczach tych chłopców? Z towarzyszącym jej bezgranicznym bólem i zagubieniem. Z czającym się tuż obok obłędem. Pamiętali wszystko, co ich spotkało od chwili schwytania, a jednocześnie nie mogli nic poradzić na to, że stali się marionetkami w rękach bogini niewolników.

Nic a nic.

Pierwszy raz zobaczył to sześć dni temu, gdy obaj kulili się pod dziurawą płachtą, po posiłku złożonym z rozgotowanego prosa, i nagle ich spojrzenia przestały dźgać przestrzeń. Skupili na nim wzrok, rozpoznali.

Okkri — powitali z szacunkiem.

Wtedy na chwilę zabrakło mu tchu. Poczuł ukłucie głupiej, naiwnej nadziei, która kazała mu uwierzyć, że może stał się cud, może Krwawnica straciła nad nimi kontrolę albo, o Święty Płomieniu, sam Agar upomniał się o swoich żołnierzy.

— Doszliście do siebie? Oprzytomnieliście? Umknęliście jej? — zadawał pytania gorączkowym szeptem, rozglądając się na boki. Obóz wydawał się spać, ale uczony nie mógł zapomnieć, że znajdowali się pośrodku wielotysięcznej armii wroga. — Jesteście wolni?

Obaj chłopcy spojrzeli na niego tak, że poczuł się jak ostatni głupiec. To nie był czas cudów ani boskich interwencji.

— Nie jesteśmy wolni — powiedział starszy z nich, na którego wołano Węgorz.

Młodszy, Ywes, uśmiechnął się strasznym, naprawdę strasznym grymasem i dotknął świeżej oparzelizny na szyi.

— Nigdy już nie będziemy wolni. Zostaliśmy skażeni… zbrukani… jej dotknięciem, jej znakiem. Zdradziliśmy naszego Pana i jesteśmy przeklęci.

Uczony żachnął się głośno, zapominając o ostrożności.

— Zdradziliście? Jak niby?

— Daliśmy się wziąć żywcem.

Och. Ten przeklęty fanatyzm wyniesiony z ahyr. Jak miał im wyjaśnić, że to nie oni zawinili, że od początku zostali spisani na straty, że jeśli ktoś tu kogoś zdradził, to ich własny af’gemid.

Węgorz wpatrywał się w czerwoną szmatkę zawiązaną na szyi uczonego.

— Nie naznaczyła cię.

To nie było pytanie, lecz stwierdzenie faktu. Rzucone absolutnie niewinnym i śmiertelnie groźnym tonem. Trzy słowa, a tyle się za nimi kryło.

Nie naznaczyła cię.

Dlaczego?

Za ile się sprzedałeś?

Służysz jej dobrowolnie?

Zdrajca!

Skoczyli na bibliotekarza jednocześnie, bez broni, ale to przecież nie miało znaczenia. Obaj ćwiczyli sztuki walki, dzięki którym mogli gołymi rękoma skręcić mu kark.

Zwiotczeli jednak w pół kroku, jakby przecięto im wszystkie ścięgna.

— Nieładnie. Bardzo nieładnie, chłopcy — rozległ się cichy głos. — Naprawdę przyszło wam do tych pustych głów, że Oglal mógłby mnie czymś przekupić? Ofiarować coś w zamian za ułudę wolności? To obelga. Dla mnie.

Wynurzyła się z cienia, niemal niewidoczna pod wielką, wodoodporną peleryną. Było tak ciemno, że jej twarz zdawała się składać z samych szarych plam. Tylko oczy błyszczały.

Znów poczuł nieokreśloną grozę, odbierającą dech i sprawiającą, że miał ochotę paść na ziemię, zakryć głowę rękami i znieruchomieć. Mógł tylko patrzeć bezsilnie, jak Krwawnica przejmuje kontrolę nad chłopcami, jak ich ciała wyginają się spazmatycznie, drą ziemię palcami wykrzywionymi w szpony, kopią błocko piętami. To ich kara za złamanie zakazu atakowania kogoś noszącego czerwoną opaskę na szyi. Ból, męka wykraczająca poza ludzką wytrzymałość.

