12. System Dowodzenia: pociągi

— Niebo jak posiekany lód, wiatr przeszywający na wylot. Z początku było za zimno na śnieg, ale kiedy zaczął padać, sypał bez przerwy jedenaście dni. Zamieć dopadła nas jak wściekła bestia o stalowych szczękach. Gnane huraganowym wiatrem kryształki lodu mknęły po lodowej skorupie. Nie sposób było oddychać, nie sposób utrzymać się na nogach. Wygrzebaliśmy sobie płytką jamę i przeczekaliśmy w niej zamieć. Było nam potwornie ciężko. Straciliśmy paru żołnierzy, bo zamarzli, jeden zaginął podczas zamieci, kilku umarło od ran. Umierali kolejno, nasi towarzysze i nasi słudzy. Każdy błagał, żebyśmy wykorzystali jego ciało. Wiedzieliśmy, co to znaczy, ponieważ mieliśmy bardzo mało żywności. Czy słyszeliście o bardziej szlachetnym, bardziej całkowitym poświęceniu?

Temperatura była tak niska, że gdyby ktoś zapłakał, łzy zamarzłyby mu na twarzy z takim samym trzaskiem, jaki towarzyszy pękaniu serc. Góry. Wysokie przełęcze, na które się wspinaliśmy, wycieńczeni i wygłodzeni. Śnieg był jak biały proszek, suchy jak pył. Wciągnięcie go wraz z powietrzem skończyłoby się zamarznięciem od środka, ale nie sposób było się przed tym zupełnie uchronić. Kąsał niczym kropelki żrącego kwasu. W kryształowych woalach wzbijanych w powietrze naszymi stopami płonęły tęcze. Bardzo szybko nauczyłem się nienawidzić ich żywych barw, tego suchego mrozu, jałowego powietrza i obrzydliwie granatowego nieba.

Pokonaliśmy trzy lodowce. Dwaj nasi towarzysze stracili życie w szczelinach tak głębokich, że nawet nie dało się usłyszeć odgłosu upadku.

Pewnego dnia dotarliśmy do bagien. Byliśmy zbyt powolni, zbyt otumanieni, żeby w porę pospieszyć na ratunek naszemu querlowi, kiedy zaczął powoli zanurzać się w grząskim gruncie. Wydawało nam się, że nawet w słońcu jest zbyt zimno, że teren na pewno jest zmrożony, i widzieliśmy nie to, co się dzieje naprawdę, ale to, co chcieliśmy zobaczyć. Byliśmy pewni, że querl za chwilę zatrzyma się, a potem wróci do nas, że to niemożliwe, by naprawdę tonął. Zbyt późno zrozumieliśmy, co się dzieje. Bagno składało się z gęstej ropy i smoły, ale zanim zdaliśmy sobie z tego sprawę, po querlu nie został najmniejszy ślad. Nazajutrz, kiedy wciąż szukaliśmy drogi przez oleiste moczary, chwycił jeszcze silniejszy mróz, dzięki czemu zdołaliśmy pokonać i tę przeszkodę.

Umieraliśmy z pragnienia, choć zewsząd otaczała nas zamarznięta woda. Śnieg moglibyśmy roztopić jedynie ciepłem naszych ciał, a ponieważ nikomu się do tego nie spieszyło, jedliśmy go garściami, co jednak szybko odbijało się niekorzystnie na naszym zdrowiu. Mimo to szliśmy ciągle naprzód, zziębnięci, oślepieni blaskiem wszechobecnej bieli lśniącej w promieniach słońca. Smagał nas wiatr, śnieg usiłował nas zasypać, drogę zastępowały nam góry, a każdej nocy na niebie śmiały się szyderczo niezliczone gwiazdy, lecz my kontynuowaliśmy wędrówkę.

