Rozdział 25

Księżycowa Mewa śniła, że jest wielorybem i płynie w morzu. Nie w morzu tak jak postrzegał je lud Ag’heeri, czyli jako coś przeciwstawnego ziemi, o nie. Dla wieloryba nie istniało pojęcie morza, bo wieloryb nie znał innego miejsca dla siebie w świecie. Będąc wielorybem, Księżycowa Mewa płynęła w świecie, świetle, dźwięku i czystej radości.

Wydała z siebie krzyk, który wrócił falą, mówiąc jej, gdzie jest najbliższa ławica śledzi i gdzie pływa reszta rodziny. Czuła, niemal widziała, jak ryby zadrżały w przerażeniu, ale niepotrzebnie, nie była głodna, więc śledzie nie wyruszą jeszcze w drogę po Wiecznym Kręgu, której początkiem byłaby jej otwarta paszcza.

Poczuła poruszenie nad sobą i nagle była… czymś innym. Wielkim tak, że największe z dzieci Prastarego Pożeracza wyglądało przy niej jak szprotka. Czuła prąd wody na brzuchu i wiatr głaszczący plecy. Głowę miała pod wodą, ale nie musiała oddychać, za to fale łagodnie łaskotały ją w stopy.

Och, Wielka Siostro, czy zaprosiłaś mnie do swojego snu?

Usłyszała śmiech. Łagodny i miękki, jak fale muskające jej brzuch.

— Nie, maleńka. Sama się tu zaprosiłaś. A więc witaj, i pozwól mi od czasu do czasu śnić z tobą.

* * *

Przez następne dni Nocna Perła nie odzywała się do Altsina, co więcej, wyglądało na to, że zaczęła go unikać. To było dziwnie nieprzyjemne – do tej pory zawsze wyczuwał jej obecność, jakby ściany i pokłady okrętu promieniowały ciepłym blaskiem, teraz miał zaś wrażenie, że porusza się w zimnej pustce. Czym ją rozgniewał? Prawdą? Gdy się spotkali, była rannym, okaleczonym wrakiem z… jakkolwiek by na to patrzeć, stadem pasożytów we wnętrznościach, i sama zgodziła się na przyjęcie na pokład aherów. Miała mniejsze prawo do myślenia w kategoriach my–wy niż Oum, któremu udało się przynajmniej ocalić część pierwotnej załogi.

Rozumiał – a przynajmniej podejrzewał, że rozumie – problem, który powinna rozwiązać, bo kontaktu między duszą śmiertelnika a duszą boga nie można nazwać całkowicie jednostronnym. Między innymi dlatego Nieśmiertelni tatuowali ciała swoich awenderi, zanim wzięli je w posiadanie. Tatuaże nie były tylko drogą do szybkiego Objęcia wyznawcy, ale i ścianą, mającą zapobiec spleceniu się duszy nosiciela z kawałkiem duszy boga.

Wędrując samotnie po pokładzie, Altsin uśmiechnął się złośliwie, dotykając miejsca tuż pod mostkiem. Jak widać, bariera nie zawsze działała. Bitewna Pięść, którego duszę Objął, stanowił taką właśnie mieszaninę – dusza awenderi i fragment duszy Pana Bitew, połączone tak, że stworzyły nową osobę, targaną emocjami, które utopiły we krwi pół znanego świata. A on sam? Altsin Awendeh, złodziej z Ponkee-Laa? Pamiętał całe swoje życie jako miejskiego szczura, jak zaczynał od przeszukiwania śmieci i drobnych kradzieży, a potem stał się kimś, z kim jako tako liczono się w portowym półświatku. Objęcie pozwoliło mu ułożyć zmęczoną duszę Nieśmiertelnego do snu, bo inaczej szarpiąc się o władzę nad ich wspólnym ciałem, zniszczyłaby je. W ten sposób złodziej posiadł większość umiejętności Bitewnej Pięści oraz otrzymał dostęp, ograniczony i niepewny, do jego wiedzy. Lecz na szczęście, jak powtarzał sobie codziennie, nie do wspomnień.

Wspomnienia są bowiem niebezpieczne, obarczone balastem emocji i własnych doświadczeń, tworzą rdzeń prawdziwej osoby – w pewnym sensie są tą osobą.

I tak się zmienił. Teraz bez wątpienia patrzył na świat inaczej, bardziej… analitycznie, znikła gdzieś młodzieńcza brawura i głupia odwaga szczeniaka lubiącego się popisywać przed kolegami. Czy to była oznaka zmiany wynikającej z Objęcia prastarego ducha, czy dojrzałości, nie wiedział i raczej go to nie obchodziło.

