Rozdział 23
Dziesięć dni później wciąż trzymali się razem. Szli na zachód wzdłuż Wielkiego Grzbietu, kryjąc się w cieniu świerkowych lasów, wspinających się na stopy gór. Jeśli ich ścigano, nie zauważyli tego. Przeszli prawie sto pięćdziesiąt mil, czasem klucząc, czasem zatrzymując się i zastawiając pułapkę w oczekiwaniu na pościg. Nic. Trasa okazała się zdumiewająco spokojna. Jeśli zauważyli ich jacyś zbóje, to najpewniej wzięli za konkurencyjną bandę i nie ryzykowali walki. Bo po co? Kilkudziesięciu uzbrojonych mężczyzn miało do zaoferowania tylko ciosy mieczy i toporów. Plemiona aherów dawno wyparto z tego rejonu gór, a nawet gdyby jakieś niedobitki się tu ostały, to unikały ludzi jak ognia.
Te okolice wciąż były dla nich obce, ale Versen-hon–Lawons zapewniał, że za dwa, najdalej trzy dni znajdą się w miejscu, gdzie stacjonował jeszcze przed rokiem. Zanim trafił na wschód, został Stajennym i przydzielono go do Szóstej. Rozpoznawał już znajome szczyty.
Była szansa, że żołnierze z siódmej dziesiątki zamienią się w przewodników dla reszty.
Ziemie, przez które wędrowali, również nosiły ślady trującego pyłu, ale w mniejszym stopniu niż tereny we wschodniej części gór. Od trzech dni niemal już nie napotykali padłych zwierząt, plam martwej roślinności czy kęp uschłych drzew, a psy podbiegały do strumieni i chętnie piły z nich wodę. Wyglądało na to, że centralne prowincje nie ucierpiały tak jak te graniczące z Olekadami. Szczęściem, na ziemiach Wessyrczyków nie było żadnych Uroczysk, więc klęski spadające na Meekhan dotykały je pośrednio. Była szansa, że północ podniesie się z katastrofy wcześniej niż reszta Imperium.
Dziesiątego dnia zostali z resztką żywności, odbili więc na południowy zachód, szukając czegoś do jedzenia. Po dwóch dniach znaleźli; kilku pasterzy pilnowało stada około stu owiec. Na widok wyłaniających się z lasu uzbrojonych obdartusów najpierw zerwali się, wymachując toporkami i oszczepami, a potem, gdy hala zaroiła się od obcych, rzucili do ucieczki.
Żołnierze sprawnie zabili i oprawili tuzin zwierząt, podzielili mięso, nakarmili podrobami psy. Kenneth zostawił w szałasie mieszek z garścią srebra, szczerze mówiąc dwukrotnością wartości zabitych owiec, ale to niewiele zmieniało. Właśnie zostali prawdziwymi zbójami.
Wiedział, co teraz będzie. Pasterze podniosą alarm, właściciel stada pogna do Straży. Najbliższy garnizon, nawet nie wiedział który to, pośle za nimi ludzi. Najpierw dwie, najwyżej trzy dziesiątki, uznając, że relacje pastuchów o setce napastników to zwykła przesada, ale potem, gdy zwiadowcy potwierdzą ich liczebność – najpewniej już całą kompanię. A jak połączą wieści o zbiegach z więzienia Nory z pojawieniem się tak licznej grupy zbójów, to ruszy za nimi połowa pułku.
Tak zareagowałby Szósty.
Szybkim marszem ruszyli z powrotem na północ. Odzyskali już większość sił, mogli pokonywać ponad piętnaście mil dziennie, a gdyby znali lepiej teren, robiliby dwadzieścia pięć albo trzydzieści.
Wciąż szli w kupie.
Kenneth nie bardzo rozumiał dlaczego. Spodziewał się, że ich grupka zacznie się rozpadać zaraz po tym, jak zdjęli odznaki, wystarczyło przecież, że ktoś odbije na południe, pójdzie między ludzi. Tatuaże, nawet bergeńskie, nie były w tych okolicach czymś niezwykłym, topór czy kord u pasa i kusza na plecach też nie. Szukający zajęcia parobcy potrafili przebyć w ciągu roku sto czy dwieście mil, wędrując od roboty do roboty, zwłaszcza sezonowej. Pomoc w gospodarstwie, przy wypasie, orce, żniwach, wyrębie, spławianiu drewna, ochronie kupców. Pracy było sporo, wystarczyło pokazać, że się na jakiejś choć trochę znasz. Jak nie chciałeś gadać o sobie, to nie mówiłeś, zresztą zawsze można było poczęstować ciekawskich jakąś wymyśloną historyjką.
Dlaczego więc kompania wciąż trzymała się razem? Na postojach górale nadal zbijali się w grupki, dyskutowali o czymś zawzięcie i cichli, gdy tylko się zbliżał. Nawet dziesiętnicy brali udział w tych naradach, ale żaden nie chciał mu zdradzić, co się dzieje między żołnierzami.
