Rozdział 2

Kailean przeciągnęła się, czując, jak prześcieradło lepi jej się do skóry. Ohyda. Za oknem lało i mimo poranka było duszno jak w łaźni parowej. Do tej pory sądziła, że wie już, co to znaczy południowy klimat, z upałem i wilgotnością, które sprawiały, że wszystkie ubrania zdawały się niedosuszone, ale ostatnie dni, gdy deszcz padał bez chwili przerwy, a powietrze nawet nie drgnęło, nauczyły ją jednej rzeczy o Białym Konoweryn.

To nie jest kraj stworzony dla normalnych ludzi.

Gdyby wiedziała, jak wygląda pora deszczowa w tym przeklętym miejscu, ubłagałaby Laskolnyka, żeby wziął ją ze sobą, gdy na rozkaz cesarza wyruszał do Meekhanu. Albo zabrałaby się do domu pierwszym statkiem, jaki wypływał na Północ.

Teraz nie miała już nawet takiej szansy, bo o tej porze roku statki stały martwo w basenie portowym, czekając na koniec sztormów szalejących na oceanie.

Otworzyła oczy. Otaczał ją prawdziwy przepych. Jej łóżko zrobiono z kilku gatunków cennego drewna, zdobionego macicą perłową i kamieniami. Leżała na miękkim jak puch materacu, pod lekką, bawełnianą narzutą haftowaną w kwiaty i motyle. Moskitiera otaczała ją delikatną mgiełką jedwabiu tkanego cieniej niż pajęcza sieć. Taki materiał byłby w Meekhanie cenniejszy od złota, a tu używano go do ochrony przed robactwem, któremu najwyraźniej deszcz nie przeszkadzał.

Lecz mimo że miała sypialnię pasującą do rozpuszczonej książęcej córeczki, wcale nie wysypiała się dobrze. Nawiedzały ją koszmary o duszeniu i tonięciu, pociła się, nawet leżąc pod cienką bawełną, budziła co chwila, po czym znów zapadała w niespokojny półsen.

Na dodatek wciąż bolały ją mięśnie po wczorajszych ćwiczeniach i mimo wieczornej kąpieli czuła się, jakby dopiero co skończyła zażartą walkę na śmierć i życie.

Leżała nieruchomo, zbierając siły. Każda kolejna tutejsza noc bardziej dawała jej w kość, każdy poranek wydawał się trudniejszy. A ten nieustannie padający deszcz sprawiał, że miała ochotę kogoś zamordować.

Gdybyż tylko mordowanie nie było związane z wysiłkiem, a wysiłek z poceniem się.

Tę komnatę miała tylko dla siebie. Dag i Lea również dostały własne pokoje, i tak było nawet lepiej. Pierwszą noc, jak często robiły w obcym miejscu, próbowały spędzić razem, w jednym łóżku. Okazało się to błędem. W tej temperaturze i wilgotności człowiek nie powinien przytulać się do kogoś innego. W żadnym przypadku i za żadne skarby świata.

Nauczyła się kłaść do łóżka nago, zakładać moskitierę tak, by nie dać najmniejszej szansy natrętnym owadom, przykrywać cienką bawełną lub lnem. Nie nauczyła się tylko zasypiać na życzenie, jak potrafiła to zrobić w domu, na ziemi, z końską derką pod tyłkiem i siodłem zamiast poduszki pod głową.

Wstała niechętnie, odgarnęła moskitierę i podeszła do miski z wodą. Obmyła się z grubsza miękką gąbką, wytarła, czując, jak od razu skóra na powrót pokrywa się warstewką potu.

Szybko włożyła swoje rzeczy, łącząc styl północnej barbarzynki, jak nazwała go Varala z Omeru, z konowerskim. Górę jej stroju stanowiła biała bluzka z krótkimi, bufiastymi rękawami i miękkim kołnierzem – coś, czemu najbliżej było do rzeczy, jakie nosiła w domu – spięta szerokim gorsetowym pasem, dół zaś to kilka luźnych, wściekle kolorowych spódnic, niekrępujących ruchów i nieodsłaniających zbyt wiele, nawet gdy robiła daleki wypad w czasie ćwiczeń z szablą.