To było jednak nic w porównaniu z problemem, jaki miała Nocna Perła. Musiała bardzo ostrożnie podchodzić do dusz aherów, bo jeśli dobrze rozumiał naturę kontaktów na linii wierzący–bóstwo, jakie panowały w Nieśmiertelnej Flocie, zawsze dochodziło do mniejszej lub większej wymiany. Dusza każdego zmarłego, nawet jeśli Nocna Perła tylko żegnała się z nimi i posyłała dalej, zostawiała w niej cząstkę uczuć, wiary i sposobu patrzenia na świat. A to znaczyło, że jeśli zbyt wielu aherów lękających się morza umrze na jej pokładzie, ona sama może się zacząć obawiać fal.

Szczerze bawiła go ta rozkosznie ironiczna myśl – okręt z żywego drewna, który boi się pływać.

Zapewne z tego powodu wysadzenie na ląd tych kilku tysięcy niechętnych żegludze tubylców było ważniejsze, niż się wydaje. Dlatego płynęli teraz dzień i noc z powrotem na wschód, a on czekał tylko, aż horyzont ozdobią szczyty Loharrów, by opuścić swoją łódkę na fale i pożeglować do domu.

Mimo wszystko trochę współczuł bogini-statkowi. Minie wiele lat, nim wśród aherów dorośnie pokolenie, które szczerze pokocha żeglugę, a raczej – nim wymrze to, które pamięta życie na lądzie. Do tego czasu pośmiertne kontakty między załogą a „Nocną Perłą” musiały pozostać bardzo ograniczone, a to przecież znaczyło, że bogini jeszcze długo nie osiągnie pełni sił ani nie zaopiekuje się z należytą troską swoimi – jak ujmował to Oum – dziećmi.

I być może świadomość tego sprawiała, że była taka… drażliwa.

Spacerował właśnie po kasztelu rufowym, gdy wyczuł, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się. Młoda kobieta, niska jak wszyscy aherowie, ale szeroka w barach niczym zawodowy tragarz, stała w drzwiach do rotundy i patrzyła na niego czarnymi oczyma. To było coś nowego, bo niemal od samego początku wszyscy aherowie unikali z nim kontaktu. Tak nowego i niepokojącego, że jego umysł niemal od razu wszedł w stan podwyższonej uwagi i analizowania wszystkiego.

Stała w drzwiach tej niby-świątyni, więc zapewne stamtąd wyszła. Była – nauczył się już rozpoznawać wiek na aherskich twarzach – młoda, dopiero wchodziła w dorosłość i jej dolne kły ledwo wystawały z ust. Głód już nie rzeźbił ostro jej twarzy, rysy złagodniały, a oczy błyszczały inteligencją. Wyglądała dość… interesująco.

Cholera, zaklął w myślach, naprawdę muszę wracać na ląd.

Przeniósł wzrok na drzwi, w rotundzie zazwyczaj przesiadywały stare kobiety, więc obecność dziewczyny była trochę dziwna. Na dodatek wystroiła się inaczej niż większość aherskich młódek, włosy zaplotła w dwa warkocze ozdobione kolorowymi paciorkami, na szyi i na nadgarstkach nosiła kościane ozdoby, a futro jej wierzchniej kurtki przystrzyżono tak, by różne warstwy sierści utworzyły obraz wielkiej, podobnej do okrętu bestii z szeroko rozwartą paszczą. Spodnie i buty zafarbowano na głęboką czerń.

Pierwszy raz widział taki ubiór. Całość sprawiała wrażenie… sakralne.

Kapłanka? Tak szybko? Wydawało mu się, że ta kasta nie będzie potrzebna na pokładzie bogini-statku.

Spotkali się spojrzeniami, dziewczyna uśmiechnęła się lekko i przywołała go ruchem dłoni. Po czym znikła w drzwiach.

Jeśli to kapłanka, szamanka albo ktoś w tym stylu, to zaproszenie musiało pochodzić od samej Nocnej Perły.

Wszedł do środka i po raz pierwszy dał się zaskoczyć. Rotunda była pusta, nie licząc dziewczyny siedzącej na piętach przed czarną rzeźbą. Nigdzie nie dostrzegał tej setki czy dwóch setek pomarszczonych staruch, które zazwyczaj się tu modliły, choć pozostały po nich skóry i futra porozrzucane na podłodze. Ściany oświetlały dwa tuziny olejowych lamp, ale i tak większość wnętrza tonęła w mroku. Dobra scena na zasadzkę i skrytobójczy atak, podpowiadała mu jakaś część umysłu, ale zignorował to.

