Rozdział 6

Ogród Złotych Motyli był najdłuższym i najwęższym ogrodem znajdującym się w kompleksie pałacowym. Miał około osiemdziesięciu jardów długości, lecz zaledwie osiem szerokości. Wciśnięty między zewnętrzny mur a budynek główny, nie był ani znany, ani chętnie odwiedzany. A dlaczego go nazwano właśnie w ten sposób, nie wiedział w pałacu nikt. W każdym razie nie latały w nim motyle, złote ni żadne inne, i to zarówno w dni słoneczne, ani tym bardziej teraz, gdy lało.

Miejsce to miało jednak pewną zaletę – do głównego budynku przylegał krużganek wsparty na misternie rzeźbionych arkadach. Wysoki na piętnaście i szeroki na dziesięć stóp, był kiedyś wykorzystywany jako skrót dla tych, którzy nie chcieli się zagłębiać w labirynt wewnętrznych korytarzy. Przynajmniej dopóki z polecenia Varali nie zamknięto na głucho większości drzwi prowadzących do ogrodu.

Dla utrudnienia życia ewentualnym skrytobójcom, jak twierdziła.

W tej chwili było to jedyne miejsce w pałacu, gdzie można było pobawić się łukiem.

Lea, ubrana w prostą sukienkę, stała na jednym końcu krużganka i szyła z łuku do oddalonej o pięćdziesiąt jardów tarczy. Odległość była żadna, ale nie dało się celu ustawić dalej, bo pociski zawadzały o sufit.

Sądząc po stanie słomianego okręgu, musiała ćwiczyć już od dłuższego czasu. Przewiesiła kołczan na skos przez plecy, jej prawa ręka z nieludzką wręcz powtarzalnością sięgała po opierzone drzewca, umieszczała je na cięciwie, płynnym ruchem napinała łuk i posyłała do celu. Drobna dziewczyna strzelała tuzin razy w mniej niż dwadzieścia uderzeń serca i wydawało się, że w ogóle się nie męczy. Z całej jej postawy biła jakaś ponura zawziętość.

— Ta biedna tarcza musiała zdrowo narozrabiać, skoro ją tak katujesz.

Lea drgnęła i zepsuła ostatni strzał. Pocisk smyrgnął po suficie, odbił się krzywo i znikł gdzieś w deszczu.

— Och, Kailean — wycedziła. — Nie mogłabyś choć raz wyjść tymi drugimi drzwiami. Tymi po przeciwnej stronie.

— Tymi, w które próbujesz trafić, ale ci się nie udaje?

— Właśnie tymi. Może trafię w coś szerszego niż one. Na przykład twoje dupsko, które ostatnio znów urosło.

Kailean mimowolnie zerknęła na swoje biodra. Były szersze, ale to na pewno sprawka obfitych spódnic.

— Musiałabyś najpierw nauczyć się strzelać, karzełku. — Wskazała na tarczę; pociski tkwiły w niej rozrzucone na szerokości dwóch stóp. Lea zazwyczaj z tej odległości trafiała w cel wielkości dłoni.

— Wilgoć. — Drobna dziewczyna wzruszyła ramionami. — Pióra się sklejają, drzewca krzywią. Ten łuk też jest już do niczego. — Machnęła kawaleryjskim kompozytem, który dostała ze zbrojowni Słowików.

Klejone z drewna, kości, rogu i ścięgien łuki bardzo źle znosiły nieustanne deszcze, ale ćwiczyć trzeba było, żeby palce i mięśnie nie odwykły od broni. Kailean też trenowała, używając miejscowego łuku, a swoją cenną, robioną na zamówienie broń trzymała w skrzyni uszczelnionej żywicą i obiecała sobie solennie, że nie wyciągnie jej, póki nie przestanie padać.

Lea co kilka dni wymieniała łuk na nowy.

— Podobno mają tu takie ze stali.

— Wiem. Wypróbowałam jeden. Ciężki, sztywny, nieporęczny, inaczej prowadzi strzały. — Ciemnowłosa łuczniczka machnęła ręką. — Gówno i pieprzone dziadostwo, a nie łuk.

Kailean drgnęła. Znały się bardzo długo, były siostrami z czaardanu. Uszczypliwości i docinki to jedno, ale taka prostacka wulgarność nie pasowała do Lei. No i było jeszcze to fatalne strzelanie.