Pokonaliśmy prawie dwa tysiące kilometrów, karzełku, chociaż mieliśmy stanowczo za mało żywności i prawie wcale sprzętu, ale za to pod dostatkiem silnej woli. Czterdziestu czterech, kiedy opuszczaliśmy pokład krążownika; dwudziestu siedmiu, kiedy rozpoczynaliśmy marsz przez śnieg i lód, w tym ośmiu Idirian i dziewiętnastu medjeli; do celu dotarliśmy we dwóch, w towarzystwie sześciu sług. Czy dziwisz się, że wtargnęliśmy siłą do pierwszego miejsca, gdzie było światło i ciepło? Czy dziwisz się, że nie pytaliśmy nikogo o pozwolenie? Patrzyliśmy bezsilnie, jak giną z zimna dzielni wojownicy i wierni słudzy, wpatrywaliśmy się w obce, obojętne niebo i zastanawialiśmy się, kto kogo zje, gdy wstanie świt. Początkowo nie traktowaliśmy poważnie tej ewentualności, jednak w miarę upływu czasu, w miarę jak traciliśmy siły i towarzyszy, musieliśmy zacząć brać ją pod uwagę. Ci, co nie chcieli nawet myśleć o czymś takim, umarli z rozpaczy i przygnębienia.

Zabiliśmy twoich przyjaciół Metamorfów. Jednego pozbawiłem życia własnymi rękami, drugi umarł we śnie. Trzeci, ten w dyspozytorni, dzielnie walczył do końca, a kiedy zrozumiał, że nie ma szans, zniszczył większość urządzeń. Oddaję mu cześć. Czwarty, który zginął w magazynie, też umarł dobrą śmiercią. Nie powinieneś rozpaczać z ich powodu. Stanę przed moimi przełożonymi z prawdą w oczach i sercu. Z pewnością nie ukarzą mnie, lecz nagrodzą… oczywiście, jeśli kiedykolwiek ich zobaczę.

Horza szedł za Idirianinem, zwolniwszy Yalson na jakiś czas z obowiązku pilnowania trójnogiego olbrzyma. Zapytał Idirianina, co się wydarzyło między lądowaniem uszkodzonego chuy-hirtsi a splądrowaniem bazy Metamorfów, ten zaś uraczył go kilkuminutową oracją.

— To była ona, nie on — powiedział Horza.

— Co mówisz, człowieku?

Głos Idirianina zadudnił w tunelu niczym łoskot nadciągającej burzy. Xoxarle nawet nie zadał sobie trudu, żeby odwrócić się do Horzy; mówił przed siebie, w pustkę tunelu, ale i tak nawet Wubslin i Aviger, idący na końcu niewielkiego pochodu, bez trudu słyszeli jego słowa.

— Znowu się pomyliłeś. Ten Metamorf, który zginął we śnie; to była kobieta.

— Aha. Skręciłem jej kark. Ułożyliśmy ich wszystkich w korytarzu. Część żywności okazała się jadalna i dla nas. Powiadam ci, nic nigdy mi tak nie smakowało.

— Kiedy to wszystko się wydarzyło? — zapytał Horza. — Jakieś osiem dni temu. Nie jestem pewien, bo tutaj, na dole, trudno śledzić upływ czasu. Natychmiast przystąpiliśmy do budowy detektora masy, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie niezbędny podczas poszukiwań, ale nie udało nam się go skonstruować. Mieliśmy tylko to, co zabraliśmy z bazy Metamorfów. Nasz ekwipunek albo uległ zniszczeniu podczas przekraczania Bariery Milczenia, albo został porzucony w marszu.

— Chyba więc nie wierzyliście własnemu szczęściu, kiedy tak łatwo udało wam się odnaleźć Umysł.

Horza przez cały czas trzymał strzelbę wycelowaną w tył głowy Idirianina i nie odwracał od niego wzroku. Nawet ranny — Metamorf znał Idirian na tyle, że po sposobie poruszania się Xoxarle’a bez trudu odgadł, iż olbrzym walczy z dokuczliwym bólem — był wciąż niebezpieczny. Horza nie miał jednak nic przeciwko rozmowie z jeńcem, ponieważ pomagała zabić czas.

— Wiedzieliśmy, że jest uszkodzony. Kiedy natrafiliśmy na niego na stacji numer sześć, a on nie poruszył się ani w żaden sposób nie zareagował na naszą obecność, uznaliśmy, że ma to związek właśnie z jego uszkodzeniami. To było zaledwie wczoraj. Wiedzieliśmy już o waszym przybyciu. Nie zastanawialiśmy się długo, tylko od razu zaczęliśmy szykować się do powrotu. Zatrzymaliście nas w ostatniej chwili. Jeszcze parę godzin i zdołalibyśmy uruchomić pociąg.

