Rozdział 4
Pod koniec tej dziwnej wiosny, gdy Olekady i wschodni kraniec wessyrskich gór nawiedziła największa katastrofa od czasu najazdu Se-kohlandczyków, Szósta Kompania Szóstego Pułku Górskiej Straży z Belenden przestała istnieć.
Z początku nic nie wskazywało na to, że to tak się skończy.
Co prawda, gdy tylko natknęli się na lokalne oddziały Dziewiętnastego Pułku Górskiej Straży, rozbrojono ich i wysłano pod strażą do koszar, lecz nie traktowano jak przestępców. Mimo oskarżenia o zdradę, byli w końcu Czerwonymi Szóstkami, kompanią, która przeprowadziła Wozaków Verdanno przez góry, przyczyniając się do klęski znienawidzonych w całym Imperium koczowników. Na wschodzie masywu Ansar Kirreh wciąż opowiadano o tym wyczynie. Poza tym samo oskarżenie było enigmatyczne. W rozkazie ze stolicy nie było nawet sugestii, kiedy i na czyją rzecz kompania miałaby zdradzić Imperium. Aherów? Se-kohlandczyków? Śnieżnych niedźwiedzi? Przecież znaleziono ich na najbardziej bezludnym krańcu prowincji, tam, skąd drogi wiodły wprost do królestwa Pani Lodu.
Cała sprawa śmierdziała jakimiś wewnętrznymi przepychankami między armią a wywiadem, których ofiarą padła Szósta Kompania. Dlatego większość żołnierzy oraz oficerów Dziewiętnastego odnosiła się do Kennetha i jego ludzi z pewną sympatią. Wprawdzie nie oddano im broni i zakazano opuszczania koszar, ale poza tym traktowano dobrze. Ranni dostali pomoc, chorych wyleczono, spali w koszarach z innymi strażnikami i jedli trzy posiłki dziennie. Spędzili tak kilkanaście dni i nocy, spodziewając się, że lada chwila zostanie zwołany sąd wojskowy, który oczyści ich z zarzutów i z pełnymi honorami przywróci do służby.
Ten czas wspominali później jak zasłużony urlop.
Jedyne, co im się nie podobało, to oddzielenie od psów, które odesłano do siedziby sąsiedniego pułku. Kenneth, a przede wszystkim Bergh zaprotestowali dość gwałtownie, ale dowodzący Dziewiętnastym, pułkownik Mynhal Konwec, zbył ich obiekcje, mówiąc, że psy dla Straży to taka sama broń jak miecze i topory, więc albo je odeśle, albo powybija im zęby. Odzyskacie je, powiedział, gdy tylko sprawa się wyjaśni. Odpoczywajcie.
Odpoczywali więc, a w Imperium i we wschodniej części gór działy się paskudne rzeczy.
Daleko na Wschodzie Uroczysko zwane Upadkiem Owertha pękło niczym wrzód i rzygnęło w niebo trującym pyłem. Ściana chmur znad Wyżyny Lytherańskiej dotarła do Olekadów, roniąc na góry i doliny ciężkie, szare płaty zmieszanego z nim śniegu. Na szczytach gór i w dolinach szybko rosły zaspy paskudnej brei, która topniejąc, zatruwała rzeczki i pola. Popiół i pył zabijały ryby w rzekach i stawach hodowlanych, drzewa traciły liście, krowy, kozy i owce pojone wodą ze strumieni chorowały, a trawa na pastwiskach powodowała u nich potworne wzdęcia i objawy podobne do nosacizny. Na dodatek mięso padłych zwierząt nie nadawało się do jedzenia.
A opady nie ustawały. W świątyniach wznoszono nieustanne modły do Dress – Pani Wiatru, by tchnęła swój oddech z powrotem na Wschód, i do Baelta’Mathran, by przemówiła córce do rozumu. Jak na razie bezskutecznie.
