Rozdział 15
Ostatniego dnia Lasturii, lokalnego święta obchodzonego w Olekadach ku czci Dress, Kenneth-lyw-Darawyt, przecierając rozpalone czoło Fynda Komne wilgotną szmatką i próbując wycisnąć z niej kilka kropel na spierzchnięte wargi konającego, szukał słów, by przysiąc, że nim uciekną, zabije Remonema Olteca. Choćby była to ostatnia rzecz, jaką przyjdzie mu zrobić w życiu.
Chciał przysiąc… sam nie wiedział na co. Dobre imię, honor, godność?
Nic z tego już mu nie zostało.
Przez ostatni miesiąc odebrano mu to wszystko, całej kompanii odebrano wszystko, co kiedykolwiek miało dla nich znaczenie. Odbierano powoli, co kilka dni przesuwając ich w hierarchii więźniów niżej i niżej, aż znaleźli się tu, na samym dnie, w wykutych w żywej skale dziurach, skąd o świcie wypuszczano ich do pracy w kamieniołomie i gdzie wieczorem zapędzano jak zwierzęta, uderzeniami batów.
Dobre imię oficera oskarżonego o zdradę? Honor dowódcy bezsilnie patrzącego, jak jego żołnierze są mordowani w imieniu prawa? Godność więźnia leżącego w skalnej szczelinie we własnym gównie, bo wypuszczanie z jamy raz na dzień człowieka pijącego brudną wodę nie wystarczyło, gdy przyszła nieuchronna biegunka?
Gdy tylko opuścił skalną katownię, dowiedział się, że zginęło jeszcze dwóch jego żołnierzy. Jeden spadł ze ściany, a drugi… Kłótnia z pilnującym ich zbirem nie poszła najlepiej – najpierw gniewne słowa, potem przepychanka, wreszcie uderzenie pięścią. Zwykłego szeregowca nie chroniły rozkazy komendanta, więc wartownicy najpierw pobili Osęka do nieprzytomności, a potem, zgodnie z regulaminem, otrzymał jeszcze sto batów. Nie przeżył następnej nocy.
Po tym incydencie Szóstkom założono kajdany także na ręce i wyrzucono z baraków do kilku naturalnych jaskiń, niewiele większych niż trumienna jama. Wejścia do jaskiń otoczono luźnym częstokołem, takim, zza którego można było ich obserwować lub – w razie buntu – wystrzelać. Musieli spać na gołej skale, tuląc się w poszukiwaniu odrobiny ciepła, a gdy wiatr wiał w złą stronę, śnieg padał im na głowy. Nie pozwalano im rozpalać ognia, ale przynajmniej zostawiono wojskowe płaszcze, które… no cóż, wyglądały teraz jak płaszcze ludzi, którzy nie mogli ich prać ani cerować od wielu dni. A w tym stanie kiepsko chroniły od chłodu. Noce zaś nadal były zimne, bo – choć rzadziej niż przed miesiącem – brudny śnieg wciąż padał. Wiosna nie miała zamiaru zawitać w te okolice.
Część Szóstek zaczynała już kaszleć paskudnym mokrym charkotem, zwiastującym zapalenie płuc, śmiertelnie groźne w przypadku wycieńczonych ludzi pozbawionych opieki medyka lub maga.
Na dodatek, ze skutymi rękoma nie mogli już sprawnie operować młotami, więc przeniesiono ich do transportowania urobku. Mniejsze kamienie, takie ważące po dwieście–trzysta funtów, ładowali na wózki i przepychali na trasie liczącej ponad pół mili, od kamieniołomu na brzeg kanału. Do przesuwania większych kawałów granitu używano sań i podkładanych pod nie okrąglaków. Kilkunastu ludzi ciągnęło obwiązany linami głaz wielkości starożytnego menhira, a jeden lub dwóch innych biegało tam i z powrotem, przekładając drewniane belki pod płozami.
Jeśli nie wyrobili normy, obcinano im racje.
