Rozdział 18
Wyprowadzili ich jak zwykle, zaraz po śniadaniu, po czym pognali w stronę miejsca, gdzie obrabiano odłupane od ścian głazy. Inni więźniowie kończyli właśnie układać na płozach dwa potężne, długie na piętnaście, szerokie i wysokie na trzy stopy granitowe bloki. Oni musieli je tylko dostarczyć nad kanał, nieco ponad pół mili wzdłuż ściany kamieniołomu, najpierw niespełna trzysta jardów po równym terenie, potem czekał ich zakręt, a za nim zaczynał się najtrudniejszy odcinek, prawie dwieście jardów pod górkę. Całkiem strome dwieście jardów. Ten kawałek drogi zawsze przebywali w czasie dłuższym niż całą resztę trasy. Transportowana masa nagle robiła się strasznie wielka, nabierała ciężaru, nie tylko stawiała opór, lecz wręcz walczyła z nimi, próbując ściągnąć w dół. Liny wrzynały się w ramiona, a każdy krok wydawał się ponad ludzkie siły.
To było idealne miejsce dla ich planu, zakręt osłaniał ich przed widokiem z kamieniołomu, a wzniesienie – od strony przystani. Tutaj cały oddział wraz z towarzyszącymi im wartownikami znikał na dłuższy czas z oczu innym więziennym strażnikom, ale ponieważ była to już rutyna w tej robocie, nikt się nie niepokoił.
Do każdego z wielkich bloków przydzielono po siedemnastu ludzi, szesnastu do ciągnięcia, jednego do przekładania okrąglaków, po których przetaczały się płozy. Szesnastki pociągowych skuto od razu wspólnym łańcuchem, resztę kompanii przydzielono do wózków, na które załadowano mniejsze kamienie, takie ledwo po tysiąc funtów. W kamieniołomie zarządzanym przez komendanta Olteca pracy wystarczyło dla każdego.
Ruszyli.
Kenneth pracował jako przekładacz belek. Gdy tylko płozy zjeżdżały z którejś, podnosił ją, truchtał do przodu i umieszczał przed głazem. I tak w kółko. Całość poruszała się iście ślimaczym tempem, dotarcie nad kanał zajmowało im zwykle około pięciu godzin, z czego zazwyczaj trzy musieli poświęcać na ten przeklęty podjazd. Tam nie było miejsca na błędy, Kenneth widział raz, jak inna grupa więźniów potyka się tuż przed szczytem i przewraca, a ważący tysiące funtów blok ściąga ich, szorując bezradnymi ciałami po dwustu jardach skały. Płozy nie potrzebowały podkładów, by jechać w dół.
Przydzielono go do pierwszych sań. Przenosił okrągłe belki jedna za drugą, monotonnie, bez ustanku, w tempo, by nie zatrzymać sań, gdyż ruszenie ich z miejsca wymagało dodatkowego wysiłku. Słońce, które od kilku dni regularnie wyglądało zza chmur, przygrzewało miło. Czekał. Czasem, gdy miał chwilę, zapierał się i pchał kamień, próbując choć trochę ulżyć stękającym z przodu ludziom.
Po dwóch godzinach zbliżyli się do początku podjazdu, gdzie znajdowała się jedyna na trasie szczelina w skale, nazywana przez wszystkich więźniów Jebaniutką. Szeroka na sześć cali, głęboka na dwa, ciągnęła się w poprzek drogi, i to tu najczęściej pękały belki podkładane pod płozy, bo krawędzie szczeliny były ostre i działały jak dłuta snycerskie, tnąc najtwardsze drewno jak miękką glinkę. A gdy pękały trzy lub cztery okrąglaki, reszta rozpłaszczała się pod ciężarem i nagle granitowy blok szurał płozami po ziemi. Kompanii zdarzyło się to już dwukrotnie, za każdym razem marnowali co najmniej dwie godziny, wciągając kamień z powrotem na belki, i za każdym razem obcinano im za to racje żywnościowe.
Oczywiście najlepiej byłoby zasypać szczelinę drobnymi kamieniami i żwirem, ale wymagałoby to od strażników więziennych odrobiny dobrej woli. A tego nie mieli w nadmiarze. No i w tym miejscu nie chodziło przecież o usprawnianie pracy.
Kenneth rozejrzał się. Większym kamieniom towarzyszyło sześciu wartowników, wózkom czterech, z których dwóch najbezczelniej załadowało się na nie i kazało wieźć. Ocenił ich uzbrojenie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, za kilka chwil kompania zdobędzie prawdziwą broń, w tym cztery kusze z zapasem bełtów. Oraz pancerze i hełmy, równie ważne dla dalszych planów, jak kordy, tasaki i topory.
Chyba że te zbiry nie zareagują, jak zakładano, i wszystko skończy się na okaleczonym oficerze Górskiej Straży i kolejnym dniu na połowie racji.