Przy czym wyglądało na to, że Olekady i wschód Ansar Kirreh wcale nie ucierpiały najbardziej, gdyż katastrofa wydarzyła się wiele mil od nich. W samym Imperium było gorzej. Każde Uroczysko na jego terenie, nawet takie zupełnie nieznane albo od lat uważane za niegroźne, pluło w niebo dymem, pyłem i wypuszczało z siebie potwory. Całe szczęście ich moc pokrywała się z wielkością, więc lokalnym siłom udawało się zapanować nad sytuacją, ale kilka wielkich Uroczysk spowodowało katastrofy na skalę wprost apokaliptyczną. Mówiono, że daleko na Południu przeklęte miejsce nazywane Wenderladzkim Bagnem eksplodowało tak potężnie, że teren na trzydzieści mil wokół stał się pustynią, pokrytą głęboką na kilka stóp warstwą pyłu. Podobno armia walczyła tam z niezliczonymi hordami dziwacznych bestii. I przegrywała.
Plotki mnożyły się jak wszy na gaciach.
Przez te kilkanaście dni w koszarach Kenneth nasłuchał się ich tylu, że można by nimi obdzielić pół świata, i nie miał pojęcia, skąd się biorą. Łączność z resztą Meekhanu była utrudniona, gońcy mieli problemy z poruszaniem się nawet po imperialnych drogach, zasypanych hałdami zmieszanego z popiołem śniegu. Wypuszczone gołębie nie docierały do celu, a wiadomości przekazywane magią były niekompletne albo zupełnie bez sensu.
Ale plotkom to nie przeszkadzało, zwłaszcza tym złowróżbnym i sprzecznym. Kregan-ber-Arlens, Imperator Meekhanu, nie żyje – poległ, prowadząc armię do bitwy z potworami. Wcale nie, ma się dobrze, został tylko ranny. Dokonano udanego zamachu na cesarza i jego najbliższych doradców. Nieprawda, zamachowców schwytano i stracono. W Meekhanie rządzi Rada Pierwszych. Nie, nie Rada, tylko regent, w imieniu cesarza zaginionego w czasie walki z bestiami z Uroczyska. Szczurza Nora przejęła władzę. Nie, to Ogary dorwały się Szczurom do gardeł i ich wykończyły…
Takie historie okazywały się niebezpieczne, bo powodowały niepokoje. Ludzie, którzy normalnie słuchali władzy, wychodzili do roboty, by pracować dla chwały Imperium, i bez słowa płacili podatki, zaczynali się zastanawiać, czy ktoś naprawdę rządzi krajem. Sprawy zapewne przybrałyby inny obrót, gdyby nieszczęście nie spadło na tutejsze prowincje na przednówku, a chłopi nie musieli patrzeć, jak ozimina gnije pod warstwą szarego błocka, sady i warzywniki marnieją w oczach, a stada owiec i kóz chorują i zdychają.
Wieści o młodych pasterzach i parobkach wybierających się na „pozbójowanie” pojawiły się zaledwie kilka dni po pierwszych trujących opadach. Nie było dla nich pracy, bo zwierzęta, zamiast wypędzać na hale, trzymano w zagrodach, a pokrytych zatrutym błockiem pól nikt nie próbował przygotowywać pod zasiew. Do tego kwarta piwa kosztowała już sześć, a bochen chleba osiem razy więcej niż jesienią. Droga siekiery i noża, jak na tych ziemiach nazywano zbójecki proceder, wzywała coraz więcej głodującej wiejskiej biedoty. Dowódca Dziewiętnastego odpowiedział, podwajając liczbę patroli, i koszary zaczęły pustoszeć. Strażnicy wychodzili na osiem, dziesięć, dwanaście dni i wracali, zmordowani, chorujący od złego powietrza i wody, czasem poharatani w krótkich starciach, których liczba rosła lawinowo. „Tutejsi”, grupki tubylców zepchnięte przez Imperium na samą granicę gór, ruszyli na zachód, uciekając przed śmiercionośnym pyłem i zaczęli łączyć siły z bandami. Gomenh, małe miasteczko będące lokalnym centrum handlu owczą i kozią wełną, zostało zaatakowane i zdobyte przez przeszło stuosobową grupę miejscowych i obcych zbójów, którzy utworzyli nieoczekiwany sojusz, szukając bardziej jedzenia niż pieniędzy. Wyparto ich dopiero po trzech dniach, przy pomocy pełnej kompanii Straży, wzmocnionej posiłkami od miejscowego hrabiego. Coś takiego nie zdarzyło się w tych górach od czasów wojny z Se-kohlandczykami. Zamieszkane przez wessyrskich górali wschodnie prowincje ponownie powitały lęk o przyszłość, niepewność, poczucie beznadziei i – przede wszystkim – głód.
