III

Franklin zobaczył po raz pierwszy Indrę Langenburg, jak umazana we krwi po łokcie grzebała we wnętrznościach dziesięciostopowego rekina, którego przed chwilą wypatroszyła. Wielka bestia leżała odwrócona do słońca swoim białym brzuchem na plaży, którą Franklin wybrał sobie na miejsce porannej przechadzki. Z paszczy rekina zwisał jeszcze kawał grubego łańcucha; widocznie złapano drapieżnika w nocy i pozostawiono na brzegu.

Franklin przyglądał się przez chwilę dziwnemu zestawieniu pięknej dziewczyny i martwej bestii, po czym powiedział:

— Muszę przyznać, że nie lubię takich widoków przed śniadaniem. Co ty tu robisz?

Brązowa, owalna twarz z bardzo poważnymi oczami zwróciła się w jego stronę. Długi na stopę., ostry jak brzytwa nóż, który był sprawcą tych jatek, nie przestał ani na chwilę działać wśród chrzęści i wnętrzności.

— Piszę pracę — odpowiedział mu głos równie poważny jak spojrzenie — na temat zawartości witamin w wątrobie rekina. Trzeba do tego dużo rekinów; to jest mój trzeci w tym tygodniu. Może chcesz trochę zębów na pamiątkę? Mam ich bardzo dużo.

Podeszła do głowy potwora i wsunęła nóż do paszczy, która była rozwarta dzięki włożonemu klockowi. Szybki ruch dłoni i z paszczy rekina zaczął, się wyłaniać sznur śmiercionośnych trójkątnych zębów, niczym piła łańcuchowa zrobiona z kości.

— Nie, dziękuję — powiedział Franklin pośpiesznie. — Nie przeszkadzaj sobie w pracy.

Wyglądała na jakieś dwadzieścia lat. Franklin nie był zdziwiony tym, że na tak małej wysepce spotkał nieznajomą dziewczynę, gdyż pracownicy naukowi ze Stacji Badawczej nie mieli zbyt wielu kontaktów z administracją i ośrodkiem szkoleniowym.

— Jesteś tutaj nowy, prawda? — spytała unurzana we krwi uczona wrzucając z wyraźną satysfakcją wielki płat wątroby do wiadra. — Nie widziałam cię na ostatnim wieczorku tanecznym w Kwaterze Głównej.

Pytanie sprawiło Franklinowi przyjemność. Dobrze było spotkać kogoś, kto nic o nim nie wiedział i nie starał się dociekać przyczyn jego obecności na wyspie. Czuł, że po raz pierwszy od czasu swego przyjazdu może rozmawiać swobodnie i bez skrępowania.

— Tak, przyjechałem tutaj na szkolenie. A ty od jak dawna tu jesteś?

Przeciągał rozmowę po to tylko, aby dłużej być w jej towarzystwie, a ona niewątpliwie zdawała sobie z tego doskonale sprawę.

— Oj, prawie miesiąc — odpowiedziała nonszalancko. Jeszcze jedno plaśnięcie i wiadro było prawie pełne. — Przyjechałam tutaj z Uniwersytetu Miami.

— Jesteś Amerykanką?

— Nie; moimi przodkami byli Holendrzy, Birmańczycy i Szkoci, mniej więcej w równych proporcjach. Aby sprawa była nieco bardziej skomplikowana, urodziłam się w Japonii — wyjaśniła dziewczyna z powagą.

Franklin zastanawiał się przez chwilę, czy z niego nie żartuje, lecz w twarzy dziewczyny nie było ani cienia przewrotności. Wygląda na bardzo miłe dziecko, pomyślał sobie, ale przecież nie mogę stać tutaj i rozmawiać przez cały dzień. Miał tylko czterdzieści minut na śniadanie, a o dziewiątej rozpoczynały się poranne zajęcia z podmorskiej nawigacji.

Wkrótce zapomniał o spotkaniu, gdyż ciągle spotykał nowe twarze i krąg jego znajomych rozszerzał się nieustannie. Przyśpieszone szkolenie nie pozostawiało mu wiele czasu na życie towarzyskie, co przyjmował z wdzięcznością; uwolniło go to od ciężaru wspomnień z łatwością, która go mile zaskoczyła. Widocznie jednak ci, którzy go tutaj przysłali, dobrze wiedzieli, co robią.