Drugi raz dał się zaskoczyć, gdy dziewczyna wstała, odwróciła się do niego i powiedziała najczystszym meekhem:

— Musimy porozmawiać.

Zacisnął mimowolnie pięści. Objęcie? Nie, w ciele młodej aherki nie wyczuwał żadnej ukrytej potęgi. Jej duch płonął spokojnym, równym światłem… Widział już coś takiego, u służek Pani Losu – śmiertelnik pozwalający, by jego ciało stało się kanałem dla mocy bóstwa. Użyczający mu oczu, uszu i rąk, w zamian za opiekę i potęgę. To znacznie mniej ryzykowne niż Objęcie. Przynajmniej dla boga. Dla jego wyznawcy… cóż, ludzkie ciało mogło przepuścić przez siebie ułamek bożej potęgi, zanim rozpadło się w pył. Widział też coś takiego u Czarnych Wiedźm, służących Oumowi, kobiet, które czasem w ciągu kilku miesięcy starzały się o dekady.

— Czy ona wie, czym to grozi?

— Niczym. To nie tak, jak myślisz.

— Powiedziała żona, gdy mąż znalazł gacha pod łóżkiem — parsknął. — Na własne oczy widziałem, co może się stać z ludzkim ciałem, gdy bóg próbuje go używać.

— Nie w tym przypadku. Nie jesteśmy połączone, tylko współśnimy.

Przez chwilę próbował zrozumieć, ale nawet wiedza Bitewnej Pięści nie wystarczyła.

— Wyjaśnisz?

— Czasami wśród załogi trafiają się bardzo wrażliwe dzieci. Najpierw czują to co ja, chłód wody pod brzuchem, ciepło słońca na skórze, wiatr… Sięgają po moje myśli i zanurzają się w nich. Po jakimś czasie zaczynamy razem śnić. Oni moje sny, ja ich. Księżycowa Mewa, tak nazywa się to dziecko, jest niezwykła nawet wśród innych. Może dlatego, że jej przodek był potężnym szamanem? Więc poprosiłam ją, byśmy mogły śnić wspólnie. Jeśli szeptałabym do ciebie tak jak zwykle, ktoś mógłby usłyszeć. Chcę porozmawiać bez świadków.

— Sekrety? — udało mu się zadać to pytanie bez śladu drwiny w głosie. Jeśli Nocna Perła chciała porozmawiać w tajemnicy, musiała sporo sobie przemyśleć. Także o tym, co powiedział jej ostatnio, że powinna zacząć uznawać się za część tego świata.

— Nie sekrety. Decyzje, które powinnam podjąć sama. Nie patrząc na innych, nawet na własną załogę.

— Jakie decyzje?

Bogini zawahała się lekko.

— Wymieniłeś kiedyś imię… Płonący Ptak. Czy on żyje? Czy możesz mnie do niego zaprowadzić?

Altsin nie zdziwił się tym pytaniem. Od czasu, gdy wraz z żołnierzami Górskiej Straży wdarł się do rotundy, nigdy nie poruszali tego tematu, ale było oczywiste, że Nocna Perła będzie chciała się spotkać z jedynym statkiem Nieśmiertelnej Floty, jaki pozostał na wodach tego świata. Problem polegał na tym, że Oum – Płonący Ptak – nie był już statkiem. Stał się wrakiem wrośniętym w rozległą dolinę, powoli tracącym siły i rozum. Najwyraźniej dla bytu stworzonego jako żywy okręt-bóstwo powrót na ląd okazał się wyrokiem śmierci, nawet jeśli rozciągniętym na tysiąclecia.

W końcu jednak to Oum wysłał go na północ, być może jakiś cudem odbierając echo obecności Nocnej Perły. Nie miał powodu, by trzymać wiedzę o nim w sekrecie.

— Usiądźmy. — Wskazał na najbliższą stertę futer. — Opowiem ci o nim, ale to zajmie chwilę.