Od dłuższej chwili podkładał belki tak, że prawa płoza jeździła po ich krawędzi. Słyszał już potrzaskiwanie rozszczepiającego się drewna, protest pękających słoi.
Dociągnęli do szczeliny i – jak zwykle przed wzniesieniem – zatrzymali, by złapać oddech. Kenneth ostatni raz wyszedł na przód, podłożył pod płozę belkę, której krawędź wyglądała, jakby dobrał się do niej pijany bóbr.
Ruszyli.
I wtedy pierwsza belka wpadła do Jebaniutkiej i wytaczając się z niej, niemal od razu pękła w poprzek. Druga poszła w jej ślady, ledwo przejechała stopę. Trzecia zatrzeszczała jeszcze przed szczeliną i wyjechała z niej zmielona na miazgę. Czwarta spłaszczyła się na jego oczach i zaczęła szurać po skale. Ostatnie cztery poszły w jej ślady. Prawa płoza osiadła wyraźnie i głaz zaczął się przechylać.
Kenneth nie czekał, wyszarpnął zza pazuchy naostrzony na tę okazję kamień, dwa razy ciął wierzch lewej dłoni i nim reszta okrąglaków się poddała, wsunął ją w szczelinę. W tej samej chwili belki zgodnie zatrzeszczały i rozpadły się, siejąc wszędzie drzazgami.
Wrzasnął. I wcale nie musiał udawać, dwa cale to trochę mało jak dla męskiego przedramienia; miał wrażenie, że górski niedźwiedź właśnie złapał go za rękę i miażdży ją w pysku. W oczach mu pociemniało, przygryzł sobie policzek i krzyknął jeszcze raz. Głośniej.
Wybuchło zamieszanie. Wszyscy strażnicy rzucili się w jego stronę, któryś złapał go za ramię i spróbował odciągnąć, zabolało jeszcze mocniej, porucznik ryknął i zdzielił go na odlew pięścią. Najstarszy ze zbirów, siwobrody kurdupel imieniem Moglah, najwyraźniej dowodzący ich eskortą, wrzasnął:
— Cofnąć się, kurwie syny, bo mu rękę oderwiecie!
Po czym rzucił się na brzuch i zajrzał pod płozy. Zobaczył to, co miał zobaczyć — zakrwawioną, wyglądającą na zmiażdżoną dłoń ze spazmatycznie powykrzywianymi palcami. Poderwał się, rzucił okiem na pobladłą twarz porucznika i zaryczał:
— Na co czekacie?! Podnosić! Komendant nam nogi z dupy powyrywa, jak on kipnie!
Wartownicy rzucili się do głazu, cała dziesiątka wsparła go, próbując choć na cal unieść z jednej strony. Kenneth wrzasnął jeszcze raz, wkładając w to całe serce. Jeśli dowodzący tą zbieraniną konus zacznie myśleć, to nie rozkuje jego ludzi, tylko po prostu pośle po łomy i stalowe pręty używane do załadunku głazów.
Szesnastka przy drugich saniach zaczęła szarpać łańcuchy.
— Uwolnijcie nas! Pomożemy! Szybko! On umiera! Panie poruczniku!!!
Moglah stracił kilka uderzeń serca, wodząc wzrokiem między swoimi siłującymi się z głazem ludźmi, więźniami i leżącym na ziemi oficerem, którego miał rozkaz za wszelką cenę utrzymać przy życiu.
Kennethowi wydawało się, że na mgnienie oka cały świat zamarł. Zagryzł policzek do krwi, kaszlnął szkarłatną śliną, przewrócił oczyma i udał, że mdleje.
Siwobrody otrząsnął się ze stuporu.
— Dawać ich tu! — wrzasnął wreszcie. — I tych z przodu też. Ruchy!
Dwóch wartowników podbiegło do więźniów, łańcuch skuwający ręce żołnierzy zabrzęczał o ziemię. Wszyscy przytuptali do sań. I wtedy przygarbione przez ostatnie dni karki wyprostowały się, zapadnięte oczy błysnęły, a usta rozciągnęły w przerażających grymasach.
Dowodzący wartownikami zrozumiał nagle, co się stało. Dziesięciu zbirów znalazło się pośród więcej niż trzydziestu zaprawionych w walce górskich strażników. Otworzył usta i…
Umarł z twarzą roztrzaskaną uderzeniem improwizowanej maczugi. Żołnierze Szóstej Kompanii rzucili się na resztę wartowników jak wataha wilków na grupkę owiec, po dwóch, trzech, czterech na jednego. Kenneth zdążył tylko zauważyć, jak jeden z ludzi Moglaha wyszarpnął kord i niezgrabnie, zza głowy, zamachnął się na Bergha. Ostrze ugrzęzło, przechwycone przez łańcuch spinający nadgarstki żołnierza, najbliższy góral doskoczył, waląc oburącz kamiennym młotem w kapalin – granitowa głowica pękła, czaszka też.
