Rozdział 5

Oglal gapił się bezrozumnym wzrokiem na padający deszcz, wspominając wydarzenia, przez które trafił w to przeklęte miejsce. Po zdobyciu Pomwe dziwne rzeczy zaczęły się dziać na centralnych ziemiach księstwa, choć początkowo nikt nie łączył ich z Krwawnicą. Część z niewolników, którzy jeszcze zostali w wioskach, miasteczkach i miastach leżących między Tos a Olohą, popadła w niewytłumaczalny stupor, trwający zazwyczaj dzień lub dwa, z którego nie potrafiło ich wyrwać nawet bicie, po czym jakby nigdy nic wracała do swoich obowiązków. Większość z nich stanowili auwini i amri, popielni i domowi, kasty cenione za umiejętności lub prestiż, jaki dawały swoim panom. Kaihowie – brudni, byli na tych ziemiach już nieliczni, bo niemal wszyscy dołączyli do buntu albo zginęli, próbując to zrobić. Tymczasem właściciele domowych – czy dość dobrze traktowanych popielnych – uważali, że skoro ich „narzędzia” do tej pory zachowały lojalność, to znaczy, że są zadowolone ze swego losu i nie uciekną.

I mieli rację. Ci, którzy przechorowali dziwaczną epidemię, nie uciekali. Zaczęli zabijać. W Omohewas, mieście nad brzegiem Olohy, ponad setka lojalnych amri, od lat pracujących jako służący, ogrodnicy, kucharze, muzycy, guwernerzy czy krawcy, rzuciła się jednocześnie do gardeł swoim panom. W ruch poszły noże, nożyczki, siekiery, szpadle, brzytwy, szpile do ubrań i metalowe tace. Zginęło stu trzydziestu ośmiu mieszczan, mężczyzn, kobiet i dzieci, a zgodnie z raportami wysłanymi z miasta, niektórzy z oszalałych amri płakali, mordując swoich panów.

Ale walczyli do końca i żaden nie dał się wziąć żywcem.

W ciągu dwóch dni takie ataki powtórzyły się ponad trzydzieści razy, od zamachów dokonywanych przez pojedynczych szaleńców, po lokalne powstanie na plantacji, gdzie grupka nadzorców z kasty popielnych uwolniła ponad setkę brudnych i razem z nimi przepadła w lesie.

Nie ścigano ich.

Te wydarzenia spowodowały histerię w całej prowincji. Wszędzie, gdzie się dało, zakuwano popielnych i domowych w kajdany albo umieszczano profilaktycznie w więzieniach. Gdzieniegdzie zaczęto zabijać niewolnych, u których zauważono najmniejsze objawy dziwacznej choroby, a najbardziej przerażeni mieszkańcy księstwa nawoływali, by pójść śladem Pomwe, mordując wszystkich bez wyjątku.

Deana d’Kllean ukróciła to szaleństwo błyskawicznym edyktem. Niewolnicy, bez względu na kastę, mieli zostać wysłani na wschód, za Olohę. Ci właściciele, którzy mieli tam rodzinę, plantacje albo warsztaty, mogli przekazać ich bliskim, reszta musiała sprzedać swoją własność pałacowi za cenę, jaką oferowano na rynku. Czyli bardzo, bardzo niską.

Gdyby ta issarska dziewczyna nie wróciła ze starcia z armią niewolników, opromieniona sławą kogoś, kogo pobłogosławił sam Agar, taki edykt doprowadziłby do wojny domowej. Teraz jednak, postawieni między Wybranką Pana Ognia a grozą czającą się w zachodniej części kraju, właściciele niewolników spokornieli. Rozkazy wykonano, a we wschodnich prowincjach księstwa zaczęto pilnie obserwować każdego, kto nosił obrożę. Nie zanotowano jednak żadnych przypadków tajemniczej choroby.

Jak na razie.

Potem oddziały Krwawnicy uderzyły bezpośrednio na ziemie między Tos a Olohą. Tuż przed pierwszymi deszczami dziesiątki małych band, liczących od kilkunastu do około pięćdziesięciu buntowników, wyszły z dżungli i zaatakowały samotne gospodarstwa, małe wioski, odosobnione plantacje. Właściciele sporej części z nich po pozbyciu się niewolników ograniczyli też liczebność uzbrojonej straży, zresztą na progu pory deszczowej nikt się nie spodziewał zbrojnej inwazji. Wszystkie te miejsca padały jedno po drugim. Atakowano najczęściej nocą, zabijano tych, którzy stawiali opór, a resztę obezwładniano, znakowano jak bydło rozgrzanymi obrożami i uprowadzano na zachód.

Gdy nadeszły deszcze, ataki przybrały na sile. To nie była wojna polegająca na zdobywaniu ziemi, miast czy zamków ani na staczaniu walnych bitew, po których pokonany kraj podda się albo okupi górą złota i srebra. To był nowy dla Dalekiego Południa rodzaj walki, zakładający wzbudzenie grozy, zasianie paniki i wykrwawienie wroga w serii niespodziewanych ataków. Nagle okazało się, że tam, gdzie ugrzęźnie oddział ciężkiej piechoty, mała grupka lekkozbrojnych poradzi sobie doskonale, a rosnąca sieć wzbierających rzek, połączonych szerokimi rozlewiskami i bagnami, świetnie się nadaje do rajdów prowadzonych płaskodennymi łódkami, których drewniany szkielet obłożono korą lub skórą. Taką łódź łatwo się dało przenosić i równie łatwo można było zamaskować ją sitowiem, bagienną trawą czy uschłymi badylami, aż zaczynała przypominać pływającą wysepkę lub niesioną prądem stertę śmieci. Napastnicy z bliznami po niewolniczych obrożach uderzali jak duchy i błyskawicznie rozpływali się w deszczu.

Gdy wieści o atakach się rozeszły, znów wybuchła panika. Porzucano plantacje, mniejsze wioski i pojedyncze gospodarstwa, ba, pustoszały nawet całkiem spore, liczące ponad setkę dusz osady. Wszyscy pakowali się i ciągnęli do miast, które błyskawicznie zaczęły się przeludniać.

Groźba głodu i zarazy zawisła nad centralnym Konoweryn.

A ataki nabierały impetu. Poruszający się rozlewiskami i rzekami niewolnicy zaczęli się pojawiać na wschodnim brzegu zasilanej dziesiątkami lokalnych dopływów Olohy. Ich oddziały widywano podobno nawet pięćdziesiąt mil za rzeką.