— Co się dzieje?

Lea spojrzała na nią bezradnie. Miała cienie pod oczami i brzydkie zmarszczki wokół ust.

— Źle śpię — wymamrotała po chwili.

— Jak my wszystkie.

— Nie tylko źle śpię. Źle śnię, Kailean. Mam czarne sny, w których słyszę głosy. Takie jak wtedy, gdy Słucham.

To był talent Lei. Potrafiła, wkładając dłonie w żywą glebę, usłyszeć, co szepczą ludzie wiele mil od niej. Mogła w nocy odkryć zbliżające się oddziały wroga albo z połowy mili wskazać kryjówkę szpiega leżącego na ziemi, lokalizując bicie jego serca.

Kailean zaniepokoiła się nie na żarty.

Czy to znaczyło, że Lea mimowolnie używa swoich umiejętności? Z tego, co Kailean wiedziała, drobna łuczniczka nigdy nie przechodziła jakiegokolwiek szkolenia. Żadne z nich takiego nie miało, poza Dagheną, która pobierała nauki od czarownic swojego plemienia. Czy zakaz, który narzucił im kha-dar, powodował, że Lea była niczym stojący na ogniu zamknięty gar pełen wrzątku i jej dar może wybuchnąć albo doprowadzić ją do obłędu? Szaleństwo podobne do tego, które dopadało zbyt późno odkrytych i niepoddanych szkoleniu pechowców, używających Aspektów dozwolonej w Imperium magii?

Co się stanie, jeśli dotknie ono ludzi z takimi dzikimi, nieaspektowanymi Talentami, jakie miała ich grupka?

— Musimy pogadać z Dag.

— Wiem. — Lea posłała jej kwaśny uśmiech. — Zbierałam się do tego od jakiegoś czasu, ale wciąż miałam nadzieję, że – no wiesz – jakoś samo przejdzie. A ty? Coś wyczuwasz?

Kailean pokręciła głową. Sama bardzo rzadko sięgała po swoje umiejętności. Widzenie świata niematerialnego, możliwość nawiązywania kontaktu z kręcącymi się po nim bytami, duchami zwierząt, duszami ludzi, które nie odeszły do Domu Snu – na Wielkich Stepach, w dziczy albo w małych miasteczkach jak Lithrew mogła świetnie nad tym panować. Ale tutaj?

Po raz pierwszy w życiu była w tak wielkim mieście, liczącym setki tysięcy mieszkańców, bo Białe Konoweryn przez ostatnie pół roku podwoiło liczbę ludności. Do kapłanów, kupców, rzemieślników, marynarzy i robotników portowych oraz bandytów, żebraków, złodziei i dziwek dołączyli uciekinierzy z prowincji ogarniętych powstaniem, wierni i pielgrzymi ściągający do Oka, armia walcząca o utrzymanie okolicznych prowincji i tysiące nowych rekrutów, szkolących się w obozach pod miastem.

Codziennie, co godzinę, psiakrew, miała czasem wrażenie, że co minutę gdzieś w tym mieście ktoś umierał. Ze starości, z powodu choroby, w wojskowym lazarecie albo zamordowany w śmierdzącym zaułku za garść miedziaków.

Czasem czuła się jak na polu bitwy.

Gdyby nie umiała zamknąć umysłu, najpewniej by oszalała.

Berdeth wałęsał się cały czas w pobliżu, ale z tego, co się orientowała, żaden z pałacowych czarowników i kapłanów nie zwrócił uwagi na tego szczególnego ducha. Zwierzęta też ginęły w tym mieście setkami dziennie, w rzeźniach dostarczających mięso na sprzedaż i dla armii, w walkach o terytorium między bezpańskimi psami, zabijane przez dzieciaki polujące na szczury czy koty. Duchy zwierząt krócej trzymały się świata niż ludzkie dusze, ale Białe Konoweryn produkowało ich tyle, że zawsze i wszędzie było ich pełno.

No i pozostawało jeszcze Oko, centralne miejsce kultu Pana Ognia, które wyczuwała jak olbrzymią dziurę wypełnioną płomieniami.

Nie. Ona sama starała się trzymać swój Talent na wodzy.