Jeden z jego żołnierzy krzyknął krótko, pchnięty włócznią w udo, odpowiedział mu wrzask włócznika, przechodzący w charkot, gdy zarzucono mu od tyłu na szyję łańcuch i zadławiono. Topór wyślizgnął się z martwych palców kolejnego zbira i natychmiast podniesiony, zatoczył krótki łuk i ugrzązł w piersi jego kamrata. Velergorf uśmiechnął się szeroko i wyszarpnął broń z ciała.
Ostatni wartownik rzucił się w tył, przewrócił, szorując tyłkiem po skale, zaraz podniósł i łkając bezrozumnie, zaczął uciekać. Równie bezrozumnie, bo w stronę przystani, dwieście jardów pod górkę. Fenlo Nur warknął krótki rozkaz, on sam i dwóch innych górali podniosło kusze upuszczone przez zabitych, przydepnęło strzemiona, stęknęło, napinając cięciwy. Jednym ruchem, jak na ćwiczeniach, położyli bełty w rowkach i unieśli broń do twarzy.
— Między łopatki — rzucił twardo dziesiętnik. — Teraz!
Kusze szczęknęły, orzechy zabrzęczały, kręcąc się dziko, uciekinier uniósł ręce, zrobił kilka szybkich kroków, jakby tańczył, i upadł, rzucając się przez chwilę. Trzy sterczące mu z pleców bełty dzielił od siebie nie więcej niż cal.
Zapadła cisza. Coraz dłuższa i dłuższa.
Sprawili się tak szybko, że nikt nie zwrócił uwagi na hałas, nie podniesiono alarmu. Na razie.
Byli wolni. Po raz pierwszy od przeszło miesiąca byli wolni.
Najpierw siłami kilkudziesięciu ludzi unieśli na cal jedną stronę głazu. Kenneth wysunął ostrożnie rękę spod płozy, spodziewając się widoku pogruchotanych kości i zmiażdżonych mięśni. Nie było aż tak źle, całe przedramię miał granatowe, obolałe i puchnące w oczach, ale nie było połamane. Mógł zacisnąć dłoń w pięść, mógł nawet nią poruszać na wszystkie strony. Odetchnął.
Spojrzał na zebranych przy głazie strażników. Uśmiechali się. Dość głupio. Wynik starcia przeszedł wszelkie oczekiwania. Pyrdor został zraniony włócznią w udo, ale grot przeciął tylko skórę, Turd dostał pięścią w usta, wypluł dwa zęby i zatłukł zbira obuchem jego własnego topora, a Patyk zarobił płytkie cięcie w ramię. Poza tym było trochę siniaków i otarć. Ze zwykłego uspokajania bitki na góralskim weselu wychodzili czasem bardziej poturbowani.
— Na co, do cholery, czekacie? — Porucznik uśmiechnął się i pogonił ich do roboty. — Wiecie, co trzeba robić, prawda?
Część żołnierzy rzuciła się obdzierać zabitych wartowników, zdejmowali z nich hełmy, pancerze, zabierali broń. Ciała odciągali na bok i wrzucali do szczeliny w skale.
— Zdejmij wszystkim żelaza, Velergorf — rzucił cicho Kenneth.
Już wcześniej obejrzeli dokładnie okowy. Nitowano je prymitywnie, rozkuwając kawałek miękkiego żelaznego pręta kilkoma uderzeniami młota, więc teraz wystarczyło porządnie uderzyć obuchem topora, by całość rozpadła się na dwie części. Starszy dziesiętnik i dwóch innych strażników ruszyli między towarzyszy.
Dziwnie było patrzeć, jak kajdany spadają na ziemię, a ludzie prostują się jeszcze bardziej, uśmiechają szerzej, machają radośnie uwolnionymi ramionami.
I dziwny, i jakoś niezwykle intymny był sposób, w jaki niektórzy strażnicy ujmowali rękojeści kordów, tasaków i toporów, jak niemal pieszczotliwie muskali łoża kusz. Kenneth wiedział, że jego ludzie już nigdy nie pozwolą się rozbroić, choćby sam cesarz stanął przed nimi i to nakazał.
On z pewnością już nigdy im takiego rozkazu nie wyda.
Rozejrzał się, analizując sytuację. Mieli jeszcze trochę czasu, przynajmniej przez godzinę nikt nie powinien się zainteresować, dlaczego jeszcze nie pokonali wzniesienia. Przed sobą mieli przystań. Odkąd barki znów zaczęły pływać, jedna dziesiątka wartowników na stałe siedziała nad kanałem, nadzorując grupki więźniów ładujących granitowe głazy, kamienie i tłuczeń. Za sobą – miejsce wstępnej obróbki i skalne ściany, na których roili się więźniowie walący młotami w stalowe dłuta. Pilnowało ich dwudziestu zbirów Olteca. Dwudziestu ludzi za nimi, dziesięciu przed i dziesięciu przy barakach dla więźniów, odpoczywających i gotowych wkroczyć na każdą oznakę buntu.