Białe Konoweryn nie mogło dopuścić do utraty wiosek i plantacji na nizinie Poss. Stamtąd pochodziła połowa żywności księstwa.

Wysłano więc w dorzecze Olohy i w górny bieg Tos dość eklektyczną grupę, w której skład wchodzili najemnicy, ochotnicy z różnych miast, Cielęta z ahyr Bawołów i słowicze Pisklęta. Czyli ci, bez których reorganizująca się w stolicy armia mogła się na razie obejść.

Podzielono ich na oddziały liczące od dwudziestu do pięćdziesięciu ludzi i rozrzucono w takich obozach, w jakim utkwił Oglal, z zadaniem kontrolowania biegu lokalnych rzek, ograniczania ruchu band wysyłanych przez Krwawnicę i, jeśli trafi się okazja, niszczenia ich.

Oraz – przez co Oglal tutaj trafił – z rozkazem regularnego pisania raportów. Które zapewne natychmiast wywabiano i wysyłano mu z powrotem w postaci czystych kawałków pergaminu.

Armia i biurokracja to najstraszliwsze połączenie na świecie.

Z zamyślenia wyrwał go odgłos kroków pełnych lepkich cmoknięć; zza najbliższego namiotu wyłonił się Ecu Fammeh. Młody „nielot” wskoczył na wzmocnioną gałęziami i kawałkami kory dróżkę, jakich kilka przecinało obóz, i ruszył w stronę namiotu bibliotekarza.

No tak. Raport.

Uhuri podszedł do Oglala powoli, ociekając wodą. Zaopatrzona w szeroki kaptur skórzana peleryna lepiła się do jego ciała, zdradzając, że był chudy i żylasty jak wysuszona pustynnym żarem mumia.

— Napisałeś?

Tylko tyle. Żadnego tytułu ani cienia szacunku należnego choćby wiekowi. Uczony spojrzał w górę, tłumiąc grymas irytacji. Twarz młodego żołnierza była równie kanciasta jak reszta ciała: ostre krawędzie szczęki, wystające kości policzkowe, głęboko osadzone oczy. Oliwkowa skóra, blond włosy i jasnoszare tęczówki sugerowały mieszane pochodzenie, zapewne wiele pokoleń niewolniczych przodków z różnych stron świata złożyło się na jego egzotyczny wygląd.

— Jeszcze nie. — Z wystudiowaną wyższością uśmiechnął się do młodzika. — Napiszę kilka słów, jak przypłynie łódź.

— Łódź nie czeka.

— Zdążę, nie bój się.

On też nie tytułował Fammeha ani uhurim, ani Słowikiem. Brak szacunku niech działa jak lustro, aby każdy widział tylko ten grymas, z którym przed nim staje.

— Ale…

— Zdążę — powtórzył Oglal. — Zobaczymy ich co najmniej kwadrans przed tym, nim do nas dopłyną.

Miał rację i obaj o tym wiedzieli.

Łódź przypływająca po raporty i dowożąca zapasy musiała się zmagać z wolnym, lecz dość stałym prądem, dlatego gdy wyłaniała się zza deszczowej kurtyny, mijał co najmniej kwadrans, zanim dobiła do brzegu. A czasem i więcej, gdy wioślarze byli zmęczeni.

Zapasy i rozkazy docierały do nich w ten sposób co trzy dni, a oni co trzy dni odgrywali tę samą scenę – podoficer opieprzający swojego pisarza. Tylko było to jakieś takie – Oglal znów zerknął z dołu na stojącego przed nim młodego żołnierza – równie angażujące emocjonalnie jak obserwowanie rosnącej trawy. Ecu Fammeh miał temperament hodowcy bambusa, mówił jednostajnym tonem, nie podnosząc głosu i patrząc na rozmówcę oczyma, które zdawały się wyrażać tylko spokojne znużenie i lekką senność.

Każdy, nawet kamienny posąg dostałby szału, próbując się kłócić z tym dzieciakiem.

— Chcę…

— Wiem, wiem. — Dyskusja nie miała sensu. Młody uhuri przyszedł po raport i będzie stał przed namiotem, póki raportu nie otrzyma. A jeśli Oglal będzie się zbytnio stawiał, nawet dziesięć misek oddanego gulaszu nie ocali go przed spędzeniem kilku najbliższych nocy na wybieraniu robactwa z posłania.

Sięgnął po przybory, wygładził kawałek pergaminu i zanurzył pióro w kałamarzu. To, że musiał używać wywabionego pergaminu, świadczyło, jak bardzo potrzeby Biblioteki stały się nieistotne. Całe zapasy skóry szły na wojsko. Siodła, buty, pancerze, pasy, namioty. Armia pożerała je niczym wygłodniała bestia.

Zerknął na stojącego przed nim „nielota” i po raz pierwszy zamiast narastającej niechęci poczuł coś w rodzaju ponurej akceptacji, podszytego mrocznym fatalizmem pogodzenia się z losem. W końcu to nie wina tego chłopaka, że Oglal wylądował tu i marnował czas na rzeczy, które mógłby robić wiejski pisarz po szkółce prowadzonej przez jakąś filię Biblioteki.

Obaj tkwili po uszy w tym samym szambie.

Westchnął i wskazał miejsce obok siebie.

— Wejdź, usiądź. Tylko zdejmij pelerynę, bo wszystko zmoczysz.

Zanurzył pióro w małym kałamarzu i zaczął pisać:

„Dwudziestego trzeciego dnia pory deszczów, posterunek dziewiąty pod dowództwem Ecu Fammeha. Stan: dwudziestu dwóch żołnierzy i jeden pisarz…”

Młody uhuri klapnął ciężko obok niego. Oglal widział, jak podoficer z zainteresowaniem śledzi każdą stawianą przez niego literę.

— To moje imię — stwierdził nagle, wskazując na fragment raportu.

— Tak. Skąd wiesz?

— Znam je. Zanim tu trafiłem, mój ehendar zebrał kilku chłopaków i zaczął nas uczyć liter. Mówił, że…

Ecu zająknął się i, o dziwo, zaczerwienił. Uczony przeniósł wzrok na pergamin, udając, że nic nie zauważył.

— No? — ponaglił go łagodnie, żeby nie spłoszyć. — Co mówił?

— Że mamy dużo oleju w głowach i będą z nas kiedyś oficerowie.