Indagowany o to, Velergorf wzruszał tylko ramionami.
— Muszą sporo rzeczy przemyśleć i przegadać.
— I co wymyślili? Że założymy bandę i będziemy sobie radośnie zbójować?
Podoficer spojrzał na niego takim wzrokiem, że Kenneth aż jęknął.
— No nie mów! Czyj to był pomysł?
— Nie pamiętam dokładnie, panie poruczniku.
— Nie jestem już twoim porucznikiem, Varhenn.
— O tym też gadają. Wszyscy wiedzą, że trzeba będzie się rozejść i szukać szczęścia na własną rękę. To jest po prostu trudne, panie poruczniku, odwrócić się i ruszyć przed siebie, wiedząc, że pewnie już nigdy nie zobaczysz gąb, z którymi tyle czasu włóczyłeś się po świecie i tłukłeś wszystko, co ci los postawił na drodze.
Na tym skończyli rozmowę.
Po kolejnych dwóch dniach Versen zgłosił się do niego, ledwo zaczęli wędrówkę.
— Wiem, gdzie jesteśmy, panie poruczniku.
Kenneth spojrzał na niego wilkiem.
— Jakoś muszę się do pana zwracać, a po imieniu to nie umiem. — Dziesiętnik wzruszył ramionami. — Przed nami, o jakieś pół dnia drogi, jest Pusty Wierch, za nim Stuwar, Duwerria, Głupi Żleb, a potem wioska Werlrerh.
To była typowa dla gór mieszanina nazw lokalnych, czasem wywodzących się z języków aherskich plemion lub ludów zamieszkujących te ziemie, zanim osiedlili się tu Wessyrczycy, i tych, które nadali sami wessyrscy górale lub meekhańscy osadnicy.
— Bywałeś tu?
— Wiele razy. Każda kompania patrolowała tę okolicę przynajmniej przez miesiąc. Znamy teren.
— Poprowadzicie nas szybciej?
Versen-hon-Lawons nie odpowiedział, tylko uciekł wzrokiem. Przez chwilę szli w milczeniu.
— Nie. To znaczy, tak. Tylko że ja sam poprowadzę. Pokażę drogę tak daleko, jak znam, jakieś pięć dni marszu, bo chłopcy… oni…
— Są w pobliżu domu i chcą odejść?
— Tak. Dzisiaj. Zaraz. Drogę już rozpoznają. I lepiej, jak pójdą całą piątką. Bezpieczniej będzie.
Umilkł, jakby czekał na reakcję. A Kenneth nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Był świadom, że ta chwila nastąpi, przez ostatnie dni dziwił się, że jeszcze nie nadeszła, ale teraz poczuł pustkę. I trochę złości.
— A zamierzają się pożegnać, czy też mają zamiar zostać w tyle i zniknąć, jak nikt nie będzie patrzył?
— Pożegnają się, panie poruczniku. Jak należy. Po to mnie przysłali, żebym uprzedził i poprosił o spotkanie. Bo z resztą już pogadali.
— Czyli co? Teraz?
— Ano teraz.
Kenneth zatrzymał się i machnął kolumnie ręką, by maszerowała dalej. Gdy minęła ich para z psami, został sam z piątką mężczyzn, byłych strażników siódmej drużyny.
Zawwyr, najstarszy z nich, ten, który prawie nigdy się nie odzywał, wysunął się przed szereg.
— Bo my, panie poruczniku… bo my… no chcieliśmy powiedzieć…
Kenneth przerwał mu machnięciem ręki.
— To był zaszczyt służyć z wami. Zawwyr, Rymn, Owell, Lagr. — Patrzył na każdego i lekko skłaniał głowę, bo salutowanie wydawało mu się jakieś takie banalne. — I z tobą też Okoń, mimo że twoje chrapanie budzi niedźwiedzie w gawrach.
Wywołał na twarzy Okonia uśmiech. Lepsze to niż te szkliste oczy. Sięgnął za pazuchę i wręczył im pękatą sakiewkę.
— To na drogę, żebyście nie musieli zaraz zaczynać od zbójowania. I nie afiszujcie się za bardzo z tym. — Wskazał na czerwone szóstki, których żaden nie wypruł. — Obróćcie płaszcze na lewą stronę, czy coś.
Pokiwali głowami, ale żaden nie skorzystał z rady.
— Może kiedyś… — zająknął się Owell. — Spotkamy się…
— Może kiedyś — potwierdził Kenneth. — Przy kuflu piwa. Żeby powspominać.
