Rozdział 22

Księżycowa Mewa wstała, obmyła twarz i dłonie, oparła czoło o chłodną ścianę i zmówiła krótką modlitwę.

O Wielka Siostro, o córko Prastarego, wczoraj nikt z mojego plemienia nie umarł, a Szybka Foka urodziła zdrowego chłopca. Staliśmy się silniejsi, bo połknęłaś nas i pozwalasz żyć w swoim brzuchu. Dziękuję ci za to nowe życie i za każdy oddech, jaki wydajemy.

To była jej osobista modlitwa, jej własny sposób, by oddać hołd bogini. Myśl, że Nocna Perła jest córką Prastarego Pożeracza, pojawiła się w jej głowie pierwszy raz przed dziesięcioma dniami i z początku mocno nią wstrząsnęła. Była taka… obrazoburcza. Prastary Pożeracz był największą i najwspanialszą istotą, jaka przemierzała Wielkie Morze Wiecznego Kręgu, więc nic nie mogło się z nim równać. Ale im dłużej ją rozważała, tym bardziej wydawała się właściwa. Nocna Perła pruła oceany, nic sobie nie robiąc z ich wielkości, udzieliła jej ludowi schronienia w swoim brzuchu, gdzie zawsze było sucho i ciepło, a słodka woda płynęła ze ścian, i wiodła myśliwych od zdobyczy do zdobyczy. Co prawda łowy nie były łatwe i bezpieczne, ale ci, którzy zginęli w trakcie polowania, po prostu wkraczali w Wieczny Krąg. Taki był zwykły stan rzeczy. No i czarny okręt nie był Prastarym Pożeraczem, w końcu on był tak olbrzymi, że mógłby połknąć nawet Nocną Perłę.

Jednak uwzględniając wszystko, musiała być jego córką. Nie było innego wyjaśnienia jej wspaniałości.

Księżycowa Mewa postanowiła, że porozmawia o tym z kilkoma najmądrzejszymi kobietami w plemieniu. Wszyscy powinni poznać prawdę.

* * *

Dla Altsina następne dni były dziwne. Czasem wypełniały je niezobowiązujące rozmowy, czasem głębokie milczenie, gdy Nocna Perła koncentrowała się na naprawianiu uszkodzeń i leczeniu ran. Nigdy nawet nie wspomniała, jak je odniosła, skąd się wzięły na jej pokładzie te dziwne bestie, na których widok tkwiący w złodzieju Bitewna Pięść prawie dostał szału, jak doszło do pożaru, którego ślady nosiło śródokręcie, co zniszczyło jej maszty i co stało się z załogą, bo przecież te kilkaset ciał to nie mogła być jej cała rodzina.

A on nie dopytywał. O takich rzeczach powinno się mówić samemu, z potrzeby serca.

Za to czasem, gdy bogini-statek się rozgadywała, mówiła godzinami. Opowiadała o wielkich morzach, pełnych wysp kąpiących się w słońcu, gdzie było tak ciepło, że musiała rozwieszać nad pokładem specjalne żagle dające cień, bo inaczej nie dało się po nim stąpać. O bezdennych głębinach, nad którymi przepływała, gdzie dno znajdowało się dziesięć mil poniżej powierzchni, a żyjące tam bestie miały ciała białe jak chmury albo przejrzyste niczym woda. O sztormach tak potężnych, że fale wznosiły się setki stóp nad jej pokład, a gdy się na nie wspinała, by potem spaść w dolinę między nimi, całe jej ciało trzęsło się i napinało w najwyższym wysiłku, a załoga musiała się przywiązywać do koi, żeby się nie obijać o ściany kajut.

Altsin i Borehed stali na kasztelu rufowym i słuchali.

— Uuuuch, mówię wam, gdy sztorm się skończył, czułam się, jakby mi ktoś kijem plecy poobijał — mruczała sugestywnie. — Miesiąc dochodziłam do siebie, jak już stamtąd odpłynęliśmy.

Altsin nic nie powiedział, próbując na podstawie śladu torowego ocenić prędkość. Osiem węzłów? Dziesięć? Czyli Nocna Perła wyczuła kolejne stado wielorybów i płynęła, by je przechwycić.

— To nie był nasz świat, prawda? — zapytał, żeby oderwać myśli od kolejnego kawałka cuchnącego tranem mięsa, które najpewniej będzie jego kolacją.