Ale nie pozwoliła im krzyczeć.

Gdy wywrócili wreszcie oczyma i znieruchomieli, tracąc przytomność, odwróciła się do uczonego i zagaiła, jakby nic nie zaszło:

— Zaspokoiłeś ciekawość?

Bał się. Agarze od Ognia, bał jak nigdy w życiu. I chyba dlatego, że osiągnął absolutną głębię przerażenia, poczuł, że może się odezwać.

— Nie bardzo. Chciałem im zadać kilka pytań, ale się wtrąciłaś.

Zamrugała, zaskoczona, a potem błysnęła zębami.

— Dobrze. Bardzo bobrze. Boisz się tak, że gdybyś miał słabsze serce, padłbyś trupem, lecz mimo to odpowiadasz. Gdy nauczysz się jeszcze lepiej panować nad lękiem, czeka nas wiele inspirujących rozmów.

— Nie wiem, czy zdołam.

— Och, zdołasz. Ludzki umysł jest niebywale elastyczny. Twój strach wynika bardziej z tego, co wmówiono ci na mój temat w Białym Konoweryn, niż z jakiejś konkretnej przyczyny.

— A nie z tego, że otacza cię aura Mocy?

Pokręciła głową.

— Nie. Nie jesteś aż tak wrażliwy, jak myślałam. Boisz się tego, co mogę ci zrobić, ale nie tego, kim jestem.

Nie dał się schwytać w pułapkę i nie zapytał.

— Po co… — wydukał zamiast tego. — Po co przyszłaś?

— Jak to po co? Porozmawiać o tej waszej Wybranej. Zaczniemy?

Wzdrygnął się na wspomnienie tej pierwszej nocnej rozmowy, trwającego aż do świtu przesłuchania, w którym raz za razem kazała mu powtarzać pewne rzeczy, wracać do jego pierwszego spotkania z Deaną d’Kllean. Jak była ubrana, co mówiła, jakim tonem, jakie wykonywała gesty. Ta noc ciągnęła się bez końca. Przyłapywała go na każdej nieścisłości, pomyłce, błędzie. Którą stopę Wybrana miała wysuniętą w przód, gdy przed nimi stanęła? Prawą. Jakie były jej pierwsze słowa? „Droga pokoju jest dziś moją drogą” – tradycyjne powitanie plemion z zachodniej części pustyni. Gdy skrzyżowała ręce na piersi, prawą czy lewą miała na wierzchu? Prawą… nie, lewą… nie pamiętam – miotał się.

Naprawdę nie pamiętał. Wiele szczegółów z pierwszego spotkania nie zachowało mu się w pamięci, bo był zbyt podekscytowany tym, że wreszcie będzie miał okazję spotkać kogoś z plemion Issaram. Studiował ich język, kulturę i zwyczaje, ale w życiu nie widział nikogo spośród nich na oczy. Wtedy jeszcze nie uświadamiał sobie, że Wielka Biblioteka była dla niego złotą klatką, w której tkwił wraz z innymi nadętymi głupcami. Przecież Issaram pojawiali się w Białym Konoweryn, najczęściej jako strażnicy kupieccy, i to wystarczająco regularnie, by nie wzbudzać sensacji w karawanseraju. Mógł on, jego ojciec, jego koledzy z wydziału nauk o Issaram pójść tam i porozmawiać z nimi, zasięgnąć wiedzy u źródła. Zamiast tego pisali traktaty, dyskutując z opiniami uczonych, którzy – podobnie jak oni – nie opuścili nigdy murów Biblioteki albo nie żyli już od wielu lat.

Dlatego, gdy pierwszy raz w życiu zobaczył przed sobą prawdziwą issarską kobietę, czuł tylko ekscytację i zawroty głowy. Wyglądała, jakby zeszła wprost z ilustracji w księdze. Co prawda jej szata miała nieco inny krój, a pasy od szabel niewłaściwą szerokość, ale to tylko szczegóły. Była cudowna, gdy tłumaczyła im zawiłości seh’rodri, i śmiertelnie groźna, gdy muskając rękojeści szabel, pouczała jego ojca, że przyjął obraźliwą postawę.