Cała wiedza empiryczna — statystyki, dane liczbowe, znajomość administracji — została mu prawie bezboleśnie wstrzyknięta pod hipnozą. Potem długie posiedzenia, w czasie których magnetofon zadawał mu pytania, a potem sam dawał odpowiedzi i sprawdzał, czy wiadomości zostały rzeczywiście przyswojone, a nie wyleciały natychmiast drugim uchem, jak to się czasem zdarzało.

Don Burley nie miał nic wspólnego z tą częścią szkolenia, ale ku swojemu niezadowoleniu nie miał wolnego czasu, gdy Franklinem zajmowali się inni. Szef skorzystał skwapliwie z okazji, że Don znowu wpadł w jego pazury, i z wielkim taktem oraz wdziękiem „zaproponował” mu prowadzenie w wolnych chwilach wykładów na trzech kursach szkoleniowych. Przyparty do muru przez przełożonego Don nie miał innego wyjścia, jak zgodzić się, robiąc dobrą minę do złej gry. Tak więc jego pobyt na wyspie trudno było nazwać wakacjami.

Za to nie ziściły się jego obawy co do Franklina; można z nim było wytrzymać, jeśli nie wnikało się w jego sprawy osobiste. Był wybitnie inteligentny i miał za sobą przeszkolenie techniczne, pod pewnymi względami przewyższające umiejętności Dona, Rzadko trzeba mu było wyjaśniać coś więcej niż raz i zanim jeszcze doszło do pierwszych prób na urządzeniach treningowych, Don zorientował się, że jego uczeń ma wszelkie dane na „rasowego” pilota. Miał sprawne dłonie, reagował szybko i dokładnie i miał ten trudny do określenia spokój, który pozwala odróżnić pilota najwyższej klasy od po prostu dobrego.

Don wiedział jednak, że sama wiedza i umiejętności nie wystarczają. Potrzebne było coś jeszcze i na razie nie można było odgadnąć, czy Franklin to posiada. Dopiero obserwując reakcję swego ucznia na pierwsze zanurzenie w głębiny oceanu Don dowie się, czy cały ten wysiłek ma jakiś sens.

Franklin musiał się nauczyć tylu rzeczy, że wydawało się niemożliwe, aby ktoś mógł to opanować w ciągu dwóch miesięcy, jak tego wymagał program. Don przeszedł normalny półroczny kurs i nie mógł jakoś pogodzić się z myślą, że ktoś może opanować ten sam materiał w czasie trzykrotnie krótszym, nawet przy specjalnym instruktorze. Przecież samą mechanikę — budowę różnych typów łodzi podwodnych — wkuwało się co najmniej przez dwa miesiące, mimo pomocy najlepszych instruktorów. On tymczasem musiał w takim samym okresie nauczyć Franklina zasad sztuki żeglarskiej i nawigacji podwodnej, podstaw oceanografii, podmorskiej łączności oraz ichtiologii w niemałym zakresie, psychologii zwierząt morskich i oczywiście cetologii. Jak na razie Franklin nigdy jeszcze nie widział wieloryba żywego ani martwego i Don z niecierpliwością oczekiwał pierwszej konfrontacji. Obserwując ucznia w takiej chwili można było dowiedzieć się wszystkiego o jego przydatności do zawodu.

Mieli za sobą dwa tygodnie wspólnej ciężkiej pracy, kiedy Don po raz pierwszy wziął Franklina pod wodę. Do tego czasu ustaliły się ich wzajemne stosunki: były przyjazne, a jednocześnie chłodne. Poufałość ograniczała się do tego, że mówili do siebie „Don” i „Walt”. Burley nadal nie wiedział nic o przeszłości Franklina, chociaż ukuł sobie na własny użytek kilka teorii. Najbardziej skłaniał się ku hipotezie, że jego uczeń jest wyjątkowo uzdolnionym kryminalistą, który został całkowicie wyleczony i teraz przechodzi rehabilitacje. Zastanawiał się nawet, czy Franklin mógł być mordercą, co było intrygującym przypuszczeniem, i żywił cichą nadzieję, że ta właśnie hipoteza jest prawdziwa.

Franklin nie zachowywał się już tak dziwnie, jak podczas pierwszego spotkania, chociaż niewątpliwie widać po nim było zwiększone napięcie nerwowe. Ponieważ jednak zdarzało się to nawet najlepszym inspektorom, Don nie przejmował się tym zbytnio. Jego zaciekawienie przeszłością Franklina również nieco zmalało, gdyż miał zbyt wiele zajęć, aby o tym myśleć. Życie nauczyło go cierpliwości, a nie wątpił, że prędzej czy później dowie się całej prawdy. Był prawie pewien, że raz czy dwa Franklin szykował się, aby mu coś wyznać, lecz cofnął się w ostatniej chwili. W obu wypadkach Don udawał, że nic nie zauważył, i nadal utrzymywali we wzajemnych stosunkach z góry ustalony bezosobowy ton.


