Rozdział 19
Komendant zamku Langre, Remonem Oltec, wyglądał na dziedziniec, stojąc przy oknie w pełnym pancerzu, pikowanej przeszywanicy, kolczudze i stalowych karwaszach. Pod pachą trzymał hełm, a pas z mieczem obciążał mu biodra. Był gotów na wszystko. Dźwięk gongu zabrzmiał przed trzema kwadransami, lecz już się nie powtórzył. A to mogło znaczyć tylko dwie rzeczy – albo sytuacja została już opanowana i zaraz będzie musiał zdejmować krępujący ruchy rynsztunek, albo oddziałowi Górskiej Straży udała się rzecz prawie niemożliwa.
Wyrwali się na wolność.
„Prawie” było jednak dla niego słowem oddzielającym życie od śmierci. Nie zamierzał ryzykować. Na dziedzińcu zebrała się już cała załoga, kilkunastu zwykłych strażników i przydzielona mu drużyna Szczurów. Uzbrojeni po zęby, czekali na rozkazy. W zależności od wieści z kamieniołomu albo zaraz zejdą, albo obsadzą bramę i mury.
Cholerna Górska Straż.
Prawdę mówiąc, ludzie porucznika lyw-Darawyta okazali się dla niego większym problemem, niż mógł przypuszczać. Bawił się nimi, grał ich losem, wszystko zgodnie z regulaminem i przepisami oczywiście, nikt w Norze nie mógłby mu zarzucić przekroczenia uprawnień. Cały czas miał jednak wrażenie, że szturcha kijem dzikie bestie. Więźniowie trafiali pod jego opiekę z różnych stron świata, pojedynczo, samotni już w chwili, gdy podpisywał dokumenty ich odbioru. I szybko odkrywali, że w kamieniołomie każdy dba tylko o własny brzuch. Nie mieli czasu na nawiązanie przyjaźni, zawarcie jakichś paktów, zbudowanie wspólnoty, choćby na linii skazańcy – strażnicy więzienni. Szósta Kompania była jednak inna. Weszła tu jako zgrany oddział i tak też działała. Wartownicy meldowali, że silniejsi spośród nich odciążają w pracy chorych i słabych, a wszyscy dzielą się jedzeniem z tymi, którzy nie wyrobili norm.
Byli dla niego obelgą. Chciał ich zniszczyć. Powoli, łamiąc więzy koleżeństwa i braterstwa, chciał patrzeć, jak zdradzają przyjaciół, donoszą na siebie, walczą o każdy kawałek suchego chleba.
To było ekscytujące i wspaniałe wyzwanie.
Ale jednocześnie przerażali go. Dlatego pod byle pretekstem przesunął ich do morderczego transportowania urobku nad kanał. Po całym dniu takiej pracy ludzie padali bez sił. To powinno utrzymać ich w ryzach i powoli spychać do roli myślących tylko o kolejnym posiłku i śnie bezwolnych marionetek.
Najwyraźniej nie wystarczyło. Albo ten młody rudy dureń nie potrafił dłużej utrzymać swoich ludzi w ryzach, albo wręcz sam zorganizował próbę buntu. Remonem Oltec prawie żałował, że od dziś nie będzie już mógł go przyjmować w zamku i wysłuchiwać pokornych próśb, ale od teraz porucznik nie był nikim więcej jak zwykłym bandytą. A kogoś takiego nie obejmowały normy oficerskiej uprzejmości.
Czekał, stojąc, bo w kolczudze zawsze źle mu się siedziało. Przed kwadransem wysłał na dół człowieka, jednego ze zwykłych wartowników zatrudnianych przez Norę. Do takich zadań ci prymitywni, brutalni i głupi strażnicy nadawali się doskonale. Zanieś wiadomość, sprawdź, co się stało, pilnuj, by więźniowie pracowali do upadłego.
Gardził tą hołotą na równi ze skazańcami.