— Wiesz co? — Uśmiechnęła się lekko do przyjaciółki. — Przyszłam tu, żeby trochę postrzelać, ale nie sądzę, żeby ta tarcza gdziekolwiek mi uciekła. Idziemy do Dag. Jak śpi, to ją obudzimy. Pora pogadać o ważnych sprawach.

* * *

Sypialnia Dagheny znajdowała się w tym samym skrzydle co ich pokoje, ale jej okna wychodziły na prawdziwy ogród. Szerokie alejki otoczone wypielęgnowanymi krzewami tonęły teraz w deszczu, ale gdy nie padało, Dag miała widok na jedno z najbardziej urokliwych miejsc w pałacu.

Wygrała prawo do tej komnaty w kości. Najpewniej oszukując.

Dziewczyny weszły do środka bez pukania. Dag siedziała przy toaletce, a ubrana w ciemną sukienkę służąca układała jej właśnie jakąś wymyślną fryzurę, pełną loków, fal i tej zalotnej niedbałości, nad którą trzeba się zdrowo napracować.

Daghena uśmiechnęła się do nich i machnęła dłonią na powitanie. Bardzo wypielęgnowaną dłonią z paznokciami, którymi co drugi dzień zajmowała się specjalnie szkolona do tego służąca.

— Witajcie, dziewczyny. Już wstałyście?

Kailean westchnęła.

— Już? Ja od pół godziny jestem na nogach, a Lea pewnie jeszcze dłużej. Dobrze się bawisz?

— Świetnie. Widziałyście tę nową spinkę do włosów? — Pokazała im lśniące cacuszko wyrzeźbione w kształt dwóch bawiących się piłką kotków. — Kość słoniowa i perły. Przepiękne, prawda?

Lea i Kailean wymieniły spojrzenia.

Daghena świetnie odnalazła się w pałacu, a jej egzotyczna na Północy uroda idealnie wpasowała się w tutejsze kanony piękna. Na dodatek Dag polubiła blichtr, piękne suknie, które zresztą – Kailean musiała się z tym pogodzić – leżały na niej obłędnie, fryzury, nad którymi służące trudziły się co rano, masowanie i nacieranie ciała pachnidłami, piłowanie paznokci i pokrywanie ich odżywczymi olejkami. Perfumy, szminki i cienie. I co było najbardziej zdumiewające, doskonale dogadywała się z Varalą, która najwyraźniej uznała ją za idealny materiał do ugniatania i przerabiania na swoją młodszą wersję. Gdy czasem szły korytarzem obok siebie, obie smukłe, szeleszczące jedwabiem, umalowane i wypachnione, wyglądały jak matka z córką.

— Ładne toto jest, Dag, ale przyszłyśmy pogadać o ważnej sprawie.

— Och, dajcie spokój, mamy czas. Siądźcie tam, proszę. — Wskazała na mały stolik i trzy ozdobne krzesła w kącie sypialni — i napijcie się wina. Oliana zaraz skończy i wtedy porozmawiamy.

Dag powiedziała kilka słów w miejscowym języku, a pracująca nad jej fryzurą służąca zachichotała dźwięcznie i rzuciła obu dziewczynom spojrzenie, po którym Kailean poczuła się zawstydzona swoim nieformalnym strojem i niechlujnym warkoczem.

To też było zaskakujące oblicze nowej Dagheny. Jako jedyna poprosiła o lekcje języka i poświęcała kilka godzin dziennie na szlifowanie go. Nie trzeba dodawać, że Varala z Omeru zachwyciła się tym pomysłem.

Kailean usiadła na wskazanym miejscu, gotując się w środku. Zazwyczaj jej to nie przeszkadzało, ba, zazwyczaj żartowała sobie z Dagheny i jej nowego stylu, co ta przyjmowała z uśmiechem, ale – do licha – Dag powinna od razu wyczuć, że nie przyszły tu na poranne ploteczki. Fryzura, paznokietki, spinki do włosów. To było ważniejsze niż siostry z czaardanu? Kailean nalała sobie wina, zmieszanego z wodą i schłodzonego kostkami lodu, i wychyliła kielich kilkoma haustami. Po czym, złowiwszy zdegustowane spojrzenie służącej zajmującej się fryzurą Dag, zaczerwieniła się po uszy.