Wyjawił jej wszystko, co wiedział o wielkim sztormie, w czasie którego okręt Nieśmiertelnej Floty o imieniu Płonący Ptak złamał kil i resztką sił rzucił się na ląd, by ratować załogę, o niespodziewanej łasce, jaką okazała mu Wielka Matka, o dwóch ludach, zdesperowanych i przerażonych, które połączyły się, tworząc nowe plemię, a później naród. Nocna Perła słuchała uważnie, milcząc. Zadała tylko kilka pytań. Jeśli wieści nią wstrząsnęły, nie dała niczego po sobie poznać. Altsin uważnie obserwował siedzącą naprzeciw dziewczynę, jej mowę ciała i mimikę, sposób, w jaki zmieniała pozycję, pochylała się, mrużyła oczy i zaciskała wargi. Odnajdywał w tych wszystkich gestach kogoś znacznie starszego, dojrzalszego i bardziej doświadczonego przez życie niż podlotek z warkoczami.

Od teraz będzie umiał na pierwszy rzut oka rozpoznać obecność bogini w tym dziecku.

— Gdzie on jest? — zapytała na koniec.

Pokręcił głową.

— To daleki rejs. Co najmniej… — zawahał się, przypominając sobie wygląd wybrzeża, wzdłuż którego kiedyś żeglował — tysiąc pięćset mil.

— Powiedz mi, proszę.

To było zdumiewająco miękkie i nieśmiałe „proszę”, zważywszy, że rozmawiał z żywym bóstwem w samym centrum jego mocy.

— Szczur za miedziaka — rzucił krótko.

Dziewczyna zamrugała.

— Nie rozumiem.

— Powiedzenie z miasta, w którym się wychowałem. Nie ma nic za darmo, nawet martwy szczur jest wart miedziaka. Musisz zapłacić.

Wydawała się skonfundowana.

— Czego chcesz?

— Tego samego, co właśnie ci dałem. Informacji. Co znaleźliście poza Mrokiem? Wy, Nieśmiertelna Flota. Dlaczego wróciłaś? Kto cię okaleczył? Co się stało z twoją załogą? Nie powiedziałaś całej prawdy, gdy stwierdziłaś, że to morskie potwory i fiasko poszukiwań innego świata przygnały cię tu z powrotem. A raczej skłamałaś w żywe oczy.

Milczenie. Rosnące powoli między nimi niczym mury twierdzy wznoszonej z nieufności i podejrzeń.

Altsin przeciągnął się, ziewnął.

— Powiem ci, czego się domyślam. Gdy przybyli tu żołnierze, na dziobie znaleźli sporo dziur w pokładzie, kajuty z drzwiami zamkniętymi od środka i ślady po ludziach rozpaczliwie wyrąbujących sobie drogę na zewnątrz. Połamane maszty, spalone miasteczko na śródokręciu, częstokół dzielący pokład na pół, zniszczone wejście na ten kasztel. Wiesz, jaką historię mi to wszystko opowiada? Walki. Takiej na śmierć i życie. Walki o każdy pokład, kajutę i magazyn. Barykadowanie przejść, sal i korytarzy, potem bitwa o śródokręcie, zakończona podpaleniem tamtejszych budynków, palisada mająca dać reszcie obrońców szansę, daremnie, więc wreszcie wycofanie się na kasztel. Założę się, że zanim do tego doszło, zdążyłaś zarosnąć wszystkie przejścia, które prowadziły na rufę pod pokładem. Ale nie mogłaś już zrobić nic więcej.

Oczy dziewczyny wypełniły się bólem. Złodziej bezlitośnie kontynuował:

— Potem weszliśmy tutaj i trafiliśmy na setki zmumifikowanych ciał. Jednakże — zawiesił głos — było ich za mało. O wiele za mało. W tej chwili płyniesz, zabierając pięćdziesiąt tysięcy aherów i możesz zapewnić im zarówno wyżywienie, jak i schronienie. W niektórych miejscach masz dwadzieścia pokładów, tysiące kajut, całe mile korytarzy. Życia by nie starczyło, żeby zwiedzić każdy twój zakątek. Sądzę więc, że twoja załoga liczyła też około pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Co najmniej. W gniazdach tych bestii, które usuwaliśmy, nie było tylu ludzkich kości. Sporo, ale nie tyle. Tutaj leżało tylko kilkaset trupów. Gdzie podziała się reszta twojej załogi? Kto połamał ci maszty, podpalił pokład i porzucił? I dlaczego? — Pochylił się lekko w przód. — Co znaleźliście poza Mrokiem, w światach, które odwiedziliście? Nie mów mi, że tylko wodne potwory i wrzące morza.