Jedynymi podwładnymi, którzy reprezentowali jakiś poziom, była drużyna Sawellego, dziesięciu wyszkolonych przez Norę, przydzielonych tu zabójców, bo najwyraźniej ktoś uznał, że komendant tak ważnej placówki potrzebuje do ochrony kogoś więcej niż bandy wyrwanych katu zbirów. Cała dziesiątka stanowiła cichą, uprzejmą, profesjonalną i chłodną grupkę, którą – co do tego Remonem nie miał żadnych wątpliwości – przysłano tu także po to, by patrzyła mu na ręce. Ależ go to ekscytowało. Niszczyć ludzi – jak niszczył Szóstą Kompanię – tak, by nawet kapusie z Nory nie mogli się przyczepić. Zgodnie z regulaminem i przepisami.
Ktoś zapukał do drzwi.
— Meldunek z dołu, komendancie.
Nareszcie. Odwrócił się.
— Wejść.
Sawelle, szpakowaty i sztywny, przyniósł wieści osobiście. Były albo takie dobre, albo przerażające.
— Goniec wrócił, odebrano meldunek od dziesiętnika Pomruka.
— Kto go przyniósł?
— Niejaki Wurcel Fynbal. Ten nowy. Doszło do wypadku na trasie transportu kamieni. Zsuwający się głaz zmiażdżył kilku ludzi z Górskiej Straży, reszta wszczęła bunt, zamordowali czterech wartowników, zdobyli też magazyn z zapasowymi narzędziami i uzbroili się w nie. Dziesiętnik Pomruk zabił już ponad tuzin, a resztę zepchnął do jaskiń, w których spali, i tam ich oblega. Nie może jednak zaatakować, bo ma za mało ludzi, a inni więźniowie zaczęli się zachowywać agresywnie. Musiał ich odesłać do baraków. Czeka na posiłki.
Remonem Oltec odwrócił się ponownie do okna, żeby Sawelle nie dostrzegł jego szerokiego uśmiechu. Czyli jednak to znakomite wieści. Doskonałe wręcz. Za kilka kwadransów Szósta Kompania przestanie istnieć. Uzbrojeni w narzędzia górnicze, wciąż skuci łańcuchami, zapędzeni do płytkich jaskiń, są bezsilni. Może nakaże wziąć kilku żywcem, a może zapomni wydać taki rozkaz. Regulamin nic nie mówił o obowiązku oszczędzania życia zbuntowanym więźniom.
— A ich dowódca? Ten rudy?
— Nie wiadomo. Wartownik przekazał wieści i zaraz wrócił do Pomruka. Potrzebują tam teraz każdego.
Uśmiech komendanta stał się nienaturalnie szeroki.
— To prawda. Więc i my musimy się tam udać i im pomóc. Zostawcie trzech ludzi przy bramie, reszta idzie za mną na dół. Po drodze zgarniemy dziesiątkę znad kanału.
Mając trzydziestu zbrojnych, plus ludzi Pomruka, poradzi sobie bez najmniejszego kłopotu. Jaskinie Szóstej otaczał luźny częstokół, przez który bełty przelatywały bez problemu. Najpierw każe wystrzelać tych na zewnątrz, a gdy schronią się w środku, wrzuci tam wiązki mokrych gałęzi i słomę, podpali i wydusi resztę dymem.
Tak zrobi, a wieczorem napisze raport.
To będzie dobry dzień.
* * *
Na miejsce zaprowadziła ich długa na dwieście kroków ścieżka, wychodząca na owalną wnękę o średnicy jakichś stu jardów w najszerszym miejscu, otoczoną ze wszystkich stron skalnymi ścianami. Ściany na całej długości szpeciły prowadzące do jaskiń mroczne pęknięcia. Drewniany częstokół odgradzał wejścia do kilku z nich, ale za nim było pusto, nie licząc kilku ciał naszpikowanych bełtami. Najwyraźniej buntownicy schronili się w głębi skalnych szczelin. Wokół częstokołu, za przewróconymi wózkami, rozlokowało się około dwudziestu strzelców.
