Rozdział 14
Trzydziesty trzeci dzień służby przyniósł im wreszcie to, na co wszyscy czekali. Pierwszą krew. Oglal, podobnie jak cały obóz, usłyszał łódź wracającą z patrolu, zanim wynurzyła się zza deszczowej kurtyny. Nadchodzący zmierzch i ściana wody ograniczały widoczność do ledwo kilkudziesięciu kroków, ale bojowe okrzyki i śpiew niosły się po rozlewisku na ćwierć mili. Ecu Fammeh wyszedł z namiotu i zmarszczywszy brwi, wpatrywał się w szarą zasłonę. To bardzo nieprofesjonalne zachowanie, mówiła jego mina, bardzo głupie, dziecinne i cokolwiek zawstydzające jak na przyszłe Słowiki, najlepszych wojowników Pana Ognia. Lecz jednocześnie, bibliotekarz widział to kątem oka, aż go trzęsło, żeby podbiec do brzegu wysepki i zarzucić wracających „łobuzów” pytaniami.
Oglal podszedł powoli w miejsce, gdzie miała zacumować łódź, i czekał. Razem z resztą oddziału.
Stateczek wynurzył się z deszczowej szarości niczym duch pływającej wyspy. Kilka dni temu esumi zamaskowali jego burty gałęziami, bagienną trawą i powiązanym w pęki sitowiem tak, że całość można byłoby minąć o kilka kroków, traktując jak kolejną niesioną przez wodę stertę śmieci. Zanim dobił do brzegu, coś okrągłego wyfrunęło z pokładu i mokro plasnęło w błocko. Niespodziankę powitał stłumiony szmer, wyrażający zarówno zachwyt, jak i ledwo tłumioną zazdrość.
Uczony musiał zamrugać i dwa razy przetrzeć oczy, nim pojął, na co patrzy.
Głowa. Ludzka głowa, uwalana krwią i szlamem tak, że nie dało się stwierdzić, czy należała do mężczyzny, czy kobiety, bo niektóre z niewolnic strzygły się krótko.
Dno łodzi mlasnęło o rozmiękły brzeg. Zapadła cisza, którą nagle przerwał wybuch dzikiej radości.
— Awudi — głos Ecu Fammeha przebił się przez śmiechy i gwizdy, uciszając wszystkich. — Melduj!
Z łodzi wyskoczył drugi pod względem wieku wśród „łobuzów” chłopak, Awudi Kan, pełniący nieoficjalnie funkcję zastępcy uhuriego. Przesadzając burtę, poślizgnął się i niemal zarył twarzą w błocie, co skwitowano kolejną falą śmiechu. Najpierw więc wykonał dość obelżywy gest w kierunku reszty oddziału, a dopiero potem stanął na baczność i zaczął wyrzucać z siebie teatralnym wrzaskiem:
— Awudi Kan melduje powrót z patrolu! Stan oddziału: dziesięciu ludzi! Napotkano nieprzyjaciela w liczbie pięciu buntowników! Czterech zabito, jednego wzięto do niewoli! Bez strat własnych!
Fammeh uśmiechnął się. Oglal skonstatował, że to pierwszy tak szczery i radosny uśmiech, jaki widzi u młodego Słowika.
— Nie wydurniaj się. — Uhuri spoważniał, ale jego oczy nadal błyszczały. — Długo myślałeś nad tym przedstawieniem?
Dowódca patrolu wyprężył się jeszcze bardziej.
— Całą drogę powrotną, o Najostrzejszy Mieczu!
Tytuł Najostrzejszego Miecza przyznawano jako honorowe wyróżnienie zwycięzcom najważniejszych bitew w historii Konoweryn.
Ecu uniósł lekko brwi, nabrał czubkiem buta błocka i szybkim wymachem posłał w twarz Awudiego. Tamten uchylił się zgrabnie, płynnym ruchem kogoś od lat trenującego uniki. I obaj wyszczerzyli się dziko.
— Dobra. — Podoficer klasnął w dłonie. — Łódź zabezpieczyć. Jeńca na brzeg. Macie rannych?
— Nie. Wzięliśmy ich z zaskoczenia. — Dowódca patrolu poklepał burtę obwieszoną gałęziami i wiązkami bagiennego zielska. — To przebranie dobrze się spisało.
— A jeniec?
Wiedzieli już, dzięki plotkom przynoszonym przez załogi łodzi z zaopatrzeniem, że jeńcy stanowią w tej wojnie rzadki rarytas. Buntownicy zawsze walczyli do śmierci.
— Zaraz na początku dostał w łeb i wpadł do wody. Ledwo zdążyliśmy go wyciągnąć, zanim się utopił, ale żyje.
— Pokaż.