Gdy Kenneth dołączył do nich po odbyciu kary w trumiennej jamie, wyglądali, jakby przybyło im po dziesięć lat. Przygarbieni, wychudzeni, o zapadniętych oczach i spierzchniętych ustach.
Teraz kolejny żołnierz Szóstej Kompanii konał na rękach swojego porucznika, a on nie mógł zrobić nic, poza przecieraniem rannemu czoła i słuchaniem jego słabnącego oddechu.
Chciał zabić komendanta zamku Langre i naszczać na jego jeszcze ciepłe zwłoki.
Co się z nim stanie potem, nie miało znaczenia.
Fynd jęknął, spomiędzy warg na chwilę wysunął mu się opuchnięty język, łowiąc kroplę wody. Załkał cicho.
Żołnierz miał zwykły wypadek przy pracy, rzecz normalna w kamieniołomie – głaz wielkości krowiej tuszy stoczył się z wózka i spadł mu na nogę. Otwarte złamanie, skóra zdarta do żywego mięsa, brud i odłamki kości w ranie.
Pilnujące ich zbiry łaskawie pozwoliły reszcie kompanii opatrzyć pechowca, nastawić kości, przemyć krwawiącą nogę wodą z beczki i owinąć szmatami. Pozwolili nawet położyć go gdzieś z boku, żeby nie przeszkadzał w pracy.
A potem pognały resztę batogami do roboty.
Wypadek zdarzył się trzy dni temu, dokładnie wtedy, gdy Kennetha zgodnie z regulaminem wypuszczono z jamy. Lecz regulamin kamieniołomu nie mówił nic o obowiązku zapewnienia leczenia rannemu, który nie był formalnie nawet więźniem. Brudna woda z beczki do przemycia rany, kawałek kija do usztywnienia nogi, kilka szmat do obwiązania – tylko tyle zamek Langre miał do zaoferowania Fyndowi Komne, strażnikowi, który przeszedł z Szóstą Kompanią szlak od Belenden do Olekadów, bił się u ich podnóża z koczownikami, wędrował przez Mrok, a potem płynął na pokładzie statku-boga. I przez te trzy dni porucznik co rano wychodził z resztą do pracy, co wieczór zaś błagał Remonema Olteca o pomoc dla Fynda. A komendant przyjmował jego wizyty regularnie, zawsze w ciepłej, czystej komnacie, zawsze przy suto zastawionym stole, łaskawie, z uprzejmością, jaką jeden żołnierz winien był drugiemu. Co prawda ten drugi wyglądał jak żebrak, nosił śmierdzące szmaty i obszarpany, niegdyś biały płaszcz, ale kodeks honorowy nakazywał, by wysłuchać supliki innego oficera.
I z uprzejmym uśmiechem, popijając kolację aromatycznym piwem lub winem, odrzucić ją, zasłaniając się regulaminem.
Medyk wojskowy, który mógłby dobrze oczyścić ranę, nałożyć maści przeciw zgorzeli i czysty opatrunek? Mag specjalizujący się w leczeniu? Wolne żarty.
— Nie, panie poruczniku. — Pierwszego wieczoru kapitan Remonem Oltec, pan i władca zamku Langre, machnął w jego stronę pieczonym żeberkiem, pryskając na obrus kroplami tłuszczu. — Nasz medyk, tak jak i pozostali, stacjonuje w tej chwili w koszarach Dziewiętnastego. Mamy teraz w Olekadach pełne ręce roboty. Mag? Jest jeden, cztery mile stąd, ale dziś zaczyna się Lasturia, więc i tak go nie znajdziemy. Pana… człowiek — mruknął, jakby słowo „żołnierz” albo „strażnik” grzęzło mu w gardle — może na razie nie iść do pracy. Ale oczywiście będzie miał obcięte racje.
— Nie, panie poruczniku — usłyszał Kenneth drugiego dnia, patrząc, jak kęs pasztetu powędrował do ust komendanta i zostaje spłukany kilkoma łykami wina. — Nie dam wam czystych bandaży i maści na zgorzel. Żeby je wydać, potrzebuję opinii medyka, a on wróci dopiero za trzy albo cztery dni. Jak obejrzy rannego i powie, że to konieczne, dostaniecie co trzeba.