Oglal poświęcił chwilę, by napisać, że od ostatniego raportu nie napotkano żadnej bandy. Na pewno sama Wybrana będzie spać spokojnie po otrzymaniu tych wieści.

— To z jego rekomendacji awansowali cię na dowódcę? — zapytał, kończąc.

— No. — Uhuri przejechał dłonią po krótko ostrzyżonych włosach i uśmiechnął się, zakłopotany.

Po raz pierwszy Oglal zobaczył go bez maski, jaką nosiły wszystkie Pisklęta. Nie był w tej chwili żołnierzem niewolnikiem, wybranym przez samego Pana Ognia do służby w obronie Oka, lecz młodzieńcem na progu męskości, lekko zakłopotanym wspomnieniem tego, że ktoś, kiedyś pochwalił go i docenił.

Oglal w jego wieku reagował podobnie, choć wtedy chodziło o pochwałę, jakiej ojciec udzielił mu za ośmiostronicową rozprawkę na temat różnic pomiędzy dialektami wschodnich a zachodnich plemion Issaram.

— Jak wrócimy, na pewno pozwolą ci kontynuować naukę — powiedział, żeby przerwać ciszę.

Młody podoficer przestał się uśmiechać, a jego spojrzenie znów stało się całkowicie obojętne.

— Jeśli wrócimy, złożę przysięgę i pojadę walczyć. I pewnie reszta łobuzów też — powiedział i wskazał na obóz.

No tak, szkolenie na oficerów trwało właśnie w tej chwili i obejmowało raczej starszych żołnierzy, a gdy skończą się deszcze i poziom wód opadnie, wojna ponownie rozgorzeje na całego.

To był jeden z cierni, które kłuły duszę Ecu i jego „łobuzów”. W tej chwili w obozach wokół Konoweryn i w samej stolicy szkolono tysiące nowych żołnierzy, których na placach ćwiczebnych dopingowały okrzyki pełnych uznania mieszczan, chichoty dziewcząt, a czasem nawet łaskawy gest samej Deany d’Kllean. I właśnie tam Pisklęta z Rodu Słowika i Cielęta z Rodu Bawołu stawiały pierwsze kroki na drabinie, która mogła ich kiedyś wynieść do godności samego af’gemida.

I to wszystko omijało młodego uhuriego i jego oddział.

Na dodatek zadanie utrzymania dorzecza Olohy nie było ani zbyt ważne, ani prestiżowe. Otrzymali takie rozkazy, bo ktoś w dowództwie uznał, że nie można oddać tych ziem buntownikom bez walki, no i trzeba było uspokoić szlachtę, kapłanów i mieszczaństwo. Tutejsza wojna nie gwarantowała ani sławy, ani miejsca w ludzkiej pamięci. Gdy jakaś łódź patrolująca bagna znikała albo jakiś posterunek został wybity do nogi, to nawet jeśli obrońcy wznieśli się na wyżyny bohaterstwa, nikt nie układał o nich pieśni. Po prostu przysyłano kolejną grupkę żołnierzy, z których stratą armia mogła się pogodzić.

Tak musiał czuć się Ecu Fammeh i reszta tych dzieciaków. Jak ci, z których stratą się godzono i którym na dodatek odbierano nawet prawo do pośmiertnej chwały.

Dlatego „jeśli wrócimy” padające z jego ust było gorzkie i pozbawione złudzeń.

— Kiedy wrócicie — mruknął Oglal, nie patrząc na młodzika — pewnie będzie jeszcze sporo miejsc dla zdolnych żołnierzy, chcących zostać oficerami.

— Może. Ale ledwo zdążyłem poznać kilka liter.

Bibliotekarz stłumił uśmiech, który mógłby zostać źle odebrany.

— A chciałbyś się nauczyć reszty? — zapytał z nadzieją.

Nauczanie – coś, co pozwoli mu oderwać myśli od parszywego losu i rozruszać umysł. Niech wojną i innymi sprawami wielkiej wagi zajmują się ważniejsi niż on.

* * *

Szef szpiegów wstał.

— Poprosiłem naszą panią, Deanę d’Kllean, o zwołanie tego spotkania, by przedstawić wnioski z upadku Pomwe, ataków szału niewolników w centralnych prowincjach oraz działań buntowników na terenach zalewowych.

Vaminar Złoty wyprostował się nieco.

— Pomwe upadło prawie dwa miesiące temu. Dlaczego znów mamy o tym słuchać? — powiedział. — Problem z atakami szału niewolników został rozwiązany dzięki rozkazom i szybkiej reakcji Wybranej, a bagna w dorzeczu Tos utrzymujemy, dzięki niech będą Agarowi, dość niewielkimi siłami. Czy coś te sprawy łączy, poza tym że są częścią buntu, który musimy wreszcie zmiażdżyć?

— Owszem. — Aagnon nawet nie spojrzał na af’gemida Słowików. — Zacznijmy od Pomwe. Miasto zdobyto niespodziewanie i w wyniku oczywistego zaniedbania, lecz okoliczności jego upadku są niezwykłe. Siła, szybkość i gwałtowność ataku nie dają się wytłumaczyć w żaden znany nam sposób, a…

— Pomwe padło, bo wszyscy, nawet moje Bawoły, byli w sztok pijani, a bramy zostawiono otwarte i niestrzeżone — wycedził Kosse Oluwer, pochylając się nieco i marszcząc brwi. — Już o tym rozmawialiśmy.

— Oczywiście. Jednak Eluwanor Achonoh i inni świadkowie tamtejszych wydarzeń twierdzą, że bramy były zamknięte, a dowódca garnizonu nie pozwalał żołnierzom zbytnio się upijać. Poza tym czy kiedykolwiek słyszeliście o upadku tak dużego miasta w zaledwie dwie godziny? I czy stacjonujący tam oddział Bawołów nie zdołałby utrzymać murów, dopóki reszta mieszkańców nie otrząsnęłaby się z zaskoczenia i nie wsparła obrony? Af’gemidzie Oluwerze?

Kosse skrzywił się gniewnie. Najwyraźniej nie spodobało mu się to pytanie.

— Też jestem ciekawa. — Deana pozwoliła, by w jej głosie zabrzmiała sugestia uprzejmego uśmiechu. — Utrzymaliby?

