Rozdział 3

Deana starała się oddychać głęboko, powoli i równo. Nie zaczęli jeszcze, a już żałowała, że znów zwołała naradę w najbardziej strzeżonej sali pałacu. Wielką komnatę wyposażono w olbrzymi stół, wygodne krzesła, szafy zawalone mapami i dokumentami oraz tuzin wieloramiennych lichtarzy. Ale za to całkowicie pozbawiona była okien, bo znajdowała się na drugim poziomie piwnic.

To Suchi zaproponował to miejsce, a ona nie była pewna, czy truciciel zrobił to z troski o bezpieczeństwo, czy też chciał się na niej za coś odegrać.

Komnata zatrzymywała wszystkie tajemnice Białego Konoweryn oraz całe zużyte powietrze.

W środku było tak parno i gorąco, że jej tkana z przewiewnej bawełny chaffda już lepiła się do ciała, a ekchaar zamieniał w narzędzie tortur. Na stole zaś, jakby ktoś chciał ją dodatkowo dręczyć, stały schłodzone kielichy z lekkim winem. Musi pamiętać, żeby następnym razem zabronić czegoś takiego.

Czekali na ostatniego z zaproszonych na naradę mężczyzn. Aagnon z Bryhalu przysłał przed chwilą gońca z przeprosinami i informacją, że spóźni się kilka chwil. Ponoć przyszły jakieś niezwykle ważne wieści.

Deana stłumiła jęk i rozejrzała się. To naprawdę kiepskie miejsce na narady. Z drugiej strony, książęcy truciciel żartował, mówiąc, że z tej piwnicy jej doradcy nie będą mogli wybiegać z krzykiem, gdy tylko usłyszą coś, co im się nie spodoba. W końcu są tu tylko jedne drzwi, które łatwo można zamknąć.

Po raz pierwszy mieli się spotkać w tym składzie z ludźmi stojącymi na czele armii, świątyni Agara oraz zarządzającymi finansami księstwa i jego wywiadem. Widywała się z nimi regularnie, ale nigdy ze wszystkimi naraz. W pewnym sensie skupiły się tutaj wszystkie siły oficjalnie rządzące Białym Konoweryn.

Po lewej siedzieli trzej dowódcy bezpośrednio odpowiadający za wojsko. Kosse Oluwer, potężny af’gemid Bawołów, zajął miejsce tuż przy niej, obok tkwił, sztywno wyprostowany, Vaminar Złoty, nowy dowódca Słowików, a nieco dalej, swobodnie rozparty, Mwera Soutchi, czarnoskóry najemnik, który przybył do Konoweryn z Bahdary, prowadząc liczącą cztery i pół tysiąca żołnierzy wolną kompanię, nazywającą się Dobrymi Wujkami.

To byli teraz najważniejsi ludzie w konowerskiej armii.

Kosse Oluwer dowodził ciężką piechotą w pierwszej wielkiej bitwie ze zbuntowanymi niewolnikami i mimo pojawienia się Krwawnicy, późniejszej rzezi i objawienia woli samego Pana Ognia, którego płomienie paliły po równo, swoich i wrogów, zdołał wyprowadzić stamtąd prawie połowę Bawołów. Deana bez wahania odrzuciła rezygnację, którą próbował później złożyć.

Ufała mu i wierzyła w jego kompetencje.

