XIV

Główny księgowy położył swoje zestawienia i tabele na biurku i sponad swoich staromodnych okularów spojrzał okiem zwycięzcy na nieliczne grono słuchaczy.

— Sami więc widzicie, że nie ma żadnych wątpliwości — powiedział. — W tej okolicy — tu wskazał palcem punkt na mapie — liczba śmiertelnych wypadków wśród kaszalotów. jest nieproporcjonalnie wysoka. Rachunek prawdopodobieństwa wyklucza tutaj działanie przypadku. W ciągu ostatnich pięciu lat nie mniej niż dziewięć wielorybów zginęło na tym stosunkowo niewielkim odcinku trasy.

Jak wiadomo, kaszaloty nie mają w przyrodzie przeciwników, z wyjątkiem orek, które czasem atakują samice z młodymi. Jesteśmy; jednak prawie pewni, że na tym terenie od lat nie notowano stada orek, zaś wśród ofiar były; co najmniej trzy dorosłe samce. Według nas istnieje tylko jedno wyjaśnienie.

Dno morskie leży tu na głębokości niecałych czterech tysięcy stóp, co oznacza, że kaszalot może zejść do dna i zostaje mu jeszcze kilka minut na polowanie, zanim będzie musiał wypłynąć na powierzchnię. Od czasu, kiedy ustalono, że kaszaloty żywią się prawie wyłącznie głowonogami, uczeni zastanawiali się, czy możliwe jest, aby dziesięciornica zwyciężyła w pojedynku z kaszalotem. Na ogół uważa się, że jest to niemożliwe, gdyż wieloryb jest znacznie większy i silniejszy.

Musimy jednak pamiętać, że do dzisiaj nikt nie wie na pewno, do jakich rozmiarów dorastają największe dziesięciornice; Wydział Biologii poinformował mnie, że znajdowano ramiona Bathyteutis Maximus długości osiemdziesięciu stóp. Poza tym na tej głębokości wystarczy, aby dziesięciornica przytrzymała wieloryba przez kilka minut. W ten sposób zrodziła się przed kilku laty hipoteza, że we wskazanej okolicy żyje przynajmniej jeden olbrzymi głowonóg. Nazwaliśmy go Percy.

Aż do ostatniego tygodnia Percy był tylko hipotezą. Ale jak wiecie, w zeszłym tygodniu znaleziono martwego wieloryba numer S 87693, z charakterystycznymi ranami od dzioba i przyssawek głowonoga. Chciałbym, żebyście obejrzeli sobie te fotografie.

Tu główny księgowy wyjął z teczki i rozdał kilka lśniących, dużych fotografii. Każda z nich pokazywała fragment ciała wieloryba poszarpanego i poznaczonego idealnie okrągłymi śladami. Jednocześnie sfotografowano linijkę, aby dać pojęcie o rozmiarach ran.

— Są tu ślady przyssawek o średnicy dochodzącej do sześciu cali. Teraz możemy już chyba uznać, że Percy nie jest niczyim wymysłem. Powstaje pytanie, co z nim począć. Ponosimy przez niego straty przekraczające dwadzieścia tysięcy dolarów w skali rocznej. Chętnie wysłuchamy wszystkich propozycji w tej sprawie.

Zapanowało milczenie, w czasie którego zgromadzeni przyglądali się fotografiom. Po chwili odezwał się dyrektor:

— Zaprosiłem tutaj Waltera Franklina, aby wysłuchać jego opinii. Co ty na to, Walterze? Czy potrafisz dać radę Parcy’emu?

— Tak, pod warunkiem, że uda mi się go odnaleźć, ale dno w tamtym miejscu jest bardzo nierówne i poszukiwania mogą być bardzo długie. Oczywiście nie można do tego celu użyć normalnej łodzi podwodnej, gdyż nie istniałby żaden margines bezpieczeństwa na tej głębokości, zwłaszcza jeśli uwzględnić uściski Percy’ego. Nawiasem mówiąc, jak pan ocenia jego rozmiary?

Główny Księgowy, zwykle tak skory do szastania liczbami, tym razem zawahał się przez chwilą.,

— To nie jest moja ocena — powiedział — ale biologowie twierdzą, że on może mieć sto pięćdziesiąt stóp długości.

