XII

Inspektor Walter Franklin odbywał właśnie ceremonię comiesięcznego golenia, kiedy zadzwonił telefon alarmowy. Zawsze dziwiło go trochę, że mimo tylu lat badań biochemicy nie znaleźli jeszcze środka wykluczającego raz na zawsze napady złego humoru. Jednak nie trzeba być niewdzięcznym; trudno w to uwierzyć, ale zaledwie kilka pokoleń temu mężczyźni musieli golić się codziennie, używając do tego celu skomplikowanych, kosztownych i śmiercionośnych przyborów.

Franklin nie starł nawet warstwy piany z twarzy, kiedy usłyszał przenikliwy sygnał wideofonu. Wyskoczył z łazienki, przebiegł kuchnią i wpadł do hallu, zanim dzwonek zdążył zadzwonić po raz drugi. Nacisnął guzik odbioru i ekran rozjaśnił się, ukazując dobrze znaną, zaniepokojoną teraz twarz dyżurnego z Kwatery Głównej.

— Franklin, musisz natychmiast zgłosić się do pracy — powiedział zdyszany.

— Co się stało?

— Skarga z farmy. Płot jest gdzieś przerwany i jedno ze stad weszło w szkodę. Pożerają wiosenne zbiory i trzeba je jak najszybciej wygonić.

— To wszystko? — spytał Frank. — Będę w dokach za dziesięć minut.

Był to niewątpliwie wypadek nadzwyczajny, ale nie taki, który mógłby go naprawdę wyprowadzić z równowagi. Oczywiście kierownictwo farmy podniesie krzyk, że ich zbiory zostały spustoszone. Potajemnie był jednak po stronie wielorybów; jeśli udało im się wedrzeć na wielkie prerie planktonu, tym lepiej dla nich.

— Co się stało? — spytała Indra wychodząc z sypialni. Jej długie, ciemne włosy, spływające falą na ramiona, wyglądały pięknie nawet zaraz po przebudzeniu. Kiedy Frank wyjaśnił jej, o co chodzi, zachmurzyła się.

— Sprawa jest poważniejsza, niż myślisz — powiedziała. — Musisz działać szybko, bo inaczej wieloryby ci się pochorują. Zaledwie dwa tygodnie temu przeprowadzono wiosenną wymianę wód, największą z dotychczasowych. Twoi nienasyceni pupilkowie pochorują się z przeżarcia.

Franklin musiał przyznać jej rację. Uprawa planktonu nie była jego specjalnością i należała do odrębnej sekcji Departamentu Morskiego. Wiedział jednak o niej sporo, gdyż była drugą i do pewnego stopnia konkurencyjną metodą uzyskiwania pożywienia z oceanu. Zwolennicy planktonu z niemałą dozą słuszności twierdzili, że jego uprawa jest wydajniejsza niż hodowla, gdyż wieloryby odżywiając się planktonem, przedłużają w ten sposób łańcuch pokarmowy. Po co tracić dziesięć funtów planktonu, twierdzili, na uzyskanie jednego funta mięsa wielorybiego, kiedy można wykorzystać bezpośrednio sam plankton?

Spór toczył się co najmniej od dwudziestu lat i jak na razie żadna ze stron nie mogła pochwalić się zwycięstwem. Chwilami dyskusja przybierała ostre formy, powtarzając jakby na odpowiednio większą skalę i w subtelniejszej formie rywalizację pomiędzy rolnikami a królami stad z okresu zagospodarowywania amerykańskiego Zachodu. Na nieszczęście jednak dla współczesnych miłośników legendy, rywalizujące departamenty Światowej Organizacji do Spraw Wyżywienia walczyły za pomocą oficjalnych danych statystycznych, wykorzystując skuteczne, choć nieefektowne oręże biurokracji. Nie było skradających się rewolwerowców i jeśli gdzieś został przerwany płot, to przyczyną tego był nie nocny sabotaż, lecz czysto techniczna awaria.