Wyczuł, jak zadrżała lekko.

— Po czym zgadłeś? — zapytała innym tonem.

— Fale, które wznosiłyby się setki stóp nad twój pokład, zmyłyby każde miasto na każdym brzegu znanym ludziom, nawet gdyby sztorm miał miejsce tysiące mil od lądu. Wychowałem się w portowym mieście, gdzie plotkowano nawet o tym, że jakiś barbarzyński król na drugim krańcu świata kazał otruć swoją żonę, ale słudzy pomylili skład trucizny oraz kielichy i nieszczęśnik trzy dni cierpiał na sraczkę. Usłyszałbym o takim sztormie.

Nie odpowiedziała od razu i przez chwilę myślał, że go zignoruje. Wymienił spojrzenia z Borehedem, szaman sam wyglądał na zaintrygowanego.

— Nie. To nie był nasz świat — powiedziała wreszcie cicho. — Wyruszyliśmy, szukając… innej gałęzi, innego… odrostu ze zniszczonego pnia naszego świata. Nie znaleźliśmy, więc Flota rozdzieliła się i eskadry popłynęły dalej. W głąb czegoś, co sami nazwaliśmy Bezbrzeżną Głębią. Znajdowaliśmy w niej inne miejsca. Inne światy. Ten, o który pytasz, krążył nie wokół własnego słońca, lecz wokół innego świata, tak olbrzymiego, że gdy niczym beżowo-szara tarcza upstrzona czerwonymi plamami wznosił się nad horyzont, przesłaniał pół nieba. Nie mogliśmy tam zostać, bo sztormy wywołane pływami i huraganami roztrzaskałyby nas w miesiąc na małe kawałeczki. W innym miejscach nie było lepiej. Bestie żyjące w bezdennych głębinach miały po dwie mile długości i chętnie nocami wypływały na powierzchnię. Ich macki pokrywał śluz rozpuszczający drewno, a paszcze potrafiły zgruchotać kadłuby mniejszych okrętów. Słońce palące nasze pokłady na ciepłych morzach wędrowało po niebie przez osiemnaście dni, w samo południe powierzchnia wody zaczynała wrzeć, a dające cień żagle tliły się i dymiły.

— Więc wróciłaś.

— Wróciłam. Zapłakałam nad tymi, którzy odeszli, wytarłam nos i wróciłam.

Na cycki Pani Sztormów, ależ miał ochotę zarzucić ją pytaniami. Ile światów widziała? Czy spotkała tam inne rasy rozumne? Innych bogów? Jakich cudów była świadkiem? Jakie przygody ją spotkały?

Potem wspomnienia Bitewnej Pięści cisnęły mu w twarz wiedzę, że Nieśmiertelna Flota opuściła ten świat w liczbie ponad stu sześćdziesięciu okrętów, a wrócił jeden. Potrzaskany, uszkodzony i bez załogi.

Spotkały ich nie cuda i przygody, tylko rozpacz i rzeź.

Zerknął jeszcze raz na Boreheda. Oczy ahera stały się nagle dziurami wypełnionymi współczuciem i smutkiem. Po czym wytatuowane powieki przymknęły się na dwa uderzenia serca i po chwili znów stał przed nim złośliwy dzikus z wiecznie ponurą gębą.

— Znowu używasz tych dziwacznych stwierdzeń, dziewczyno.

Dziewczyno. Tylko Borehed miał wystarczająco wielkie jaja, żeby zwracać się tak do długiego na pół mili statku-bóstwa, i to na dodatek z dnia na dzień odzyskującego siły.

— Dziwacznych stwierdzeń?

— Wytarłam nos, bolały mnie plecy i takie tam. Nie masz ani jednego, ani drugiego.

Altsin przypomniał sobie inne jej słowa, coś o wyciąganiu rąk ku słońcu. Rzeczywiście były to dziwne sformułowania jak na obecną postać Nocnej Perły.

Nie odpowiedziała przez chwilę, po czym przez kadłub przebiegło drżenie.

— Właśnie wzruszyłam ramionami. I przeciągnęłam grzbiet.

— Doprawdy? — Brwi szamana powędrowały w górę w całkiem udanej parodii zdziwienia, a potem uśmiechnął się półgębkiem do Altsina. Trzeba było przyznać, że nieźle mu wychodziło zmienianie tematu.

Nocna Perła wydała taki dźwięk, jakby nabierała powietrza.