— Panie poruczniku. — Trzeciego wieczoru blada, dziobata, wyglądająca trochę jak wyrzeźbiona z gomółki świeżo wyciśniętego sera twarz komendanta wyrażała już tylko lekkie politowanie. — Dostałem raport od strażników i, bądźmy szczerzy, z tego człowieka nic już nie będzie. Nie będę marnował zapasów armii na półtrupa. Jak poszliście do pracy, kazałem sprawdzić, czy nie udaje, zgodnie z regulaminem oczywiście, i okazało się, że nie reaguje nawet na igły wbijane pod paznokcie.
Wtedy, po raz pierwszy od chwili uwięzienia, Kenneth ruszył, wyciągając ku chudej grdyce komendanta zakrzywione jak szpony palce.
Dostał w krzyże pięścią w nabijanej ćwiekami rękawicy, ktoś podciął mu nogi i rzucił na ziemię. Z twarzą wciśniętą w posadzkę, z dwoma zbirami siedzącymi mu na plecach, Kenneth mógł tylko gapić się na kamienne płytki.
— No nie, poruczniku — dobiegło zza stołu — ktoś postronny mógłby uznać, że właśnie próbował pan zaatakować starszego stopniem. Ledwo trzy dni temu wyszedł pan z trumiennej jamy i już chce tam wrócić? Na kolejne dziesięć dni? Dwadzieścia? Jeszcze dłużej?
Usłyszał, jak Remonem Oltec wstaje.
— Ale, no cóż. Mam obowiązek utrzymać pana w zadowalającym stanie, a po dwudziestu dniach w jamie niektórzy z ukaranych zamieniają się w bełkoczących i zjadających własne odchody szaleńców. Widziałem to na własne oczy. Ten jeden raz założę więc, że po prostu się pan potknął. Z przemęczenia i troski o swoich ludzi, co oczywiście bardzo się panu chwali jako oficerowi.
Wypolerowane na błysk buty zatrzymały się cal od nosa leżącego.
— Musi pan jednak pamiętać, że ich los zależy całkowicie od przestrzegania regulaminu. A regulamin to ja. Więc jeśli uznam, że sprawia mi pan problemy, poruczniku, zapewniam, że pana właśni żołnierze przeklną nazwisko lyw-Darawyt.
W tym momencie Kenneth zrozumiał, że się pomylił. Regulamin? Przepisy? Kodeks wojskowy? To wszystko to dym w oczy, maska podobna do sztucznego uśmiechu, którym komendant go tu przywitał. Remonem Oltec był po prostu najczystszej wody sukinsynem, małym, żałosnym kutasiną, nadymającym się władzą nad życiem i śmiercią innych. Lubił to, lubił zabijać, znęcać się, upajać potęgą kota bawiącego się z myszą. Regulamin nie był jego bożkiem, tylko zwykłą tarczą, chroniącą sadystycznego mordercę przed odpowiedzialnością. I najpewniej tarcza ta doskonale działała, skoro Nora wciąż pozwalała mu tu rządzić.
— Pomóżcie porucznikowi wstać. Szybko.
Zbiry udające strażników podniosły Kennetha i postawiły na nogi.
— Może pan wrócić do swoich ludzi, poruczniku. Powinni już skończyć pracę. Od jutra będzie pan im towarzyszył. Może pana obecność spowoduje, że będzie mniej… nieszczęśliwych wypadków.
* * *
Wrócił więc do jaskini i trzymając głowę konającego żołnierza na kolanach, był pewien, że zabije Remonem Olteca, nawet jeśli sam miałby potem zginąć.
I wiedział już, że nie potrzebuje przysięgi na dobre imię, honor czy godność.