Tym razem zareagowała gwałtowniej, tak jak zazwyczaj reagowali zdenerwowani aherowie – obnażyła dolne zęby, prezentując kły, i warknęła cicho.

Uśmiechnął się w odpowiedzi.

— Powiem ci, czego jeszcze się domyślam. — Postukał palcem w skroń. — Objąłem Bitewną Pięść. Mam sporo jego umiejętności, dostrzegam Moc, duchy, świat niewidzialny. Mogę w sposób instynktowny robić rzeczy zastrzeżone dla kapłanów i wysokiej klasy czarowników, i to bez nauki modlitw i czarów. Ale mam niewiele jego wspomnień, heh, kiedyś mnie nimi katował, a teraz cisza. Ale gdy ujrzałem te stwory biegające na śródokręciu… Ogarnęła mnie zimna furia, ledwo ją powstrzymałem. Dopiero potem, gdy wyszliśmy spod pokładu, po spaleniu części z nich miałem czas się zastanowić. I wiesz, co myślę? On się bał. Bitewna Pięść, Kulawiec, Nocny Rzeźnik, przeklinany przez ludzi i bogów, ten, którego nawet Reagwyr nie chciał przyjąć z powrotem, był przerażony jak dziecko. Po skończonej wojnie wygnano go i przez pewien czas też błąkał się poza Mrokiem. Tam, gdzie i wy. W światach poza. Ty przywiozłaś te stworzenia pod pokładem, on rozpoznał je na pierwszy rzut oka. A wiesz, co jest naprawdę dziwne?

Nocna Perła uspokoiła się już. Ciało, które współdzieliła z aherską dziewczyną, przestało szczerzyć zęby i zaciskać pięści. Tylko wielkie czarne oczy się nie zmieniły, wypełniał je ból.

Kontynuował:

— Naprawdę dziwne było to, że on pomyślał o tych bestiach w liczbie pojedynczej. Wrzeszczał w mojej głowie „Nie masz prawa tu być! Jak śmiesz, ty skurwysynu!”, i tak dalej.

Popatrzył jej głęboko w oczy, ignorując widoczne w nich cierpienie.

— Czym one są? A może raczej, kim są stworzenia, które przywlokłaś do naszego świata?

Nagle zrobiła coś, czego się nie spodziewał. Przymknęła oczy i zapłakała. Bezgłośnie, bez najmniejszego gestu, po prostu po jej młodej twarzy o dziwnie dojrzałej mimice popłynęły łzy. Jedna za drugą.

Altsin zamilkł. To prastary byt, przypomniał sobie. Przepotężny duch, uwięziony w żywym statku, dorównujący mocą pomniejszym bogom. Jest starsza niż wszystkie obecnie istniejące narody i imperia.

Ale płacze jak ktoś, komu właśnie rozdrapano ledwo zasklepioną ranę na duszy.

Wstał. Podszedł i przykląkł przy niej. Objął i przytulił.

Rozszlochała się cała. Dosłownie cała, czuł, jak drżą deski pokładu, a statek kołysze się w rytm tego szlochu.

— Ja nie chciałam… — mamrotała, wtulona w jego futrzaną kurtkę. — Nie chciałam ich tu przywieźć. Myślałam… że wszystkie już wyzdychały. Tyle lat płynęłam przed siebie… a potem nagle znalazłam drogę, poczułam, jak Mrok wibruje… jak robi się cieńszy. Więc zebrałam siły i się przebiłam… a wtedy ona je wyczuła i zwaliła się na mnie wszystkim, co miała. Więc pływałam w kółko, wciąż w kółko, żeby woda nie zamarzła i nie zmiażdżyła mi kadłuba.

— Anday’ya?

Skinęła tylko głową.

Więc jednak Pani Lodu nie była taką bezmyślną suką, jak podejrzewał. Gdy uszkodzony okręt Nieśmiertelnej zjawił się w jej królestwie, wyczuła, że ma pasażerów na gapę, i to takich, którzy przerażali nawet Bitewną Pięść. Postanowiła zatopić statek za wszelką cenę. Chyba należały jej się przeprosiny. Jednakże – umysł Altsina pracował intensywnie, mimo bogini obsmarkującej mu kurtkę – oznaczało to, że Anday’ya wiedziała, z czym, albo z kim, ma do czynienia. Wyglądało na to, że wszyscy wiedzą, tylko nie on.