Rozległo się kilka cichych gwizdnięć, ale dyrektor pozostał niewzruszony. Już dawno temu przekonał się, ile racji jest w starym powiedzonku, że są w morzu ryby większe od tych, które się łowi. Wiedział również, że w środowisku, w którym siła ciążenia nie ogranicza rozmiarów zwierząt, mogą one rosnąć prawie w nieskończoność, aż do śmierci. Zaś ze wszystkich mieszkańców morza najmniej musiał obawiać się ataku właśnie olbrzymi głowonóg. Nawet jego jedyny wróg, kaszalot, nie mógł mu nic zrobić, jeśli pozostawał na głębokościach poniżej czterech tysięcy stóp.

— Istnieje wiele sposobów na uśmiercenie Percy’ego, jeśli uda nam się odnaleźć jego kryjówkę — odezwał się biolog. — Można użyć materiałów wybuchowych, prądu elektrycznego, trucizny. Myślę jednak, że nie powinniśmy go zabijać, dopóki nie ma absolutnej konieczności. Percy musi być jednym z największych zwierząt żyjących na naszej planecie i zabicie go byłoby zbrodnią.

— Wolnego, Roberts! — zaprotestował dyrektor. — Pozwolę sobie przypomnieć, że zadaniem naszej sekcji jest wyłącznie produkcja żywności, nie zaś badania czy troska o zdrowie jakichkolwiek zwierząt poza wielorybami. Ponadto sądzę, że jest pewną przesadą mówienie o zbrodni, kiedy chodzi o przerośniętego mięczaka.

Doktor Roberts nie uląkł się wymówki w głosie dyrektora.

— Zgadzam się całkowicie — powiedział — że produkcja jest naszym głównym zadaniem i że stale musimy pamiętać o czynnikach ekonomicznych. Jednocześnie jednak współpracujemy ściśle z Departamentem Nauki i tutaj mamy do czynienia z przypadkiem, kiedy ta współpraca może przynieść obustronne korzyści. Niewykluczone nawet, że na dłuższą metę sprawa okaże się opłacalna.

— Mów dalej — powiedział dyrektor z lekkim błyskiem w oku. Zastanawiał się, co za genialny plan uknuli biologowie wspólnie ze swoimi kolegami z Wydziału Badań.

— Nigdy dotychczas nie schwytano olbrzymiego głowonoga po prostu dlatego, że nie mieliśmy odpowiednich do tego środków. Byłoby to kosztowne przedsięwzięcie, ale ponieważ mamy i tak polować na Percy’ego, więc dodatkowe koszty nie powinny być duże i proponuję, aby schwytać go żywcem.

Nikt nie zapytał, jak to zrobić. Jeśli doktor Roberts proponuje coś takiego, to znaczy, że ma już gotowy plan działania. Dyrektorzy jak zwykle pominęli milczeniem drobne szczegóły techniczne, związane z wyciągnięciem wielotonowej walczącej dziesięciornicy z głębokości mili, i przeszli od razu do spraw najważniejszych.

— Kto za to zapłaci? I co zrobicie z Percym, kiedy go schwytacie?

— Departament Nauki zapewni dodatkowy sprzęt, jeśli my damy łodzie podwodne i inspektorów. Będzie nam także potrzebny dok pływający, który pożyczyliśmy niedawno z Wydziału Remontowego; skoro mieści dwa wieloryby, to i Percy powinian się tam zmieścić. Dodatkowe koszty obejmą aparaturę do natleniania wody, siatkę pod napięciem, żeby nam więzień nie wyłaził, itp. W sumie oznacza to wykorzystanie przez pewien czas doku jako laboratorium.

— A co potem?

— Potem go sprzedamy.

— Nie słyszałem, żeby było ostatnio wielkie zapotrzebowanie na dziesięciornice tych rozmiarów.

Doktor Roberts ujawnił swoją atutową kartę niczym aktor, wygłaszający swoją popisową kwestię.

— Jeśli dostarczymy Percy’ego żywego i w dobrym stanie, Marineland na Florydzie zapłaci nam za niego pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Taka była pierwsza, nieoficjalna, oferta profesora Miltona, kiedy z nim dziś na ten temat rozmawiałem. Jestem pewien, że moglibyśmy zażądać większej sumy; zastanawiałem się nawet, czy nie zawrzeć umowy na udział w zyskach. Przecież taka gigantyczna dziesięciornica byłaby największą atrakcją Marinelandu.