— Urodziłam się jako człowiek — zaczęła po chwili. — Pamiętam bieganie boso po trawie, otarte kolana, śmiech, ból brzucha, czkawkę. I inne uczucia. Pamiętam, jak to jest… mieć ręce, nogi, głowę, siedzieć, leżeć pływać i skakać. Pierwsze próby stworzenia okrętów Nieśmiertelnej Floty zakończyły się tragicznie. Nie można wepchnąć kogoś w ciało o obcym mu kształcie i oczekiwać, że nie oszaleje. Gdybym miała poczucie, że jestem korpusem z obciętymi rękoma i nogami, z głową unieruchomioną na wieczność w jednej pozycji, to roztrzaskałabym się na pierwszym skalistym brzegu. Mam poczucie ludzkiego ciała. Mogę… mój duch, jeśli chcesz takiego porównania, może w obrębie kadłuba zmieniać pozycję – raz płynę na plecach, głową w kierunku dziobu, innym razem na brzuchu albo na boku. Czasem kil jest moim kręgosłupem, a kiedy indziej mostkiem. Zdarza się, że staję i wyciągam ręce w górę, zazwyczaj, jak zakwitam drzewami. Niekiedy, tak jak teraz, robię żółwia.

— Żółwia?

— Tak jakbym usiadła na piętach, pochyliła się do przodu i płynęła z nogami podciągniętymi pod brzuchem.

Wyobrazili to sobie jednocześnie. Altsin zmówił bezgłośną modlitwę o to, żeby Borehed ugryzł się w język.

Daremnie.

— Czekaj. — Szaman podszedł do relingu i spojrzał w dół. — Czy to znaczy, że właśnie patrzę na twój tyłek?

Nocna Perła zająknęła się.

— C-co?

— No bo jeśli nogi masz podciągnięte pod brzuch, to z tyłu masz tylko… hm…

Umrzemy, przebiegło złodziejowi przez głowę. Ona zaraz się szarpnie i zrzuci nas z pokładu. A potem wykona nawrót i dla pewności przepłynie nad nami tak ze trzy razy.

— Cudownie. — Borehed zignorował ostrzegawczy dreszcz przebiegający przez kadłub. — Zawsze miałem słabość do dziewczyn z dużymi… rufami.

* * *

Księżycowa Mewa podskoczyła w miejscu, gdy okręt nagle zadrżał.

W myślach ujrzała dziwaczny obrazek: mała, pomarszczona pchła siedziała na jej pośladku i wymachiwała łapkami.

Pchła miała zadowoloną twarz Boreheda.

Bogini śmiała się tak, jak nie śmiała się jeszcze nigdy. Na cały głos. A Księżycowa Mewa i towarzyszące jej w pracy kobiety śmiały się wraz z nią.

* * *

Zanim Nocna Perła pokazała im, że jest nie tylko statkiem-bóstwem, ale też drapieżnym bytem, przystosowanym do czerpania z dobrodziejstwa mórz i oceanów, minął prawie miesiąc, w czasie którego aherowie upolowali – oprócz setek fok i morsów żyjących na małych niegościnnych wysepkach – osiemdziesiąt trzy wieloryby, o długości pomiędzy trzydzieści a prawie siedemdziesiąt stóp. Drugie tyle zwierząt zdołało ujść łowcom, najczęściej zrzucając harpuny i nurkując w głębinę. Kilka uciekło po zawziętej walce, która kosztowała aherów wiele roztrzaskanych łodzi i wielu myśliwych zmiażdżonych uderzeniami ogonów albo wciągniętych pod wodę.

Zabitych opłakiwano, ale nikt nie złorzeczył morskim olbrzymom. Taki był Wieczny Krąg, kto wie, czy w ciałach zwycięskich wielorybów nie czaiły się dusze łowców z poprzednich pokoleń. Przecież niektóre zachowywały się nad wyraz mądrze.

Altsin przyłapał się na tym, że podziwia spokojny fatalizm północnego ludu. Właściwie „fatalizm” nie był dobrym słowem, raczej „akceptacja dla świata”, taka, w której wiesz, że twoje życie to tylko maleńki fragment nieskończoności, a jeśli spotka cię nieszczęście, czasem oznacza ono lepszy los dla innej istoty. Jak dla wieloryba, który ucieka w głębinę, roztrzaskując łódkę myśliwych.