Oraz oczywiście dwudziestu ludzi w zamku, w tym bojowa drużyna Nory.
Musieli załatwić ich po kolei, na samym końcu wyciągając Remonema Olteca z warowni.
Oczywiście mieli plan, trochę głupi, trochę desperacki, lecz – jeśli było coś w tym, co twierdzili niektórzy kapłani, głoszący, że bogowie lubią szaleńców – całkiem wykonalny.
Najpierw musieli się zająć tą dwudziestką w głównym kamieniołomie. I to tak, żeby nikt nie zdążył uciec i zawiadomić zamku.
Kenneth pozwolił swoim ludziom jeszcze przez chwilę cieszyć się wolnością.
— Przygotować się — rozkazał wreszcie. — Zaraz zaczynamy.
Wybrali dziesięciu żołnierzy zbliżonych budową do zabitych zbirów Olteca i ubrali ich w zdobyczne pancerze, portki i hełmy. Kapaliny rzucały głębokie cienie na twarze noszących, utrudniając rozpoznanie. Oczywiście jemu nie dopisało szczęście, bo wśród wartowników nie było żadnego rudzielca, ale nie narzekał, wystarczyło, że ma kord ukryty pod płaszczem. Reszta strażników stanęła przy wózkach i saniach, pobrzękując luźnymi łańcuchami. Kenneth odszedł na bok i ocenił całość; z dziesięciu kroków nikt nie powinien nabrać podejrzeń.
— Wezwij ich, Patyk — rozkazał.
Młody strażnik potruchtał w tył, poprawiając hełm. Widzieli to już dwa razy – gdy kamienne bloki rozkraczyły im się na Jebaniutkiej, jeden z wartowników biegł do zakrętu i dawał sygnał. Najpierw ramiona skrzyżowane nad głową, potem rozłożone na boki. „Przyślijcie ludzi, mamy zator”.
Za każdym razem kilku nadzorców pędziło w ich stronę około dwudziestu więźniów, których zadaniem było, za pomocą stalowych prętów i drewnianych drągów, uniesienie granitowego głazu i podłożenie pod płozy nowych belek.
Zadziałało.
Po kwadransie zza zakrętu wyłoniła się pobrzękująca łańcuchami grupa obszarpańców, a za nią – pół tuzina lekko poirytowanych zbrojnych.
— Co jest, Moglah? — warknął ich dowódca. — Znów się lenią? Bata nie masz? Moglah?
Rozejrzał się, wchodząc między stojących przy saniach i wózkach więźniów i szukając wśród wartowników znajomej twarzy.
— Co do…?
Bełt trafił go w nasadę nosa i wyszedł potylicą. Zanim ciało upadło, czwórka z pozostałych nadzorców była martwa lub właśnie umierała, z rozbitymi głowami albo krwawiąc z poderżniętych gardeł. Piątego Kenneth nakazał wziąć żywcem. Opadli go w kilku, obalili na ziemię, zatkali gębę i związali.
Stanął nad nim, patrząc obojętnie w wybałuszone z przerażenia oczy.
— Mam kilka pytań. Odpowiesz?
Schwytany pokiwał głową, próbując coś powiedzieć. Porucznik nachylił się i wyjął mu knebel.
— Który dziś dowodzi na ścianie?
— Po… Pomruk, panie. Pomruk ma komendę.
— Pomruk? Ten wielki z czarną brodą?
— Tak, panie…
Żołnierze zaszemrali. Pomruk był tym, który na ochotnika zgłosił się do chłostania Osęka. I nie oszczędzał bata.
— Pomruk ma jakieś nazwisko? Przydomek, którym się melduje?
— Nie… nie, panie… Nie ma. Mówimy: dziesiętnik Pomruk. Taki ma stopień… Proszę… proszę, panie, nie zabijajcie…
— Ilu dokładnie ma ludzi?
— Dzie-dziesięciu, panie, bo tego młodego, co się niedawno przyjął, kazali mu przyuczać.
— Widziałem go. Taki chudy i zgarbiony? Tak?
— Tak, panie. Wurcel Fynbal go wołają. Mało mówi, dziki taki jest i…
— Milcz.
Leżący na ziemi wartownik zamilkł i zaczął płakać. Po czym zeszczał się w spodnie.
— Nie… nie zabijajcie, panie… — prosił cicho. — Ja niewinny. Ja tylko żem rozkazów słuchał.
Kenneth rozejrzał się po ludziach. Sprawiedliwość górali była twarda.
— Ktoś ma coś do niego? Lubił bić? Kopał? Szukał okazji do batożenia? Zatłukł kogoś z nudów?
Schwytany zaczął łkać tak, że niektórzy odwracali wzrok, zażenowani.