Pochylił się nisko i wyszeptał:
— Fynd, słyszysz mnie? Nie, nie próbuj odpowiadać, Strażniku. Słuchaj. Umierasz. Nie dam rady cię uratować. Ale wydam ci teraz rozkaz. Ostatni. Słyszysz? To ostatni rozkaz twojego porucznika.
Fynd Komne otworzył na chwilę oczy. Nie widział Kennetha, bo jego wzrok był już utkwiony w pustce. Ale złapał go za rękę i ścisnął.
— Gdy znajdziesz się na drodze do Domu Snu, poszukaj Wytro, Boleha, Osęka i Emnesa. Oni już tam są, idą jasną drogą. Znajdź ich, żołnierzu. I powiedz, że macie się zatrzymać przed bramą i zaczekać. Słyszysz? Macie zaczekać. Wkrótce wyślę za wami Olteca. Przysięgam, że go do was wyślę. Po prostu poczekajcie i rozedrzyjcie duszę tego sukinsyna na strzępy.
Fynd zamknął powieki i uśmiechnął się. Jego pierś uniosła się, po czym powoli wypuścił powietrze. I znieruchomiał.
Gdy Kenneth wyszedł z jaskini, zapadł już zmierzch. Kilkudziesięciu mężczyzn popatrzyło na swojego porucznika spod zmierzwionych kudłów, oczyma tak głęboko zapadniętymi w twarzach, że wyglądały jak ślepia zagłodzonych bestii. Byli brudni i cuchnący, ubrania wisiały na nich luźno, a ich tatuaże wyglądały jak wyblakłe blizny i brudne szramy. Lecz przede wszystkim płonęła w nich zimna furia. Nie musiał mówić, że Fynd umarł. Wiedzieli. Nigdy nie widział swoich ludzi w takim stanie. Wydawali się gotowi skoczyć do gardła każdemu wrogowi i rozerwać go na strzępy gołymi rękami.
On musiał im tylko tego wroga wskazać.
Gdy do nich podchodził, stanęli na baczność. Coś złapało go za gardło, odbierając głos.
— Spocznij — wyszeptał. Odchrząknął i poprawił się głośniej — kompania, spocznij. Siadajcie i odpocznijcie. Dziesiętnicy do mnie.
Przytruchtali, pobrzękując kajdanami. Skuto ich tak samo jak zwykłych żołnierzy, ręce i nogi łańcuchami długimi na łokieć. Nie różnili się kondycją od reszty. Velergorf wyglądał niczym kościana zmora, w wieczornym świetle jego tatuaże odcinały się na pobladłej skórze jak narysowane smołą. Andan i Fenlo, obaj krępi, przypominali drewniane stojaki na zbroje. Cerwes Fenl i Korel-dus-Oderah nosili na twarzach i ramionach wielkie siniaki, Bergh miał twarz obwiązaną brudnym opatrunkiem, a lewa dłoń Versena wyglądała, jakby przejechał po niej wóz. Łucznika takiego jak on nie mogło spotkać nic gorszego.
Najwyraźniej przyzwoity stan więźniów czekających na śledczych był w zamku Langre bardzo szerokim pojęciem.
Kenneth uśmiechnął się do tej myśli. Śledztwo. Wiedział już, że nie będzie żadnego. Gdyby ta sprawa była naprawdę ważna, Szczury dopadłyby ich, ledwo zeszli z gór. Minął ponad miesiąc. Albo uznano, że mogą poczekać, albo o Szóstej Kompanii po prostu zapomniano. W końcu w Imperium działy się paskudne rzeczy. A im dłużej nikt się o nich nie upominał, tym pewniej czuł się Remonem Oltec. Ten suczy syn wykończy ich jednego po drugim, po czym napisze raport o wypadkach, chorobach albo próbach ucieczki.
I zasłoni się regulaminem jak tarczą.
— Chodźcie na bok, pogadamy.
Dwóch pilnujących ich wartowników zerknęło podejrzliwie zza częstokołu, ale ich zignorował. Usiedli w największej jaskini, w której zrobiło się nagle bardzo ciasno. Kenneth nie przejmował się ani ciasnotą, ani smrodem, ani półmrokiem. Znów dowodził. I miał cel.