Krwawnica do samego końca wycisnęła z niego opowieść o tym spotkaniu. Przepytując i raz po raz wracając do rzeczy, o których już mówił. Czuł się, jakby zeznawał przed kapłańskim sądem.

O świcie dała mu spokój, najwyraźniej zadowolona z rezultatu.

— Dobrze — powiedziała. — Z twoich opowieści wyłania się inny obraz niż ten, który umieściłeś w pismach. Bardziej ludzki. Ta scena, gdy groziła twojemu ojcu. Ma poczucie humoru.

Nie odebrał tego wtedy w ten sposób, ale nie zamierzał dyskutować.

— Widziałeś, jak weszła w Oko? — zapytała na koniec.

— Tak. Uczeni z Biblioteki muszą być świadkami każdego ważniejszego wydarzenia w stolicy.

— Opowiesz mi o tym następnym razem. Ze wszystkimi szczegółami.

Od tamtej chwili rozmawiali każdej nocy. Nawet gdy nie rozbijali obozu na lądzie, nocą wsiadała na jego łódź i pytała. Pytała i pytała. A on odpowiadał, obszernie i szczerze. Miała rację, ludzki umysł jest elastyczny – nadal czuł strach w jej obecności, ale już go nie paraliżował. Rozmawiali coraz swobodniej, coraz mniej się jąkał w jej towarzystwie. Coraz częściej, siedząc w ciemności przy dogasającym ogniu albo na kołyszącej się łódce, zapominał, że mówi do Krwawnicy, może nowej bogini, a może demonicy zza Mroku. To nie miało znaczenia w trakcie dyskusji. A ich nocne przesłuchania coraz częściej zmieniały się w dyskusje.

Nauczył się drzemać w dzień, czasem siedząc na ławeczce, niekiedy skulony pod nią. Bolały go wszystkie kości. Pokasływał mokro. Ale żył i zachował władzę nad umysłem.

Wiedział, że tej nocy znów przyjdzie z nim porozmawiać, więc obserwował rozbijanie obozu bez zbytniego entuzjazmu. Cieszył się na ciepły posiłek, i tyle.

Szybko i bardzo sprawnie postawiono namioty, rozpalono chronione przed deszczem ogniska. Oglal zjadł porcję rozgotowanego ziarna, popił kubkiem rozcieńczonego deszczówką wina i siadając przy dogasającym żarze, przymknął oczy. Załoga łodzi nauczyła się już, by wieczorem trzymać dystans, nie chcieli przeszkadzać swojej Zbawicielce. Tylko dwójka młodych Słowików bez słowa ułożyła się po drugiej stronie ogniska i zasnęła. Ale oni nie liczyli się dla Krwawnicy.

— Śpisz? — wyszeptała zza jego pleców.

— Nie. — Pokręcił głową. — Wiesz, że nie.

— Wiem.

Usłyszał, jak przechodzi obok, szeleszcząc peleryną. Klapnęła naprzeciwko z takim impetem, że poczuł na twarzy krople wilgoci. Znów, jak co wieczór, ogarnął go strach, i znów, jak co wieczór, pozwolił mu wlać się w swoją duszę, wypełnić ją po brzegi, wyprzeć wszelkie inne uczucia. Dopiero wtedy otworzył oczy.

Usiadła między chłopcami. W blasku żarzących się węgli jej twarz wyglądała jak wyrzeźbiona w czerwonym kamieniu.

— Jesteś zmęczony — dodała.

To nie było pytanie.

— Mam swoje lata — odparł. — Od wielu dni włóczę się po bagnach i zalanych wodą równinach. Nie sypiam w nocy. Ledwo drzemię za dnia. Tak, jestem zmęczony.

Milczała dłuższą chwilę. W żarze trzasnął jakiś węgielek, wzbijając snop iskier i malując jej twarz światłem.