Trzy tutejsze pułki Górskiej Straży: Dziewiętnasty, Dwudziesty Piąty i Trzydziesty Pierwszy, a nawet stacjonujące w Olekadach Bękarty Czarnego, robiły już bokami, próbując utrzymać porządek wzdłuż głównych szlaków i wokół większych miast i wsi.
Po dwunastu albo trzynastu dniach Kenneth zaproponował Mynhalowi Konwecowi, żeby zaprzągł jego ludzi do roboty. Choćby przy patrolach wokół garnizonu. Pułkownik odmówił uprzejmie, mimo że na miejscu miał już tylko jedną kompanię.
Podejrzenie o zdradę to podejrzenie o zdradę, i kropka.
Potem ktoś sobie o nich przypomniał. To musiał być jakiś lokalny wojskowy biurokrata, bo kontakt ze stolicą nadal nie istniał. Nie spodobało mu się, że Czerwone Szóstki wczasują się na koszt Straży, podczas gdy reszta żołnierzy wypruwa sobie żyły.
Przyszedł wreszcie rozkaz, by oddać ich w ręce Szczurzej Nory, w końcu to ona odpowiadała za kontrwywiad w armii. Bez zbędnych ceregieli przeniesiono kompanię do zamku Langre. Górujący nad lokalnym kamieniołomem, dostarczającym budulca na drogi, mosty i mury twierdz, zamek był miejscem, gdzie Nora umieszczała ludzi, którzy mieli zniknąć, albo tych, z którymi nie wiedziano co zrobić. Z jakiegoś powodu Wywiad Wewnętrzny uważał, że harówka przy wydobyciu granitu ma pomóc przestępcom w odpokutowaniu win, choć ponura sława otaczająca więzienie sugerowała, że chodzi po prostu o wyjątkowo paskudną, rozłożoną w czasie formę egzekucji.
Na miejscu przekonali się, że zamek Langre jest ledwo zameczkiem, małą, ciasną warownią, składającą się z trzech wież, prostokątnego dziedzińca, kilku budynków gospodarczych i kiepsko utrzymanych murów. Więźniowie pracowali w kamieniołomie i spali w stojących obok niego barakach, zakuci w ciasne kajdany i pilnowani przez grupki ponurych strażników.
Komendant więzienia, kapitan Remonem Oltec, okazał się mężczyzną pod czterdziestkę, o jasnych włosach i bladej twarzy, chudym, garbiącym się lekko i ubierającym, wbrew oficerskiemu stopniowi, jak grabarz: czernie, ciemne brązy i ponure zielenie, wszystko workowate i nijakie. Ale uśmiech, którym obdarzył Kennetha, był szeroki, szczery i ujmujący.
— Porucznik Kenneth-Lyw-Darawyt z Szóstej Kompanii Szóstego Pułku Górskiej Straży — powiedział, przyjmując go w komnacie pełnej czerni i brązów. — Sława pana oddziału wyprzedza was o całe mile i cieszyłbym się, gdyby los pozwolił nam spotkać się w innych okolicznościach. Nie, nie, proszę nie protestować — dodał szybko, widząc, że Kenneth otwiera usta. — Jesteście sławni, i już. Niestety, nie mamy czasu, by poopowiadał pan o przeprowadzeniu Verdanno przez Olekady, bo pana ludzie czekają na dziedzińcu i mokną. Przejdę więc od razu do rzeczy. Ciążą na panu i pana podoficerach poważne zarzuty, lecz na szczęście imperialne prawo mówi, że nikt nie jest winny, dopóki winy mu się nie udowodni. Dlatego też na razie będziecie traktowani nie jak więźniowie, lecz jak tymczasowi goście. Jeżeli, oczywiście, będziecie przestrzegać regulaminu. Rozumie pan?
— Tak jest.