— Powinni, moja pani. Nawet zaskoczeni, bez pancerzy i broni. Ale, jak wspomniałem…

— Byli pijani. Słyszeliśmy. — Aagnon skinął głową, jakby dziękował za opinię i kontynuował — fakty jednak są takie, że mury zaatakowano na całej długości jednocześnie, mimo iż las znajduje się w różnej odległości od nich. To znaczy, że napastnicy idealnie zgrali dotarcie pod miasto. Sądzę więc, af’gemidzie, że nawet gdyby wszyscy twoi bracia z Rodu stali na blankach w pełnych pancerzach, Pomwe i tak by padło. Bo zgodnie z tym, co wiemy, ani śmierć towarzyszy, ani odnoszone rany nie powstrzymywały niewolników od ciągłego i ciągłego wspinania się na drabiny i liny. Parli naprzód, jakby kierowała nimi jakaś siła. Zupełnie jak w czasie bitwy, którą z pewnością, af’gemidzie, pamiętasz.

Kosse zacisnął usta. Deana wiedziała dlaczego. Gdy go poznała, płomień religijnego fanatyzmu, charakterystyczny dla większości żołnierzy Rodów Wojny, ledwo się w nim tlił, przyduszony wojskowym pragmatyzmem. Wyznawał Agara, lecz jego prawdziwym bogiem była wojna i niewzruszona lojalność wobec Rodu Bawoła. Ale bitwa, w czasie której dziesięcioletni kornak stał się ryczącą falą płomieni pochłaniającą armię niewolników, coś w nim zmieniła. Zupełnie jakby cofnął się do lat cielęcych, gdy wiara w Pana Ognia nie została jeszcze osłabiona cynizmem i zniechęceniem. Wiedziała, że spędza każdą wolną chwilę na religijnych obrzędach przy Oku i miała wrażenie, że tylko krok dzieli go od zostania całkowitym zelotą.

Albo co gorsza kapłanem.

Jednak nadal odmawiał uznania, że rzeczą, która zmusiła Pana Ognia do interwencji w czasie tamtej bitwy, były narodziny anaboga. Agar objawił swoją wolę za pośrednictwem Deany d’Kllean i małego chłopca, by ocalić swych wiernych – to było jak najbardziej na miejscu. Ale Krwawnica zostająca boskim bytem i Obejmująca armię buntowników – już nie. Dla żołnierza wychowanego w kulcie Pana Ognia Objęcie było świętym rytuałem, więc od czasu bitwy dowódca Rodu Bawoła wił się jak wąż, usiłując dopasować swój odrodzony fanatyzm do faktów.

— To była panika — powiedział wreszcie. — Gdy geghijskie słonie i konnica zaatakowały niewolników z tyłu, ci stracili głowę i rzucili się do ucieczki. Z jednej strony mieli rzekę, z drugiej las, więc parli na nas oszalałą ze strachu masą. To mój błąd, że tego nie przewidziałem.

— I ta oszalała ze strachu, pokonana już armia zmusiła Pana Ognia do interwencji? — Deana nawet nie próbowała ukryć złośliwości w głosie.

— Jego wierni ginęli, więc Agar przyszedł nam z pomocą — rzucił natychmiast Kosse.

Naprawdę był uparty. Jak prawdziwy bawół.

Deana westchnęła, aż zasłona na jej twarzy zafalowała.

— Geghijczycy, ich kawaleria i słonie, zaatakowali niewolników od tyłu, a potem zostali zmiażdżeni w mniej niż sto uderzeń serca. Widziałam to, af’gemidzie. Naszą armię rozbito w… kwadrans? Nie, to za dużo powiedziane. W pół kwadransa. I niewolników nie pchał na nas strach, lecz szał bitewny, który brał się z Objęcia. Nie było to jeszcze pełne Objęcie, bo zapewne rodzący się byt, który zwiemy Krwawnicą, ledwo potrafił myśleć, ale przyparliśmy go do muru i jego wola miała siłę tysiąca szarżujących słoni.

W miarę jak mówiła, spojrzenie Kossego Oluwera stawało się coraz bardziej mgliste. Potakiwał uprzejmie, lecz jej słowa odbijały się od pancerza jego przekonań.

— Kosse! — warknęła.

Drgnął, zaskoczony, chyba nawet lekko oburzony tym, że zwracała się do niego po imieniu.

— Chcę, żebyś zrozumiał. Nie po to wydajemy teraz po… Ile właściwie idzie ze skarbca, kohirze?

— Dwadzieścia dwie małe miny w srebrze na szkolenie, zakwaterowanie i wyżywienie wojsk. Dziennie — odpowiedział uprzejmie Evikiat.

— Dwadzieścia dwie miny w srebrze dziennie. W życiu nie widziałam tyle kruszcu w jednym miejscu, ale w końcu jestem tylko dzikuską z Północy. Niemniej, jeśli tyle pieniędzy idzie na tę naszą nową armię, nie pozwolę ci poprowadzić jej do klęski, tylko dlatego, że zlekceważysz wroga.

Bawół wyprostował się lekko, jego twarz pociemniała.

— Nie poprowadzę moich ludzi do klęski. I nie lekceważę wroga.

— Nie? Wiesz, że nieźle posługuję się talherami?

Zamrugał, zaskoczony zmianą tematu.

— Pokonałaś Szafirowy Miecz Trzcin, pani — potwierdził ostrożnie.

— Czyli znam się trochę na szermierce.

— Tak, pani. Jesteś Wybraną. Nikt w to nie wątpi. Ale nie rozumiem, co to ma do rzeczy.

Och, „jesteś Wybraną”. Więc teraz nawet jej umiejętności szermiercze stają się darem od Agara. Deana żałowała, że nie rozmawia z kimś spośród Issaram. Mogłaby zdjąć ekchaar i obdarzyć go najzłośliwszym uśmiechem.

— A wiesz, kogo mój mistrz kazał mi się naprawdę bać? Na kogo uważać? Nie na legendarnych, znanych w świecie szermierzy, lecz na pijaków, szaleńców, na desperatów upalonych narkotycznym dymem. Takich ludzi w pierwszej chwili się lekceważy, a potem zadajesz im jeden, drugi i trzeci cios, a oni wciąż nacierają, i wiesz, że możesz przegrać, bo nawet jak otrzymają śmiertelną ranę, dopadną cię i przegryzą gardło. Z taką armią będziesz musiał się zmierzyć. Co zrobisz, jak pierwszy szereg atakujących nabije się na włócznie twojej piechoty, zaciśnie dłonie na drzewcach i pozbawi was tej broni? Gdy ranni z obciętymi kończynami, rozprutymi brzuchami i zmiażdżonymi twarzami nadal będą parli naprzód? Padną tylko ci, których zabijecie na miejscu. Co zrobisz, gdy kolejne szeregi będą pchały się na mur tarcz, niebaczne na ciosy mieczy i toporów, aż obalą go samą masą? Będziesz szermierzem, który mierzy się z tysiącami szaleńców jednocześnie. I, jeśli spróbujesz walczyć tak jak zwykle, przegrasz.