— Mieliśmy dosyć kłopotu z waszymi badaniami naukowymi — burczał dyrektor — a teraz wygląda na to, że będziemy zajmować się organizacją widowisk rozrywkowych. Miiao to, jeśli chodzi o mnie, nie stawiam sprzeciwu. Jeżeli księgowość przekona mnie, że przedsięwzięcie nie jest zbyt kosztowne i jeśli nie pojawią się jakieś niespodziewane przeszkody, to będziemy próbować. Oczywiście pod warunkiem, że Franklin i jego koledzy uznają, że to jest do zrobienia, gdyż wykonanie zadania spadnie na ich barki.

— Jeżeli doktor Roberts ma jakiś realny plan, to chętnie go z nim omówię. Projekt wygląda niezwykle interesująco.

Franklin był bardzo ostrożny w takich sprawach, gdyż przekonał się na własnej skórze, że nadmierny entuzjazm prowadzi do rozczarowań. Jeżeli „Operacja Percy” dojdzie do skutku, będzie to najbardziej pasjonujące zadanie, z jakim zetknął się podczas swojej pięcioletniej pracy. Było to jednak zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe; na pewno zdarzy się coś takiego, że rzecz nie dojdzie do skutku.


Franklin nie miał racji. W niecały miesiąc później opuszczał się na dno oceanu w specjalnie przygotowanej łodzi podwodnej. O dwieście stóp z tyłu płynął za nim w drugiej łodzi Don Burley. Nie pływali razem od czasu tamtych dni na Wyspie Czapli, ale kiedy spytano Franklina, kogo chce do współpracy, natychmiast pomyślał o Donie. Była to szansa, jaka trafia się raz w życiu, i Don nigdy by mu nie przebaczył, gdyby wybrał kogoś innego.

Franklin zastanawiał się czasami, jak Don odnosi się do jego błyskawicznej kariery. Pięć lat temu Don był starszym inspektorem, a on zupełnie zielonym nowicjuszem. Teraz obaj byli starszymi inspektorami i prawdopodobnie on wkrótce awansuje wyżej. Nie myślał o tym z zachwytem, gdyż mimo całej ambicji zdawał sobie sprawę, że każdy nowy awans oznacza mniejszą liczbę godzin spędzonych w morzu. Może Don dobrze wiedział, co robi; trudno było go sobie wyobrazić za biurkiem…

— Wypróbuj swoje światła — odezwał się głos Dona przez radio. — Doktor Roberts chce, żebym ci zrobił zdjęcie.

— Już się robi — odpowiedział Franklin.

— Ho, ho! Wyglądasz pięknie. Gdybym był dziesieciornicą, nie potrafiłbym ci się oprzeć. Odwróć się na chwilę bokiem. Dziękuję. Pierwszy raz w życiu widzę choinkę płynącą z szybkością dziesięciu węzłów na głębokości sześciu sążni.

Franklin roześmiał się i wyłączył iluminację. Pomysł doktora Robertsa był dość prosty, ale dopiero teraz okaże się, czy sprawdzi się w praktyce. Wielu mieszkańców mrocznych otchłani oceanu posiada całe konstelacje organów świetlnych, które może dowolnie zapalać i gasić. Głowonogi ze swymi wielkimi oczami są szczególnie uwrażliwione na takie światła. Używają ich nie tylko do wabienia swoich ofiar, lecz także partnerów płci odmiennej. Jeśli jednak dziesięciornice są rzeczywiście tak inteligentne, jak o nich mówią, to Percy szybko odkryje oszustwo. Będzie śmiesznie, pomyślał Franklin, jeśli zamiast Percy’ego da się nabrać jakiś nurkujący kaszalot i on zaatakuje łódź podwodną.

Płynęli teraz zaledwie pięćset stóp ponad skalistym dnem i każdy jego szczegół widać było wyraźnie na ekranie hydrolokatora. Miejsce wyglądało niezbyt zachęcająco: mogły tu być setki jaskiń, stanowiących znakomitą kryjówkę dla Percy’ego. A przecież wieloryby potrafiły go wykrywać — ku własnej zgubie. Moja łódź jest przecież nie gorsza od kaszalota, powiedział sobie Franklin.

— Mamy szczęście — odezwał się Don. — rzadko się tu zdarza, żeby woda była tak czysta. Jeśli nie wzbijemy mułu, będziemy mogli widzieć na kilkaset stóp.

Było to bardzo ważne: świetlne przynęty Franklina byłyby bezużyteczne w mętnej wodzie. Włączył teraz kamery telewizji i od razu dostrzegł słaby poblask światła na prawej burcie Dona, płynącego w odległości dwustu stóp. Rzeczywiście widoczność była znakomita, co powinno bardzo ułatwić ich zadanie.