Wszyscy wiedzieli, że to kłamstwo. Szansa na to, że ukrywający się zbiegowie, rozrzuceni po szerokim na tysiąc mil pasie ziem wciśniętych między Wielki a Mały Grzbiet, z tysiącami dolin, miast, wiosek i wioseczek, spotkają się przypadkiem w jakiejś karczmie, była żadna.
— No dobra. Nie przedłużajmy. Odmaszerować!
Jego ludzie nie wiedzieli, co to banał albo ich to nie obchodziło, bo wyprężyli się i zasalutowali sprężyście.
Cofnął się o krok, oddał honory, odwrócił się i potruchtał za główną grupą.
Gdy do niej dołączył, Velergorf podszedł z taką miną, jakby chciał coś powiedzieć, ale spojrzał mu w twarz i zmilczał.
* * *
Od tej pory wędrowali wzdłuż centralnych prowincji. Służyli tu niektórzy z jego żołnierzy, zanim wysłano ich na wschód, nazwano Stajennymi i przydzielono do żałośnie nielicznej Szóstej. Od piątej do ósmej dziesiątki. To wreszcie pozwoliło im przyspieszyć, bo górale znali teren, dzięki ich wskazówkom regularnie robili po dwadzieścia mil na dobę i to tylko dlatego, że dni wciąż były krótkie, a łażenie po górach nocą to głupota. Szli niemal bezludnymi szlakami pod samym Wielkim Grzbietem, odbijając na południe tylko dla zdobycia żywności lub by ominąć teren niedostępny bez haków i lin.
I było ich coraz mniej. Najpierw odeszła siódma dziesiątka, Versen opuścił ich kilka dni po swoich ludziach, wraz z dwójką żołnierzy z piątej drużyny, którzy mieli rodziny gdzieś w tej okolicy. Sześć dni później pożegnali się z resztą piątej; Fenlo Nur odchodząc, ścisnął mu dłoń jak imadłem i popatrzył ponuro w oczy. Nic nie powiedział, tylko odwrócił się i zniknął w lesie.
Ósma dziesiątka przeprowadziła ich ponad stumilową trasą, wiodącą jak strzelił na zachód, ścieżkami tak dzikimi, że znały je chyba tylko kozice i pijane niedźwiedzie. Co trzydzieści mil na południe odbijało po dwóch, trzech z nich. Korel-dus-Oderah pożegnał się jako ostatni. Szósta dziesiątka przywiodła ich ledwo dwieście mil od Belenden. Te tereny należały do znacznie bardziej cywilizowanych niż na wschodzie gór, było tu więcej imperialnych dróg, a brzegi Drerii, największej rzeki płynącej między oboma grzbietami Ansar Kirreh, obrosły wręcz miastami i osadami. Dreria stanowiła najważniejszy szlak wodny zachodniej części gór, przewożono nią połowę towarów między prowincjami i dalej, do leżących nad Morzem Awyjskim barbarzyńskich księstw.
W takiej masie ludzi mogli się z łatwością ukryć.
Kompania nigdy nie służyła tak daleko od własnych koszar, ale okazało się, że Malawe Gryncel wyrastał w tych okolicach, nim los rzucił go do Belenden. Musiał być za młodu niezłym włóczęgą, bo zdawało się, że zna każdy kamień w promieniu wielu mil. Miał też znajomków, którzy za dziesięć orgów dostarczyli im prowiant na kolejne kilka dni.
Kenneth z bólem uświadomił sobie, że znaleźli się ledwo kilka dni szybkiego marszu od domu, w składzie, w jakim opuszczali Nowe Rewendath. Okrojonym o tych, którzy polegli albo zostali zakatowani w więzieniu Nory, ale – choć wyglądało to na kiepski symbol – przywiódł z powrotem wszystkie cztery dziesiątki. Nawet jeśli nie był już ich dowódcą, czuł się z tym źle.
Kolejne pożegnanie naprawdę złamało mu serce.
Varhenn Velergorf obudził go późną nocą, gdy wszyscy poza wartownikami spali jak zabici.
— Panie poruczniku? Proszę ze mną.
Wstał, czując, jak żelazna obroża ściska mu gardło. Bergen, prowincję, z której pochodził Velergorf i kilku innych strażników, minęli dobre pięć dni temu i już miał nadzieję, że jednak zostaną.
Ale dom, to dom, zwłaszcza dla renegatów takich jak oni.
Stali między drzewami, siedmiu ludzi, których klanowe tatuaże rzucały się w oczy na milę. Bergeńczycy, najtwardsi strażnicy, z jakimi służył.
— Przemyśleliśmy wszystko, panie poruczniku — zaczął Velergorf bez zbędnych ceregieli — i doszliśmy do jednego. Ścigają nas, pana w szczególności, bo Szczury nigdy nie darują nam buntu i zabicia komendanta więzienia. Pewnie opisy naszych ludzi dotarły już do każdego szpicla w górach. Fenlo się wyróżniał z tą byczą budową, Versen ze swoim wzrostem i strzelaniem z łuku, pan z tymi rudymi włosami. No i my, banda z bergeńskimi tatuażami… Nie powinniśmy ryzykować. Jak wrócimy do siebie, do Bergen, to rozpłyniemy się wśród swoich. Jak będziemy przy panu, wystawimy wszystkich na odstrzał.