— Nie lekceważę ich — powtórzył Kosse Oluwer. — Byłem na pierwszej linii, gdy została złamana, moja pani. Widziałem to, o czym mówisz. Opracowujemy, ja i moi oficerowie, pewne taktyki, które mają zapobiec powtórzeniu się tamtejszej klęski.

Przez kilka uderzeń serca panowała cisza. Deana musiała przyznać, że ją zaskoczył. W raportach szpiegów nie było takich szczegółów.

— No i? Oświeć mnie.

— Na grotach włóczni umieściliśmy poprzeczki, jak w myśliwskiej broni, i nie da się teraz nabić na nie tak głęboko, by ugrzęzły w ciele. Trzy stopy drzewca za grotem pokrywamy smarem, by nie można było go złapać i przytrzymać. Zmniejszyliśmy wagę pancerzy, by stać się na polu bitwy bardziej ruchliwymi. Albo sprawnie się wycofywać.

— Bawoły uczą się cofać?

— Tak jak cofają się Bawoły, moja pani – z pochylonymi łbami, każdym ruchem głowy wypruwając z wroga flaki.

No proszę, przemknęło jej przez głowę, z dowódcy ciężkiej piechoty wychodzi poeta. Zabębniła palcami po stole.

— Więc jednak używasz głowy, af’gemidzie. I to nie tylko do wypruwania flaków. A Słowiki? — Przeniosła wzrok na Vaminara Złotego.

Kawalerzysta wyprostował się sztywno.

— Umiemy walczyć na wzór lekkozbrojnych konnych łuczników, Wybrana — głos dowódcy Słowików był równie formalny jak jego postawa. — Będziemy unikać starcia wręcz, trzymać dystans i zasypywać wroga strzałami. Rezygnujemy z ciężkich kolczug i tarcz na rzecz pikowanych przeszywanic, a zamiast pancerzy zabieramy dodatkowe kołczany. Będziemy szybcy i zwrotni.

— A gdy uderzy ich jazda?

— Jaka jazda, Wybranko Agara? To, co mieli, zniszczyliśmy w poprzedniej bitwie. Możesz wsadzić na końskie grzbiety tysiące opętanych przez tę demonicę buntowników, ale to nie zrobi z nich kawalerii, bo kawaleria to na równi z jeźdźcami ich wierzchowce. Poza tym każdy mój Słowik potrafi pobrać kolczugę i włożyć ją, nawet pędząc galopem, w kilka chwil z lekkiej jazdy zmienimy się w pancerną — rzucił arogancko.

Zabrzmiało to jak zaproszenie do kłótni, ale Deana puściła to mimo uszu.

— Aagnon? Ilu mogą mieć konnych?

Krępy mężczyzna drgnął, jakby pytanie wyrwało go z jakichś głębokich rozważań.

— Nie wiem, pani, ale…

Af’gemid Słowików skierował na niego zimne spojrzenie.

— Nie wiesz? Ty, który nadzorujesz naszych ponoć niezrównanych szpiegów i…

— Vaminar. — Deana ledwo wyszeptała jego imię, a kawalerzysta natychmiast zamilkł. — Tak lepiej. Mój rozkaz… Nie, nie rozkaz, lecz prośba, którą złożyłam Aagnonowi, gdy obejmował swój urząd, była prosta: ma mówić mi prawdę i tylko prawdę. Nie karmić domysłami, nie próbować wkupić się w łaski, wymyślając miłe rzeczy. Jeśli czegoś nie wie, to znaczy, że nie wie, bo nasza siatka szpiegowska nie mogła dostarczyć pewnych informacji, prawda?

— Tak, pani. Ze względu na bunt, uczeni podróżujący po kraju unikali tamtejszych ziem, więc od wielu miesięcy raporty trafiające do Wielkiej Biblioteki były rzadkie i mało wartościowe. Karawany kupieckie przestały tam podróżować, na długo nim Krwawy Kahelle rozbił pod Pomwe wysłane przeciw niemu oddziały, więc tradycyjne źródło informacji, jakim są karawanseraje, wyschło. Przykro mi to mówić, ale Pomwe to tak naprawdę jedyne i najdalej wysunięte na południowy zachód duże miasto Białego Konoweryn, otoczone przez małe plantacje, osady drwali, jakieś wioski, miasteczka i pojedyncze gospodarstwa. Nawet plantacji bawełny nie było tam zbyt wiele. Kraj jest w tych okolicach dziki i – w porównaniu do centralnych i wschodnich ziem – rzadko zaludniony. Tuż przed porą deszczową wysłaliśmy w te okolice kilkunastu ludzi, lecz tylko dwóm udało się wrócić. Może gdy skończą się deszcze, reszta też się odezwie.

Dowódca Słowików chrząknął.

— Gdy skończą się deszcze, my pomaszerujemy na wroga.

— Być może, af’gemidzie. Chyba że wola Wybranej będzie inna. Ale wracając do rzeczy. Nie mogę podać liczebności ich kawalerii, ale mogę powiedzieć, ile daliby radę mieć koni pod wierzch, gdyby wykorzystali wszystko, co mogli zdobyć.

— Mów.

— Tysiąc do tysiąca trzystu.

Zapanowała chwila ciszy i Deana sama musiała przyznać, że te liczby ją zaskoczyły. W poprzedniej bitwie buntownicy mieli tylko dwie albo trzy setki lekkiej jazdy.

— Dlaczego tak sądzisz?

— Już mówię, pani. Jak wspomniałem, ziemie wokół Pomwe nie były zbyt gęsto zaludnione, jednak znajdowały się tam trzy niewielkie stadniny koni, w których hodowano około czterystu zwierząt. Nie mamy dowodów na to, że właściciele wypuścili konie na wolność albo je zabili, by nie wpadły w ręce wroga. Do tego, uwzględniając liczbę koni pracujących na okolicznych plantacjach, w kopalniach, przy wycince drzew i ciągnących barki po rzekach, niewolnicy mogli zdobyć od trzech do czterech tysięcy zwierząt. Mało, jak na taką połać kraju, ale jak mówię, południowy zachód jest na wpół dziki. Część z nich, a właściwie większość, będzie bezużyteczna dla jazdy, za stara, za młoda, zbyt schorowana. Zresztą konia, który całe życie chodził w kieracie albo ciągnął wóz, trudno przysposobić pod siodło. Niemniej trzecia część z nich powinna się nadawać. Nie wiem, ilu ludzi umiejących jeździć będą mieli, lecz koni właśnie tyle, tysiąc do tysiąca trzystu. I być może z taką ilością kawalerii będziemy musieli się zmierzyć.