— Nie, panie poruczniku — odezwał się po chwili Malewe Gryncel. — Był… po prostu robił swoje. Nie widziałem, żeby kogoś lał dla zabawy.
— Dobra. No to przeżyjesz. Rozbierzcie go, portki zostawcie, zwiążcie dokładnie i wrzućcie tam gdzie resztę.
Odwrócił się do więźniów, których przyprowadzono. Stali zbici w kupę, wlepiając wzrok w trupy wartowników i krew na skale. Większość miała puste oczy, spędziła w kamieniołomie dość czasu, żeby zmienić się w pozbawione wolnej woli, harujące dla kromki chleba kukły. Kilku jednak poruszyło się, gdy na nich spojrzał.
— Rozkujecie nas? — zapytał najbliższy.
Porucznik rozmawiał na ten temat z dziesiętnikami, kłócąc się o to, co zrobić z więźniami. Cerwes, Andan i Korel byli za tym, by uwalniać wszystkich jak leci, uzbrajać w młoty i kilofy i posłać do walki. Bergh oponował, mówiąc, że większość i tak ledwo może chodzić. Nie byłoby z nich żadnego pożytku. Velergorf przypomniał im też, że to więzienie Szczurzej Nory, tu trafiali ci, dla których nie było miejsca w zwykłych lochach, bezlitośni mordercy, zbóje wsławieni okrucieństwem, zdrajcy, renegaci, szpiedzy i tacy, którzy próbowali się bawić nieaspektowaną magią. Jak dasz takim ludziom broń i wolność, prędzej wbiją ci nóż w plecy, żeby zabrać buty, niż pomogą.
No i nie mieli czasu, żeby zdejmować kajdany kilkuset więźniom.
— Nie — odpowiedział krótko. Widząc, jak grupka zaczyna się gniewnie ruszać, dodał — jak nam się uda, to nie będzie już strażników, a wy będziecie mieli pod ręką młoty i kilofy. Co wtedy zrobicie, to nie moja sprawa.
To ich uspokoiło. Mogli dostać szansę na odzyskanie wolności, nie nadstawiając karku. Zresztą Szóstej było to na rękę. Większość zapewne po prostu ucieknie, a Dziewiętnasty będzie musiał rozproszyć siły, polując na nich po całej okolicy.
Przykuli całą dwudziestkę do najbliższych sań, kazali usiąść i czekać.
— Zbiórka!
Strażnicy zgromadzili się wokół dowódcy. Tym razem zdobyli cztery kordy, dwa topory i dwie kusze. Zdołaliby już solidnie uzbroić trzy niekompletne dziesiątki, ale mieli przeciw sobie kilkunastu wartowników, którzy mogli im sprawić duże kłopoty. Ściana, z której odłupywano kawały granitu, górowała nad kanionem. Ci, którzy pilnowali pracujących tam więźniów, mogli znaleźć na niej doskonałe pozycje obronne i zatrzymać Szóstą do czasu, aż przyjdą posiłki. No i był jeszcze gong. Metalowy dysk średnicy pięciu stóp, znajdujący się w pobliżu miejsca obróbki kamieni, miał służyć do podniesienia alarmu w razie buntu więźniów. Wystarczyło, że ktoś zdąży w niego walnąć choćby raz.
Musieli więc przebyć ponad dwieście pięćdziesiąt jardów między zakrętem a podstawą ściany tak, żeby nikt nie podniósł larum. Proste.
— Andan i Varhenn, wasze dziesiątki robią za eskortę, Bergh i Fenlo biorą wózki, reszta zdjąć płaszcze, założyć łańcuchy na nogi – udajecie tych, którzy tu przyszli do pomocy. Versen, zostajesz i pilnujesz tyłów. Patyk, przygotuj się do nadania sygnału, że był wypadek.
Młody góral podreptał do zakrętu.
— Dobra. Szykować się.
Dziesiątki Andana i Velergorfa uzbroiły się już w zdobyczne pancerze i hełmy, z dwóch wózków zrzucono część kamieni, ich miejsca zajęły ciała zabitych przed chwilą wartowników, reszta dziesiątek Bergha i Nura zaprzęgła się do pojazdów. Dwudziestu strażników zdjęło płaszcze, założyło kajdany na nogi, przywiązując je kawałkami konopnego sznurka, przygarbiło się. W rękach nieśli drągi i żelazne pręty.
Kenneth zajął pozycję za wózkiem, gotów go pchać. Ukryty pod płaszczem kord obijał mu się o biodro.
Skinął na stojącego przed zakrętem Patyka.
— Zaczynamy — rzucił krótko.
Młody strażnik pokazał się reszcie więziennych wartowników, następnie uniósł lewą rękę, prawą wyciągnął w bok. Opuścił i powtórzył gest jeszcze dwukrotnie. Po czym zastygł, wyraźnie skonfundowany.
— Co się dzieje?