Jednocześnie aherowie byli bardzo pragmatyczni; wszystko – od ubrań, poprzez broń, namioty, posłania – wykonano tak, by najpierw służyło przeżyciu. Potrafili uszyć futrzany ubiór tak, że można w nim było godzinami unosić się w lodowatej wodzie, a z kilku wielorybich żeber i kawałków skóry postawić namiot, w którym dało się przeżyć północną wichurę. Niczego nie marnowali, niczego nie zaniedbywali, nie zdawali się na los, tylko na własną przemyślność i wielowiekową mądrość.

Nocna Perła wydawała się z nich naprawdę zadowolona. Te plemiona i rody, które przeniosły się do kajut pod pokładem, błyskawicznie zaadaptowały się do dyscypliny, która jest niezbędna do życia na statku. Ostrożnie i oszczędnie obchodziły się z otwartym ogniem, nie marnowały wody, utrzymywały porządek w przejściach i na korytarzach oraz czyściły wnętrza wielkich sal pod pokładem z resztek gniazd drapieżnych bestii, przywracając im należyty wygląd. Altsin obserwował je, zwiedzając okręt od dziobu do rufy. Schodził nawet do samej zęzy, bo były dni, gdy cholernie się nudził. Borehed doszedł już do siebie, lecz większość czasu spędzał na naradach z wodzami tych szczepów, które postanowiły powrócić. Nocna Perła potrafiła zaś ignorować go przez wiele dni z rzędu, skupiona na przemianach swojego olbrzymiego ciała i gromadzeniu Mocy z adoracji i modlitw nowej załogi. Sam złodziej nadal był traktowany przez większość aherów jak smród po bąku puszczonym przez nielubianego wujka, przez co miał więcej niż dosyć czasu, by wędrować po okręcie i obserwować, jak zmienia się on, czasem niemal w oczach. Fascynowało go, jak bogini-statek potrafi przebudować rozległe fragmenty własnego wnętrza, wypuszczając gałązki, które najpierw tworzyły plecionkę drobną niczym wiklinowy kosz, a potem w kilka dni zrastały się razem w ścianę, sufit lub podłogę grubą na dziesięć cali. Tak powstawały nowe kajuty, korytarze, hale i magazyny na żywność. Czuł, że robiąc to, Nocna Perła wykorzystuje Moc ofiarowaną jej przez wiernych, ale robiła to w inny sposób, niż spodziewał się po bóstwie. Bardziej wspomagała naturalne procesy zachodzące w jej ciele, niż wymuszała je siłą. No i, żeby móc to robić, potrzebowała budulca. W ciągu miesiąca śródokręcie zostało niemal w całości uprzątnięte z resztek połamanych masztów i zniszczonego takielunku, wyburzono także większość spalonego miasteczka. Przy czym zarówno drewno z masztów, jak i z domów trafiało na dolne pokłady, część do wielkich koryt pełnych dziwnych grzybów, które podobno były jadalne, choć na razie nikt z aherów nie chciał ich tknąć. Grzyby rozkładały drewno na próchno, które przenoszono na sam dół, do zęzy, gdzie drobne, blade korzonki wchłaniały z niego składniki ożywcze.

Altsin zaczynał rozumieć sposób funkcjonowania okrętu Nieśmiertelnej Floty. Część kadłuba, między innymi maszty, niektóre budynki, zewnętrzne pokrycie burt i większość ścian, podłóg i wodoszczelnych grodzi była „martwa”, w takim sensie, w jakim martwe jest ścięte i sezonowane drewno. Reszta jednak była dosłownie żywym drzewem, mogącym rozwijać się i rosnąć w sposób, w jaki kierowała nim świadomość tego pływającego bóstwa. A żywe drzewo potrzebowało nawozu, więc nic na okręcie nie mogło się zmarnować. Zęza miała nawet kilka zamkniętych basenów, gdzie trafiało to, czym pięćdziesiąt tysięcy aherów obdarzało świat każdego dnia.

Żywotność Nocnej Perły była zdumiewająca. Nic dziwnego, że gdy Oum został ciśnięty na brzeg, zdołał zapuścić korzenie i wyrosnąć gajem w kształcie statku.

I ta żywotność i zdolność do adaptacji pozwoliła jej stworzyć coś, co odsunęło od wszystkich widmo nieustannego głodu.