Vaminar Złoty aż podniósł się z krzesła.

— Bzdura! Czemu nie mieli tylu konnych w ostatniej bitwie?

— Ponieważ szykowali się na zupełnie inne starcie. Na bitwę meekhańskiej piechoty, af’gemidzie. I nie mówię, że mają tylu konnych, sugeruję tylko, że tylu mogą mieć, i dobrze byłoby liczyć się z taką możliwością. Buntownicy mają dość czasu, by się przeorganizować.

Dowódca Bawołów chrząknął.

— Tak mogłoby się stać, gdyby Agar od Ognia nie złamał im kręgosłupa. Gdyby nadal dowodził nim Krwawy Kahelle.

Aagnon z Bryhalu pokręcił głową.

— Przykro mi to mówić, af’gemidzie, ale nie wiemy, co się stało z Krwawym Kahelle ani z innymi przywódcami niewolników. Zakładamy, że gniew Pana Ognia już ich osądził. Lecz jeśli tak się stało, dlaczego musieliśmy wysłać dwa tysiące ludzi, by walczyli na rozlewiskach wokół Olohy? Dlaczego od początku pory deszczowej to my musimy się bronić, a oni wciąż atakują, wyłapując mężczyzn, kobiety i dzieci i uprowadzając ich na zachód? Jeśli Krwawnica została śmiertelnie zraniona i kona gdzieś w brudnym barłogu, dlaczego przez ostatni miesiąc zasięg jej mocy regularnie i ze stałą prędkością rósł?

Och, Deana wiedziała, że Aagnon z Bryhalu przychodzi z ważnymi wieściami, ale to zaskoczyło nawet ją.

— Cicho! — rzuciła szybko, widząc, jak Vaminar czerwienieje, a Kosse otwiera usta.

Nie potrzebowała tu awantury. O ile w dyskusjach z nią obaj af’gemidzi zachowywali jakieś pozory ogłady, o tyle skromnego urzędnika byli gotowi roznieść na strzępy, zwłaszcza gdy mówił im rzeczy, których nie chcieli usłyszeć.

— Pozwólmy Agnonowi dokończyć w spokoju — dodała.

Posłał jej pełen wdzięczności uśmiech.

— Dziękuję, pani. Zacznijmy od upadku Pomwe. Zdobycie tego miasta zaskoczyło nas wszystkich, lecz pod wieloma względami było jedynym logicznym wyjściem dla przywódców niewolników. Zbliżała się pora deszczowa. Gdyby próbowali przetrwać ją w dżungli, brak żywności, wilgoć, nieświeża woda i choroby zabiłyby trzy czwarte z nich. Pomwe zapewniło niewolnikom dach nad głową, zapasy jedzenia i doskonałą bazę. Możemy na razie przyjąć, że ten atak był objawem desperacji ludzi przypartych do muru. Możemy też założyć, że jego powodzenie wynikało z pijaństwa i rozluźnienia dyscypliny wśród obrońców. Pominę milczeniem kwestię późniejszego znakowania jeńców rozpalonymi obrożami, to mógł być zwykły akt zemsty.

Kosse i Vaminar uspokoili się wyraźnie, a kapłan wyglądał wręcz na ukontentowanego. Dowódca szpiegów kontynuował:

— Potem jednak zaczęły się ataki szału wśród popielnych i domowych nie tylko w Konoweryn, lecz na całym Południu, w Wahesi, Bahdarze i obu Geghii. Od samego początku bardzo dokładnie zbieraliśmy o nich informacje. Pierwsze przypadki miały miejsce już po zdobyciu Pomwe na początku pory deszczowej, ale w odległości nie większej niż osiemdziesiąt mil od miasta. Po dziesięciu dniach morderstwa zaczęły się zdarzać ponad sto dziesięć mil od Pomwe. Dwadzieścia dni temu objęły okolice Olohy i północną część Wahesi. Gdyby nie edykt Wybranej, połowa naszej armii byłaby teraz zajęta walką na tamtejszych bagnach.

Kosse zmarszczył brwi.

— I co, spodziewasz się, że ta… — zaciął się, wyraźnie szukając odpowiedniego słowa. — Ta klątwa sięgnie stolicy?

— Nie wiem. Na chwilę obecną, gdy pozbyliśmy się niewolników z dorzecza Olohy, nie mamy już informacji. Ostatni odnotowany przypadek szału miał miejsce dwadzieścia dwie mile na wschód od Olohy. Wydarzył się — szef wywiadu spojrzał na sufit, jakby ktoś umieścił mu tam kartkę z podpowiedzią — dwanaście dni temu. Tak, dokładnie dwanaście.

Af’gemid Słowików sięgnął po kielich, zamoczył usta, a Deana poczuła, jak bardzo chce jej się pić.

— I co z tego wynika? — zapytał.

Szef szpiegów oderwał wzrok od sufitu.

— Że Krwawnica wcale nie osłabła po bitwie, wręcz przeciwnie, jej moc urosła. A założenie, że czeka nas łatwa wojna z dobijaniem zagłodzonego i zdziesiątkowanego wroga, jest błędne. Lecz na szczęście wydaje się też, że moc Krwawnicy ma swoje ograniczenia. Gdyby nie to… — Aagnon sięgnął po swoje kartki. — O, mam. Na polecenie Wybranej dokonaliśmy wstępnego spisu niewolników. W stolicy i w okolicznych miastach, Ynwerii, Starym Olobie i Kagarze, a także na wybrzeżu, plantacjach i w kopalniach pod Magarhami znajduje się w tej chwili ponad sto osiemdziesiąt sześć tysięcy niewolników i wyzwoleńców. Sto osiemdziesiąt sześć tysięcy — podkreślił.