Remonem Oltec wysunął się na czoło kolumny, obrzucił spojrzeniem całą scenę i uśmiechnął z uznaniem. Po drodze minęli ślady walki, porzucone sanie transportowe, krew na ziemi, ograbione ciała kilku jego wartowników, więcej krwi przy głównej ścianie kamieniołomu, cztery zmasakrowane trupy, tym razem z łańcuchami na rękach i nogach – najwyraźniej buntownicy próbowali szturmować schody prowadzące na górę. Rozrzucone narzędzia do obróbki kamieni, krew i następne skute, bezgłowe ciało przy ścieżce prowadzącej do jaskiń. Kolejne leżało kilkanaście kroków dalej z sercem przeszytym bełtem, komendant rozpoznał go nawet po twarzy, bo zawsze miał do tego pamięć. Walka musiała być zacięta, ale dość jednostronna. Dowódca wartowników działał szybko, większość żołnierzy Górskiej Straży nie zdążyła nawet zdjąć łańcuchów. Skuci, bez pancerzy i tarcz, z tylko kilkoma sztukami zdobycznej broni, zostali odparci i zapędzeni w kozi róg.
Czasem nawet w stercie łajna trafić można na cesarskiego orga. Z całą pewnością Pomruk zasłużył na awans na starszego dziesiętnika, no i podwyżkę.
Sawelle stanął obok Olteca, w swoim pełnym bojowym ekwipunku. Włożył przeszywanicę barwioną na granat tak ciemny, że prawie czarny, sięgające łokci rękawice z kłykciami wzmocnionymi żelazem, luźne spodnie i miękkie buty. Przy pasie miał dwa długie noże i lekki miecz o wąskiej klindze, co sugerowało, że był wyszkolonym szermierzem, lubiącym walkę na bliski dystans. Jednakże, jakby w kontraście do miecza i sztyletów, trzymał też pomalowaną na ciemną zieleń kuszę z fikuśnym lewarkiem, umożliwiającym napinanie jej nawet na leżąco, i wymyślnym celownikiem. To była rzadka i droga broń, używana do polowań albo skrytobójstwa. Czyli starcie wręcz było dla Szczura opcją dopiero po naszpikowaniu wroga bełtami.
— Już ich zapędzili do środka — Sawelle powiedział to bardzo neutralnym tonem.
Oltec zerknął na niego szybko. Dowódca drużyny z Nory zawsze wydawał mu się zdystansowany i uprzejmy w ten zimny, arogancki sposób, charakteryzujący ludzi, którzy mają o sobie wysokie mniemanie.
Zasłużył na kilka złośliwości.
— Czyżby nie marzyło ci się starcie z Górską Strażą, Sawelle? I to ze sławnymi Czerwonymi Szóstkami? Słyszałem plotki, że już raz dali po nosie drużynie z Nory. Może chciałbyś zmyć plamę na honorze zabójców? To co? Mam kazać wziąć kilku żywcem? Może nawet każę jednego rozkuć, żeby mógł szybciej biec, jak będziesz mu strzelał w plecy.
Dowódca szczurzej drużyny nie odpowiedział, wodząc wzrokiem po okolicy.
— Cicho tu — mruknął.
Jeden z przyczajonych wokół częstokołu wartowników obejrzał się, pomachał im gestem „chodźcie, chodźcie” i wrócił do celowania w wylot jaskini.
Pora kończyć zabawę.
— Naprzód.
Oltec przyprowadził trzydziestu ludzi – nie odważył się ogołocić baraków ze straży – ale to wystarczy. Razem z dwudziestką Pomruka szybko uporają się z buntownikami. Właściwie uznał pomysł z rozkuwaniem więźniów i zrobieniem z nich ruchomych celów za całkiem niezły. Znał kilku ludzi, którzy zapłaciliby sporo za taką rozrywkę.
Byli w połowie drogi, pośrodku owalnej dziury, gdy dowódca szczurzej drużyny złapał go za rękę i ścisnął tak, że mimo karwasza aż stęknął.
— Co, do jasnej…?
— Za cicho tu jest. Dlaczego jeszcze nikt nie podbiegł, żeby się zameldować?
— Co? Jak?
W tej chwili rozległ się gwizd i jaskinie wokół nich ożyły, wypluwając z mrocznych gardeł ludzi. Chudych, obdartych, z ciężkimi młotami, kilofami, łomami i drągami.
Remonem Oltec poczuł, jak uginają się pod nim nogi. Więźniów było coraz więcej – sześćdziesięciu, osiemdziesięciu, stu. Zerknął szybko w tył, gdzie drogę ucieczki odcinała im już grupa około trzydziestu mężczyzn.