Zaczął wprost.
— Musimy uciec albo za trzy miesiące wszyscy będziemy trupami.
Varhenn Velergorf pokręcił głową.
— Nie trzy miesiące, panie poruczniku. Najwyżej dwa. A jak pójdzie źle, to może tylko miesiąc.
Ponura pewność w głosie podoficera wstrząsnęła Kennethem. Z kompanią było aż tak źle?
— Dlaczego tak myślisz?
— Tutaj powiadają, że albo pracujesz na ścianie, albo idziesz w dół. A my właśnie schodzimy w dół, panie poruczniku, i jesteśmy już tylko dwa kroki od dna kanału. — Wytatuowany dziesiętnik zachrypiał, odchrząknął. — Przepraszam, coś mnie łapie.
— Nic nie szkodzi, mów dalej.
— Rozmawiałem z kilkoma więźniami i jednym takim wartownikiem, co to mu się gęba nie zamyka. Tu wszyscy kończą tak samo. — Najstarszy dziesiętnik uniósł otwartą dłoń. — Najpierw pracujesz na ścianie, dłuta, młoty, odłupywanie wielkich głazów to pierwszy krok. — Zaczął zaciskać palce. — Robota jest ciężka, ale nie bezustanna, czasem trzeba się przy niej zastanowić, możesz chwilę odpocząć, złapać oddech. I karmią najlepiej. Jak się nie sprawdzisz, idziesz przygotowywać kamienie do transportu, sortować, wstępnie obrabiać – to drugi krok. Jak nie masz sił albo podpadniesz, każą ci przeciągać głazy nad kanał. Tak jak nam teraz. Bez odpoczynku, w tempo, żeby wyrobić normę. — Trzeci palec opadł. — Czwarty krok, gdy już nie dasz rady dostarczać dużych kamieni na miejsce, to przykucie na stałe do nosidła i transport żwiru. Widzieliście, jak wyglądali ci ludzie. A od nosideł odkuwają cię dopiero wtedy, gdy zrobisz krok ostatni — dłoń zacisnęła się w pięść — osłabniesz tak, że nawet bat nie postawi się na nogi, i umierasz. Wtedy trzeba twojego trupa obciążyć kamieniami i wrzucić do wody. Dno kanału jest pełne kości tych, co tu zdechli przed nami. My już minęliśmy połowę drogi. Wczoraj i przedwczoraj obcięli nam kolację o połowę, bo nie wyrobiliśmy się na czas. Zaczniemy słabnąć, a oni będą nam dawać coraz mniej jedzenia. I te jaskinie. — Machnął ręką w stronę skalnej ściany. — Zimno, mokro, nie ma ognia. Coraz więcej ludzi zaczyna chorować. Za miesiąc będziemy półtrupami noszącymi żwir. Za dwa nakarmimy ryby.
Velergorf podwinął rękaw, ukazując przedramię wyglądające jak owinięty zasupłanymi rzemieniami konar. Poruszył dłonią, wychudzone mięśnie zagrały pod skórą.
— Jeszcze mam dość sił, by rozwalić komuś łeb, panie poruczniku. I bardzo chcę to zrobić. Za to, jak nas potraktowali po wszystkich latach służby. I za Wytro, Emnesa, Boleha, Osęka i Fynda. Bo to dobrzy górale byli, dobrzy Strażnicy. Nie powinni tak skończyć.
Reszta dziesiętników pokiwała głowami i Kenneth wiedział, że nie musi ich do niczego przekonywać. Ale i tak powiedział, co musiało zostać powiedziane głośno:
— Jeśli stąd uciekniemy, rozwalając parę łbów, nie będziemy już żołnierzami Straży. Zostaniemy bandą wyjętych spod prawa zbirów, których każdy będzie mógł bezkarnie zabić.
— Osęk służył ze mną od dziesięciu lat — powiedział cicho Fenlo Nur. — A zachłostali go jak wściekłego psa.