Deana pamiętała, jak bardzo wstrząsnęła nią ta liczba. W pałacu niewolnicy byli rzadkością, w samym mieście też ich się nie spotykało zbyt często, chyba że domowych. W stolicy cechy rzemieślnicze już dawno wywalczyły sobie prawa i przywileje ograniczające pracę niewolnych, w końcu nikt nie mógłby utrzymać się na rynku, gdyby musiał konkurować z darmową siłą roboczą. Ale plantacje, kopalnie, stocznie i mniejsze miasta korzystały z niej bardzo chętnie. Poza tym ponad połowa z tych stu osiemdziesięciu sześciu tysięcy niewolników trafiła na wschód na polecenie Deany. I nikt nie miał w tej chwili pomysłu, co z tymi dodatkowymi ludźmi zrobić. Większość przebywała u krewnych swoich właścicieli, czasem pracując, częściej jednak wegetując na głodowych racjach. Mało kto miał ochotę ponosić koszty opieki nad nie swoją „własnością”. A te, jak uświadomił jej Wielki Kohir, były olbrzymie. Pałac wykupił około dziesięciu tysięcy niewolników i zapewnienie im wyżywienia drenowało skarbiec tak, że dałoby się za tę kwotę utrzymać dwie setki bojowych słoni.

Wszyscy zgromadzeni w komnacie mężczyźni wyglądali na należycie poruszonych, a ona wyraźnie widziała, jak pracują ich wojskowe umysły. Ponad sto osiemdziesiąt tysięcy niewolników w promieniu kilkudziesięciu mil od stolicy. Gdyby komuś udało się wzniecić wśród nich bunt… Nawet lokalny…

Deana postukała w blat, przyciągając spojrzenie dowódcy Słowików.

— Czyżbyś wreszcie pojął, af’gemidzie, z czym przyjdzie wam się zmierzyć? — zapytała. — Jeśli Krwawnica Obejmie ich swoją wolą…

Kamień Popiołu prawie się zatchnął.

— Objęcie, o Wybrana — przerwał jej, prawie zrywając się z miejsca — to chwila, gdy bóg ujmuje duszę swego wyznawcy w dłonie i składa na niej pocałunek. Człowiek staje się wtedy na chwilę jednością z absolutem, doświadczając tego, co spotyka najgodniejszych wiernych w chwili śmierci.

Evikiat chrząknął.

— Z pewnością wszyscy czekamy na wspaniałą teologiczną dyskusję między szanownym Kaselem a naszą Panią Płomieni, w której on będzie cytował nam wybrane fragmenty Pieśni Ognistego Dworu i inne religijne pisma, a ona przypomni mu, że jako jedyna z nas weszła w Oko i została pobłogosławiona przez Agara. Czy mamy na to czas?

Deana podziękowała kohirowi lekkim skinieniem głowy i zwróciła się do kapłana:

— Czy termin „opętanie” bardziej by ci pasował, Kamieniu Popiołu? Opętanie, poprzez znak noszony na ciele, pozwalający nadnaturalnemu bytowi pochłonąć wolną wolę człowieka?

Kasel Remnak zawahał się na mgnienie oka.

— Tak, Wybrana. Lecz nadal nie ma dowodów na to, że Krwawnica stoi za pewnymi… tragicznymi wydarzeniami na prowincji.

Wskazała dłonią na Aagnona.

— Kontynuuj.

— Jak już wspomniałem — szpieg sięgnął po kolejną, tym razem zapisaną gęsto kartę — po upadku Pomwe zaczęło dochodzić do przypadków dziwnej choroby umysłowej wśród amrich i auwinich, kończącej się niezmiennie atakami szału i próbami zamordowania właścicieli, i nie tylko ich. Czasem, niestety, próbami udanymi.

Kapłan przerwał mu, chrząknąwszy lekko.

— Toczyliśmy w Świątyni długie dyskusje na ten temat, szukając oświecenia w modlitwach, postach i medytacjach przy Oku.

Aagnon skinął tylko głową, uśmiechając się grzecznie.

— I jakie wnioski wyciągnięto, Kamieniu Popiołu?

Kapłan wyprostował się dumnie.

— To oczywiste, że ataki te mają podłoże w rozpaczy i upadłych nadziejach. Zapewne większość z zabójców skrycie marzyła o zwycięstwie buntu, które przyniosłoby im wolność. Nie zamierzali przy tym jednak ryzykować własnego życia w walce, w końcu domowi to najbardziej rozpieszczana kasta wśród niewolników. Klęska zadana armii Krwawego Kahelle przez Pana Ognia, za pośrednictwem najczcigodniejszej Wybranej, odarła ich z tych marzeń i niektórzy zareagowali właśnie tak jak rozpieszczone, niezbyt mądre dzieci, które nie dostają spodziewanego prezentu. Szałem zniszczenia — zakończył z błyskiem zadowolenia w oczach.

W miarę jak kapłan mówił, uprzejmy uśmiech spływał z twarzy szpiega.

— Interesujące — podsumował cicho. — Nawet bardzo. Przyznam, że moi ludzie nie rozważali takiego bardzo prostego i wygodnego wyjaśnienia.

Zadowolenie znikło z oczu kapłana.

— Może dlatego — podjął Aagnon, przybliżając do oczu zapisaną kartkę — że znamy historie ludzi, które zupełnie do niego nie pasują. Na przykład Symweria Omlen, najpierw mamka, a potem opiekunka dzieci i guwernantka w majątku Ponerera Sytha, mieszkająca z jego rodziną przez czterdzieści pięć lat. Wychowała trzy pokolenia rodu Sythów, w tym samego Ponerera, którego traktowała niczym rodzonego syna. Później opiekowała się jego dziećmi i pierwszą, ukochaną ponad wszystko wnuczką, Auvelią. — Aagnon odłożył kartkę i spojrzał wprost na duchownego. — Auvelię wspomniana przeze mnie Symweria tłukła pogrzebaczem po głowie, aż twarz małej zmieniła się w miazgę, a potem dla pewności udusiła. Dziewczynka miała wtedy trzy lata. Następnie morderczyni wzięła z kuchni nóż i próbowała zadźgać samego Ponerera. Przeżył atak. Powiesił się dwa dni później.