Nadal za to miała wątpliwości co do Vaminara Złotego, który został af’gemidem prawem starszeństwa i jakąś dziwaczną tradycją Rodu Słowika. Nie brał udziału w nieszczęsnej bitwie z Krwawnicą, bo skończył już pięćdziesiąt lat i zgodnie ze zwyczajem miał w ahyrze szkolić Pisklęta i cieszyć się zasłużonym szacunkiem „ojca”. Ale czasy się zmieniały. Piąta część odbudowywanej konowerskiej armii składała się z mężczyzn w podeszłym wieku, liczących czterdzieści lat lub nawet starszych. Wyciągano z siedzib Rodów Wojny każdego, kto mógł jeszcze utrzymać tarczę albo wsiąść na konia, a wśród mieszkańców miasta szukano weteranów wojen toczonych jeszcze przed narodzinami Deany. Vaminar nie był więc wyjątkiem. I mimo wieku, ten chudy, żylasty kawalerzysta wypełniał wszystkie obowiązki z profesjonalizmem zawodowego wojownika, a szkolone przez niego oddziały jazdy chodziły jak na paradzie. Za to, co ją nieco martwiło, jak na razie nie wykazywał się ani odrobiną polotu lub pomysłowości.

Dyskretnie zaproponowano jej dwóch innych, młodszych, oficerów na jego miejsce, nie mieli oni jednak nawet ćwierci doświadczenia Vaminara, a ona nie chciała wywoływać wojny o kompetencje i prestiż w dowództwie Słowików.

Białe Konoweryn potrzebowało jedności równie rozpaczliwie jak wojska.

Sam Mwera Soutchi spóźnił się na pierwszą bitwę z niewolnikami, przybył do Białego Konoweryn ze swoją wolną kompanią ledwo kilka dni po tym starciu. Pełniąca nieoficjalne obowiązki regentki Valara obejrzała ludzi, których przyprowadził, i bez wahania podpisała z nimi roczny kontrakt, płacąc ćwierć żołdu z góry. Dobrzy Wujkowie wyróżniali się na tle innych najemnych oddziałów Południa jak rasowe psy myśliwskie wśród stada dzikich kundli. Bardziej przypominali wielki pułk regularnej piechoty niż zwykłą, na wpół bandycką zbieraninę zaciąganą wzdłuż gościńców. Mieli własny sztandar, chorągwie dla poszczególnych kompanii, w miarę jednolite wyposażenie i jasną hierarchię dowodzenia. Wyrobili sobie też doskonałą reputację w czasie wojen bahdarsko-geghijskich, gdzie niejeden raz rozkwasili nos dumnej geghijskiej Czarnej Gwardii.

I jak do tej pory Deana nie żałowała ani uncji wydanego na nich srebra.

Mwera zgodził się, by część jego oficerów wzięła udział w szkoleniu tabunów ochotników gotowych walczyć za Agara i jego Wybraną. Oczywiście za dodatkową opłatą, w końcu sztuka wojenna była takim samym rzemiosłem jak tkanie dywanów albo kowalstwo, więc jej nauka powinna kosztować. Ponieważ to Rody Wojny tradycyjnie zajmowały się takimi rzeczami, Kosse i Vaminar czuli się urażeni tym wtargnięciem w ich kompetencje, ale sami mieli tak mało doświadczonych żołnierzy, że ledwo wystarczyło ich do pospiesznego doszkalania młodzików z ahyr.

W dodatku to właśnie Mwera Soutchi zaproponował taktykę mającą ograniczyć ruchy oddziałów Krwawnicy w dorzeczu Olohy, łącznie z użyciem łodzi patrolowych do komunikacji i szybkiego przerzucania żołnierzy. Dobrzy Wujkowie walczyli w ten sposób na mokradłach w górnym biegu Persalii, gdy Bahdara odpierała ataki Geghiijczyków. I utrzymali tamtejsze ziemie, mimo trzykrotnej przewagi wroga.

To zaimponowało Deanie tak bardzo, że wciągnęła go do swojej rady wojennej. W końcu miał teraz pod sobą tyle samo ludzi, co Kosse Oluwer i Vaminar Złoty. Poza tym był idealnym przeciwieństwem sztywnego jak kij dowódcy Słowików.