— Varhenn…
Wytatuowany dziesiętnik przerwał mu, kręcąc głową.
— Chciałbym, żeby pan rozpuścił już teraz resztę, i zabrał się z nami. W Bergen nie ma szpicli, nie lubimy kapusiów bardziej niż reszta górali, a im jest trudno — uśmiechnął się ponuro — nie wyróżniać się. Załatwiłbym… dałbym radę załatwić, żeby przyjęli pana do klanu… dostałby pan tatuaże… paru rudych też się u nas znajdzie…
Kenneth poczuł pieczenie pod powiekami. Roześmiał się, próbując ukryć wzruszenie.
— Wiesz, że gadasz, jakby cię ktoś obuchem między oczy rąbnął?
— Wiem, panie poruczniku. Ale…
— Żadne „ale”. Na te tatuaże trzeba sobie zasłużyć, a nie używać jak maski ze strachu o własną skórę. Byłbym gównianym Bergeńczykiem, gdybym zgodził się na coś takiego.
— Nie ma tu nikogo, kto nazwałby pana…
— Varhenn, jestem rudy, a rudzi są uparci. Wracam do domu. Powinienem odwiedzić matkę i siostrę, ciotki i wujów.
— Oni będą tam na pana czekać. Szczury, znaczy się.
— Pewnie tak. Więc już nie będę się powstrzymywał i wyślę ich jasną drogą.
W wytatuowanych twarzach błysnęły białe zęby. Nie powiedzieli już nic, zasalutowali tylko i znikli w ciemnościach.
* * *
Po kolejnych sześciu dniach został sam. Ludzie odchodzili już codziennie, nawet jeśli nie znali okolicy osobiście, to mieli tam znajomków albo krewniaków, albo powinowatych. Rodzinno-klanowe powiązania w taki czy inny sposób spinały wszystkich górali. Z oczywistych względów, aż tak bardzo ich nie ciągnęło do Nowego Rewendath, byli tam zbyt znani, a spotkanie z inną kompanią Szóstego Pułku musiałoby się zakończyć walką. Dlatego odchodzili wcześniej, sto, osiemdziesiąt, pięćdziesiąt mil przed Belenden. Grupa topniała w oczach jak garść śniegu wrzucona w wodę. Rozdzielali psy między tych, którzy mieli do nich rękę, brali mieszki z pieniędzmi zdobytymi w zamku, salutowali ostatni raz i odchodzili, nie oglądając się za siebie. Kennethowi wydawało się, że widzi w niektórych oczach ból albo gniew lub urazę, ale odrzucał takie myśli. Gdyby pozwolił im zagnieździć się w głowie, chyba by oszalał.
Ostatnimi, z którymi się rozstał, byli Malawe i Azger. Obaj protestowali, gdy stwierdził, że powinni już pójść własną drogą, mówili, że to głupota wędrować samotnie, ale się uparł. Czuł, że jeśli pozwoli im ze sobą pójść, to nie przetnie tej ostatniej nici łączącej go z przeszłością. Nawrzeszczał wreszcie na obu, każąc się wynosić.
Zatrzymali się, patrząc na niego jak zbite psy.
— To się tak nie skończy, panie poruczniku — wybuchnął niespodziewanie Malawe Gryncel. — Oni nam za to zapłacą.
Azger szarpnął go za rękaw, uciszył.
— Gadanie młodzików — mruknął. — Tylko by się bili i mścili. Jak pan nie chce, nie będziemy się narzucać z towarzystwem. Daleko ma pan do domu?
— Przed wieczorem dojdę.
— Dobrze. Znam tę okolicę, jest cicha i spokojna. Ma pan pancerz i dobry miecz przy boku, wygląda na najemnika szukającego roboty. Każdy się zastanowi dwa razy, zanim zaczepi — cedził słowa, jakby sam siebie chciał przekonać. — Będzie dobrze. No to ostatnia rzecz, panie poruczniku.
Obaj stanęli na baczność, salutując sprężyście.
— Do zobaczenia w lepszych czasach.
Tym razem to on odwrócił się i odszedł, nie oglądając za siebie.
* * *
Wieczorem dotarł na skraj szerokiej, dostatnio zagospodarowanej doliny. Łąki, sady, zadbane prostokąty pól, na których wzrastało zboże. Kilkanaście gospodarstw rozrzuconych na jej zboczach błyskało lampami albo świecami zapalanymi w izbach. Siadano do kolacji.
Ruszył ku najdalszemu ze świateł.