Franklin złapał sygnał najbliższej radiolatarni i szczegółowo określił swoją pozycję. Dla większej dokładności poprosił Dona o zrobienie tego samego i wyciągnęli średnią ze swoich wyników. Od tego miejsca zaczęli poszukiwania, płynąc powoli równoległymi kursami.

Rzadko zdarzało się znaleźć nagą skałę na tej głębokości, gdyż dno oceanu jest normalnie pokryte warstwą osadów grubości setek, a nawet tysięcy stóp. Widocznie, pomyślał sobie Franklin, przepływają tędy potężne prądy sezonowe, gdyż obecnie przyrządy nie notowały żadnego ruchu wód. Musiało to być związane ze znajdującym się w pobliżu Kanionem Millera, wrzynającym się na głębokość dziesięciu tysięcy stóp.

Co kilka sekund Franklin włączał swoje kolorowe światła i z napięciem wpatrywał się w ekran, oczekując jakiejś reakcji. Po chwili miał asystę kilku fantastycznych ryb głębinowych — upiornych istot o potwornych szczękach, najeżonych groteskowymi czułkami i wyrostkami. Zew jego świateł był widocznie silniejszy niż strach przed hałasem silników, co można było uważać za dobry znak. Ryby nie nadążały za łodzią, ale na ich miejsce zjawiały się nowe potwory, wśród których nie było dwóch jednakowych. Stosunkowo mniej uwagi poświęcał Franklin ekranowi telewizyjnemu; ważniejsze były dane sięgającego znacznie dalej hydrolokatora. Musiał teraz nie tylko wypatrywać Percy’ego, lecz także wystrzegać się skał i pagórków, które mogłyby wyłonić się nagle na trasie łodzi. Mimo że posuwał się z niewielką szybkością dziesięciu węzłów, jego uwaga była przez cały czas napięta do maksimum. Chwilami miał uczucie, jakby leciał samolotem lotem koszącym nad pagórkowatą okolicą i na dodatek w gęstej mgle.

Przebyli w ten sposób pięć mil bez żadnych wydarzeń i zawrócili pod kątem stu osiemdziesięciu stopni. Franklin pomyślał sobie, że przynajmniej ustalą szczegółowo ukształtowanie dna morskiego w tym rejonie, w obu łodziach działały bowiem automatyczne przyrządy, zapisujące profil terenu.

— I kto mówi, że życie inspektora jest ciekawe? — odezwał się Don, kiedy robili czwarty nawrót. — Nie widziałem ani jednej, choćby najmniejszej, ośmiornicy. Może my je czymś odstraszamy?

— Roberts twierdzi, że one nie są zbyt wrażliwe na hałas, a poza tym podejrzewam, że Percy nie należy do strachliwych.

— Jeżeli on w ogóle istnieje — zauważył Don sceptycznie.

— Nie zapominaj o tych sześciocalowych śladach przyssawek. Kto je według ciebie powygryzał — myszy?

— Hej! — zawołał Don. — Spójrz no na to echo na kierunku 250, odległość 750 stóp. Wygląda jak skała, ale chyba się poruszyło. Jeszcze jeden fałszywy alarm, pomyślał Franklin. Ale nie, echo rzeczywiście jakby drgało. Do licha, rusza się!

— Zmniejszamy szybkość do połowy węzła — powiedział. — Płyń za mną. Ja podejdą wolno i włączę światła.

— Jakieś dziwne echo. Ma coraz to inne rozmiary.

— To może być on. Jedziemy.

Łódź płynęła teraz ponad rozległą, lekko opadającą równiną, nadal w otoczeniu świty rybosmoków. Na ekranie telewizyjnym wszystkie przedmioty ginęły we mgle na odległości stu pięćdziesięciu stóp; ultrafioletowe reflektory nie sięgały dalej. Franklin wyłączył całe zewnętrzne oświetlenie i skradał się ostrożnie, posługując się wyłącznie hydrolokatorem.

Na odległości pięciuset stóp kształt echa zaczął zarysowywać się wyraźniej; z odległości czterystu stóp nie było już żadnych wątpliwości; y& zbliżeniu się na trzysta stóp ryby towarzyszące Franklinowi znikły w pośpiechu, jakby wyczuły, że okolica nie jest dla nich najzdrowsza. Na odległości dwustu stóp Franklin włączył swoją świetlną przynętę i dopiero po chwili uruchomił kamery telewizji i reflektory.