I zaraz dolała sobie kolejną porcję.

Po kilku wypełnionych niezręcznym milczeniem minutach Daghena przejrzała się z wyraźnym zadowoleniem w lustrze, uśmiechnęła zalotnie do własnego oblicza i zatrzepotała rzęsami. Zatrzepotała rzęsami! Ich Dag, która potrafiła spędzić dwa dni i dwie noce na końskim grzbiecie, rwąc zębami suszone mięso, a raz nawet wypięła tyłek i wysikała się z siodła w czasie jazdy!

Czarnowłosa piękność podziękowała służce w kilku słowach i z uśmiechem patrzyła, jak ta znika za drzwiami.

Gdy zamek szczęknął, Daghena przestała się uśmiechać, a potem wyciągnęła otwartą dłoń w górę i dwukrotnie zacisnęła w pięść. Milczeć i słuchać – sygnał używany przez czaardan, gdy groziło jakieś niebezpieczeństwo.

— Duszno tu — rzuciła głośno. — Otworzę okno.

Po chwili szum deszczu wypełnił sypialnię.

Gospodyni dosiadła się do nich, nalała sobie wina, delikatnie musnęła szkło wargami, zostawiając na nim ślad szminki. Przez moment trzymała wino w ustach, jakby smakowała bukiet, wreszcie przełknęła i zaczęła mówić:

— Słyszałyście najnowsze wieści? Wczoraj przed pałacem Amwer i Bahmeria stoczyły cztery ćwiczebne pojedynki z oficerami Słowików. Ot tak, dla rozrywki. Wygrały wszystkie. Podobno Vaminar Złoty wyglądał, jakby ktoś wsadził mu korzeń imbiru w zadek. Szkoda, że tego nie widziałam. — Daghena musnęła kilka luźnych kosmyków okalających jej twarz. — Ładnie mi w tym? To robota Oliany. Przydzielono ją do mnie kilka dni temu. Wcześniej czesała mnie Zaneya, taka starsza, niska, z piersiami jak melony. Kojarzycie? Nie sposób przegapić. Nie? W każdym razie, Zaneya zna najwyżej pięć fryzur i to raczej pasujących starszym kobietom, za to Oliana ma w dłoniach prawdziwy skarb. Wiecie, że tutejsze damy inaczej czeszą się na przyjęcie wydawane wiosennym wieczorem, a inaczej na proszone śniadanie w środku lata? Nie mówiąc już o zaręczynach, ślubach, Święcie Ognia, pogrzebie albo byciu w ciąży. Inna fryzura na każdy miesiąc noszenia dziecka. Jakby rosnący brzuch nie wystarczył. A jeśli chodzi o rosnący brzuch, słyszałyście, że… — Pochyliła się nad stolikiem, jakby właśnie miał zamiar podzielić się z nimi jakimiś skandalicznymi sekretami.

— Co się dzieje, Dag? — zapytała szeptem Lea.

Od chwili, gdy dostały sygnał o niebezpieczeństwie, znikła apatyczna dziewczyna dręczona przez koszmary, pojawiła się wojowniczka, która z samym Laskolnykiem przejechała pół Stepów. Jej dłonie spoczęły na rękojeści szabli, a oczy omiatały całą komnatę, jakby w każdej chwili spod łóżka miał wyskoczyć jakiś wróg.

Kailean przesunęła pas tak, by łatwo dało się wyciągnąć broń.

Daghena uśmiechnęła się tylko i wyprostowała lekko.

— Poszła już. Na razie możemy rozmawiać swobodnie.

— Kto poszedł? Ta Oliana? Myślałam, że nie zna meekhu?

— Ja też, Kailean, ja też. Ale trzy dni temu stłukłam flakonik ulubionych perfum, drogich i rzadkich, więc wymknęło mi się kilka słów, które usłyszałam kiedyś od Niiara.

— Och.

Nawet Kocimiętka czasem się czerwienił, gdy Niiar zaczynał przeklinać.

— No. I moja mała, nieznająca meekhu Oliana zarumieniła się wtedy po czubek głowy. Widziałam w lustrze.

— Może tylko domyśliła się po tonie — wyraziła wątpliwość Lea.