W morzu, podobnie, jak na lądzie, wszelkie życie zależy od roślinności. Z kolei zaś ilość roślinności zależy od składników mineralnych środowiska — związków azotu, fosforu i wielu innych. W oceanie istnieje tendencja do gromadzenia się tych życiodajnych składników w głębinach, gdzie nie dociera światło, a zatem nie może rozwijać się roślinność. Górna, kilkudziesięciometrowa warstwa wody jest źródłem wszelkiego życia w oceanie; wszystko, co pływa poniżej tego poziomu, korzysta z drugiej albo trzeciej ręki z pożywienia wytworzonego poi powierzchnią.

Każdej wiosny, kiedy ciepło zaczyna przesączać się w głąb. oceanu, jego wody odpowiadają na zew niewidocznego słońca. Niezliczone biliony ton wody wznoszą się ku powierzchni, niosąc ze sobą cenne sole i minerały. Zasilone w ten sposób nawozem od spodu i słońcem z góry pływające rośliny rozmnażają się w sposób wybuchowy, a w ślad za nimi idą żywiące się planktonem zwierzęta. W ten sposób na łąki oceanu przychodzi wiosna.

Ten niezmienny cykl życia powtarzał się miliardy razy, zanim na świecie pojawił się człowiek. A teraz człowiek go zmienił. Nie wystarczało mu nawożenie, jakie zapewniła morzom przyroda, opuścił wiec na dno w wybranych strategicznych punktach atomowe generatory. Wytwarzane przez nie ciepło dawało początek potężnym podwodnym fontannom, transportującym bezcenne minerały ku życiodajnemu słońcu. To sztuczne przyśpieszenie naturalnego procesu wymiany wód stało się jednym z najbardziej nieoczekiwanych i najbardziej owocnych zastosowań energii jądrowej. Już to samo wystarczało, by zwiększyć ilość pożywienia uzyskiwanego z mórz o prawie dziesięć procent.

A tymczasem wieloryby pracowały pełną parą, aby przywrócić naruszoną przez człowieka równowagę.

Zapędzenie ich do zagrody będzie wymagało połączonej akcji z powietrza i z wody. Łodzie podwodne były zbyt powolne i było ich za mało, aby mogły dać sobie radę bez pomocy. Trzy z nich — włącznie z jednoosobową łodzią zwiadowczą Franklina — przetransportowano na miejsce samolotem, który spuści je na wodę, a następnie będzie śledzić ruchy wielorybów z powietrza, w wypadku gdyby rozproszyły się na obszarze zbyt dużym dla urządzeń hydrolokacyjnych. Dwa inne samoloty spróbują przepłoszyć wieloryby za pomocą zrzucanych do wody nadajników dźwiękowych, mimo że jak na razie technika ta nie sprawdziła się w praktyce i nie wiązano z nią większych nadziei.

W dwadzieścia minut od alarmu Franklin obserwował z pokładu samolotu uciekające do tyłu olbrzymie zakłady przetwórcze w Pearl Harbor. Nadal nie lubił latać i w miarę możności unikał samolotów, ale nie odczuwał już lęku i mógł spokojnie wyglądać przez okno.

O sto mil na wschód od Hawajów morze zmieniło nagle kolor z błękitnego na złoty. Falujące pola, pokryte pierwszym tegorocznym plonem, rozciągały się aż po horyzont i zdawały się nie mieć końca. Tu i ówdzie niczym zagadkowe zabawki dzieci-olbrzymów widać było długie na milę pływające kombajny, a obok nich mniejsze i zwrotniejsze jednostki z urządzeniami do wstępnego przerobu planktonu. Był to widok imponujący nawet w tych czasach gigantycznych osiągnięć W dziedzinie budowy maszyn, ale Franklin nie czuł żadnego wzruszenia. Nie miał uczuciowego stosunku do miliarda ton sprasowanych glonów i skorupiaków, chociaż wiedział, że zapewniają one pożywienia czwartej części ludzkości.

— Przelatujemy nad Korytarzem Hawajskim — odezwał się głos pilota z głośnika. — Za chwilę powinniśmy zobaczyć wyrwę w barierze.