Albo gdyby naszła ją ochota kogoś kopnąć.

Tak jak miała wielką chętkę kopnąć Varalę, gdy okazało się, że ta arogancka, zadzierająca nosa kobieta kazała spalić wszystkie ubrania Kailean, Dag i Lei, ledwo dziewczyny pojawiły się w pałacu. Co prawda większość z tych rzeczy i tak nadawała się do wyrzucenia, ale do licha, Kailean miała tam dwie ulubione koszule i parę całkiem dobrych wełnianych skarpet, które mogłyby jej posłużyć jeszcze długie lata, gdy tylko wróci w strony stworzone dla normalnych ludzi. Wystarczyłoby jedynie wystawić je nocą na mróz, żeby zabić wszy.

Gdyby pierwsza nałożnica ośmieliła się tknąć jej szablę albo łuk, polałaby się krew.

Z powodu utraty swoich ubrań została zmuszona do noszenia babskich fatałaszków dostarczonych przez służbę pałacu. Z mściwą satysfakcją odkryła jednak, że jej dobór kolorów i stylów doprowadza Varalę do bólu głowy, a na dodatek ku własnemu zdziwieniu stwierdziła, że właściwie podoba jej się wkładanie bogato haftowanych, barwionych w jaskrawe kolory strojów.

Po latach chodzenia w spodniach krzykliwe spódnice i sukienki były dla niej olśniewająco buntownicze i niepokorne. Poza tym, i tak zaraz zamówiła sobie dwie pary modnych tutaj kawaleryjskich szarawarów, ale wkładała je tylko wtedy, gdy wybierała się pojeździć na Torynie.

Na szczęście nikt nie miał żadnych obiekcji co do tego, że często chodzi z szablą, bo w tej części pałacu, zwanej Domem Kobiet, broń była powszechna. Część służących nosiła krótkie szable albo kordy, a zakrzywione noże i ukryte w fałdach sukien sztylety stanowiły zwykły dodatek do odzieży tych, które wolały coś mniej rzucającego się w oczy. Ciężkie włócznie, miecze, topory i długie tasaki zajmowały miejsca na ścianach w co drugiej komnacie i korytarzu, dziwacznie kontrastując z wiszącymi obok obrazami pełnymi kwiatów, antylop, ptaszków, zachodów słońca i łagodnych pejzaży.

Kailean poznała już historię ataku na pałac i rzezi, jaką urządził tu jeden z Rodów Wojny, więc nie dziwiła się takim zwyczajom. Ani temu, że każda z tutejszych kobiet poświęca godzinę rano i wieczorem na ćwiczenia pod okiem jednej z issarskich strażniczek Domu. Sama z nimi ćwiczyła i dlatego tak bolały ją mięśnie. Najwyraźniej to, że na początku znajomości pochwaliła się, iż umie robić szablą, nie było dobrym pomysłem, bo Amwer i Bahmeria wzięły to sobie do serca i wyciskały z niej siódme poty.

Z ich starszą towarzyszką, Rash y’Wannu, Kailean nigdy jeszcze nie ćwiczyła, ale tamta była podobno mistrzynią nad mistrzynie i trzeba było specjalnie się zasłużyć, by raczyła przetrzepać ci skórę.

Niemniej codzienne treningi pozwalały jej zmęczyć się przed nocą. I nie roztyć, co nie byłoby trudne w miejscu, gdzie na każde zawołanie miała tace pełne słodkości.

No i, szczerze powiedziawszy, polubiła te zamaskowane kobiety. Wszystkie trzy od lat prowadziły karawany meekhańskich kupców przez pustynie, więc całkiem znośnie posługiwały się meekhem. Gdy okazało się, że dziewczyny z czaardanu zajmują się czymś bardzo podobnym do zajęcia issarskich strażniczek, szybko przełamano lody. Umiejętności posługiwania się szablami Kailean i Dagheny wzbudziły pewne uznanie, a Lea pokonała nawet Rash w strzelaniu z łuku, za co została nagrodzona oszczędnymi, ale szczerymi pochwałami. Często wieczorem siadały w szóstkę i opowiadały sobie historie swoich podróży i przygód. Oraz plotkowały o pałacowych sprawach, polityce, powstaniu niewolników, które zmieniło się w tę dziwaczną wojnę na bagnach, tutejszych okropnych zwyczajach, modzie, jedzeniu, a czasem nawet o mężczyznach i o tym, jakie to musi być paskudne mieć przy tej duchocie jednego z nich w łóżku.