Porucznik wyprężył się nieco, dość, by przy odrobinie dobrej woli można było to uznać za stanie na baczność. Komendant zdecydowanie mu się nie podobał. Remonem Oltec uśmiechał się miło, sympatycznie, ale jednocześnie coś w jego postawie, w sposobie, w jaki położył dłonie na blacie biurka, sztywności całego ciała, mówiło Kennethowi, że ten uśmiech to maska, wyuczona do perfekcji i równie prawdziwa jak cesarki org wybity w miedzi.
— Doskonale. Rozkazy są bardzo zwięzłe. — Komendant podniósł kartkę i pomachał nią w powietrzu. — Mam was zatrzymać do czasu, aż będzie można przeprowadzić śledztwo albo przyjdą inne polecenia. Szósta Kompania zostanie zakwaterowana w zamku, mówiłem coś o gościnie, lecz regulamin mówi, że żywność mogą otrzymywać tylko ci, którzy pracują, więc pana ludzie będą codziennie rano schodzili w dolinę do kamieniołomu. Dam im lekką robotę, przy sortowaniu żwiru, pomachają trochę łopatami i wieczorem wrócą na górę. Dziesiętnicy mogą im towarzyszyć, nawet będę na to nalegał, żeby utrzymać dyscyplinę, natomiast pan, jako oficer, jest oczywiście zwolniony z obowiązku pracy.
Kenneth uznał, że nie tylko uśmiech, ale i sposób mówienia tego mężczyzny mu nie odpowiada; całe długie zdania wygłaszane bez żadnego akcentu, na jednym wydechu. Porucznik czuł się, jakby wyrzucane monotonnie słowa były watą, którą komendant wciska mu do głowy.
Wyprostował się i wbił wzrok w oczy Remonema Olteca. Ledwo stłumił wzdrygnięcie. Jakby patrzył w źrenice drapieżnej ryby, obojętne, skupione na celu, nieludzkie.
— Ja również będę schodził do kamieniołomu, panie kapitanie. Żeby utrzymać dyscyplinę, oczywiście. Czy to sprzeczne z regulaminem?
— Nie. Niespotykane, dziwaczne — uśmiech znikł z twarzy dowódcy więzienia — i szczeniackie. Ale regulamin dopuszcza, żeby oficer, na własną prośbę, pracował. Podpisze pan taką prośbę?
— Oczywiście.
— Doskonale. Wieczorem podeślę panu dokumenty. Może pan odejść, poruczniku.
Kenneth, nie salutując, odwrócił się i ruszył ku drzwiom.
— A, i jeszcze jedno — głos komendanta zamku Langre był niczym macka zimnokrwistego potwora muskająca kark. — Racje żywnościowe wydajemy w zależności od wypracowanej normy. Każdemu. Taki jest regulamin.
* * *
Sortowanie żwiru. Kamieniołom produkował kamienne okruchy całymi wozami, jako efekt uboczny obróbki większych kawałków skały. Więźniowie dostarczali go do sortowni w drewnianych nosidłach, po czym wrzucano urobek na utkane z żelaznych drutów sita różnej gęstości. Tłuczeń wielkości pięści, wielkości orzecha, średni żwir, mały żwir i niemalże piasek. Po przesianiu znów ładowano go na nosidła i transportowano na kilka wielkich hałd, znajdujących się na brzegu kanału, wykopanego przed laty po to, by odbierać urobek.
Dziś jednak ani wielkie kamienne bloki, ani żwir nie opuszczały tego miejsca. Kanał pokrywała sinoruda lodowa kasza, będąca pochodną kamiennego pyłu i spadającej z nieba trującej mazi. Z krótkiej rozmowy z gadatliwym strażnikiem Kenneth dowiedział się, że załogi barek obsługujących kanał odmówiły pływania, dopóki trwają te przeklęte opady. Podobno śnieg zmieszany z pyłem znad Uroczyska niszczył drewniane poszycia w zastraszającym tempie.
Na nabrzeżu kanału rosły więc hałdy tłucznia i żwiru, a przy wejściu do kamieniołomu piętrzyły się stosy gotowych do transportu, wstępnie obrobionych granitowych bloków.
Bo Remonem Oltec nie pozwalał, by coś zakłóciło pracę powierzonej mu kopalni kamienia. Regulamin nie przewidywał przerwy ze względu na jakąś tam katastrofę.