Sungerulech, obliwe’riesse, zamwyd — kontynuowała, a każde z tych słów wbijało się w niego jak zardzewiały ćwiek, niosąc nieokreślony lęk. Czuł, jak ta część jego umysłu, która była kiedyś Bitewną Pięścią, drży.

Pleń — powiedział cicho i nazwa ta wybuchła w nim prawdziwą grozą. — Ci z nas, którzy odeszli poza Mrok i natrafili na te stwory, nazwali je pleniem. Bitewna Pięść też tak o tym mówił. Bo zachowują się jak wiele udających jedno i jeden o wielu ciałach.

Pokiwała głową i kontynuowała zduszonym głosem:

— Przepłynęliśmy wiele miejsc i zawsze dziwiła nas cisza. Ziemie opustoszałe i martwe, czasem jakieś ruiny. Lecz gdy wysłane po raz kolejny na ląd oddziały zwiadowcze nie wracały, zaczęliśmy się lękać. Porzucaliśmy wtedy taki świat, zbieraliśmy Moc i otwieraliśmy wrota do kolejnego.

Dziwny przebłysk, między wspomnieniem a snem, ukazał mu równinę porośniętą niebieskawą trawą i bezkresne stado jakichś krępych roślinożerców, wędrujące ze wschodu na zachód. Siedział na szczycie skalnej iglicy i bał się nawet odetchnąć. Wiedział, że jeśli użyje Mocy, zostanie zlokalizowany i… pochłonięty? Przez te zwierzęta? Zwierzę?

Miał ochotę wedrzeć się do własnej głowy, wywlec Bitewną Pięść albo to, co z niego pozostało, i tłuc tak długo, dopóki nie dostanie odpowiedzi. A Nocna Perła ustami aherskiej dziewczyny wciąż mamrotała swoją opowieść:

— Wreszcie podjęto decyzję o rozdzieleniu floty na dziesięć eskadr, z których każda będzie szukać szczęścia na własną rękę, bo morza na większości światów okazały się zbyt jałowe, żeby nas utrzymać. Dostałam własną eskadrę, siedemnaście okrętów, i wtedy to się stało. To był… mój błąd. Moja wina. Płynęliśmy przez morza tak słone, że z trudnością udawało nam się uzyskać słodką wodę. Ujrzałam wyspę, a na niej ujście rzeki. Pomyślałam, że wpłyniemy do zatoki i zrobimy zapasy. To była mała… mała wyspa…

Czekał, czując, jak drży i ciężko oddycha.

— Zwaliły się na nas nocą. Staliśmy burta w burtę, ledwo o szerokość kadłuba od brzegu. Nie sądziłam, że na takiej wysepce może ich być aż tyle. To była… fala kłów i pazurów bestii wspinających się jedna na drugą. Zrobiły most, most z ciał dużych zwierząt, pływający jak tratwy, po którym te mniejsze dostały się do nas. Wspinały się na kadłuby… tysiące… dziesiątki tysięcy na każdego z nas… wchodziły do środka, na dolne pokłady.

Spróbował sobie to wyobrazić. To jakby człowieka oblazły mrówki, a potem każdym otworem wdzierały się w głąb ciała.

— Rzuciliśmy się do ucieczki, wszystkie okręty, ale bez ładu i składu, w panice. Długi Las i Szara Bryza zderzyli się, jego dziób wrył się w jej prawą burtę i oboje poszli na dno. Z całymi załogami. Cień Gwiazd wpadł na skały i rozdarł kadłub. Woda wdzierała się do niego od spodu, a one z góry. Krzyczał. Cały czas krzyczał. Czas na Obiad wychodził z zatoki ostatni… utknął na mieliźnie i został przykryty falą kłów i pazurów wysoką na trzech ludzi.

Westchnęła, długo i powoli wypuszczając powietrze, po czym zamilkła.

— Ile was ocalało? — zapytał po dłuższej chwili.

Czuł, jak dziewczyna tężeje, jak napinają jej się wszystkie mięśnie.

— Pięć… Ostatecznie z siedemnastu okrętów mojej eskadry ocalało pięć. Te, których załogi były na tyle silne, by wybić wszystkie bestie. Bo gdy już wdarły się pod pokład, gdy zajęły część twojego ciała i zaczęły polować… Na Tej o Złotej Skórze trwało to zaledwie kilka dni. Ona… spanikowała, krzyczała tylko: „Wyjmijcie je! Wyjmijcie je ze mnie!”, i pływała w kółko. Próbowaliśmy jej pomóc, uspokoić, ale nie zdołaliśmy. Nie było na jej pokładzie nikogo, kto zorganizowałby obronę. A pleń zabijał jej załogę. Mężczyźni, kobiety i dzieci byli rozrywani na kawałki i pożerani żywcem w jej wnętrzu. W końcu Ta o Złotej Skórze otworzyła kadłub od spodu i zatonęła.