A tym czymś okazała się gęstwina wielu długich na setki łokci witek przypominających korzenie, która zaczęła pewnego dnia wyrastać z podwodnej części rufy. Każda z nich strzępiła się na końcu tysiącami cienkich, ale trudnych do zerwania nici, w które ryby zaplątywały się jak w prawdziwą sieć. Gdy Nocna Perła przepłynęła pewnego dnia nad ławicą tłustych śledzi, łodzie aherów zapełniły się taką ilością ryb, że do nocy transportowano je na pokład.

Tak skończył się okres balansowania na krawędzi głodu i śmiertelnie groźnych polowań na wieloryby. Zamiast tego rozpoczął się czas suszenia na potęgę nieskończonej – zdawałoby się – ilości śledzi, dorszy, makreli i innych gatunków ryb, których Altsin nie rozpoznawał, a którymi bogini-statek codziennie obdarowywała swoją załogę. Okazało się, że potrafi ona zlokalizować każdą ławicę w promieniu wielu mil, po czym po jednokrotnym przepłynięciu na nią zgarnąć połowę w swoje korzenie-sieci. Po trzech dniach każdy jard pokładu zajęty był stojakami, na których w zimnym i suchym powietrzu konserwowano zdobycz, a twarze aherskich dzieci zaczęły powoli nabierać krągłości.

Altsin przez pierwsze dwa dni cieszył się ze zmiany diety z wielorybiego sadła na tłuste ryby. Potem uznał, że ma dość. Znalazł się w stanie, w którym zabiłby za kawałek suchego chleba i kufel nawet kiepskiego piwa.

Mógł już zresztą uznać, że dotrzymał obietnicy, dając północnemu ludowi szansę na przetrwanie, a okrętowi Nieśmiertelnej – nową załogę. Statek odzyskiwał siły, aherowie, przynajmniej większość, zaadaptowali się do życia na nim, tworząc chyba najlepszy układ wyznawca–bóstwo, jaki widział. Widmo głodu znikło, zastąpione przez groźbę niestrawności z obżarstwa.

Nadeszła pora, by wrócić na kontynent.

Postanowił, że gdy okręt znajdzie się w zasięgu wzroku od lądu, opuści pokład i pożegluje w skórzanej łódce ku brzegowi. Jeśli zaryzykuje kurs wzdłuż zewnętrznych wysp Morza Awyjskiego, zaoszczędzi miesiąc wędrówki lądem. Nesbordzcy piraci i kupcy nie powinni zaatakować samotnego mnicha-pustelnika w żałosnej łódeczce. A jeśli połakomią się na łatwą zdobycz, będą żałować.

Na świecie działo się tyle, że mógł zaryzykować użycie umiejętności Bitewnej Pięści bez obawy, że Meekhan albo któraś z większych Świątyń zwróci na to uwagę. Najpierw ten dziki, szalony krzyk, który obiegł pół świata, a potem… nawet tu, wiele mil od brzegu czuł zawirowania Mocy i dzikie harce, które szarpały aspektowanymi źródłami. Oraz lepką mgłę, tłumiącą częściowo jego zmysły, która wypełniała wschód i południe. To martwiło go coraz bardziej, bo gdy próbował ustalić miejsca zakłóceń, wychodziło mu, że najpewniej znajdują się one w pobliżu Uroczysk, a Ponkee-Laa, dokąd zamierzał się udać, sąsiadowało z jednym z nich.

Potrzebował wieści o tym, co dzieje się na świecie, a nie było lepszego miejsca do ich zbierania niż miasto u ujścia największej rzeki kontynentu, gdzie kotwiczyły statki przepływające tysiące mil. Cokolwiek wstrząsało Imperium i okolicami, tam na pewno o tym wiedziano. Jeśli jednak coś się stało z tamtejszym Uroczyskiem, miasto mogło się znaleźć w kłopotach. Opuścił je przed laty, ale nadal, gdy myślał o miejscu nazywanym domem, nie przychodziło mu do głowy nic, poza ulicami Ponkee-Laa.

Miał wrażenie, że już zbyt długo był poza nurtem głównych wydarzeń.

Musiał wrócić na ląd.

Gdy oświadczył to Nocnej Perle, dłuższą chwilę się nie odzywała. Oczywiście ustalili wcześniej, że to Borehed pierwszy opuści pokład wraz z częścią plemion chcących wrócić w rodzinne strony, ale w końcu Altsin nie był tu już potrzebny. I, na jaja Reagwyra, nie był nikomu nic winien.