— Raczej zamienilibyście siebie i wszystko dokoła w kupę radioaktywnego pyłu.

— Myśl sobie, co chcesz, karzełku. Wiedziałem, co robię.

— Nie wątpię — odparł Horza z przekąsem. — Dlaczego zabraliście z bazy całą broń i zostawiliście jednego medjela z gołymi rękami?

— Zamierzaliśmy wziąć jednego Metamorfa żywcem, żeby go przesłuchać, ale nam się nie udało. W związku z tym nie mieliśmy pewności, czy zostaliśmy sami w tunelach. Zabraliśmy cały ekwipunek i zostawiliśmy na powierzchni jednego sługę z komunikatorem, żeby…

— Nie znaleźliśmy komunikatora — przerwał mu Horza.

— To dobrze. Dostał rozkaz, żeby starannie ukrywać go po każdym seansie łączności. Dzięki temu dysponowaliśmy całą siłą ognia — nie było tego wiele, ale zawsze więcej niż nic — tam gdzie tego potrzebowaliśmy. Jak tylko stało się jasne, że w tunelach nie ma nikogo oprócz nas, wysłaliśmy na górę medjela z bronią dla strażnika. Niestety, dotarł na miejsce krótko po was.

— Nie martw się — mruknął Horza. — Dobrze się spisał. Niewiele brakowało, a rozwaliłby mnie na kawałki.

Xoxarle wybuchnął śmiechem. Horza skrzywił się odruchowo, ponieważ śmiech tego Idirianina, w przeciwieństwie do śmiechu Xoralundry, był nie tylko głośny, ale także okrutny.

— W takim razie jego dusza zaznała wiecznego spokoju — zadudnił Xoxarle. — Żaden niewolnik nie powinien oczekiwać większej nagrody. Horza zezwolił na postój dopiero wtedy, kiedy pokonali połowę odległości dzielącej ich od stacji numer siedem. Usiedli na kamiennej posadzce, opierając się plecami o ściany tunelu; Idirianin najbardziej wysunięty naprzód, Horza niemal dokładnie naprzeciwko niego, z Yalson u boku.

— Wiesz co? — powiedziała, przyjrzawszy się uważnie najpierw swojemu skafandrowi, a potem skafandrowi Horzy. — Zdaje się, że moja uprząż AG pasowałaby na ciebie. Może nie wyglądałaby bardzo elegancko, ale powinna działać.

Przez sekundę, może dwie, patrzył jej w oczy, po czym skierował wzrok z powrotem na Idirianina.

— Nie trzeba — odparł. — Tobie bardziej się przyda. — Musnął jej ramię wolną ręką i dodał znacznie ciszej: — Bądź co bądź, niesiesz trochę więcej ode mnie.

Uderzyła łokciem tak mocno, że aż przesunął się pół metra po gładkiej podłodze.

— Au!

— Zaczynam żałować, że ci o tym powiedziałam.

— Balveda — przemówił niespodziewanie Xoxarle. Powoli odwrócił potężną głowę, by spojrzeć nad Wubslinem i Avigerem oraz nad paletą z ekwipunkiem na agentkę Kultury, siedzącą w milczeniu z zamkniętymi oczami.

— Tak? — Balveda niespiesznie uniosła powieki.

— Metamorf twierdzi, że należysz do Kultury. W tej roli cię obsadził. Próbuje mi wmówić, że jesteś szpiegiem albo tajnym agentem, tymczasem widzę, że jesteś jego więźniem, tak samo jak ja. Czy mimo to potwierdzisz jego słowa?

Balveda zerknęła na Horze, po czym przeniosła leniwe, niemal obojętne spojrzenie na Idirianina.

— Tak, dowódco skrzydła.

Xoxarle pokręcił głową, zamrugał kilka razy i zadudnił:

— Zadziwiające. Nie mam pojęcia, dlaczego mielibyście mnie okłamywać ani jak to się stało, że ten człowiek ma nad wami wszystkimi taką władzę. Najmniej wierzę właśnie jemu. Gdyby rzeczywiście był po naszej stronie, jak twierdzi, wówczas mogłoby się okazać, że moje działania obróciły się przeciwko nam, a nawet że nieświadomie pomogłem naszym wrogom, czyli twoim przyjaciołom, kobieto. Naturalnie, jeśli jesteś tym, za kogo się podajesz. Doprawdy, zadziwiające.