Lubiła te wieczorne spotkania i pogaduchy, mimo że nigdy nie widziała twarzy żadnej ze swoich nowych znajomych.

W czasie ćwiczeń nie wzywała Berdetha. Raz, że byłoby to haniebne oszustwo, a dwa, bo kha-dar, zanim powędrował magicznymi portalami do Meekhanu, powiedział im wyraźnie, aby unikały afiszowania się ze swoimi talentami. Daghena miała zakaz zabaw z duchami i plemiennego czarowania, Lea nie powinna podsłuchiwać, Janne wzywać ptaków, a Kocimiętka – korzystać ze swojej zdolności zmiany w wielkiego lwa.

To mogło być dla nich niebezpieczne, w końcu gościły w miejscu, w którym to kapłani Pana Ognia decydowali, jaka magia jest, a jaka nie jest akceptowana. Pod wieloma względami ich poglądy były bardziej fanatyczne i nietolerancyjne niż meekhański Wielki Kodeks, a w tej chwili większość z nich skupiała swoją uwagę na Domu Kobiet.

Bo w Domu Kobiet rezydował największy skarb Białego Konoweryn – Deana d’Kllean, Wybrana, Błogosławiona przez Ogień, Naczynie Gniewu Agara, Nasza Pani Stąpająca po Popiołach Grzeszników, Żar Wypalający Wszystkie Niegodziwości Świata i tak dalej. Przydomki tej kobiety mnożyły się jak oszalałe króliki i każdy był bardziej wyszukany od poprzedniego.

Na dodatek była w ciąży, jak głosiły plotki – z samym Panem Ognia. A to znaczyło, że wszyscy lojalni kapłani i czarownicy dzień i noc sprawdzali, czy ktoś w pobliżu Wybranej nie uprawia jakiejś podejrzanej magii.

Berdeth musiał sobie radzić sam.

Męska część czaardanu i tak miała się lepiej, bo Kocimiętka, Janne i reszta, odmówiwszy gościny w pałacu, spędzali czas w karawanseraju pod miastem, pijąc, grając w kości i zapewne drapiąc się po tyłkach przy puszczaniu bąków. Nie musieli przejmować się tym, że ktoś bez przerwy patrzy im na ręce. Szczęściarze.

Z drugiej strony dziewczyny odwiedziły ich tam już kilka razy, żeby pogadać o tym, co dzieje się w księstwie i ustalić plany najszybszego powrotu do Imperium, i za każdym razem stwierdzały, że jednak wolą czyste łóżka i dostęp do wanny z gorącą wodą niż zawszone materace i smród wielbłądzich odchodów. Chciały czuć się rozpieszczane przynajmniej przez jakiś czas.

Kailean skończyła się ubierać, zaplotła włosy w niesforny warkocz – kolejna rzecz, która drażniła Varalę – jeszcze raz obmyła twarz i przejrzała się w małym lustrze. Ostatni miesiąc, w czasie którego słońce nie wyglądało zza chmur, pozwolił jej pozbyć się opalenizny i znów robiła się bladoróżowa. Usłyszała już nawet kilka komplementów na temat swojej cery, głównie od kobiet, które chciały wiedzieć, jakich kosmetyków używa. Niektóre chyba nie wierzyły, że żadnych.

Uśmiechnęła się lekko. W miarę jak kolejna kiepsko przespana noc stawała się tylko wspomnieniem, nastrój też się jej poprawiał.

Mimo wszystko dobrze było spać w czystej pościeli, codziennie zmieniać ubrania na świeżo wyprane, jeść i pić do syta. Dobrze było móc ćwiczyć szermierkę z kimś, kto pokazał jej kilka naprawdę zaskakujących sztuczek, spotykać się i gadać o wszystkim i niczym z issarskimi wojowniczkami i nie martwić się o to, gdzie będzie się spało i co jadło następnego dnia.