— Nie tylko ona, prawda?

— Nie. Nie tylko. Pięć innych okrętów w ciągu miesiąca poszło w jej ślady. Bo dla każdego z nas była to długa, brudna i samotna walka. Ono… sungerulech… pleń, jak ty mówisz, ma własną inteligencję. To jakby choroba, która zżera cię od środka. Był rozumny i miał jeden cel: pochłonąć cię. I działa, jakby kierował nim wspólny umysł. Gdy twoja załoga atakuje w jednym miejscu, to natychmiast wszystkie bestie o tym wiedzą. A były ich dziesiątki tysięcy. Gdy próbujesz oddzielić chore pokłady od zdrowych ścianami, z dziką furią rzuca się na wszystkie nowe pnącza, nie dając ci na to szansy. A sam poluje i atakuje, sra i szczy do zbiorników ze słodką wodą, niszczy zapasy żywności, dzieli twoje wnętrze na mniejsze części, spycha załogę do obrony, zmusza do barykadowania się w kajutach i ucieczki na górny pokład.

Spróbował to sobie wyobrazić – tysiące ludzi wypędzonych z kajut we wnętrzu okrętu na pokład, stłoczonych na górze, bez wody i żywności.

— Dziki Wieloryb, Samotna w Nocy, Kieł Snu, Chmura Pełna Deszczu, Drugi na Dnie. — Nocna Perła rzucała tymi imionami z bólem w głosie. — Te pięć okrętów zatonęło w ciągu miesiąca. Resztki ich załóg budowały tratwy, by udać się na inne statki, ale nie wszystkie chciały ich wziąć na pokład. Musisz zrozumieć… to jak… jak…

— Jak próbować pomóc ciężko choremu, gdy samemu ma się gorączkę. Boisz się.

— Tak. Boisz. I nie myślisz logicznie. Każdy z nas walczył sam, w końcu Żółty Smok, Szybki Śledź, Oliwkowy Gaj i Ostatnia Gałąź Morwy pokonali te potwory, które wdarły się na ich pokłady. Ale zapłacili za to życiem większości załóg. Na Oliwkowym Gaju zginęli prawie wszyscy, pamiętam, jak płynął, zataczając się po morzu i wyjąc.

Reszta historii wydawała się oczywista.

— Wtedy załogi reszty okrętów nagle stały się bezcenne.

Poczuł, jak kiwa głową.

— Tak. I sami ich błagaliśmy, by je wzięli ze sobą. U mnie… walczyliśmy dzień i noc, o każdy pokład i każdą kajutę. Zanim wypchnęli nas na górę, udało mi się oddzielić sam rufowy kasztel, zarosnąć każde przejście ścianami grubymi na dwie stopy. Ale wiedziałam, że przegrałam walkę. One były wszędzie we mnie… czułam je, jak ruszają się, drapią, węszą, szukają drogi tutaj, w to miejsce. Na pokładzie… na pokładzie ocalała tylko połowa moich dzieci. Niektórzy nie zdołali wyjść, inni nie chcieli. Byli tacy, którzy walczyli do końca, w ciemnościach, zębami i pazurami, jak bestie, które ich pożerały.

Milczeli chwilę, coraz dłuższą. W końcu musiał zapytać:

— Co się stało później?

— Zostałam ukarana. Jako dowódca eskadry, który zawiódł. Miałeś rację co do walki pod pokładem, ale nie było bitwy o śródokręcie, tylko egzekucja. Żółty Smok i Szybki Śledź podpłynęli do mnie z obu stron, przerzucili trapy. Zabrali wszystkich, którzy chcieli odejść. A potem… użyli Mocy, by połamać mi maszty, i balist, by podpalić pokład.

— Bolało? — zapytał dość głupio.

— Nie tak, jak świadomość, że mają rację. To ja doprowadziłam eskadrę do zguby. Porzucili mnie więc na środku morza i odpłynęli, a ja chciałam wtedy umrzeć, ale…

Altsin rozejrzał się po rotundzie.

— Nie wszyscy odeszli.