— Po pierwsze, klęłam jak dama, dostojnie i z wdziękiem. — Dag uśmiechnęła się szelmowsko. — Po drugie, trzeba bardzo dobrze znać język, żeby wiedzieć, co to znaczy przefiutowaty kulfoniasty gównojeb, wysrany z czarnodziurnej dupodajnej piczy.

— To damy tak klną z powodu perfum?

— Lubiłam je, a podobno o tej porze roku są nie do dostania.

Kailean zastukała palcami w blat stolika.

— Tylko tyle? Zarumieniła się?

— Dwa dni temu, gdy przyszła, jeszcze nie wstałam. Udawałam, że ledwo się obudziłam, i poprosiłam ją po meekhańsku, żeby nalała mi wina i przyniosła do łóżka. Zrobiła krok w stronę karafki, zanim się zreflektowała i powiedziała, że nie rozumie.

— No i co z tego? Spodziewałyśmy się tego. Pamiętasz, co mówił kha-dar? Będą nas śledzić i próbować wykorzystać w swoich gierkach, choćby dlatego że znamy Deanę.

— A znamy Deanę?

— Nikt jej nie zna, miłośniczko perfum.

Daghena spojrzała na nią zimno.

— Brawo, Kailean, oto mądrość, przed którą sam cesarz by się pokłonił. Wiem, że nas śledzą. Zresztą, co to za śledzenie, hę? Po prostu służące plotkują o nas, a wszystko to trafia do Varali albo książęcego truciciela. Niektóre pewnie donoszą wszystko Evikiatowi albo któremuś z innych urzędasów. Wierz mi, to, ile nam poświęcają uwagi, to nic w porównaniu z tym, jak patrzą na wszystko, co robi Wybrana.

— To oczywiste. — Kailean wzruszyła ramionami. — Podobno nawet szewc, który robi buty dla chłopca opróżniającego nocnik Jej Światłości, ma własnego szpiega. Którego śledzi kolejnych dwóch ludzi. O samym nocnikowym chłopcu nie wspomnę.

Spojrzenie Dag stało się wprost lodowate.

— Ktoś tu się nie wyspał, skoro rzuca takimi zaśmierdłymi żarcikami. Nie, Kailean, tu nie chodzi o to, że mają na nas oko. Do licha, zacznę się martwić, jak moje służące nie będą strzelać ślepiami na wszystkie strony za każdym razem, gdy wpuszczam je do środka.

— Twoje służące?

— Daj spokój, wiesz, o co mi chodzi.

— No nie bardzo, bo jeszcze nie powiedziałaś.

Nagle Lea zasłoniła usta dłonią i parsknęła śmiechem. Popatrzyły na nią, zdumione.

— To ja mam złe sny, a wy się kłócicie. Zaraz zaczniecie się targać za kudły.

Daghena odruchowo uniosła dłoń do misternej fryzury.

— Nie ma mowy. Nie po tym, jak godzinę robiłam włosy. Ostrzegam, że użyję szabli.

Kailean skrzywiła się kpiąco.

— Zniszczysz sobie paznokietki, panienko. A w ogóle masz tu jakąś?

Czarnowłosa piękność sięgnęła za oparcie krzesła, coś szczęknęło cicho i wyciągnęła stamtąd lekką, niemal prostą szablę o krzyżowym jelcu.

Kailean spojrzała na broń z uwagą. Rękojeść zdobiły kamienie półszlachetne, złocony jelec wydawał się zbyt mały, ale klinga wyglądała na porządną stal.

— Coś jeszcze tu trzymasz?

— Pod łóżkiem jest włócznia, za wezgłowiem moja zwykła szabla, przy toaletce sztylet i krótki jatagan, a w szafie z sukniami łuk i trzydzieści strzał. A u was?

— Dwa sztylety pod poduszką — powiedziała Lea — jedna szabla w kufrze z bielizną, druga za stolikiem z wodą do porannego mycia. Łuk i strzały trzymam na wierzchu. Kailean?

— Nóż pod materacem i tasak, który przywiązałam z tyłu parawanu. W szafce przy łóżku mam jeszcze sztylet, ale krótki. Taki właściwie nożyk. Łuk trzymam w szczelnym zamknięciu, szkoda mi go.

Popatrzyły na siebie i nagle wszystkie trzy uśmiechnęły się szeroko.