Pojmany buntownik okazał się mężczyzną około czterdziestki, niskim, chudym i żylastym. Szary kaftan i takież spodnie miał przemoczone i uwalane krwią sączącą się z głowy. Wciąż był nieprzytomny, a ręce i nogi miał skrępowane, więc gdy przerzucono go niczym worek piachu przez burtę, upadł twarzą w błocko. Któryś z chłopców zaśmiał się na ten widok, ale Ecu Fammeh uciszył go gniewnym machnięciem ręki.
— Sawo i Myrd, weźcie go do namiotu, opatrzcie ranę, załóżcie knebel, żeby nie odgryzł sobie języka. Ma przeżyć. Za trzy dni popłynie do dowództwa.
Pechowo łódź z zapasami dopiero co ich odwiedziła, więc musieli utrzymać więźnia przy życiu do przybycia następnej.
Oglal nie mógł oderwać wzroku od schwytanego. Głowa kiwała mu się bezwładnie, deszcz wymywał krew i błoto z rany. Wskazani przez uhuriego chłopcy ciągnęli go w stronę obozu dość brutalnie, niemal wyłamując ręce ze stawów. Miał ochotę na nich wrzasnąć, rzucić czymś w stylu: „To może być ktoś z waszych krewnych”, ale miał przeczucie, że tylko zaśmialiby mu się w twarz. Dla nich ojcem był af’gemid Rodu Wojny, a matką brytah, kompania, do której zostaną przydzieleni, by w niej walczyć i umierać.
Odwrócił spojrzenie.
— Idziemy pod płachtę. — Ecu Fammeh wskazał na szczyt wzgórza. — Tam opowiecie, jak było.
Bibliotekarz został przez chwilę na brzegu, próbując zrozumieć targające nim uczucia. Czuł, sam nie wiedział, jak to nazwać… chyba złość, rozczarowanie… smutek. Odcięta głowa przyciągała jego wzrok, bezwładny, kulisty obiekt, który jeszcze kilka godzin temu był żywym człowiekiem. I to było dzieło jego uczniów.
Przez ostatnie kilkanaście dni mocno zaangażował się w pracę z tymi chłopcami. Zrobili sobie specjalnie na tę okazję tuzin glinianych tabliczek i codziennie po obowiązkowych ćwiczeniach pilnie ryli na nich wszystkie znaki alfabetu oraz uczyli się pisać własne imiona i takie niezbędne w armii słowa, jak „wróg”, „atak”, „zasadzka”, „odwrót”, „posiłki”. Sądził, że gdy się wreszcie stąd zabiorą, większość z nich będzie potrafiła napisać i przeczytać sformułowany najprostszym językiem wojskowy meldunek.
Czyli staną się idealnie wykształceni, by zostać oficerami Rodu Słowika.
Zajęcia te stały się dla niego ucieczką od nieustannego szumu deszczu, monotonii jednakowych posiłków i zabijającej duszę nudy. Wreszcie miał coś więcej do roboty niż raz na trzy dni naskrobanie kilku zdań bezsensownego raportu.
Przy okazji rozmawiali. Niezbyt dużo, ale dość, by wreszcie poznał ich imiona, wiek, dowiedział się, co lubią jeść, jakie rzeczy ich denerwują, który jest najlepszy w strzelaniu z łuku, kto najlepiej posługuje się włócznią, a kto potrafi, galopując na koniu, najszybciej włożyć na siebie kolczugę. Nie otworzyli się przed nim całkowicie, ale w jego posłaniu było ostatnio dokładnie tyle robactwa co w innych, a gdy chciał oddać im swoją porcję gulaszu, odmawiali, po czym niemal zmuszali go, by sam ją zjadł.
I jakoś tak, przełykając bez apetytu kleistą breję, czuł się z tym dobrze. Nareszcie przestał być sadu une – liżącym papier, a niektórzy zaczęli nawet zwracać się do niego okkri – nauczycielu.
Dni mijały na monotonnych patrolach, ćwiczeniach, nauce pisania i luźnych rozmowach. Zdążył już zapomnieć, jak bardzo go kiedyś przerażali.
Aż do dzisiejszego wieczoru, wieczoru krzyków, śmiechu i radości nad leżącą w błocie ludzką głową.
Wilcze szczenięta poczuły w gardłach krew.
I zasmakowała im.
Powlókł się do obozu. Mimo wszystko chciał usłyszeć, co się wydarzyło.
Płachta rozpięta w kręgu wyznaczonym przez kilka namiotów ledwo mogła pomieścić wszystkich zainteresowanych, ale nawet ci, którzy stali na obrzeżu i którym zimne krople wpadały za kołnierze, nie narzekali. Dwie małe lampki na olej migotały słabo, malując na twarzy Awudiego Kana miękkie cienie.
Młody „nielot” stał pośrodku i opowiadał.