Po dnie oceanu wędrował istny żywy las wężowatych, wijących się pni. Gigantyczny głowonóg zastygł na moment, jakby oślepiony reflektorami; niewykluczone, że tak było, choć dla ludzkiego oka ich światło było niewidoczne. Potem z nieprawdopodobną szybkością ściągnął macki zwijając się w zwartą, opływową bryłą — i wystrzelił z całą energią swego odrzutowego napędu w stronę łodzi.

W ostatnim momencie zboczył nieco i Franklin zdołał dojrzeć wielkie, pozbawione powieki oko, o średnicy przynajmniej stopy. W sekundę później odczuł gwałtowne uderzenie w kadłub łodzi i zgrzyt potężnych szczęk o stalowy pancerz. Franklin przypomniał sobie szramy, które tak często widywał na grubej skórze kaszalotów, i odczuł radość, że chroni go warstwa stali. Słyszał trzask zrywanych przewodów zewnętrznego oświetlenia; nic nie szkodzi — spełniło już swoje zadanie.

Nie sposób było odgadnąć, co robi Percy; od czasu do czasu łódź kołysała się gwałtownie, ale Franklin nie chciał uciekać, dopóki nie będzie do absolutnie konieczne.

— Czy widzisz, co on wyrabia? — spytał z niepokojem w głosie.

— Tak, ośmioma ramionami oplata ciebie, a dwa wyciąga z nadzieją w moją stroną. Poza tym przecudownie zmienia kolory — nawet nie próbuję ci tego opisać. Nie mam pojęcia, czy on chce cię pożreć, czy tak wyglądają jego zaloty.

— Cokolwiek to jest, nie jest to zbyt przyjemne. Pośpiesz się ze zdjęciami, żebym wreszcie mógł wydostać się z jego uścisków.

— Dobra, jeszcze tylko kilka minut. Potem spróbuję trafić go swoim harpunem.

Były to bardzo długie minuty, ale wreszcie Don skończył. Percy nadal nie wykazywał najmniejszych oznak nieśmiałości, przepowiadanej przez Robertsa, mimo że teraz nie mógł już uważać łodzi Franklina za inną dziesięciornicę. Wreszcie Don wystrzelił swój harpun, trafiając precyzyjnie w najgrubszą część płaszcza, gdzie astrze mogło wniknąć głęboko nie powodując poważniejszej szkody. Poczuwszy nagłe ukłucie potężny głowonóg zwolnił swój uścisk i Franklin korzystając z okazji natychmiast dał „całą naprzód”. Poczuł, jak zrogowaciałe macki ześlizgują się po pancerzu łodzi i oto znalazł się na wolności i mógł wracać ku odległemu słońcu. Cieszył się, że obyło się bez użycia którejś z przygotowanych na wszelki wypadek broni.

Don poszedł w jego ślady i wkrótce znaleźli się o pięćset stóp ponad dnem, poza zasięgiem widzialności. Na ekranie hydrolokatora widać było ostro skaliste dno, a na jego tle pulsowała wyraźna gwiazdka. Mały nadajnik — o średnicy jednego cala i długości sześciu cali — umieszczony pod skórą Percy’ego spełniał swoje zadanie bez zarzutu. Będzie działał przeszło tydzień, dopóki nie wyczerpie się bateria.

— Naznaczyliśmy go! — zawołał Don z radością. — Teraz już się przed nami nie schowa.

— Pod warunkiem, że nadajnik mocno siedzi i Percy nie uwolni się od niego — zauważył Franklin ostrożnie. — W przeciwnym razie będziemy musieli szukać go od nowa.

— Nie zapominaj, że to ja strzelałem. Założę się dziesięć do jednego, że nadajnik nie wypadnie.

— Najważniejsza rzecz, jakiej się nauczyłem w tej pracy, to nigdy nie zakładać się z tobą — powiedział Franklin i włączył maksymalną szybkość, kierując dziób łodzi ku odległej wciąż jeszcze o pół mili powierzchni. — Nie dajmy Robertsowi czekać zbyt długo, bo nam zwariuje z niecierpliwości. Zresztą ja też chcę zobaczyć te zdjęcia. Po raz pierwszy wystąpiłem w filmie, i to jako partner gigantycznej dziesięciornicy.

Jak na razie, pomyślał sobie, to tylko czołówka, właściwy film ma się dopiero rozpocząć.

Загрузка...