— Myślałam, że zostaniesz dłużej — powiedziała wreszcie bogini.

— A po co? — rzucił tonem ostrzejszym, niż zamierzał.

Aherowie radzili sobie coraz lepiej, w zdumiewającym stopniu zżyli się już ze statkiem-boginią. Miał wrażenie, że największa w tym zasługa samej Nocnej Perły, która do niczego ich nie namawiała, na nic nie naciskała, nie kazała porzucać własnych wierzeń, nie zakazywała nawet czczenia plemiennych duchów. Zamiast tego zapewniała schronienie i żywność, a ostatnio, wspierając własną Mocą szamanów, pomagała nawet leczyć rannych i chorych.

Z całą pewnością nie była zazdrosnym bóstwem, a w zamian, no cóż, codziennie dostawała tysiące modlitw, podziękowań, próśb i innych gestów adoracji. Aherowie dobrowolnie, szczerze, niemal instynktownie obdarowywali ją wdzięcznością, a myśląc i koncentrując się na bogini, także okruchami Mocy. Stawała się centrum świata uchodźców i Altsin zakładał, że w tym tempie w ciągu kilku lat stare zwyczaje zaczną obumierać, a po pokoleniu czy dwóch – znikną całkowicie.

— Mam wrażenie — dodał łagodniej — że radzicie sobie coraz lepiej, a moja obecność… Jeśli ktoś się zorientuje, że masz na pokładzie Bitewną Pięść Reagwyra, albo przynajmniej to, co z niego zostało, nasi Nieśmiertelni rzucą ci się do gardła. Jeszcze nie doświadczyłaś prawdziwej furii Bliźniąt Mórz.

— Doświadczyłam histerii tej waszej Pani Lodu. I żyję.

— Anday’ya nie jest nasza tak jak inni bogowie. Istnieje raczej jako byt pomiędzy siłą natury a bóstwem. Ma niewielu czcicieli i właściwie nie interesują jej śmiertelnicy.

— Mimo to jest potężna, a ja opierałam się jej gniewowi przez trzy miesiące. A te wasze Bliźnięta Mórz? Bóg, który rozpadł się na pół…

— Bliźnięta mają setki tysięcy stałych wyznawców w każdym nadmorskim mieście i na pokładzie każdego statku. I drugie tyle tymczasowych, bo każdy, kto wybiera się w krótką nawet podróż morską, składa im ofiarę. Nie próbuj ich lekceważyć. Ani żadnego innego z Wielkiego Rodzeństwa. W Imperium żyją dziesiątki milionów ludzi i większość jest mniej lub bardziej wierząca. Meekhański panteon to nie przelewki.

Zamilkła na to stwierdzenie.

— A ta najpotężniejsza bogini? — zapytała wreszcie. — Ta Baelta’Mathran?

Wyczuł, że zbierała się do tego pytania od wielu dni. Co z Baelta’Mathran, boginią, która jednym gestem złamała potęgę reszty Nieśmiertelnej Floty i wyrzuciła ją ze swojego świata? Opowieść o tych wydarzeniach Nocna Perła przyjęła z pewnym niedowierzaniem, ale uwierzyła, gdy Borehed potwierdził każde słowo Altsina.

Zawahał się. Czy ma jej zdradzić największy sekret, jaki poznał? Pramatka Bogów nie istnieje w tych czasach. Jeszcze nie. Jest ideą, ziarnem ciśniętym wstecz prądu czasu przez bóstwo, które dopiero się narodzi. To czyni ją niesłychanie potężną i słabą jednocześnie. Nie można zabić kogoś, kto nie istnieje, ale on sam nic nie może zdziałać.

— To skomplikowane — powiedział wreszcie. — Na twoim miejscu jednak nie bałbym się, że przyjdzie i skopie ci tyłek. Ani nie liczyłbym na pomoc. Dlaczego pytasz?

— Bo jej nie wyczuwam. Od wielu dni docierają do mnie echa Mocy waszych bogów, inne niż kiedyś, ale znajome, głównie ze świątyń, jak sądzę, ale nie czuję nic poza tym.

— A poza nimi? — rzucił zaciekawiony.

— Brudna mgła — odpowiedziała natychmiast.

Skinął głową. Czyli oboje podobnie odczuwali skazę rozlewającą się po świecie.