— Patrzą w naszą stronę, panie poruczniku. Coś machają, ale pierwszy raz widzę takie znaki.
— Dobra, pokaż jeszcze raz, że był wypadek, i wracaj. Zaraz ruszamy.
Wyłonili się zza zakrętu, najpierw dwudziestka „skazańców”, za którą podążało kilku strażników, potem dwa wózki z „rannymi” i jeszcze kilku zbrojnych. Kenneth miał nadzieję, że od strony kamieniołomu wygląda to tak, jakby doszło do jakiegoś paskudnego wypadku, ale już wszystko jest pod kontrolą. Oraz że dowodzący grupą transportową Moglah odsyła część więźniów, tych zdrowych, i tych rannych też.
Grupa przebrana za strażników miała się udać na górę, jakby chciała złożyć raport dowodzącemu pracą Pomrukowi, reszta powinna zaatakować tych kilku wartowników pilnujących na dole obróbki kamienia i nie dopuścić, by któryś uderzył w gong. Cały plan opierał się na tym, że muszą podejść naprawdę blisko albo zostanie podniesiony alarm, a ich plany wezmą w łeb.
Pchając wózek, Kenneth odważył się zerknąć na ścianę, gdzie praca wyraźnie zamarła. Wszyscy, więźniowie i strażnicy, gapili się w ich stronę. Jeden ze zbirów, wysoki, czarnobrody wpatrywał się w nich bardzo, ale to bardzo intensywnie.
Coś mu się nie podobało? Zauważył, że grupa wracających więźniów była mniej obszarpana i wychudzona, niż powinna? Albo poruszają się inaczej niż zazwyczaj? Nie spodobało mu się, że pilnujący ich dozorcy dziwnie nisko opuszczają głowy? Jakby chcieli coś ukryć w cieniu kapalinów? Na przykład charakterystyczne tatuaże, których nie mieli inni więźniowie.
Przebyli już sto jardów, a podejrzliwy wartownik nie przestawał się na nich gapić. Pochylił się nawet lekko i osłonił dłonią oczy. Powoli sięgnął po wiszący na piersi gwizdek.
Cholera, byli za daleko, kusznicy nie dadzą rady go sięgnąć!
Trzasnął bat, raz, drugi, końcówka uderzyła o burtę wózka tuż przy jego rękach, a Kenneth podskoczył, jakby właśnie chlaśnięto go nahajem przez plecy. Zerknął w tył. Velergorf zawinął batogiem jeszcze raz i precyzyjnie trafił w wózek.
— Niech pan udaje, że oberwał, poruczniku.
Kenneth skulił się, osłaniając ręką głowę i znikając za pojazdem. Bat świsnął mu nad głową.
Dziesiętnik wydał z siebie ponury rechot.
— No, takich jak on nic bardziej nie uspokaja jak widok chłosty. Odłożył gwizdek i przestał się gapić. Teraz goni ludzi do roboty. Jeszcze jakieś dwieście kroków i będziemy na miejscu.
Kenneth spojrzał na niego ukosem, stary drań uśmiechał się szeroko.
— Dobra robota, Varhenn. To ty powinieneś tu dowodzić.
— I miałbym pchać ten piękny wózek? Jak na to patrzę, to myślę, że to całe oficerowanie jest gówno warte. Z całym szacunkiem, panie poruczniku. Sto pięćdziesiąt kroków.
Zbliżali się. Podejście na ścianę, od której odłupywano granitowe bloki, nie było długie, ale dość strome. Dwadzieścia stopni po wykutych w skale schodach, skąd wychodziło się na kamienną półkę, od której ścieżki rozbiegały się na kolejne, każda zakończona miejscem pracy, gdzie dłuta uderzane ciężkimi młotami wgryzały się w kamień. Strażnicy więzienni zajmowali strategiczne miejsca, dwóch na górze schodów, dwóch na pierwszej półce, reszta rozrzucona parami tu i ówdzie. W tym miejscu więźniów nie trzeba było nawet szczególnie gonić do pracy, wiedzieli, że jeśli nie wykonają normy, nie dostaną kolacji, a jak podpadną zbyt wiele razy, to dostaną gorszą robotę i zaczną wędrówkę „w dół”.
Sami się starali.
— Pięćdziesiąt kroków — powiedział Velergorf. — Zaraz będzie podejście na górę.
Dał znać i dwóch strażników przytruchtało do Kennetha, złapało go pod ramiona i wyciągnęło zza wózka. Powlekli dowódcę w stronę schodów, na wpół bezwładnego, szurającego stopami po ziemi, reszta żołnierzy w zdobycznych pancerzach ustawiła się za nimi. To była scena dla wartowników powyżej – najbardziej charakterystyczny więzień zamku Langre, jedyny, który chodził bez kajdan, jedyny z tak wściekle rudą brodą, chroniony specjalnymi rozkazami komendanta, jest wleczony do dziesiętnika Pomruka. Przez kilka uderzeń serca będą się zastanawiać, co takiego znów przeskrobał i jaka czeka go kara.