— Nie. Kilkuset zostało. Ci, którzy stracili rodziny, chęć do życia, nadzieję. Odmówili przejścia na inne statki. Dryfowałam z połamanymi masztami i płonącym pokładem na śródokręciu, z kilkoma setkami moich dzieci… I nagle pomyślałam, że nie chcę, żeby spłonęli żywcem. Ja zasłużyłam na karę, ale oni nie. Ani odrobinę.

— Ugasiłaś ogień. — Zdaje się, że zaczynał osiągać perfekcję w stwierdzaniu oczywistości.

Odsunęła się wreszcie, wycierając nos rękawem i rzucając dziwne spojrzenie.

— Nie tak łatwo jest spalić okręt Nieśmiertelnej. Ale tak, ugasiłam ogień. Przechyliłam się i zalałam śródokręcie wodą. Usiądźmy.

Cofnęli się i zajęli poprzednie miejsca. Wciąż patrzyła na niego z natrętną uwagą.

— Dziwny z ciebie człowiek.

Uniósł brwi.

— Naprawdę? Co cię skłoniło, by to powiedzieć? To, że noszę duszę tego krwawego sukinsyna? Czy to, że mam sześć palców u lewej ręki?

— Nie masz sześciu…

— Czyli jednak chodzi o Bitewną Pięść.

Nie uśmiechnęła się, choć trochę na to liczył.

— Bitewna Pięść, o którym słyszałam, nie pozwoliłby mi wypłakiwać się i smarkać w kurtkę nawet przez mgnienie oka. Reszta historii jest prosta, płynęłam powoli przez ten obcy świat. Moja załoga wegetowała na rufie, konając powoli. Wodę mieliśmy tylko deszczową, jedzenie… jak udało nam się upolować którąś z bestii. Ale one po kilku dniach wycofały się w głąb kadłuba, a każdy, kto tam wszedł, ginął. Umierali z głodu jeden po drugim, a ja płakałam nad każdym z nich.

Altsin zastanowił się.

— A pleń w tobie — jakoś naturalnie przyszło mu użyć tego określenia — zaczął się pożerać, prawda? Silni zjadali słabszych. Kiedy stracili inteligencję jako zbiorowość?

— Gdy ich liczebność spadła do około pięciu tysięcy, przestali się zachowywać jak jeden organizm. Podzielili się na kilka stad, które polowały na siebie nawzajem. Miesiąc później — zawahała się lekko — przestałam ich czuć. Nic nie ruszało się w moim wnętrzu, nic nie drapało pokładów. Myślałam, że wszystkie się wybiły.

Przypomniał sobie olbrzymie kuliste konstrukcje przyczepione do ścian kadłuba. Stworzenia tworzące zwycięskie stado nażarły się, obrosły tłuszczem i hibernowały, czekając na lepsze czasy.

— A ty nie trafiłaś tu z powrotem przypadkiem. Coś wskazało ci drogę. Co?

Zmierzyli się wzrokiem. Czarne oczy badały uważnie jego twarz.

— Krzyk — powiedziała wreszcie. — Krzyk niczym róg mgielny.

— Przed niespełna rokiem?

Skinęła głową.

Pamiętał to, bitwa między koczownikami a jakimiś innymi barbarzyńcami, o której opowiadano już w całym Imperium i poza nim. Był na Amonerii, gdy usłyszał ten krzyk, narodziny anaboga, przerwane w połowie. Krzyk dość silny, by wydostać się poza Mrok i wskazać okaleczonemu okrętowi Nieśmiertelnej Floty drogę powrotną. Płynęła długo i kilka miesięcy temu znalazła się na wodach należących do królestwa Pani Lodu. Bestie wyszły z hibernacji, oszalałe z głodu, a Anday’ya wyczuła ich obecność, wyczuła zagrożenie i spróbowała zatopić Nocną Perłę.

Problemem było, jak się nad tym zastanowić, że w tym roku rozległ się wrzask dziesięciokrotnie potężniejszy niż ten poprzedni, a Uroczyska oszalały. Ciekawe, kto jeszcze go usłyszał.

Wzruszył ramionami, przyciągając jej zdumione spojrzenie. Jeden kłopot naraz. Pomysł, by popłynąć na południe na pokładzie Nocnej Perły, nie wydawał mu się teraz taki zły.

— Powiem ci, gdzie znaleźć Płonącego Ptaka. Popłyniemy tam, jak tylko pozbędziemy się Boreheda z pokładu, ale uprzedzam, że twoja załoga będzie musiała zdjąć większość futer.

Загрузка...