— Ale…

— Wyrs z Barunii — szpieg nie pozwolił sobie przerwać — guwerner i nauczyciel szermierki w Omoulu. Małe miasteczko, ale pewnie słyszeliście. Słynie z wyrobu doskonałej broni oraz szkół fechtunku, do których uczęszcza okoliczna szlachecka młodzież. Wyrs wymknął się którejś nocy z łóżka kobiety, z którą sypiał, zamordował najpierw ją, a potem jej matkę, ojca i brata z żoną. Następnie wybiegł na ulicę, atakując mieczem kogo popadnie. Zanim straż i mistrzowie z pobliskich szkół szermierki go dopadli, zabił lub zranił czternastu ludzi. Orgenia Polwer, wcześniej omn-Tulawa, Meekhanka, która trafiła tu z pierwszą falą niewolników z Imperium. Pracowała w niewielkiej jadłodajni w wahesijskiej leśnej osadzie, gdzie robotnicy z tartaków wpadali rano i wieczorem na gorący posiłek i kubek wina. Zatruła cały kocioł gulaszu, na szczęście źle obliczyła dawkę, więc skończyło się na dwóch tylko trupach i trzydziestu ciężkich rozstrojach żołądka. Żądny zemsty tłum zatłukł ją na śmierć, jej męża pewnie też by zabito, gdyby nie był jedną z dwóch ofiar.

Aagnon popatrzył na wszystkich po kolei.

— Orgenia była niewolnicą przez pierwsze lata pobytu w Wahesi. Pracowała wtedy jako służąca i dziewka do ruchania w karczmie. Potem, gdy się postarzała i nie miała już tylu klientów, kupił ją pewien kucharz, który zamierzał założyć jadłodajnię przy nowo budowanym tartaku. Po roku ofiarował jej wolność. Po dwóch poślubił. Byli szczęśliwą parą. Szermierz Wyrs został wyzwoleńcem sześć lat temu, gdy w czasie napadu ocalił życie swojemu panu. Kobieta, z którą sypiał, miała w tym roku za niego wyjść. Symwerię wyzwolono, gdy tylko jej ukochany Ponerer odziedziczył majątek. Została i pracowała dla niego jako guwernantka, ba, sama miała dwie niewolnice i podobno była dość wymagającą panią.

Przez chwilę pozwolił im przetrawiać te informacje.

— Mrożących krew w żyłach opowieści o popielnych i domowych, którzy oszaleli, jest mnóstwo, ale jest także wiele historii o wyzwolonych niewolnikach, którzy zachorowali na tę dziwną gorączkę, po czym popełnili niewytłumaczalne zbrodnie. Ludziach, którzy nie mieli żadnych powodów do mordowania najbliższych, kochanków, mężów, przybranych dzieci. Wszystkich łączy jedna rzecz — dotknął wymownie szyi — blizna wokół gardła. Amri i auwini, którym właściciele pozwalali nosić tak miękkie i delikatne obroże, że nie uszkadzały one skóry, są całkowicie odporni na tę chorobę i ataki szału. To by sugerowało, że…

Kosse wydał z siebie głuche parsknięcie, iście jak bawół, i zaczął się podnosić, ale szpieg nie pozwolił sobie przerwać:

— Z całym szacunkiem, af’gemidzie, jeszcze nie skończyłem. To, co powiem, może ci się podobać lub nie, ale wnioski, jakie wywiad wyciągnął, są jednoznaczne. Istnieje związek między blizną zostawioną na szyi niewolnika a… nazwijmy to dla waszej wygody opętaniem, któremu ten może ulec. Nie znam ani jednego przypadku ataku szału u niewolnika bez blizny. Ani jednego. Powtórzę, dobrze traktowani domowi i popielni oraz dzieci nienoszące jeszcze blizn są całkowicie odporni na tę… klątwę. Czy to jasne?

Deana uśmiechnęła się szeroko pod ekchaarem. Och, to było zabawne – niski, szczupły Aagnon prawie warczący na mierzącego siedem stóp, pleczystego jak szafa af’gemida Bawołów.

— I w związku z tym sugeruję, tylko sugeruję, byście liczyli się z tym, że przyjdzie wam się zmierzyć z hordą podobną do tej, która zmusiła Pana Ognia do interwencji. A nie mamy gwarancji, czy Agar znów was wspomoże, jeśli z powodu głupoty lub uporu zlekceważycie jego nieprzyjaciół i zmarnujecie czas, który wam ofiarował.

Deana westchnęła cicho, z podziwem. Ależ Aagnon z Bryhalu był w tym dobry. W tej chwili nawet Kamień Popiołu nie mógł się poczuć urażony i musiał przyjąć, że istnieje związek między bliznami a Obejmowaniem, czy też opętywaniem niewolników. A na dodatek szef wywiadu zasugerował, że jeśli armia poniesie klęskę, to af’gemidzi będą temu winni. Udało mu się w końcu osiągnąć to, do czego ona próbowała ich przekonać przez ostatnie dni – że mają przed sobą naprawdę groźnego wroga, którego nie mogą lekceważyć.

Zapadła chwila ciszy.

— Będziemy musieli — Kosse Oluwer przełknął ślinę — bardzo szybko ruszyć w górę Tos. Przydusić ją na zachodzie. Jak najszybciej i jak najmocniej.

Gdyby Deana nie była tak zmęczona duchotą, pewnie poczułaby w tej chwili satysfakcję. Nareszcie coś zaczęło docierać do jego zakutego łba.

— Chcę — powiedziała wyraźnie — żeby przy następnym spotkaniu gotowe były plany wymarszu armii. Trasa, postoje, zaopatrzenie. Rozumiecie?

Wszyscy trzej oficerowie pokiwali głowami. Deana podejrzewała, że dawno już mają gotowe strategie przyszłej kampanii.

— I chcę też — dodała cicho — żeby następne spotkanie odbyło się w ogrodzie, pod jakimś baldachimem albo w altanie. Nieważne, że pada. A jeśli Suchi zacznie się upierać przy tej piwnicy, zamknijcie go tu na pół dnia.

Wstała, a oni poszli w jej ślady, szurając krzesłami i kłaniając się z szacunkiem.

Jej dzień dopiero się zaczynał. Mimo że Evikiat tak naprawdę zajął się całą administracją księstwa, były rzeczy, nad którymi musiała mieć kontrolę. Teraz czekało ją spotkanie z Valarą i trucicielem, dotyczące zwiększenia bezpieczeństwa w Domu Kobiet, a tego nie mogła zostawić w ich rękach, bo ta dwójka najchętniej zamurowałaby w kobiecej części pałacu wszystkie drzwi i okna i obstawiła całe skrzydło tysiącem strażników. Potem sterta dokumentów dotyczących niewolników, obiad, przyjęcie poselstw z Bahdary i Wahesi i kolejna partia pergaminów.

Dopiero wieczorem będzie mogła odpocząć i lekko się odprężyć.

Загрузка...