— Widzę je! — zawołał jeden z inspektorów, przywierając do szyby i wskazując na morze. — Ale mają używanie!

Był to widok, który nieszczęsnych farmerów mógł przyprawić o atak serca. Franklinowi przypomniało się stare wyrażenie „krowy weszły w szkodę”. Pasowało ono jak ulał do tego, co się tu działo, i bez wątpienia pasterze będą musieli nieźle się napracować, żeby spędzić te „krowy” z pola. W dole, na nieskończonej żółtej połaci morza widać było mnóstwo wąskich ścieżynek, znaczących przejście żarłocznych gór mięsa, powoli i systematycznie torujących sobie drogę wśród masy planktonu. Za każdym olbrzymem pozostawał pas błękitnej, nagiej wody. Tak musiał wyglądać wielorybi raj, zadaniem zaś Franklina było jak najszybsze wypędzenie z niego intruzów.

Trzej inspektorzy po krótkiej odprawie radiowej opuścili kabinę i zeszli na dolny pokład samolotu, gdzie ich trzy małe łodzie podwodne były gotowe do opuszczenia na wodę. Nie było z. tym żadnych trudności; znacznie bardziej kłopotliwe może być wciągnięcie ich z powrotem na pokład i jeśli ocean będzie spokojny, łodzie będą musiały wracać drogą morską.

Siedzenie w łodzi podwodnej, która leci samolotem, było dość niezwykłe, ale Franklin nie miał czasu na takie myśli. Zaledwie zakończył niezbędne przygotowania, rozległ się głos pilota:

— Wysokość trzydzieści stóp. Otwieram włazy. Łódź numer jeden — przygotować się do wodowania.

Franklin miał numer drugi; wielki samolot transportowy utrzymywał kurs tak pewnie, a dźwig opuścił go tak łagodnie, że nie odczuł żadnego wstrząsu, kiedy łódź znalazła się w swoim żywiole. Teraz trzy łodzie ruszyły wachlarzem na wyznaczone trasy, niczym trzy zmechanizowane psy owczarki, zaganiające stado.

Od razu na wstępie Franklin uświadomił sobie, że sprawa nie będzie tak prosta, jak się to mogło wydawać. Łódź podwodna płynęła w gęstej zupie, która ograniczała widoczność do zera i poważnie zakłócała działanie urządzeń hydrolokacyjnych. Co gorsza, również silniki strugowodne pracowały nie najlepiej, gdyż ich wirniki z trudem przeżuwały ten gąszcz. Nie mógł dopuścić do unieruchomienia silników; najlepiej byłoby zejść poniżej warstwy planktonu i nie wynurzać się, dopóki nie będzie to absolutnie konieczne.

Na głębokości trzystu stóp panował mrok, ale za to można było rozwinąć większą szybkość. Franklin zastanawiał się, czy objadające się nad jego głową wieloryby wiedzą o jego przybyciu i o tym, że ich idylla dobiega końca. Na ekranie hydrolokatora widział ich srebrne echa przesuwające się powoli na tle lustrzanej granicy między wodą a powietrzem, nieprzenikalnej dla fal dźwiękowych. Aż dziwne było, jak podobnie wyglądała powierzchnia wody od dołu dla nie uzbrojonego oka i dla dźwiękowych zmysłów hydrolokatora.

Charakterystyczne, silne małe odbicia dwóch pozostałych łodzi okrążały rozproszone stado z boków. Franklin rzucił okiem na zegarek; za niecałą minutę rozpocznie się akcja. Włączył zewnętrzne mikrofony i wsłuchiwał się w odgłosy morza.

Jak mogło komukolwiek przyjść do głowy, że ocean jest światem milczenia! Nawet ludzkie ucho potrafiło rozróżnić wiele z jego dźwięków — szczęk chitynowych kleszczy, jęk wielkich głazów poruszanych falą, wysoki pisk delfinów, charakterystyczne trzaśniecie ogona rekina, gwałtownie zmieniającego kierunek. Ale wszystko to są dźwięki mieszczące się w zasięgu słyszalności; aby posłuchać prawdziwej muzyki morza, należy zanurzyć się głębiej i wyjść poza zasięg słyszalności. Dzięki istniejącej w łodzi aparaturze do przekształcania dźwięku była to sprawa prosta; Frank mógł słuchać dźwięków od częstotliwości prawie miliona drgań na sekundę do powolnych niczym zamykanie starodawnej zardzewiałej bramy.