Był piękny poranek i tylko lekka fala poruszała powierzchnię oceanu, kiedy weszli na wąskie molo, sięgające aż do skraju rafy. Był przypływ i cała rafa znajdowała się pod woda, której głębokość nie przekraczała jednak pięciu — sześciu stóp, tak że widać było każdy szczegół dna. Franklin i Burley zaledwie raczyli spojrzeć na to naturalne akwarium, nad którym przechodzili. Był to dla nich zbyt dobrze znany widok; poza tym wiedzieli, że prawdziwe piękno i cuda raf koralowych kryją się w głębszych wodach, dalej w morzu.

W odległości dwustu jardów od brzegu koralowy krajobraz gwałtownie zapadał się w głębinę, lecz molo szło jeszcze dalej, opierając się na coraz to wyższych słupach, aż wreszcie kończyło się platformą, na której wznosiło się kilka budynków. Podjęto tu bohaterski i trzeba przyznać uwieńczony powodzeniem wysiłek, aby uniknąć brudu i chaosu panującego zazwyczaj w stoczniach i na nabrzeżach; nawet dźwigi zostały zaprojektowane tak, aby nie raziły oka. Rząd Stanu Queensland po długich debatach wydzierżawił Archipelag Koziorożca Światowej Organizacji do Spraw Wyżywienia, pod warunkiem jednak, że nie ucierpi na tym piękno wysepek. Trzeba przyznać, że warunku tego na ogół dotrzymano.

— Zamówiłem dwie torpedy — powiedział Burley, kiedy zeszli po schodach na końcu mola i przekroczyli podwójne drzwi wielkiej śluzy powietrznej. Franklin usłyszał pstryknięcie w uszach, które przystosowywały się do zwiększonego ciśnienia; domyślił się, że muszą być ze dwadzieścia stóp pod powierzchnią wody. Znajdowali się w jasno oświetlonym pomieszczeniu, zawalonym wszelkiego rodzaju podwodnym ekwipunkiem — od zwykłych aparatów tlenowych do skomplikowanych urządzeń napędowych. Dwie zamówione przez Dona torpedy leżały w swoich łożyskach na pochylni schodzącej do wody. Pomalowane były na kolor jasnożółty, zarezerwowany dla sprzętu szkoleniowego, i Don spojrzał na nie z niechęcią.

— Już od paru lat nie używałem czegoś takiego — odezwał się do Franklina. — Dasz sobie z tym radę lepiej ode mnie. Ja, kiedy już mam wejść do wody, wolę poruszać się siłą własnego napędu.

Rozebrali się do kąpielówek i koszulek i zapięli na sobie szelki akwalungów. Don wziął do ręki mały, ale zaskakująco ciężki plastykowy cylinder i podał go Franklinowi.

— To jest właśnie ten aparat do regulacji ciśnienia, o którym ci mówiłem — powiedział. — Zawarte w nim powietrze pod ciśnieniem tysiąca atmosfer jest cięższe od wody i dlatego potrzebne są te dodatkowe zbiorniki balastowe. Urządzenie samoregulujące działa bardzo sprawnie; w miarę zużycia powietrza zbiorniki balastowe stopniowo napełniają się wodą, tak że cały cylinder jest zawsze wyważony na zero. W przeciwnym razie wyrzuciłoby cię na powierzchnię jak korek.

Spojrzał na wskaźniki ciśnienia i kiwnął aprobująco głową.

— Są napełnione prawie do połowy — powiedział. — To więcej, niż nam potrzeba. Taki zbiornik solidnie napompowany wystarcza na cały dzień siedzenia pod wodą, a my nie będziemy dłużej niż godzinę.

Założyli nowe, przykrywające całą twarz maski, już wcześniej sprawdzone i dopasowane. Na okres ich pobytu tutaj maski te będą czymś równie prywatnym, jak szczoteczki do zębów, gdyż nie ma dwóch twarzy zupełnie identycznych, a najmniejsza nawet szczelina może stać się przyczyną fatalnych następstw.