I przez te kilka uderzeń serca nie wyda im się podejrzane, że tylu wartowników pcha się na górę.
Strażnikami więziennymi na dole miała się zająć reszta.
Taki był plan. I prawie się udał.
* * *
Byli w połowie schodów, gdy jeden z dwóch wartowników oderwał wreszcie wzrok od Kennetha i omiótł nim resztę wchodzących. Z kilkunastu jardów nie było szans, by się nie zorientował, że to nie jego kamraci. Porucznik poderwał się, wyszarpnął kord z pochwy.
— Naprzód!
Oba zbiry dostały po dwa bełty z kusz, oba obróciły się, machając rękoma i upuściły broń. Żołnierze byli już na górze i rzucili się ku pozostałym. Porucznik podbiegł do krawędzi; na dole było już po wszystkim, pięciu więziennych strażników zatłuczono drągami, ostatniego na jego oczach przyszpilono do ziemi ostro wykutym końcem stalowego pręta. Gong został zabezpieczony.
Doskonale.
A potem, ponieważ do tej pory wszystko im się udawało, coś musiało się spieprzyć.
Na górze zostało tylko pół tuzina wartowników, dwóch właśnie rozsiekano, ostatnich czterech zebrało się razem, a wśród nich wyróżniał się dziesiętnik Pomruk, który wrzeszczał coś, wskazując na atakujących. Brzęknęły cięciwy, jeden ze zbirów krzyknął, łapiąc się za nogę, i upuścił własną kuszę. Pomruk podniósł ją, poprawił bełt w rowku i na mniej niż uderzenie serca rozejrzał się wzrokiem zapędzonego w kąt dzikiego zwierzęcia. Po czym spojrzał wreszcie w dół, gdzie wokół gongu leżeli jego martwi kamraci.
Wykrzywił się ponuro.
Wycelował.
Brzęęęęęęk. Poniosło się między skalnymi ścianami. Dźwięk odbił się od nich, a powracając echem, zdawał potężnieć, rosnąć. Płytę z brązu skonstruowano tak, że jej odgłos niósł się na milę. Musieli go usłyszeć nie tylko na przystani, ale nawet w zamku.
Pociski posypały się na ostatnich obrońców, po chwili dopadli ich naprawdę wściekli żołnierze. Bitka na skalnej półce zamieniła się w trwającą może dziesięć uderzeń serca rąbaninę, w której nikt nie prosił o łaskę i nikt jej nie ofiarował.
Skończyli, a w powietrzu wciąż unosił się jęk trafionej bełtem metalowej płyty.
Alarm w kamieniołomie.
Chcieli go uniknąć za wszelką cenę. Nie wiedzieli, co regulamin przewidywał w takiej sytuacji, ale istniały dwie możliwości. Albo dziesiątka czekająca w rezerwie właśnie pędziła w ich stronę, być może wsparta przez kilku wartowników pilnujących więźniów nad kanałem, albo Remonem Oltec każe najpierw sprawdzić, co się dzieje, i dopiero potem podejmie jakieś działania. Znając tego sukinsyna, Kenneth stawiał na drugie rozwiązanie. I wiedział, że na wieść o masakrze prawie połowy swych sił komendant zamknie się w warowni i będzie czekał.
Pozwoli im uciec.
To wygodne rozwiązanie dla Olteca – pozbędzie się kłopotliwych żołnierzy i nikt nie zapyta o to, dlaczego się zbuntowali.
A ścigać będzie ich musiał ktoś inny.
Tym kimś okażą się najpewniej żołnierze z Dziewiętnastego, ale Dziewiętnasty był w tej chwili rozproszony, a spora część jego ludzi leżała w garnizonowym szpitalu, więc minie trochę czasu, nim większe siły ruszą za uciekinierami.
Szósta była już wolna. Mogli wspiąć się na skały i zniknąć w górach albo siłą opanować jedną z barek, skrócić sobie drogę wodą i wysiąść gdzieś na brzegu Sersii. Zanim komendant zawiadomi pułkownika Konweca o ucieczce, będą wiele mil od zamku.
Nie tak miało się to jednak skończyć. Remonem Oltec musi zginąć. Kenneth to komuś obiecał.
— Raport! — Porucznik nawet nie próbował kryć gniewu w głosie. Był wściekły jak nigdy dotąd. Nie przewidział, nie wpadł na to, że można uderzyć w gong na odległość. Był durniem, a nie oficerem.
— Jeden zabity i trzech rannych, panie poruczniku — zameldował cicho Velergorf. — Umela trafili z kuszy w serce, zginął na miejscu. Hars dostał cięcie przez udo, Mycha ma złamaną rękę, Patyk zarobił w twarz.