Nastawił odbiornik na najszersze pasmo i natychmiast jego umysł zaczął interpretować rozliczne odgłosy otaczającego go wodnego świata, które wypełniły kabinę łodzi. Dźwięki wywołane obecnością człowieka odrzucił od razu; szum jego własnych silników i dwóch pozostałych łodzi był eliminowany przez specjalne filtry, ale słyszał wyraźnie pisk trzech hydrolokatorów (jego własny niemal zagłuszał dwa pozostałe) oraz słabe, dalekie biip… biip… biip… Korytarza Hawajskiego. Ogrodzone z obu stron przejście dla wielorybów przez tereny oceaniczne form wysyłało swoje impulsy w pięciosekundowych odstępach i chociaż najbliższa część bariery dźwiękowej nie działała, słychać było wyraźnie sygnały z dalszych części. Dźwięki były dziwnie zniekształcone i tworzyły słabe ciągłe echo, gdyż każdemu impulsowi towarzyszyły opóźnione fale z coraz to dalszych punktów bariery. Dźwięk ginął powtarzany w oddali jak grzmot przetaczający się w wiosennym niebie.

Od tego tła jasno i wyraźnie odcinały się głosy przyrody. Ze wszystkich stron, bez chwili przerwy, rozlegały się przenikliwe piski i sapnięcia wielorybów, rozmawiających ze sobą albo po prostu dających upust swojej radości. Franklin rozróżniał głosy samic i samców, ale nie należał do tych specjalistów, którzy potrafią rozpoznawać poszczególne osobniki, a nawet rozumieją znaczenie wielu dźwięków.

Nie ma chyba bardziej niesamowitych odgłosów na świecie niż wrzask stada wielorybów, które się mija w głębinach. Wystarczyło zamknąć na chwilę oczy, aby wyobrazić sobie, że jest się wędrowcem zabłąkanym w lesie pełnym demonów. Hektor Berlioz słysząc ten upiorny koncert, zrozumiałby, że przyroda wyprzedziła jego sabat czarownic.

Jednak niesamowitość wiąże się tylko z nieznanym, dla Franklina zaś dźwięki te stały się częścią jego życia. Nie straszyły go już po nocach, jak to się zdarzało na początku. Teraz budziły w nim one uczucie sympatii i rozbawienia, a także pewnego zdziwienia, że tak ogromne zwierzęta mają tak cienkie głosy.

Były także dźwięki budzące stare wspomnienie, które nie sprawiało już bólu, ale napełniało serce smutkiem. W pamięci Franklina odżywały wtedy długie godziny spędzone w pomieszczeniach nawigacyjnych statków i stacji kosmicznych, kiedy to automatyczne monitory przeczesywały przestrzeń w poszukiwaniu sygnałów radiowych. Wówczas także rozlegały się czasem, niby głosy nocnych upiorów, sygnały dalekich statków i radiolatarni lub istne ulewy zagęszczonej informacji, płynące z kolonii do Matki Ziemi. I zawsze słyszało się nieustający szept gwiazd i galaktyk, wypełniających cały kosmos swoim promieniowaniem.

Wskazówka zegara doszła do zera i nie zdążyła jeszcze minąć pierwszej sekundy, kiedy morze wybuchło piekielną kakofonią dźwięków — pulsującym wyciem, które zmusiło Franklina do natychmiastowego przyciszenia głośników. Oznaczało to, że zrzucono miny dźwiękowe, i Franklin współczuł wielorybom, które przypadkiem znalazły się w ich pobliżu. Prawie natychmiast sytuacja na ekranie się zmieniła, gdyż przerażone zwierzęta zaczęły uciekać w panice na zachód. Franklin śledził ich ruchy z napięciem, gotów zagonić każdą sztukę, która mogłaby nie trafić do przejścia w barierze i zawrócić na farmę.