Towarzyszący mu Szczur westchnął i tracąc wyniosłe opanowanie, splunął komendantowi pod nogi.
— Spieprzyłeś sprawę. Umrzemy tu, ty durny sukinsynu — powiedział, udowadniając, że co jak co, ale umie szybko wyciągać właściwe wnioski.
Za jego plecami ktoś jęknął i umilkł, jakby zadławił się własnym strachem. W tej samej chwili kryjąca się za wózkami dwudziestka zbrojnych jak jeden mąż wstała, przeszła na drugą stronę i przyklękła, mierząc do nich z kusz.
— Na ziemię!
Sawelle rzucił się na niego i obalił w chwili, gdy dwadzieścia kusz zaśpiewało jednym głosem. Tak strzelać mogli tylko wyszkoleni żołnierze, zdążył jeszcze pomyśleć Oltec, nim reszta skazańców rzuciła się na jego zmasakrowany oddział.
Salwę przetrwała dziesiątka Szczurów, bo tylko oni zareagowali na komendę dowódcy, padając na ziemię, oraz tuzin wartowników, którzy mieli więcej szczęścia niż rozumu. Jeżeli szczęściem można nazwać to, że kilku wściekłych obszarpańców dopadnie cię i zacznie tłuc po całym ciele młotami, drągami i żelaznymi prętami, każdym ciosem gruchocząc kości. Bronili się przez chwilę, rozpaczliwie wymachując bronią i udowadniając to, co wszyscy wiedzieli – nie byli żołnierzami, nie byli nawet wyszkolonymi strażnikami.
Chyba nawet nazwanie ich zbirami byłoby ujmą dla zwykłego bandyty.
Padli w mniej niż dziesięć uderzeń serca. Ale to dało reszcie czas.
— Drużyna do mnie!
Szczury zerwały się i w mgnieniu oka zbiły w kupę, otaczając powalonego komendanta. Skazańcy rzucili się na najeżony stalą krąg i zaraz odskoczyli, pozostawili kilka trupów. Bojowa drużyna Szczurzej Nory to nie banda półgłówków zatrudniona tu jako nadzorcy.
Ktoś brutalnym szarpnięciem postawił dowódcę więzienia na nogi.
— Broń do ręki i walcz, kapitanie Oltec!
Sawelle podkreślił jego stopień, jakby spluwał. Sam zaczepił dźwignię lewarka o cięciwę, napiął, umieścił bełt na łożu. Złapał kuszę lewą ręką, prawą wyciągnął miecz. W następnym ataku zabił dwóch ludzi jednocześnie – pierwszemu strzelając w serce, drugiemu przeszywając pierś klingą. Kolejnych siedmiu skazańców zwaliło się na ziemię, kilku innych cofnęło, krwawiąc z licznych ran.
Remonem Oltec ścisnął rękojeść miecza, pochylił głowę. Może jednak mają szansę, przemknęło mu przez myśl. Jeszcze jeden, dwa ataki, a ta banda załamie się, straci ducha, uzna, że lepiej rzucić broń i uciec, niż zginąć od zimnej stali. On sam miał najlepszy pancerz ze wszystkich, z większej odległości mógł się nawet nie obawiać bełtu z kuszy… Będą się cofać do wyjścia… przebiją siłą, a potem pobiegną do warowni. Choćby miał tam tylko tuzin ludzi, utrzyma się…
Rozległ się kolejny gwizd i nacierający krąg skazańców zatrzymał się w pół kroku. A potem cofnął.
— Hej, Szczury, chcecie żyć?
Ten głos. Ten sam, który wielokrotnie prosił go, błagał, skarżył się i groził. Teraz jednak inny. Zimny jak oddech samej Pani Lodu.
Sawelle podał kuszę jednemu ze swoich ludzi, krótkimi gestami przekazując kilka komend. Jego broń i dwie inne zostały natychmiast napięte.
— Co masz do zaoferowania, poruczniku?