Co prawda religijny zapał, który ogarnął księstwo po spaleniu większości armii niewolników przez Pana Ognia, zapełnił koszary tysiącami ochotników, ale chłopi, kupcy i rzemieślnicy po trwającym dwa miesiące szkoleniu wiedzieli tylko, którym końcem włóczni dźgać wroga. Deana wciąż miała koszmary o ludzkiej fali Objętych, kierowanych jedną wolą szaleńców, którzy w kilka chwil rozbili – zdawałoby się niezłomną – ścianę Bawołów.

Nowa armia Konoweryn, składająca się w większości ze świeżo przeszkolonych ochotników i wiekowych weteranów, nie wytrzymałaby takiego ataku nawet dziesięć uderzeń serca.

I do tego właśnie musiała przekonać przynajmniej trzech z sześciu zaproszonych do stołu mężczyzn. Że czeka ich wojna inna niż wszystkie dotychczasowe. Raporty, jakie dostawała od szpiegów, jasno mówiły, że zarówno Kosse, jak i Vaminar co prawda doskonale szkolą swoje oddziały, ale szykują się, jak większość konserwatywnych dowódców, do bitew, które już znali. Do starć ciężkich czworoboków piechoty osłanianych przez kawalerię. Do zmiękczania wroga ostrzałem łuczników oraz balist i łamania jego szyku szarżą słoni. Do tego, że gdy zabije się jakąś tam część żołnierzy przeciwnika albo zagrozi mu okrążeniem, reszta upadnie na duchu i rzuci się do ucieczki.

Gdy ruszą do walki, z takim podejściem czeka ich ze strony Krwawnicy paskudna niespodzianka.

Jej oddziały będą walczyć do ostatniego człowieka, bez chwili oddechu, nie bacząc na straty i nigdy się nie cofając. Balisty i łucznicy nie złamią ich ducha, konnica nie rozbije formacji najpotężniejszą szarżą, a słonie nie wzbudzą paniki u ludzi, którym Obejmująca ich umysły demoniczna władczyni nie pozwoli poczuć strachu.

Białe Konoweryn nie mogło sobie pozwolić na kolejną klęskę.

Deana była Pieśniarką Pamięci d’yahirrów, znała wszystkie historie z czasów Wojen Bogów, jakie Issaram przechowywali w ustnej i pisanej tradycji. Wiedziała, w jaki sposób bogowie kierowali armiami śmiertelników, których najpierw naznaczono tatuażami, a potem Objęto transcendentną wolą. Wiedziała, jak niewiele było w takich bitwach prawdziwej odwagi, wierności, poświęcenia i honoru oraz że były to starcia toczone do chwili, gdy padł ostatni żołnierz wrogiej armii. Tysiące, dziesiątki, setki tysięcy zamienionych w marionetki wojowników wyrzynało się dla chwały albo z powodu uporu lub zwykłej głupoty Nieśmiertelnych.

I do tego musiała przekonać zarówno dowódcę Bawołów i Słowików, jak i głównego w tej chwili kapłana Świątyni Ognia. Że Krwawnica stała się już albo zaraz się stanie – choćby nikt z hierarchii nie chciał tego przyznać – młodą boginią. Nie anabogiem, na wpół świadomym, ledwo uczącym się raczkować i kwilącym bytem, lecz boginią niewolników, z umysłem może i wypełnionym nienawiścią, lecz działającym logicznie. Akcje, które podejmowała na zachodzie Białego Konoweryn, walki, jakie toczyli jej żołnierze w centralnej, zatopionej nieustannymi deszczami części księstwa, świadczyły o tym, że dowodzi tam jakaś inteligentna siła. I siła ta miała swoich wyznawców, ludzi, którzy czuli się zdradzeni, oszukani i upodleni przez świat i przez bogów, więc przyjęli jej narodziny na polu bitwy z największą radością. A Dalekie Południe – od wielu pokoleń każąc nosić niewolnikom, najczęściej wykonane z metalu lub byle jak wyprawionej skóry, obroże raniące ciało, powodujące wrzodziejące rany zamieniające się z czasem w zbliznowaciałe piętna – samo dało Krwawnicy kanał, przez który mogła Obejmować swoich wyznawców i czynić z nich nieznające lęku narzędzia, tak jak robili to bogowie w czasie walk z Niechcianymi.