Widocznie ulepszono generatory dźwięku od czasów ostatniej tego rodzaju akcji, pomyślał Franklin, albo wieloryby stały się posłuszniejsze. Zaledwie kilku maruderów usiłowało wymknąć się z obławy i nie więcej niż dziesięć minut wystarczyło, aby za pomocą syreny łodzi podwodnej zapędzić je z powrotem. W pół godziny po zrzuceniu min całe stado zostało zagnane przez niewidoczną przerwę w barierze i kotłowało się w wąskim korytarzu. Łodzie miały teraz za zadanie czekać, aż technicy zakończą naprawę bariery dźwiękowej.

Trudno było nazwać to wielkim zwycięstwem. Zwykła codzienna praca, mała potyczka w nigdy nie kończącej się kampanii. Podniecenie wywołane pogonią wygasło i Franklin zastanawiał się, ile czasu upłynie, zanim samolot transportowy wyciągnie ich z wody i dostarczy z powrotem na Hawaje. Ostatecznie miał to być dzień wolny od pracy i obiecał Peterowi, że zabierze go na plażę Waikiki, gdzie rozpoczną naukę pływania.

Dobry inspektor, nawet kiedy nie ma żadnego zadania, nigdy nie traci z pola widzenia ekranu hydrolokatora. Zupełnie podświadomie Franklin co trzy minuty przełączał aparaturę na daleki zasięg i kierował nadajnik w stronę dna, aby mieć pojęcie, co się wokół niego dzieje. Wiedział, że jego dwaj koledzy robią to samo i tak samo jak on zastanawiają się, kiedy będą mogli wrócić…

W pewnym momencie na granicy zasięgu hydrolokatora, w odległości dziesięciu mil i prawie o dwie mile głębiej, na ekran wpełzło jakieś słabe echo. Franklin spojrzał na nie z umiarkowanym zainteresowaniem, lecz nagle na jego twarzy odmalował się wyraz zdumienia. To musiał być przedmiot niezwykle wielki, aby dać echo z tej odległości — przedmiot o rozmiarach wieloryba, tylko że wieloryb nie mógł płynąć na tej głębokości. Spotykano wprawdzie kaszaloty na głębokości mili, ale ten był zbyt głęboko nawet dla tych wspaniałych nurków. Rekin głębinowy? W każdym razie nie zawadzi przyjrzeć mu się z bliska.

Franklin nastawił nadajnik na odległe echo i powiększył obraz tak, jak tylko to było możliwe. Odległość była zbyt wielka, żeby rozróżnić szczegóły, ale nie ulegało wątpliwości, że jest to coś cienkiego, długiego, płynącego z dużą szybkością. Franklin wpatrywał się w ekran przez chwilę, po czym wezwał przez radio kolegów. Instrukcje zalecały unikanie zbędnych rozmów, ale tajemniczy przedmiot mocno zaintrygował Franklina.

— Tu Dwójka — powiedział. — Mam duże echo na kierunku 185 stopni, odległość 9,7 mili, głębokość 1,8 mili. Wygląda na łódź podwodną. Nie wiecie, czy ktoś jeszcze tutaj działa?

— Jedynka do Dwójki — przyszła pierwsza odpowiedź. — Przedmiot jest poza moim zasięgiem. To może być łódź Departamentu Nauki. Jakiej wielkości jest to echo?

— Około stu stóp długości. Może więcej. Szybkość dziesięć węzłów.

— Tu Trójka. W pobliżu nie ma żadnych łodzi podwodnych. „Nautilus IV” jest w remoncie, a „Cousteau” popłynął na Atlantyk. To musi być jakaś ryba.

— Nie ma ryb tej wielkości. Proszę o pozwolenie udania się na zwiady. Myślę, że powinniśmy to sprawdzić.

— Zezwalam — odpowiedziała Jedynka. — My tu będziemy pilnować bariery. Utrzymuj kontakt.