Więc wiedział, z kim rozmawia, mimo że wcześniej nie zamienili ani jednego słowa. Krąg więźniów zniknął, większość cofnęła się pod skalne ściany. Kenneth–lyw-Darawyt wyłonił się zza nich, stojąc nieco z boku, może trzydzieści jardów od ich grupki. Minę miał jakby znudzoną.
— Złóżcie broń. Nic do was nie mamy, ani moi ludzie, ani inni. Nie schodziliście, nie używaliście batów. Możecie przeżyć.
— Ale tylko my — rzucił Szczur. To nie było pytanie.
— Tak, tylko wy.
Oltec poczuł przerażenie. Popatrzył na leżące wokół trupy strażników więziennych, których ciosy młotów zamieniły w nieprzypominające nawet ludzkich ciał zakrwawione tłumoki.
— Strzelajcie — syknął. — Zastrzelcie go, a jak go zabijecie…
— Zamknij się — rzuciła Enawela. — Nie ty tu dowodzisz.
Ta wyniosła suka odezwała się do niego pierwszy raz, odkąd się poznali.
— Zostaliśmy przydzieleni, żeby chronić komendanta Olteca. — Sawelle powiedział to obojętnym, zimnym, nijakim tonem.
Oficer Górskiej Straży wzruszył na to ramionami.
— A nie, żeby mu patrzeć na ręce? Sprawdzić kompetencje? Widziałem was przed chwilą, za dobrzy jesteście, żeby być tylko drużyną osobistych strażników. Na zewnątrz — rudy porucznik powiódł dookoła dłonią — wszystko się pochrzaniło, więc pewnie w Norze troszkę o was zapomnieli. Ale jak sobie przypomną, to co im zameldujecie o komendancie Oltecu? Że to morderca? Sadystyczny kurwi syn bez krztyny honoru? Niekompetentny głupiec, który doprowadził do buntu w podległym mu więzieniu, po czym powiódł was i resztę swoich ludzi prosto w pułapkę? Nie sądzisz, że śmierć w jego obronie byłaby bezsensowna i głupia?
Gwizdnął na palcach. Dwudziestu strzelców z napiętą już bronią oparło łoża kusz o przewrócone wózki. Z jaskiń, zza pleców skazańców, wyłaniali się inni żołnierze, w zdobycznych pancerzach i hełmach, ze zdobyczną bronią. Wyróżniały ich płaszcze, brudne, obszarpane, podziurawione. I wzrok. Patrzyli na dziesiątkę zabójców z Nory jak wilki na zbitą w kupę gromadkę wiejskich kundli.
Remonem Oltec rzucił się na jednego ze Szczurów, usiłując wyrwać mu z ręki kuszę. Któryś z nich zdzielił go w głowę, aż hełm zabrzęczał, inny podciął, wyłuskując jednocześnie miecz z dłoni. Komendant upadł. Ktoś kopnął go, precyzyjnie w splot słoneczny, tak mocno, że mimo kolczugi zadławił się, nie mogąc złapać oddechu.
Sawelle wziął swoją kuszę, rozbroił. Wsunął miecz do pochwy.
— Wrócimy teraz do zamku — powiedział głośno.
Rudy porucznik pokręcił głową i wskazał na jaskinie za częstokołem.
— Nie, nie do zamku. Zaczekacie tam. Zostawimy wam noże i kilka pałek do obrony. Możecie się łatwo wydostać, jednakże — wskazał na resztę więźniów — radziłbym się nie spieszyć.
— Ale…
Kenneth-lyw-Darawyt uniósł lekko dłoń. Strzelcy za wózkami wymierzyli w stłoczonych zabójców.
— Nie negocjujemy. Nie mam na to czasu ani ochoty. Decyduj. Natychmiast.
Szczury zaszemrały nerwowo.
— Dobrze. Zrobimy to. Ale Nora nie daruje tego, co tu zaszło — powiedział ich dowódca. — Być może, poruczniku… być może po dzisiejszym dniu będę jednym z tych, którzy pójdą za wami w pościg.
Na twarzach żołnierzy wykwitły szerokie uśmiechy.
— Rzucać groźby w takiej sytuacji… — Rudy porucznik uśmiechnął się z uznaniem, wyglądając na równie rozbawionego co jego ludzie. — Masz jaja. A Szczur polujący na wessyrskiego owczarka w górach to będzie zabawny widok. A teraz do jaskiń. Bez gadania.