Kontratak Pana Ognia z pewnością ją zranił, ale nie zdołał zniszczyć. Być może – gdyby zaraz po bitwie Białe Konoweryn miało dość rezerw, by ruszyć na zachód i stłumić bunt do ostatniej iskry, znaleźć fizyczne ciało, które stało się rdzeniem młodego bóstwa, i używając wszystkich mocy magów i kapłanów Pana Ognia, spalić je na popiół, odsyłając splecione w nim dusze do Domu Snów – udałoby im się pokonać rodzące się zagrożenie.

Uśmiechnęła się do tej myśli.

Gdyby mieli takie rezerwy, pokonaliby nawet opętaną przez Krwawnicę hordę niewolników. Nie potrzebowaliby interwencji Agara, by ocalić skórę.

A ona nie stałaby się kimś, czymś pomiędzy świętą dziewicą a plemiennym totemem.

I Samyi nadal by żył.

Uśmiech znikł.

Wiedza, którą dysponowała, nic nie znaczyła w starciu z religijnymi dogmatami. Ludzie o otwartych umysłach – jak niektórzy uczeni z Wielkiej Biblioteki, Evikiat czy Suchi – byli mniejszością. Reszta zaś… Ech. Regularnie rozbijała sobie głowę o mur ich fanatyzmu. Świątynia Ognia znała pojęcie Objęcia, lecz zgodnie z jej pismami było ono najwspanialszą formą duchowego wywyższenia, jakiego mógł doświadczyć śmiertelnik. W czasie Objęcia bóg i jego dziecię stawali się jednością, a boskie atrybuty absolutu i doskonałości przepełniały wybrańca. To, co Issaram uważali za potworne upodlenie i łamiący wolę akt gwałtu na duszy, tu uchodziło za największe błogosławieństwo.

Brudny demon zza Mroku, jakim ogłoszono Krwawnicę, nie mógł się nawet zbliżyć do takiej świętości.

Tę samą wiarę podzielali niestety af’gemidzi Bawołów i Słowików, co zresztą nie dziwiło Deany, zważywszy na wychowanie, jakie otrzymali w ahyrach. Nadal sądzili, że wraz z końcem pory deszczowej czeka ich tylko marsz na zachód i dorżnięcie okaleczonego buntu. W końcu w ostatniej bitwie niewolnicy stracili kwiat swojej armii, najlepsze, dowodzone przez weteranów oddziały. To, co zostało, to tylko starcy, ranni, kobiety i dzieci. Ukrywający się w dżungli, zagłodzeni, nękani chorobami desperaci. Nawet zdobycie Pomwe nie zmieniło ich podejścia. Kosse i Vaminar otwarcie stwierdzili, że mury padły z powodu karygodnego zaniedbania spowodowanego pijaństwem, które wymknęło się spod kontroli, i – być może – zdrady. Af’gemid Bawołów już zapowiadał wyroki, jakie wyda na żołnierzy tamtejszego garnizonu, gdy tylko odbiją miasto z rąk niewolników.

Czasem musiała zagryzać wargi, by nie zacząć wrzeszczeć na tych dwóch tępaków.

Cichy szelest papierów przerwał te niewesołe myśli.

Zerknęła w prawo na siedzącego najbliżej niej Kasela Remnaka. Z niepokojem stwierdziła, że Kamień Popiołu – obecny główny kapłan Świątyni Ognia przekłada raz po raz kilka kartek, pokrytych drobnym, schludnym pismem. Jeśli znów spróbuje zamęczać wszystkich kolejnym raportem o ilości złota i srebra, jakie wierni wpłacali we wszystkich świątyniach na tę wojnę, wymieniając każdą najnędzniejszą monetę, to zabierze mu te papiery, podrze je i każe zjeść.