A siła robocza była darmowa.
Gdy Szósta pierwszy raz zobaczyła pracujących na miejscu więźniów, wśród żołnierzy rozległ się pełen grozy szept. Te na wpół martwe, ubrane w cuchnące łachmany, pokryte owrzodzoną skórą, pobrzękujące łańcuchami widma nie mogły być ludźmi. Wyrobnicy poruszali się parami, przykuci do drewnianych nosideł, którymi dostarczali na miejsce mieszaninę mokrego żwiru i kamieni. Większość kuśtykała dziwnym, kaczym chodem, bo ich opuchnięte stawy nie zginały się zbyt dobrze; podchodzili pod sita, zrzucali urobek i truchtali z powrotem do kamieniołomu.
— Spieszą się, żeby wyrobić normę — powiedział do Kennetha gadatliwy strażnik. — Muszą obrócić dwadzieścia cztery razy przed obiadem i drugie tyle przed kolacją. Jak nie zdążą, nie ma jedzenia.
— Regulamin?
Więzienny strażnik, krępy góral w skórzanej kurcie i brudnych spodniach, z twarzą ocienioną rondem kapalinu, uniknął jego wzroku.
— Regulamin — potwierdził, bawiąc się wiszącą na rzemiennej pętli dębową pałką. — A regulamin rzecz święta.
— Widzę.
— Nie kłopoczcie się nimi, panie poruczniku. Nie myślcie o nich za wiele. To wszystko źli ludzie, zbóje, złodzieje, gwałciciele, krzywoprzysięzcy, lichwiarze i szpiedzy. Źli ludzie. Dobrzy tu nie trafiają… eee… — zreflektował się, do kogo mówi. — To znaczy, nieczęsto.
Varhenn Velergorf charknął i splunął, marszcząc pokrytą tatuażami twarz.
— Czasem lepiej komuś po prostu łeb rozwalić.
— Nie moja głowa na takie rozważania. — Nadzorca wydawał się zakłopotany tym, że musi z nimi rozmawiać, zamiast jak zwykle pognać do roboty, obijając pałą nerki. — Lepsi ode mnie dumali, co tych ludzi powinno spotkać za ich zbrodnie, i coś takiego właśnie wymyślili. Praca ma im pomóc odpokutować winy. A — rozjaśnił się nagle, trafiając na znany temat — i dla was roboty nie zabraknie. Łopaty są tam.
Pracowali pół dnia, nim przyniesiono im posiłek składający się z wodnistej kaszy i suchego chleba, po czym aż do wieczora znów machali łopatami. Robota była niezbyt ciężka, nie dla wypoczętych i przyzwyczajonych do wysiłku górali, ale monotonna i ponura. Wzdrygali się za każdym razem, gdy kolumna wychudłych więźniów dostarczała kolejną partię żwiru. Kenneth udał, że nie widzi, jak kilku żołnierzy ukradkiem podrzuca im kawałki chleba.
Czuł kwaśno-gorzki posmak w ustach i wcale nie chodziło o pył z Uroczyska, wiszący nad górami.
* * *
Przez pierwszych kilka dni wyrabiali normę przy pracy. Ale stopniowo opadali z sił. Więzienna dieta, składająca się z rozgotowanej kapusty, rzadkiej kaszy, wodnistej papki z grochu i chleba pieczonego najpewniej z fałszowanej mąki, sprawiała, że tracili na wadze i coraz wolniej machali łopatami. Szóstego dnia po raz pierwszy ograniczono im kolację do suchego chleba.
Kenneth poprosił o spotkanie z komendantem i zaprotestował. Remonem Oltec zbył go krótko – regulamin. Normy muszą być wykonane, a odrobina głodu działa motywująco.
Nie działała. Słabli, coraz wolniej wrzucali żwir na sita, z coraz większą niechęcią patrzyli na kolumny żywych szkieletów, przynoszących kolejne partie urobku do przesiania. Problem polegał na tym, że tamtych było kilka razy więcej niż Szóstek, więc żołnierze Kennetha po prostu nie nadążali. Żeby dostać choć tę nędzną kromkę chleba na kolację, wydłużali czas pracy, kosztem snu. Kolejnego dnia, niewyspani i głodni, pracowali jeszcze wolniej.