Umel był cichym, solidnym jak głaz strażnikiem z Siódmej, z którym Kenneth wymieniał może dziesięć słów na miesiąc. Ale i tak bolało.
— Mocno są ranni?
— Hars się wyliże, rękę zaraz nastawimy, a Patyk ma tylko rozcięty policzek, trochę gorzej mówi i niewyraźnie klnie. Ale może chodzić i się bić. Co z nimi robimy?
Dziesiętnik wskazał na więźniów.
Bo ci nie mieli zamiaru czekać na uwolnienie. Na ścianie pracowali najsilniejsi, najlepiej odżywieni z nich, i młoty, kilofy, ciężkie dłuta już waliły w okowy. Za chwilę będzie tu dodatkowa setka uwolnionych skazańców.
— Zostawiamy. Nie my ich uwolnimy, nie my za nich odpowiadamy.
A Dziewiętnasty będzie miał więcej zbiegów do schwytania.
— Mamy jeńców?
— Czterech. Już ich wiążą, panie poruczniku. Możemy ich tu zostawić albo zamknąć za płotem w naszych jaskiniach, żeby ich nie zatłukli.
Kenneth drgnął.
— W naszych jaskiniach? — Coś mu zaczęło świtać.
— No tak, panie poruczniku. Tam jest tylko jedno wejście, założymy łańcuch… Źle mówię?
— Nie, Varhenn. Dobrze mówisz. Bardzo dobrze. — Kenneth uspokoił oddech. Miał pomysł… zarys pomysłu. No i została przecież jeszcze jedna bardzo ważna sprawa. — Nadal nie skończyliśmy.
Nie musiał mówić, o co chodzi.
Twarz dziesiętnika skrzepła w dziką maskę.
— Wiem, panie poruczniku. Ale on tu teraz się nie pojawi, będzie się chował. — Velergorf zacisnął zęby, aż mięśnie szczęk zagrały mu pod skórą. — Jak pan każe, to pójdziemy po niego. Przyczaimy się pod zamkiem, spróbujemy nocą. Na północną ścianę da się wspiąć nawet bez lin i haków.
— I wystrzelają nas z kusz. A poza tym — Kenneth wskazał na strome zbocze, za którym właśnie znikali pierwsi skazańcy — za kilka godzin cała okolica będzie widziała, że coś tu zaszło. Patrol z Dziewiętnastego będzie tu przed zachodem słońca. Chcesz się z nimi bić?
Wytatuowany dziesiętnik skrzywił się gniewnie.
— To oni nas tu zamknęli.
— Bo dostali rozkazy. Gdybyśmy byli na ich miejscu, zrobilibyśmy to samo. Taka służba, Varhenn.
— Nie dam się im znów schwytać.
— Ani ja. Ale nie będziemy szukać walki z Górską Strażą. A obleganie zamku tak się skończy. — Odetchnął głęboko. — Mam inny pomysł. Wołaj Patyka.
Młody żołnierz wyglądał kiepsko, z twarzą obwiązaną zakrwawioną szmatą tak, że ledwo widać było jedno oko.
— Nieźle się urządziłeś, strażniku. Własna gęba ci zbrzydła?
Patyk próbował coś odpowiedzieć.
— Nic nie gadaj. Chcę wyciągnąć z zamku Olteca. Potrzebuję cię do tego, ale będziesz musiał wykonać zadanie sam. Jak się nie uda, możesz zginąć.
Odkryte oko błysnęło, stanął na baczność.
— Dobrze. Dziękuję.
Kenneth podszedł do grupki więźniów rozkuwających się z kajdan.
— Który z bandziorów to ten nowy, co to dopiero się przyjął?
Najbliższy obrzucił go obojętnym wzrokiem i wskazał na ciała leżące na sąsiedniej półce.
— To tamten, młodszy z nich — powiedział i wrócił do walenia młotem w łańcuch.
Wurcel Fynbal okazał się chuderlawym dwudziestolatkiem, z rękoma i nogami zbyt szczupłymi jak na żołnierza. Nosił dziwnie barwione kraciaste spodnie i za duży napierśnik. Cios topora odrąbał mu ramię, chłopak wykrwawił się na śmierć.
— Patyk, załóż jego portki. I hełm. Pancerz możesz zostawić. Weź jego pas z kordem. Pobiegniesz do baraków, tam pewnie już wrze. Złożysz meldunek jako Wurcel Fynbal. Zapamiętaj, nazywasz się Wurcel Fynbal i przysyła cię dziesiętnik Pomruk. Złożysz meldunek i natychmiast wrócisz. Jak się przebierzesz, powiem ci jaki.
Kenneth odwrócił się do ściany, gdzie wciąż ponad setka skazańców mozoliła się z łańcuchami.
— Hej! Heeeej!!! Popatrzcie na mnie! — Wychudłe, zawzięte, dzikie twarze odwróciły się ku niemu. — Chcemy zatłuc Remonema Olteca. Kto się przyłączy?