— Varala wie? — Lea wskazała na szablę trzymaną przez Daghenę.

— Służące pewnie jej powiedziały — mruknęła Dag. — Ale nie wspomniała o tym ani słowem. Założę się zresztą, że sama ma w sypialni jakieś ostrze, albo i dwa. Co to znaczy, że masz złe sny, Lea?

Drobna łuczniczka spoważniała.

— Czarne sny, Dag. Czuję wtedy dokładnie tak jak w czasie Słuchania. Ten sam… to samo drżenie, takie same wibracje. Widzę tylko ciemność, nie taką normalną jak w nocy, ale całkowitą. Taką… gęstą, lepką i zimną. I wiem, że Słucham, ale nie potrafię powiedzieć ani jak daleko jest ten, kogo słyszę, ani z której strony.

— A słowa? Słyszysz jakieś słowa?

Lea najpierw pokiwała, a potem pokręciła głową.

— Nie wiem. Chyba tak, ale jeślibym miała przysięgać na życie, tobym nie mogła. Niektóre są chyba po meekhańsku, inne… nie wiem, bo to nie są słowa wypowiadane ustami, tylko tym i tym. — Dotknęła najpierw serca, a potem skroni. — Sercem i umysłem, jak sądzę. Wiecie, jak wtedy, gdy czasem śnicie, że rozmawiacie z cudzoziemcem w jego języku, a jak się obudzicie, to nie potraficie powtórzyć ani słowa. Choć w czasie snu rozumiecie każde z nich i umiecie mówić płynnie.

Daghena przyglądała jej się uważnie. Poważna i skupiona.

— A ty, Kailean? — zapytała, nie odrywając wzroku od Lei. — Berdeth dał znać, że jest niespokojny? Że coś się dzieje wśród duchów?

— Nie. Nie zaglądam tam od dłuższego czasu. Za dużo chaosu w tak wielkim mieście. I jeszcze to. — Kailean wskazała kierunek, skąd nawet teraz czuła Oko. — Jakbym stała na wprost paleniska wielkiej kuźni. Można i oślepnąć, i się poparzyć.

— Rozumiem. Oko naprawdę jest irytujące.

— A ty? Kha-dar zakazał nam się bawić, ale…

Kailean zawiesiła głos. Reakcja Dagheny na sny Lei była zbyt wyważona i przemyślana. Dag na pewno nie była zaskoczona.

— Laskolnyk kazał się kryć, więc się kryję. Ale gdybym nie miała talentów, których stłumić nie potrafię, bo są jak węch, słuch i dotyk, nie byłabym prawdziwą wiedźmą. Czuję różne rzeczy. Słyszę różne rzeczy. Głosy też, Lea. Właściwie jeden głos. Z daleka, z zachodu. On woła. Woła jak wilk wyjący w noc. Te słowa, te, które prawie rozumiesz, Lea… czy one brzmią „chodźcie”, „chodźcie do mnie”?

Lea skinęła bez słowa głową.

— A czasem „zabijcie”, „zemsta”, „krew”.

Daghena pokiwała głową.

— Wolałam, żeby to padło z twoich ust. To ona. Ta, którą widziałyśmy na polu bitwy. Krwawnica. Woła z zachodu. Wyje jak wilczyca. Wabi i zwodzi. I słychać ją nawet tu, tuż obok Oka. — Uśmiechnęła się nagle kwaśno, nalała sobie wina i wypiła duszkiem, jak wcześniej Kailean. — Coś mi się wydaje, że jak nasi gospodarze opowiadają, że wojna idzie im świetnie, to nieco mijają się z prawdą.

Przez chwilę dziewczyny siedziały w milczeniu. Nagle Daghena zmrużyła oczy. Drapieżnie.

— Być może wkrótce będzie okazja pogadać trochę o tych sprawach.

Obie spojrzały na nią z uwagą.

— Valara powiedziała, że chciałaby wpaść w gości. I to nie sama. Razem z naszym najcenniejszym skarbem.

Kailean jęknęła.

— Na Grzywę Laal, po co?

— Pewnie z nudów. A może ta dziewczyna też chce trochę poplotkować. Będziemy tylko my, ona i Valara. — Dag uśmiechnęła się złośliwie. — Ubierzcie się ładnie.

Загрузка...