Bez popijania.

Duchota i pot spływający po ciele coraz częściej podsuwały jej takie myśli.

Z tym kapłanem też miała kłopot i wciąż zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, pozwalając odbudować hierarchię kapłańską Białego Konoweryn. Ale zarówno Varala, jak i Suchi i Evikiat nalegali na to. Po pierwsze, gdy ogłoszono ją Świętym Płomieniem, Wolą Agara, jej kult zaczął się wymykać spod kontroli. Powstawały nowe sekty, i to nawet – co było bardzo niepokojące – wśród żołnierzy. Po drugie zaś, kapłani Agara z innych miast i księstw zaczynali z coraz większą natarczywością nalegać, by przyjęła ich pomoc i wznowiła religijne obrzędy w Oku. Gdyby uznano, że Deana z premedytacją zaniedbuje najświętsze miejsce Południa, to – mimo wciąż niestłumionego buntu – groziłabym im wojna domowa.

I lepiej, by to ona wyznaczyła kapłanów, którzy będą się opiekować Okiem, niż żeby zrobił to ktoś inny – siłą lub podstępem.

Kapłani… Issaram radzili sobie bez tej kasty, bo w pewnym sensie każdy z nich był człowiekiem najgłębszej wiary. Kendet’h wyznaczał ścieżkę ich życia i nie potrzebowali bandy aroganckich, nadętych i pustogłowych głupców, dla których religia była kamieniem węgielnym ich własnej wydumanej wspaniałości.

Niemniej tutaj nie mogła ich dłużej ignorować.

Kamień Popiołu, Ciemna Iskra, Lodowy Płomień, Migoczący Żar. Przywróciła te tytuły i obdarzyła nimi kilku stojących w cieniu, znanych z pobożności i stroniących od władzy duchownych. Takich, którzy nie próbowali być bardziej święci od swojego boga. Ludzi wiary, ale i pokory – jak miała nadzieję – i na razie była zadowolona z tej decyzji. Wznowienie codziennych obrzędów w Oku Agara przyciągnęło, mimo pory deszczowej, tysiące pielgrzymów, a z nimi przypłynęła rzeka pieniędzy.

A pieniędzy potrzebowali jak tonący powietrza. Samo wyżywienie armii – stacjonującej w mieście i pod nim – pochłaniało codziennie małą fortunę.

Ech, gdyby tylko Kasel Remnak był bardziej otwarty w sprawie Krwawnicy i nie próbował za każdym razem wyliczyć najmniejszej monety, jaką Świątynia Pana Ognia przekazywała na tę wojnę.

W tym momencie nowy Kamień Popiołu najwyraźniej czując, że na niego spogląda, ukrył dłonie w obszernych rękawach czarno-złotej szaty i uśmiechnął się samymi oczyma, a potem zerknął z nieskrywaną nadzieją na swoje dokumenty.

Pokręciła lekko głową.

Cholera, naprawdę się zasmucił.

Mimo wszystko, mimo jego postawy sługi Wybranej i ciągłej cichej adoracji, jaką ją otaczał, był jedną z trzech osób, które musiała przekonać, że nie wolno lekceważyć Krwawnicy. Teologiczne kajdany, którymi skuto jego umysł, były trudniejsze do zerwania niż niewolnicze łańcuchy.

Przeniosła wzrok dalej.