— Przynajmniej masz się nad czym zastanawiać — zauważyła Balveda, ponownie zamknęła oczy i oparła głowę o ścianę.

— Horza jest wyłącznie po swojej stronie — odezwał się Aviger z głębi korytarza. Co prawda mówił do Idirianina, ale wpatrywał się w Metamorfa. Po chwili opuścił wzrok na rozłożony na kolanach pojemnik z żywnością i wygarnął z niego resztki.

— Tak jest z wami wszystkimi — odparł Xoxarle, ale Aviger nie spojrzał na niego. — W ten sposób zostaliście stworzeni. Krótki czas, jaki dano wam spędzić w tym wszechświecie, poświęcacie głównie na bezlitosną rywalizację z bliźnimi, rozmnażając się jednocześnie bez żadnych zahamowań, aby zapewnić przetrwanie najsilniejszym. Nie mogę was za to winić, tak samo jak nie mógłbym marzyć o tym, by nawrócić jakiegoś bezrozumnego mięsożercę na wegetarianizm. Każdy z was jest wyłącznie po swojej stronie. Z nami sprawy mają się całkiem inaczej. — Utkwił ciężkie spojrzenie w Horzy. — Z pewnością zgodzisz się ze mną, sojuszniku.

— Rzeczywiście, jesteście inni — przyznał Horza — ale mnie obchodzi tylko to, że walczycie z Kulturą. Być może, w ostatecznym rozrachunku okażecie się jeszcze gorsi od niej, ale dla mnie na razie liczy się wyłącznie to, że tępicie takich jak ona.

Wskazał ruchem głowy Balvedę, która uśmiechnęła się, nie otwierając oczu.

— Cóż za pragmatyzm — mruknął Xoxarle. Horza nie był pewien, czy pozostali również usłyszeli nutę rozbawienia w głosie olbrzyma. — Co uczyniła ci Kultura, że tak bardzo jej nienawidzisz?

— Nic — odparł Horza. — Po prostu myślę inaczej niż oni, i to wszystko.

— Ech, ludzie, nigdy nie przestaniecie mnie zadziwiać. Nagle Idirianin zgiął się wpół, z jego ust wydobył się przeraźliwy, skrzypiąco-grzmiący odgłos, a potężnym ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Xoxarle odwrócił głowę i splunął na posadzkę, a następnie pochylił się, by z bliska obejrzeć plwocinę. Ludzie w milczeniu spoglądali na siebie, zastanawiając się, jak poważnych obrażeń doznał Idirianin. Xoxarle zakasłał raz jeszcze — jeśli to był kaszel — po czym przemówił zmienionym, chrapliwym głosem:

— Tak, panie Metamorfie, dziwny z pana człowiek. Poza tym, jeśli wolno mi zwrócić panu uwagę, chyba jest pan zbyt pobłażliwy dla swoich ludzi.

Spojrzał znacząco na Avigera, który tym razem natychmiast zareagował i z niepokojem zerknął na Horze.

— Jakoś daję sobie radę — odparł Metamorf. Dźwignął się z podłogi, przeciągnął, rozejrzał dokoła. — Pora ruszać. — Odwrócił się do Idirianina. — Możesz iść?

— Rozwiąż mnie, a gwarantuję, że nie zdołasz mi uciec.

Horza przez chwilę wpatrywał się w szeroką, siodłowatą twarz.

— Koniec z gonitwami, Xoxarle — powiedział. — Lepiej skoncentruj się na tym, żeby przeżyć i doczekać powrotu do floty. Teraz wszyscy szukamy Umysłu.

— Doprawdy, cóż za żałosny koniec chwalebnego przedsięwzięcia — zagrzmiał olbrzym. — Wstyd mi za ciebie, ale cóż, jesteś tylko człowiekiem.

— Zamknij się wreszcie i ruszaj! — parsknęła zniecierpliwiona Yalson.