Franklin zwrócił łódź na południe i włączył maksymalną szybkość. Echo, które ścigał, było już na niedostępnej dla niego głębokości, ale zawsze istniała szansa, że wypłynie ku powierzchni. Nawet gdyby tak nie było, to w każdym razie będzie mógł uzyskać znacznie wyraźniejszy obraz.

Przebył zaledwie dwie mile, kiedy zdał sobie sprawę, że dalsza pogoń jest beznadziejna. Nie miał co do tego najmniejszej wątpliwości; zwierzyna usłyszała szum silników albo fale hydrolokatora i z pełną szybkością schodziła w głąb oceanu. Udało mu się zbliżyć na odległość czterech mil i sygnał rozpłynął się w chaosie fal odbitych od nierówności dna. Ostatni rzut okna na mieszkańca głębin potwierdził poprzednie wrażenie co do jego ogromnej długości i stosunkowo niewielkiej grubości, ale szczegóły budowy ciała pozostały nadal nieuchwytne.

— Uciekł ci — powiedziała Jedynka. — Spodziewałem się tego.

— Więc ty wiesz, co to jest?

— Nie wiem i nikt nie wie. I jeśli chcesz posłuchać mojej rady, nie wspominaj o tym dziennikarzom. Jeśli to zrobisz, będziesz całe życie żałował.

Franklin ze zdumieniem wpatrywał się w mały głośnik, z którego przed chwilą padły te słowa. Więc oni nie żartowali, jak zawsze myślał. Przypomniał sobie opowieści zasłyszane przy barze na Wyspie Czapli i wszędzie tam, gdzie spotykali się po pracy inspektorzy. Śmiał się z nich wtedy, ale teraz już wie, że te opowieści były prawdziwe.

To ulotne echo, wymykające się pośpiesznie z zasięgu jego hydrolokatora, nie jest niczym innym jak słynnym wężem morskim.


Indra, która o ile pozwalały jej obowiązki domowe, nadal pracowała naukowo w hawajskim akwarium, nie była tak poruszona, jak tego oczekiwał jej mąż. Prawdę mówiąc, jej pierwsza uwaga podziałała na niego jak kubeł zimnej wody.

— Jaki wąż morski? — spytała. — Wiesz przecież, że są przynajmniej trzy zupełnie różne gatunki.

— Wcale nie wiem.

— Więc po pierwsze może to być ogromny węgorz. Widziano go parę razy, ale nigdy nie udało się go zidentyfikować, mimo że około roku 1940 schwytano jego larwy. Wiadomo, że dochodzi do długości sześćdziesięciu stóp, co większości ludzi wystarcza. Ale król śledziowy (regalecus glesne) to jest dopiero coś. Ma pysk konia, grzebień z jasnoczerwonych piór niczym pióropusz indiańskiego wojownika i wężokształtne ciało dochodzące do siedemdziesięciu stóp długości. Skoro wiemy, że takie zwierzę istnieje, to czy sądzisz, że może nas jeszcze zdziwić coś, co żyje w morzu?

— A jaki jest ten trzeci gatunek?

— To jest ten, którego nie udało nam się zidentyfikować ani nawet opisać. Nazywamy go po prostu X, ponieważ ludzie wciąż jeszcze wyśmiewają się z opowieści o wężach morskich. Wiemy o nim tylko, że istnieje, że jest niezwykle przebiegły i mieszka w głębinach. Pewnego dnia złapiemy go, ale najprawdopodobniej będzie to dziełem przypadku.

Franklin przez resztę wieczoru pogrążony był w zadumie. Nie mógł pogodzić się z myślą, że minio wszystkich tych przyrządów, za pomocą których człowiek bada morze, mimo ciągłego patrolowania głębin, ocean wciąż jeszcze ma swoje tajemnice i będzie je miał jeszcze przez stulecia. I wiedział, że chociaż nigdy go już nie zobaczy, wspomnienie tego dalekiego, tajemniczego kształtu znikającego w otchłani będzie go prześladowało do końca życia.

Загрузка...