Krępy dziesiętnik głośno oznajmił to, o czym wszyscy wiedzieli. Żołnierzy Szóstej już można było bezkarnie zabijać. Wystarczyło tylko trzymać się regulaminu więzienia.
Kenneth skinął lekko głową.
— Jeszcze jedno. Zanim stąd uciekniemy, chcę zatłuc Remonema Olteca. Nawet jeśli miałoby to oznaczać, że ucieczka będzie trudniejsza i…
Przerwał, patrząc, jak na wychudzone twarze podoficerów wypełzają straszne, okrutne uśmiechy. Nie musiał nic dodawać ani ich przekonywać.
Milczeli przez kilka uderzeń serca.
— Czyli postanowione. Co już przygotowaliście?
Dziesiętnicy wymienili zaskoczone spojrzenia, a porucznik uśmiechnął się, równie okrutnie jak oni przed chwilą.
— Może nie chodzę z wami od dziesięciu lat, ale zgolę brodę, jak nie zaczęliście już czegoś kombinować. Velergorf, ten gadatliwy wartownik mówił może coś interesującego? Na przykład, ilu zbirów tu służy? Ja naliczyłem około siedemdziesięciu na pięć setek więźniów. Na dole zazwyczaj jest ich pięćdziesięciu, dwudziestka czeka w zamku. Podzieleni są na dziesiątki, jak my, trzy dziesiątki nadzorują robotę na ścianie i wstępną obróbkę, jedna transport, a ostatnia siedzi w cieple przy barakach i odpoczywa. Wydawania posiłków pilnują wszyscy. Ci z zamku są zapewne rezerwą w razie kłopotów, zresztą część z nich co kilka dni wymienia się z dołem.
Miał dość czasu w jamie, by przypomnieć sobie każdy zaobserwowany mimowolnie szczegół. Strażników było niewielu, ale nosili hełmy, skórzane pancerze albo pikowane przeszywanice. Uzbrajali się, oprócz batów, w kordy, tasaki, topory, krótkie włócznie i pałki. Niektórzy mieli kusze. Mimo że nieliczni, mogli bez większego problemu kontrolować sytuację, bo wszyscy więźniowie, nawet ci pracujący w kuchni, nosili na nogach kajdany. Tym zajętym transportem skuwano dodatkowo ręce, a często łączono ich łańcuchami w kilkuosobowe zespoły. Zagłodzeni, myślący tylko o najbliższej misce rzadkiej polewki oraz uniknięciu chłosty lub trumiennej jamy, nie stanowili większego zagrożenia.
Dopóki w zamku Langre nie pojawił się oddział Górskiej Straży, tutejsze zbiry żyły jak ławica okoni w stawie pełnym przerażonych uklei.
Wytatuowany dziesiętnik uśmiechnął się, tym razem z uznaniem.
— Dobrze pan policzył, panie poruczniku. Jest ich dokładnie siedemdziesięciu trzech, każdą gębę już zdążyłem zapamiętać. To zwykłe szumowiny, których nawet do zbójeckiej bandy by nie przyjęli. Gdybyśmy mieli broń, załatwilibyśmy ich szybciej, niż kamień zrzucony z zamku spadłby na dno kamieniołomu.
Sześciu pozostałych mężczyzn pokiwało jednocześnie głowami.
— A ile mamy broni?
Andan uniósł brwi w udawanym zdumieniu.
— Broni? Przecież to niezgodne z regulaminem.
Zarechotali zgodnie.
— Gadaj.
— Rozliczali nas z każdego młota, kilofa i dłuta, ale jak któremuś pękł trzonek, to po prostu zakładaliśmy nowy. No i niektóre z tych drągów, co je podkładamy pod płozy, lubią pękać, a liny się rwą.
— A wam udaje się je tu przemycić?