— Nadal nie zapytałeś, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Zaskoczyła go. Dziś było inaczej niż zwykle. Nie przyszła po opowieści o Deanie d’Kllean. Czy stał się zbędny? Na to, że nie wypali mu piętna na szyi i nie Obejmie jak innych jeńców, miał tylko jej słowo. Ale był już tym wszystkim tak zmęczony, że nie czuł właściwie nic. Przerażenie wypełniało go po brzegi, ale nie miało znaczenia.

— Pierwsze trzy dni płynęliśmy na północ — powiedział obojętnie. — Potem skręciliśmy, jeżeli mogę stwierdzić po stronie, na której niebo przejaśnia się rankiem, na północny wschód. Płyniemy szerokim, spokojnym nurtem, a nie po bagiennym rozlewisku jak wcześniej. Gdyby ktoś mnie zapytał, powiedziałbym, że jesteśmy na Tos.

— Płyniemy z prądem, więc dość szybko i właściwie — posłała mu uśmiech — już jesteśmy na jeziorze Kses. Trudno jednak ustalić, w którym miejscu, bo o tej porze roku jego brzegi sięgają dość daleko na zachód.

Wstrząsnęła nim bardziej, niż się spodziewał. Kses było jeziorem, w którym przeglądała się stolica księstwa. Co, do cholery, robią Rody Wojny, kapłani i pałac. Jakim cudem dopuścili wrogą armię tak blisko?

Odpowiedź była oczywista – nikt się ich tu nie spodziewał.

— Chcesz uderzyć na Białe Konoweryn? — zapytał, żeby ukryć zmieszanie i gniew. — To bez sensu.

— Och. Trafił mi się nie tylko uczony znający zwyczaje tej issarskiej dziwki, ale i strateg. Spotkało mnie niebywałe szczęście.

Nagle uśmiechnęła się szeroko i grymas ten zmroził mu krew w żyłach.

— Może dziś, dla odmiany, podyskutujemy nieco mocniej? — rzuciła lekko. — Przekonaj mnie, że robię błąd. Albo że nie mam racji. Przekonaj mnie, że powinnam zabrać moje dzieci i zawrócić. Może nawet spróbować negocjacji. Deana d’Kllean z twoich wspomnień wydaje się dość rozsądną dziewczyną.

Był pewien, że kpi z niego i droczy się. Z nudów? Z czystej przekory? Szukając pretekstu, by złamać dane słowo? Nieważne.

— Białe Konoweryn to warowne miasto i obóz wojskowy w jednym — powiedział. — Mieszka w nim dwadzieścia razy więcej ludzi niż w Pomwe. Nie zdobędziesz go nagłym atakiem. I jest tam Oko Agara. Serce jego mocy.

— Białe Konoweryn to olbrzym, który ugrzązł w błocie — zareplikowała. — Wielka bestia, która nie ruszy się, dopóki nie ustaną deszcze. Na wschodzie ma ocean, na zachodzie jezioro Kses, największe na Południu. Na północy ogranicza go i jezioro, i ujście Tos. A od południa? Nizina Poss nie jest tak zalana jak dorzecze Olohy, ale niewiele jej brakuje. Dla ciężkiej piechoty Bawołów i jazdy Słowików to w tej chwili teren nieprzejezdny. Dla słoni również. Moje dzieci będą mogły poruszać się tam, jak chcą. Przez większość pory deszczowej ćwiczyły taką wojnę. A Pan Ognia? Tak, pokazał swoją potęgę w ostatniej bitwie. Nie pamiętam z tego zbyt wiele, poza bólem. To było jak wrzucenie noworodka do wrzącego oleju. Ale od tamtego czasu milczy. Dzięki kapłanom i uczonym z Pomwe poznałam wszystkie doktryny religijne i filozoficzne, jakie go obowiązują. Nie ruszy się ponownie. Nie może. On jest w swoim dominium, na swoim ognistym planie egzystencji, a ja tutaj. Oboje możemy korzystać tu z Mocy, ale on tylko przez swoich wyznawców. A gdy ich zabiję…

Zabić wyznawców Agara? Na całym Dalekim Południu? Spróbował zrozumieć logikę jej postępowania, pamiętając, że ma do czynienia z Krwawnicą, młodą, szaloną boginią albo demonicznym bytem. Życie ludzi nie miało dla niej żadnego znaczenia.