Po sprawdzeniu zapasów powietrza i podwodnych krótkofalówek Don i Walter położyli się na płask, każdy na swojej wysmukłej torpedzie, kryjąc głowy za niskimi przezroczystymi osłonami, chroniącymi przed naporem wody, kiedy będą płynąć z szybkością dochodzącą do trzydziestu węzłów. Franklin wsunął stopy w strzemiona, wyczuwając palcami pedał gazu i dźwignię uruchamiającą wsteczny bieg. Mały drążek sterowy, pozwalający kierować torpedą jak samolotem, mieścił się przed jego twarzą pośrodku pulpitu sterowniczego, który oprócz tego miał jedynie kilka przełączników, kompas oraz wskaźniki prędkości, głębokości i stanu baterii.

Don udzielał Franklinowi ostatnich instrukcji, kończąc słowami:

— Trzymaj się o dwadzieścia stóp w prawo ode mnie, tak żebym mógł cię mieć cały czas na oku. Gdyby stało się coś takiego, że będziesz musiał wypuścić torpedę z rąk, to na litość boską wyłącz silnik. Nie chcemy, żeby buszowała po całej rafie. Gotowe?

— Gotowe — odpowiedział Franklin do swego mikrofonu.

— W porządku. Ruszamy.

Torpedy ześliznęły się lekko po pochylni i znaleźli się pod wodą. Nie było to dla Franklina czymś zupełnie nowym, gdyż podobnie jak większość ludzi na świecie próbował płetwonurkowania, a nawet pływał w akwalungu, aby przekonać się, na czym to polega. Kiedy mała turbina odezwała się za jego plecami, a ściany podwodnej komory zaczęły umykać do tyłu, nie czuł nic, poza przyjemnym podnieceniem.

Z chwilą gdy wydostali się spod filarów mola na otwarte wody, zrobiło się wokół nich jaśniej. Widoczność nie była zbyt dobra — nie więcej niż trzydzieści stóp — ale Don wiedział, że na pełnym morzu będzie lepiej. Skierował teraz swoją torpedę pod kątem prostym do skraju rafy, płynąc ku głębszym wodom z niewielką szybkością pięciu węzłów.

— Największym niebezpieczeństwem — odezwał się głos Dona w nausznikach Franklina — jest możliwość wpakowania się na coś przy zbyt dużej szybkości. Trzeba dużego doświadczenia, aby nauczyć się właściwie oceniać odległości pod wodą. O, widzisz?

Don skręcił gwałtownie, aby wyminąć wielką bryłę koralu, która nagle wyrosła tuż przed nimi. Franklin pomyślał sobie, że jeśli ten pokaz był zaplanowany, to Don rzeczywiście pięknie wyliczył moment. Kiedy mijali te żywą górę w odległości nie większej niż dziesięć stóp, zauważył niezliczone stada jaskrawo ubarwionych ryb, przypatrujących im się z pozorną obojętnością. Widocznie zdążyły się już tak przyzwyczaić do torped i łodzi podwodnych, że nie reagowały na ich widok. Zresztą cała ta strefa stanowiła ścisły rezerwat i ryby nie miały powodu do obaw.

Po kilku minutach jazdy ze zwiększoną szybkością znaleźli się na szerszych wodach kanału, oddzielającego wyspę od pierścienia raf. Mieli teraz miejsce na wykonywanie ewolucji i Franklin w ślad za swoim nauczycielem robił całe serie skrętów, pętli i zygzaków, tracąc w końcu wszelkie poczucie kierunku. Czasami pikowali w dół, do rozciągającego się o sto stóp poniżej dna, a potem, niczym ryby latające, wyskakiwali na powierzchnię, aby zorientować się w położeniu. Don przez cały czas prowadził komentarz, przerywany pytaniami, aby sprawdzić, jak Franklin reaguje na jazdę.

Było to niezwykle przyjemne przeżycie. Tutaj, w kanale, woda była znacznie czystsza i widoczność sięgała stu stóp. W pewnej chwili wjechali w środek ogromnej ławicy makreli, które towarzyszyły im zaciekawione, dopóki nie zwiększyli szybkości. Nie widzieli nigdzie rekinów i Franklin dał wyraz swemu zdziwieniu z tego powodu.

— Trudno je zobaczyć, kiedy się płynie torpedą — wyjaśnił Don — bo odstrasza je hałas silnika. Jeśli chcesz poznać miejscowe rekiny, będziesz musiał popływać tradycyjnie albo wyłączyć silnik i zaczekać, aż podpłyną, żeby ci się przyjrzeć.