Deszcz nie będzie padał wiecznie. Statki w końcu ruszą na Północ, a ona znów będzie mogła wsiąść na Toryna i pogalopować przed siebie, czując uderzenia końskich kopyt o ziemię, wiatr na twarzy i niemożliwy do pomylenia z niczym zapach stepowych traw.

A gdy już stąd wyjedzie, zabierze kilka z tych kolorowych kiecek na pamiątkę.

Zapięła pas z szablą i wyszła z sypialni.

Za drzwiami prawie zderzyła się z dwójką służących, które najwyraźniej miały właśnie zamiar wejść, obudzić ją i pomóc się ogarnąć. Starsza z nich, Inmira, znała meekh i dlatego przydzielono ją do opieki nad dziewczynami z czaardanu.

— Znowu wstała panienka przed nami? — Inmira nieustannie tytułowała ją „panienką”. — Przecież prosiłyśmy, żeby na nas poczekać. Pomogłybyśmy we wszystkim.

Młodsza służąca, ciemnowłosa i ciemnoskóra, uśmiechnęła się skromnie i zaraz spuściła wzrok. Kailean pamiętała tylko, że dziewczyna ma jakieś wyjątkowo długie i skomplikowane imię i nie zna słowa po meekhańsku.

— Nic się nie stało, po prostu nie mogłam już spać. — Machnęła lekceważąco ręką.

Pomogłybyśmy we wszystkim, czyli – jak pierwszego dnia – próbowałyby ją rozebrać, umyć i ubrać. Jakby była małym dzieckiem. Nie miała zamiaru tłumaczyć się, że świecenie tyłkiem i cyckami przed obcymi ludźmi to nie jest coś, na co miałaby ochotę. Widziała też, jakim wzrokiem patrzyły wtedy na jej blizny, odciski od szabli i łuku, zgrubiałą w różnych miejscach skórę.

Nie potrzebowała kolejnych plotek na swój temat, bo Dom Kobiet i tak przyjął Kailean, Daghenę i Leę nad wyraz chłodno. Ich status był nieokreślony, nie miały pochodzenia, tytułów, koneksji ani nawet ważnych kochanków, a jednocześnie sama Deana d’Kllean rozkazała, by traktować je jak najszanowniejszych gości. Były niczym złota drzazga wbita pod skórę – drażniły, ale pozbycie się ich mogło się okazać głupotą.

Uśmiechnęła się do służących.

— Ogarnijcie tam trochę, zmieńcie pościel, przygotujcie świeże ubranie i wodę do mycia. Ach, i w południe przynieście, proszę, dzbanek soku z lodem i jakieś owoce.

Pałac miał specjalne piwnice wypełnione lodem i to była jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie Kailean tu spotkała. Mogłaby się zajadać sorbetami od rana do nocy.

— Dobrze, panienko. — Inmira dygnęła lekko. — Coś jeszcze?

— Nie. To wszystko. Nie wiesz może, czy Daghena już wstała? Albo Lea?

— Panna Daghena jeszcze śpi. A panna Lea ćwiczy strzelanie z łuku w Ogrodzie Złotych Motyli.

— Rozumiem.

Kailean zamiotła posadzkę rąbkiem spódnicy i ruszyła spotkać się z Leą. Dopiero gdy była w połowie drogi do Ogrodu Złotych Motyli, dotarło do niej, co właśnie zrobiła, i poczuła ukłucie wstydu. Jeszcze przed miesiącem krzywiła się złośliwie na samą myśl o szlacheckich paniusiach, rozpieszczonych i bezużytecznych. A teraz? Oto sierota z gór, litościwie przygarnięta i wychowana przez dobrych ludzi na pograniczu stepów, rzuca polecenia do służących niczym hrabianka. Posprzątajcie, naszykujcie nowe szaty, przynieście napoje i jedzenie.

I nawet nie pamiętała imienia jednej z tych kobiet.

Ani nie powiedziała dziękuję.

Jak łatwo jest przywyknąć do luksusów i odrobiny władzy.

Cholera, będzie musiała podziękować im później.

I przeprosić.

Загрузка...