Porucznik szybko zrozumiał, jak działa system wyniszczający ludzi w tym więzieniu. Praca odbierała siły, a głód zdolność do myślenia o wszystkim, poza najbliższym posiłkiem. Ludzie byli gotowi harować od świtu do nocy, myśląc tylko o chochli rozgotowanej kaszy albo pajdzie czarnego chleba. I o niczym więcej. A uwzględniając to, że na jednego wartownika przypadało dziesięciu więźniów, trzymanie ich na skraju śmierci głodowej było jedną z metod kontroli nad skazańcami.
Dwunastego dnia pobytu w zamku Langre doszło do tego, do czego dojść musiało. Pilnujący ich tępy zbir o gębie pokrytej bliznami po ospie uderzył jednego z żołnierzy. Ot tak, dla podkreślenia własnej ważności, jak zapewne walił pałką każdego więźnia, który według niego nie przykładał się do roboty.
Uderzony strażnik odwinął się na miejscu, łopata w jego rękach rozmazała się w lśniący krąg i wylądowała na głowie głupca. Gdyby nie hełm, najpewniej mózg nadgorliwego idioty rozprysnąłby się po okolicy. Zbir wyrzucił ręce w górę, przewrócił oczyma i padł.
Na chwilę ustała praca wszystkich łopat, a tuzin pilnujących ich wartowników zamarł w najczystszym zdumieniu. To było coś absolutnie niepojętego, nie do pomyślenia. Tak niepojętego i nie do pomyślenia, że towarzysze powalonego ruszyli do bicia, wymachując pałkami. Tuzin przeciw kilkudziesięciu zaprawionych w walce, głodnych i wściekłych żołnierzy Górskiej Straży.
Gdyby Kenneth nie powstrzymał swoich ludzi, doszłoby do masakry.
Kazano im natychmiast przerwać pracę i wrócić do kwater.
Wieczorem nie dostali kolacji. Rankiem, gdy kompania wyszła na plac, nagle otoczyło ją pół setki uzbrojonych w kusze, włócznie i topory nadzorców, noszących oprócz kapalinów wykonane z utwardzonej skóry półpancerze. Remonem Oltec wysunął się przed ich szereg, ubrany w kolczugę i hełm i oznajmił:
— Wczoraj jeden was zaatakował Cenela Oucha, strażnika więziennego trzeciej rangi. Panie poruczniku, proszę wydać winnego.
Kenneth stanął naprzeciw komendanta.
— Niestety, panie kapitanie, nie widziałem samego zajścia, więc nie wiem który to.
— Rozumiem. — Rybie oczy Olteca nie zmieniły wyrazu. — Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Właściwie byłbym zawiedziony, gdyby była inna.
Dowódca więzienia machnął ręką i kilku nadzorców, stękając, przytachało pobrzękujący łańcuchami kosz.
— Regulamin mówi, że każdy, kto zaatakuje strażnika, ma otrzymać sto batów, przez dziesięć dni dostawać tylko chleb i wodę oraz pozostać zakuty do końca swojego pobytu w więzieniu. Chłosta, jak rozumiem, nie wchodzi w grę, skoro nie potrafi pan wskazać winowajcy, lecz woda i chleb będą waszymi racjami przez najbliższe dziesięć dni i wszyscy — podkreślił, uśmiechając się ładnym, wyćwiczonym grymasem — będziecie nosić kajdany na nogach. Nie utrudnią wam pracy, tylko pomogą… okiełznać temperament. Pracę też wam zmienimy. I kwatery. Od dziś będziecie mieszkać w barakach przy kamieniołomie, wraz z innymi więźniami.
Kenneth wyczuł, jak jego ludzie się spinają, patrząc na żelazne pęta. I widział, jak na twarze uzbrojonych w kusze nadzorców wpełzają złe uśmiechy.
— Szósta Kompania baczność! Dziesiątkami wystąp! Robimy, co każą.
Pierwszy zrobił krok w stronę kosza.
Remonem Oltec uśmiechnął się tylko na ten widok.
— Nie, nie, panie poruczniku, pan nie zostanie skuty. W końcu jest pan oficerem.
Tak zaczęła się ich droga na samo dno piekła.