Remonem Oltec leżał, próbując złapać oddech, i patrzył, jak Szczury oddają broń i wchodzą za częstokół. Drzwiczki w nim natychmiast zamknięto i związano łańcuchem.
Został sam.
Usłyszał kroki. Przewrócił się na plecy i wydyszał:
— Cze… czekaj… ja… nie rób tego… ja… to tylko re… gulamin… Ja…
Porucznik Szóstej Kompanii podchodził do niego powoli. W ręku trzymał ciężki, szesnastofuntowy młot do łupania skał.
— Nie… czekaj… proszę… — Oltecowi udało się podeprzeć rękoma, przesunąć w tył. — Ja tylko…
— Regulamin, tak? — Oficer zrobił dwa szybkie kroki, przydepnął pierś komendanta. — Powiem ci coś, kapitanie. Górska Straż ma swoje regulaminy, ale stosujemy je z umiarem. Ważniejsze są pewne niepisane zwyczaje. Uniósł młot. — Dowódca kładzie się ostatni i wstaje pierwszy! Je, dopiero gdy jego ludzie zjedzą! I nigdy, przenigdy nie wydaje rozkazów, których nie da się wykonać! A ja kazałem kilku swoim ludziom na ciebie poczekać, kozi wrzodzie.
Uderzył raz, zza głowy, potężnie, łamiąc wzniesione w obronnym geście przedramiona, roztrzaskując hełm z czaszką i uciszając na wpół zwierzęce wycie.
W kamieniołomie zapadła cisza.
* * *
Warownię nad kamieniołomem zastali pustą. Wcześniej odkryli, że tych kilku wartowników zostawionych przy barakach z więźniami także porzuciło służbę i uciekło. Wieści rozchodziły się błyskawicznie.
Kenneth kazał kompanii brać wszystko, co mogło się przydać, zwłaszcza broń, żywność i czyste ubrania, a sam poszedł ze swoją dziesiątką do komnat komendanta. Wypełniał go dziwny spokój, ani trochę nie ogłupiający czy rozluźniający. Czuł się, jakby w żyłach płynęła mu lodowa kasza, ale myślał jasno i beznamiętnie. Zrobili to. Dwie godziny temu byli kompanią podejrzewaną o jakieś nieudowodnione zbrodnie, teraz w świetle prawa stali się zwykłymi bandytami. Och, sprawiedliwość była po ich stronie, racja niesłusznie oskarżanych także. Ale to nic nie znaczyło wobec przepisów i regulaminów. Dowódca szczurzej drużyny miał rację, Nora nie pozwoli, by to rozeszło się po kościach. Będzie ich ścigać i tropić już do końca życia, w imię zasady, mówiącej, że nikt bezkarnie nie przeciwstawia się Wywiadowi Wewnętrznemu i nie zabija jego ludzi. Nawet takich bydlaków jak Remonem Oltec.
Nie żałował niczego. Nic by nie zmienił. Gdyby się dało, rozwaliłby mu łeb jeszcze kilka razy.
A między Wielkim i Małym Grzbietem jest mnóstwo miejsca, by zniknąć, rozpłynąć się wśród ludzi, lasów i gór.
Wyłamali drzwi do głównej komnaty komendanta, tej, w której przyjmował dowódcę Szóstek, zajadając się tłustościami. Kennetha interesowało tylko wielkie dębowe biurko Olteca. Porucznik widział kiedyś, jak otwiera on jedną z jego półek i wrzuca do środka sakiewkę.
Drzwiczki były zamknięte, po ostukaniu zabrzęczały żelazem.
Dobrze trafili.
Łomy i ciężkie młoty używane do łupania skał w kilka chwil poradziły sobie z ukrytą pod drewnem stalową skrzynką. Wyrwali ją i rozwalili na miejscu.
Kamieniołom musiał przynosić spore zyski. Wewnątrz, zarówno w imperialnych, jak i w lokalnych monetach było dobrze ponad pięćset orgów. Głównie w srebrze, choć trafiło się też kilka złotych krążków.
Za te pieniądze będą mogli się utrzymać przez rok.