— To było jakieś cztery godziny temu, jak ich wypatrzyłem. Wyglądali jak zwykła pływająca wyspa, jakich teraz pełno wszędzie, wiecie, kupa gałęzi, patyków i trzcin. Zobaczyłem ich może z ćwierci mili przed nami… e, nie, nawet ćwierci nie było, może z trzysta długich kroków. Z początku nawet nie miałem żadnych podejrzeń. Trochę pływających badyli, i w ogóle. Wiecie, o czym mówię?
Wszyscy pokiwali głowami. Po dziesiątkach patroli wzdłuż bezimiennej rzeczki wiedzieli aż za dobrze. Znali każdy rodzaj unoszącego się na wodzie śmiecia, jaki dryfował po okolicy.
— I powiem wam, że uhuri miał dobry pomysł, żebyśmy sami udawali taką wyspę, tylko większą. Gdyby nie to, pewnie to oni wypatrzyliby nas pierwsi i uciekli albo przyczaili się tak, że byśmy ich minęli, nie wiedząc, że tam są.
Ecu Fammeh tylko wzruszył ramionami. Nie ma o czym mówić, mówił ten gest, każdy by wpadł na to, że nie uda nam się złapać buntowników, jeśli będą mogli nas dostrzec na pierwszy rzut oka.
Ale duma wylewała mu się wręcz uszami. Mimo to warknął tylko.
— Nie przeciągaj, tylko gadaj, jak było.
Oglal stał na samym skraju, patrzył i słuchał. Opowieść była właściwie dość prosta, choć Awudi rozwlekał ją na wszelkie sposoby, starając się przedłużyć moment własnej chwały. Mimo to Bibliotekarz mógłby ją streścić w kilkunastu zdaniach.
Podczas patrolu „łobuzy” zauważyły coś, co wyglądało jak sterta unoszonych prądem gałęzi. Tylko że ta sterta płynęła inaczej niż reszta śmieci dryfujących na rozlewisku. Cicho, ledwo używając wioseł, skierowały się w jej stronę. Gdy dzieliło ich ledwo kilkanaście jardów, ze sterty uniósł się człowiek. Rozejrzał. Dostrzegł ich. Podniósł alarm. Padł rozkaz do ataku i młodzi żołnierze staranowali, jak się okazało, jedno z lekkich, skórzanych czółen buntowników. Ci, mimo zaskoczenia, nie mieli zamiaru tanio sprzedać skóry i przeskoczyli na pokład łodzi Słowików. Wywiązała się walka, w której noszący kolczugi i stalowe hełmy esumi zabili czterech ludzi, piątego biorąc do niewoli.
Koniec.
Uczony słuchając jednym uchem przechwałek Awudiego i patrząc na twarze młodych żołnierzy, na ich rozognione policzki i ogień w oczach, zrozumiał, że stracił ich serca. Albo że może – prawdę mówiąc – nigdy tych serc nie miał. To byli najstraszliwsi zabójcy świata, dzieci ahyr, dzieci-żołnierze. Nie przez swoje umiejętności, lecz przez wyobraźnię kształtowaną religijnym fanatyzmem i opowieściami o bohaterskich czynach starszych braci z Rodu. Oraz przez całkowity brak zahamowań. Pragnęli wykazać się w walce, bo tylko tak ich nauczono mierzyć własną wartość. Zazdrościli swoim kolegom tego, że ci rozpruwali brzuchy i rozwalali głowy innym ludziom.
I sami chcieli tego spróbować.
Gdy dowodzący patrolem skończył, Ecu Fammeh spojrzał wprost na Oglala.
— Okkri.
To był pierwszy raz, gdy nazwał go nauczycielem. W uszach uczonego zabrzmiało to jak kpina.
— Tak.
— Gdy będziesz tworzył raport, zapisz dokładnie, co się wydarzyło. Podaj imiona wszystkich, którzy byli na łodzi, i napisz, że dowodzący nią Awudi Kan zasłużył na szczególną pochwałę za zniszczenie patrolu buntowników i schwytanie jeńca. Wyślemy takie pismo razem z więźniem.
— Tak zrobię, uhuri.
Przez chwilę panowała cisza, zebrani pod płachtą chłopcy patrzyli na siebie w milczeniu, a w ich oczach oprócz światła dwóch kaganków migotało coś jeszcze, jakby pierwsze okrwawienie szabel i noży zmieniło wszystkich w małym oddziale, nawet tych, którzy nie brali dziś udziału w walce. Niektórzy zaczęli się uśmiechać, lecz były to uśmiechy inne od bezmyślnych wybuchów radości sprzed niespełna godziny. Groźne, niemal okrutne.
Oglal poczuł się nagle bardzo stary i bardzo nie na miejscu.
Wilcze szczenięta zasmakowały w krwi.
Odwrócił się i powłócząc nogami, powędrował do namiotu.