W oddali zamajaczył niewyraźnie jakiś ciemny masyw, zmniejszyli więc szybkość i powoli zbliżali się do niewielkiego łańcucha koralowych wzgórz, wznoszącego się na dwadzieścia do trzydziestu stóp nad dnem.

— Tu gdzieś mieszka pewien mój stary znajomy — powiedział Don. — Ciekawe, czy jest w domu. Ostatni raz widzieliśmy się przed czterema laty, ale dla niego to nie jest długo. Mieszka tutaj już od kilku stuleci.

Opływali teraz skraj wielkiego, porośniętego zielenią koralowego grzyba i Franklin wpatrywał się w cień pod jego kapeluszem. Było tam kilka sporych głazów i para wytwornych aniołów morskich, które stawały się prawie niewidoczne, kiedy zwracały się do niego swoją płaską stroną. Nie potrafił jednak dostrzec niczego, co usprawiedliwiałoby zainteresowanie Dona.

Franklin poczuł dreszcz niepokoju, kiedy jeden z głazów poruszył się, na szczęście nie w jego kierunku. Największa ryba, jaką widział w życiu — długością dorównująca torpedzie, lecz znacznie grubsza — wpatrywała się w niego swoimi wyłupiastymi oczami. Nagle ryba groźnie rozwarła paszczę i Franklin poczuł się jak Jonasz w decydującym momencie swojej kariery. Przez chwilę widział grube, ciemnogranatowe wargi, a za nimi rząd zaskakująco drobnych zębów; potem potężne szczęki zatrzasnęły się tak, że prawie poczuł prąd wyrzucanej spomiędzy nich wody.

Don robił wrażenie zadowolonego ze spotkania, które widocznie przypominało mu dni, kiedy sam był tutaj uczniem.

— To miło zobaczyć znowu starego Ciamkacza! Czyż nie jest piękny? Siedemset pięćdziesiąt funtów, jeśli nie więcej. Udało nam się odnaleźć go na zdjęciach robionych tu przed osiemdziesięciu laty i był już wtedy niewiele mniejszy. To cud, że uniknął kusz płetwonurków, zanim ten teren objęto ochroną.

— Mnie dziwi raczej to, że ocaleli płetwonurkowie — wtrącił Franklin.

— On nie jest w gruncie rzeczy niebezpieczny. Strzępicie interesują się tylko tym, co potrafią przełknąć w całości — te ich śmieszne ząbki nie bardzo nadają się do gryzienia, a dorosły mężczyzna to trochę za dużo jak na jeden kąsek. Na to musimy zaczekać jeszcze ze sto lat.

Pożegnali gigantycznego strzępiela, nadal czuwającego u wejścia do swojej groty, i popłynęli dalej skrajem rafy. Przez następne dziesięć minut nie widzieli nic ciekawego prócz wielkiej płaszczki, która leżała na dnie i na ich widok poderwała się, pośpiesznie machając skrzydłami. Kiedy odpływała, wyglądała jak dokładna kopia wielkich samolotów typu delta, jakie królowały przez pewien czas w przestworzach, sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat temu. To dziwne, pomyślał Franklin, jak natura potrafiła przewidzieć tyle wynalazków człowieka — na przykład dokładny kształt pojazdu, którym teraz jechał, a nawet zasadę odrzutu, za pomocą której się poruszał.

— Mam zamiar opłynąć rafę dookoła — powiedział Don — co zajmie nam około czterdziestu minut. Jak się czujesz?

— Doskonale.

— Nie masz kłopotów z uszami?

— Z początku miałem coś z lewym, ale już mi przeszło.

— W porządku. Płyń za mną, ale nieco wyżej, tak żebym mógł cię widzieć w lusterku. Kiedy płynąłeś z mojej prawej strony, cały czas bałem się, że na ciebie wpadnę.

W nowym ustawieniu ruszyli na wschód wzdłuż nieregularnego konturu rafy, utrzymując stałą szybkość dziesięciu węzłów. Don był zadowolony z wyprawy; wszystko wskazywało na to, że Franklin czuje się pod wodą doskonale — chociaż ostatecznym sprawdzianem mogło być tylko zachowanie się w nieprzewidzianej sytuacji. Ten punkt był w programie następnej lekcji; Franklin nie podejrzewał nawet, że nieprzewidziana sytuacja została już przewidziana.

Загрузка...