— Jak mówiłem, to skomplikowane. Powinnaś bardziej przejmować się znanymi ci Nieśmiertelnymi. To ta sama banda, z którą walczyliście kiedyś. Najlepiej byłoby, gdybyś popłynęła tak daleko na zachód, jak się da i udawała, że cię nie ma. Jak nie będziesz się rzucać w oczy…

— Mam być niczym złodziej, który zakradł się na statek i kryjąc na dolnym pokładzie, podkrada zapasy? — przerwała mu niespodziewanie gwałtownie. — Siedzieć cichutko i nie wychylać się? Przemykać za horyzontem, z opuszczonymi żaglami? Drżeć, że każdy, kto odkryje moją obecność, będzie mógł mnie potraktować jak wroga? Zapolować jak na zwierzę? Ja jestem… to też jest…

Zacięła się gniewnie, a on bez trudu zrozumiał dlaczego. To był też, w pewnym sensie, jej świat. Ich historia miała wspólne korzenie, tę samą przeszłość, nawet jeśli teraz jego świat był tylko boczną gałęzią, bękarcim odrostem z olbrzymiego pnia Drzewa Ludzkości. Nocna Perła mogła uważać, że ma prawo tu być, a on nie miał zamiaru się z nią kłócić, bo w gruncie rzeczy się z tym zgadzał. Niechciani byli ludźmi i potomkami ludzi, nawet jeśli czasem różnili się tak, że ledwo dało się dostrzec pokrewieństwo. I to zapewne stanowiło główny problem, bo trudno znaleźć inny gatunek, który tak chętnie walczy z krewniakami.

I najpewniej Nocna Perła nie miała już innych opcji, bo Nieśmiertelna Flota przez ostatnie tysiąclecia daremnie szukała dla siebie miejsca w innych rejonach Wszechrzeczy.

— To, że uważasz, że to także twój świat, w gruncie rzeczy nie ma znaczenia — powiedział powoli, starając się włożyć w głos trochę miękkiej ironii. — Jeśli nie masz za sobą siły, jesteś tylko ofiarą, którą ktoś chce pożreć. Więc zdobądź siłę. Znajdź wyspy, na których nie ma ludzi, za to jest zwierzyna. Wysadź tam część załogi, podziel się z nimi wiedzą, ucz ich, zadbaj o żywność i pozwól rozkwitnąć. Niech mają dużo dzieci i jeszcze więcej wnuków i prawnuków, żebyś za sto czy dwieście lat miała nie pięćdziesiąt tysięcy, lecz pół miliona wiernych. Wtedy zaczną się z tobą liczyć.

— Kto się będzie ze mną liczył? — parsknęła. — Wy czy ci, którzy nadchodzą? Myślisz, że mam stulecie albo dwa? Że wy wszyscy macie? Wiem, co tu zrobiono! Dlaczego tak trudno było mi wrócić! Dotknęłam bariery, którą nazywacie Mrokiem. Wiesz, jaka była jej cena? I co się stanie, gdy padnie?

Altsin poczuł, jak coś porusza się w jego głowie. Kiedyś Bitewna Pięść poznał odpowiedzi na te pytania i… zapłakał? Nie. Zawył w niebo, drąc twarz paznokciami, a potem wyruszył, by zniszczyć Mrok. I to bez względu na cenę.

Złodziej potrząsnął głową, usiłując opanować emocje i wspomnienia ulotne jak sen z dzieciństwa, który próbuje się po latach przywołać. Nie miał czasu na takie rzeczy i nie wiedział nawet, czy dobrze interpretuje echa przeszłości.

Liczyła się teraźniejszość.

W gruncie rzeczy spodziewał się, że Nocna Perła wie więcej o tym, co się dzieje, niż raczyła przyznać. To zbyt duża koincydencja, że okręt Nieśmiertelnej Floty pojawia się prawie równo z czymś, co mogło być tylko narodzinami nowego bóstwa, a co zaowocowało eksplozją Uroczysk i katastrofą na skalę świata.

— Powinnaś się zdecydować — odezwał się, niespodziewanie dla samego siebie, łagodnym tonem.

— Na co? — warknęła.

Uśmiechnął się szerokim grymasem, niewiele różniącym się od groźnego pokazywania zębów.

— Przyjęłaś na pokład tutejszy lud. Naprawdę myślisz, że nadal możesz mówić „wy”?

Загрузка...