Za kapłanem miejsce zajął Evikiat, Wielki Kohir Dworu. Siedział zapięty po samą szyję w czarną szatę, z pokaźnym, równie czarnym turbanem. Deana przyjrzała mu się uważnie, zastanawiając się, jakim cudem jeszcze nie zemdlał. Musiał to wyczuć, bo posłał jej kpiące mrugnięcie. Nadal zdumiewało ją, jak bardzo się zmienił przez ostatnie miesiące. Z powszechnie lekceważonego urzędnika powszechnie lekceważonego księcia, którego władza była nieustannie szarpana przez kapłanów, armię, arystokrację, a nawet gildie kupieckie, wyrósł na pierwszego biurokratę Białego Konoweryn, nadzorującego nie tylko dwór, ale i prawodawstwo, skarbiec, dyplomację oraz – pośrednio – Świątynię Ognia i Wielką Bibliotekę.

Gdyby nie widziała go wtedy na schodach do Oka, gdy jako jeden z kilku zaledwie ludzi dochował wierności porzuconemu przez wszystkich Laweneresowi, zaczęłaby się go obawiać.

Drzwi otworzyły się gwałtownie, powodując leciuteńki ruch powietrza, i do środka wszedł szybkim krokiem ostatni zaproszony na naradę mężczyzna. Miał na sobie skromną, ciemnoniebieską koszulę bez żadnych ozdób, na którą narzucił prostą szarą kamizelkę, a bladozielone szerokie spodnie spiął wąskim, uplecionym z rzemyków paskiem. W ręku trzymał gruby plik papierowych i pergaminowych kart. Wyglądał jak pisarz sądowy albo czeladnik terminujący u kupca bławatnego, ale pod pewnymi względami był najważniejszą osobą w komnacie.

Wszyscy, nawet sztywny jak deska af’gemid Słowików, mimowolnie westchnęli z ulgą, gdy Aagnon z Bryhalu kłaniając się lekko i mamrocząc przeprosiny, zajął miejsce przy stole, kładąc dokumenty przed sobą.

Wreszcie mogli zaczynać.

Deana nie wiedziała, skąd Suchi go wyciągnął, niemniej to właśnie z polecenia książęcego truciciela ten krępy, trzydziestoletni urzędnik został nadzorcą konowerskich tajnych służb. I zrobił rzecz niewiarygodną – stworzył system katalogowania i nadawania odpowiednich oznaczeń dziesiątkom tysięcy raportów, które spływały z całego Południa dzięki wykorzystaniu lokalnych filii Wielkiej Biblioteki, oraz połączył go z siatką szpiegowską, którą Suchi, Varala i Evikiat próbowali stworzyć. Książęcy truciciel i nałożnica wyjaśnili jej, że najważniejszą rolę w tej robocie odgrywają nie zamaskowani szpiedzy, wspinający się nocą na mury, by podsłuchiwać sekrety wrogów Konoweryn, lecz ludzie, którzy analizują plotki docierające z targowisk, tawern i plantacji, wieści o cenach zboża, żelaza, przypraw i jedwabiu oraz o ilości broni, pancerzy i zapasów, jaką poszczególne księstwa gromadzą w swoich twierdzach.

To dzięki niemu dowiedzieli się, że w Geghii Północnym coś się szykuje, zanim jeszcze plotki o nadchodzącej rebelii dotarły do miasta.

Nareszcie luka, jaka pojawiła się po zdradzie Rodu Trzciny, zaczęła się wypełniać i Białe Konoweryn znów miało własny wywiad. Na razie młody i niedoświadczony, ale działający.

Właściwie całe dzisiejsze zebranie odbywało się z powodu wniosków, jakie Aagnon z Bryhalu wyciągnął na podstawie wydarzeń z ostatnich dwóch miesięcy. Jeśli wiedza, którą miała jako Pieśniarka Pamięci, nie przekonała dowódców Rodów Wojny i kapłanów, to może suchy, poparty dokumentami raport szpiega choć trochę naruszy mur ich religijnych przekonań.

— No dobrze, skoro już jesteś, to zaczynamy. — Deana chciała mieć już za sobą początek. Początek oznaczał, że ruszą z miejsca i jakoś dopełzną do końca. — Aagnon ma nam coś do powiedzenia o ostatnich wydarzeniach.

Загрузка...