— Jak któryś ciężko i mokro cherla, to te gnojki nie są zbyt dokładne w obszukiwaniu go. A jak jeszcze zaczyna pluć krwią…
To jest prawdziwa siła Górskiej Straży, pomyślał Kenneth. Nie to, że każdy uzbraja się jak chce, nie zbójeckie, często wytatuowane gęby, nawet nie bezwzględna lojalność. Dziesiątki, kompanie i pułki Straży od pokoleń walczyły w warunkach, gdzie wojskowe regulaminy, strategie i taktyki niewiele lub wręcz nic nie znaczyły. Bandyci, aherowie, uparci górale próbujący nie płacić podatków, czarownicy próbujący ukryć w górach swoje występki, pozostałości po Wojnie z Niechcianymi, skalne osuwiska, lawiny, wichury i powodzie. W Górskiej Straży uczyłeś się, że polując na zbójów, musisz myśleć jak zbój, walcząc z aherami – jak aher, wychodząc na patrol, nigdy nie wiedziałeś, czy trasa sprzed kilku dni nadal jest dostępna, czy potok nie wylał, kamienie się nie osunęły, niszcząc drogę, a dziki wicher nie zamienił lasu w nieprzebyty wiatrołom.
W życiu żołnierza Górskiej Straży jedyną pewną rzeczą był ochrzan od dowódcy, jeśli nie wykonało się zadania, i oszczędna pochwała, kiedy się udało. Ale w zamian pułkownicy i kapitanowie zostawiali im taką swobodę działania, o jakiej inne jednostki mogły tylko pomarzyć. Elastyczność i zdolność do szukania nietypowych rozwiązań charakteryzowała każdego z ludzi Kennetha, a on traktował to jako rzecz oczywistą.
— Ile tego macie?
— Prawie trzy tuziny.
— Dokładnie trzydzieści cztery pałki.
— Pałki przeciw kordom i włóczniom?
— Będą lepsze niż gołe pięści. — Velergorf błysnął uśmiechem. — Poza tym, panie poruczniku, w kamieniołomie jest mnóstwo, tych… no… przypomnijcie mi to słowo… eee… kamieni?
Kenneth też się uśmiechnął. Przyszło mu do głowy, że gdyby Remonem Oltec usłyszał, jak ludzie, których próbował od miesiąca złamać, siedzą i żartują, nawet w tak kiepski sposób, przestałby dobrze sypiać.
— Co zmajstrowaliście?
W ciasnej jaskini zrobiło się nagle tłoczno, gdy trzech dziesiętników podeszło do ściany i stękając, przesunęło leżący pod nią głaz. Po chwili podali mu broń. Długi na łokieć trzonek kilofa rozszczepiono na końcu i wetknięto w niego granitowy odłupek wielkości pięści. Całość obwiązano kawałkami konopnej liny, używanej do ciągnięcia płóz lub wózków z urobkiem.
Kenneth nie mógł opanować uśmiechu. Trzymał w ręku kamienny młot bojowy; pierdolona Górska Straż zrobiła sobie broń z kawałków drewna i, dosłownie, kośćca gór.
Popatrzył na wszystkich po kolei.
— Będziemy mieli tylko jedną szansę, więc potrzebujemy planu. Od jutra siedzimy tu co wieczór i radzimy. Musimy wiedzieć więcej o wartownikach: który lubi sobie golnąć po służbie, albo nawet w trakcie, któremu dokucza pęcherz i musi często chodzić na stronę, a który woli używać raczej bata niż rozumu.
Podoficerowie pokiwali głowami, patrząc na niego z pełną koncentracją. Znów byli na swoim terenie, w końcu zbieranie informacji, by przygotować się do walki, to było coś, do czego ich wyszkolono. Kenneth podał kamienny młot Andanowi.
— Schowaj to. I od jutra żadnych wyskoków. Pracujemy ciężko i wydajnie, nie podnosimy wzroku na wartowników, kulimy się, przepraszamy i jesteśmy grzeczni. Przekażcie to ludziom. Niech myślą, że nas wreszcie złamali. Żeby, gdy już się im odwiniemy, umierali z gębami otwartymi za zdumienia.