— Więc terror? Mordy, podpalenia, porwania, rabunki? Miasta, miasteczka i wsie na południe od stolicy staną się twoim łupem?

Wzruszyła ramionami, aż jej peleryna załopotała.

— Ty mówisz terror, ja mówię sprawiedliwość. I jak to było? A, wiem. Atak wyprzedzający. Niektórzy z Bawołów, których Objęłam, mieli w głowie takie zwroty. Jak sądzisz, czy ta wasza Wybrana wyśle armię na wschód, gdy południowe prowincje Białego Konoweryn zaczną płonąć? Gdy nizina Poss zamieni się w pogorzelisko? Czy będzie mogła wyżywić wojsko, gdy do stolicy zwalą jej się kolejne dziesiątki, setki tysięcy uchodźców?

— Ale gdy deszcze ustaną, armia Konoweryn wdepcze was w ziemię.

— I to mówi uczony Wielkiej Biblioteki, która od stuleci potrafi przewidzieć koniec pory deszczowej z dokładnością do trzech dni? Sądzisz, że będziemy czekać pod miastem, aż nas zniszczą? Weźmiemy co nasze i wycofamy się do Pomwe.

— Co jest niby wasze? Ludzie naznaczeni rozgrzanym żelazem i zamienieni w bezmyślne narzędzia wojny? Zostawisz za sobą rozbite rodziny i każesz synowi walczyć z ojcem, a bratu z bratem?

Uśmiechnęła się nagle i powiedziała:

— Wygrałam.

— Co wygrałaś?

— Naszą dyskusję. Właśnie ją wygrałam. A raczej ty ją właśnie przegrałeś. W dość rozczarowujący sposób, muszę przyznać. Chyba naprawdę jesteś zmęczony.

Zamrugał, zbyt zaskoczony na ripostę. Jak to, przegrał?

— Dlaczego tak myślisz? — mruknął wreszcie.

— Gdy grasz na planszy, wygrywasz w chwili, gdy twój następny ruch postawi przeciwnika w sytuacji bez wyjścia. Gdy dyskutujesz, wygrywasz, gdy oponent sam da ci do ręki argument nie do zbicia.

Pochyliła się nad chłopcami.

— Węgorz nazywał się Rodres-lud-Olje, miał dwóch starszych braci, których matka ukryła przed łapaczem z Rodu Słowika. Jego schwytano. Nadano nowe imię, kazano się wyrzec pochodzenia i wyszkolono na świętego wojownika. Ten młodszy miał na imię Inrys Wenkol. Zabrali go matce, nie miał innych krewnych. Za mówienie językiem rodziców karano go tak strasznie, że do teraz moczy łóżko, gdy śni mu się, że rozmawia w meekhu. Stał się mieczem i włócznią Agara. Zajrzałam w ich wspomnienia i nie znalazłam obrazu ich matek i ojców. Zapomnieli ich twarzy. Zapomnieli ich głosów. Zapomnieli o nich zupełnie.

Spojrzała mu w oczy.

— Opowiedz mi jeszcze raz o porywaniu ludzi, by zrobić z nich broń, gdy masz przed oczyma dwóch chłopców, których porwano, ugniatano i uformowano w ahyrach, odbierając im wszystko: język, imię, pochodzenie, przeszłość. Których przekuto w narzędzia do walki. Opowiedz mi o tych, którzy przez całe lata wychodzili z ahyr, by tłumić lokalne bunty i powstania. Opowiedz o Słowikach, którzy wpadali na plantację, rozpędzali biedaków z widłami, rozwalali głowy rodzonym ojcom i braciom, a potem szli się zabawić z niewolnicami, często gwałcąc własne siostry i matki. Powiedz mi, wyznawco Agara, że nie mam racji, chcąc spalić całe to przeklęte księstwo na popiół.

Загрузка...