Włączyła uprząż antygrawitacyjną, uniosła się w powietrze i zawisła na wysokości głowy Idirianina, który wymamrotał coś ponuro, ale posłusznie odwrócił się i, powłócząc spętanymi luźno nogami, ruszył w dalszą drogę. Pozostali kolejno podążyli za nim. Po kilku kilometrach Idirianin zaczął wyraźnie zwalniać. Coraz częściej poruszał wielkimi keratynowymi tarczami na grzbiecie, jakby usiłował pozbyć się świdrującego go bólu, coraz częściej także potrząsał głową. Dwukrotnie splunął na posadzkę tunelu; Horza bez trudu rozpoznał idiriańską krew.

W pewnej chwili zachwiał się, zatoczył i przystanął. Horza, któremu właśnie skończył się okres wypoczynku na palecie, podniósł rękę w ostrzegawczym geście i zatrzymał pochód. Trójnogi olbrzym przez kilka sekund kiwał się w przód i w tył, po czym jęknął głośno i z potwornym łoskotem runął na posadzkę jak zwalony posąg.

— Cholera… — szepnął ktoś z tyłu.

— Nie zbliżać się! — rozkazał Horza, sam zaś ostrożnie podszedł do nieruchomego cielska. Spod ogromnej czaszki sączyła się krew, tworząc powiększającą się powoli kałużę. Obok Horzy stanęła Yalson z bronią wycelowaną w olbrzyma.

— Nie żyje? — zapytała.

Horza wzruszył ramionami, po czym przyklęknął, zdjął rękawicę i dotknął dłonią miejsca na potężnym karku, gdzie niekiedy można było wyczuć pulsowanie krwi. Nic. Pochylił się niżej, podniósł jedną powiekę, potem drugą.

— Nie wydaje mi się — odparł wreszcie. — Ale na pewno ma spory krwotok wewnętrzny.

— Co możemy zrobić?

— Niewiele.

— Może podać mu antykoagulant? — odezwał się Aviger zza palety, na której siedziała Balveda, śledząca rozwój wydarzeń spokojnymi, szeroko otwartymi oczami.

— Nasze leki na nich nie działają — odparł Horza.

— Spróbuj szybkoschnącego opatrunku — zaproponowała Balveda.

Wszyscy, nie wyłączając Metamorfa, spojrzeli na nią ze zdziwieniem.

— Wymieszaj go ze spirytusem i wlej mu do gardła. Jeśli to uszkodzenie przewodu pokarmowego, powinno mu pomóc. Jeśli to coś z układem oddechowym, będzie się krócej męczył.

— Lepiej zrobić cokolwiek, niż stać bezczynnie cały dzień — zawtórowała jej Yalson.

Horza wzruszył ramionami.

— W porządku, możemy spróbować. Trzeba go posadzić, bo inaczej trudno będzie wlać mu lek do gardła.

— Zapewne oznacza to, że nagle przypomnieliście sobie o moim istnieniu — odezwała się z goryczą drona. Łagodnie opadła na podłogę, postawiła paletę z ekwipunkiem przy ścianie tunelu i zbliżyła się do nieruchomego Idirianina.

— Drona i ja podniesiemy Xoxarle’a — zwrócił się Horza do Yalson — a ty przez cały czas trzymaj go na muszce.

Wubslin, który zaraz po tym, jak się zatrzymali, przyklęknął przy detektorze masy i coś przy nim majstrował, gwizdnął przeciągle. Balveda podeszła z rękami wbitymi głęboko w kieszenie kurtki i spojrzała na ekran.

— Podoba ci się? — zapytał uśmiechnięty mechanik, wskazując jaskrawozieloną kropkę.

— Jesteś pewien, że to stacja numer siedem? — Z niesmakiem zmarszczyła nos. Od ostatniej kąpieli minęło sporo czasu, więc ani ona, ani pozostali nie pachnieli zbyt ładnie. Wubslin skinął głową.

— Całkowicie. — Horza i drona usiłowali posadzić bezwładnego Xoxarle’a. Widząc, jak opornie im to idzie, Aviger zdjął hełm i pospieszył z pomocą. — Całkowicie — powtórzył mechanik, bardziej na użytek swój niż Balvedy.

Poprawił broń, ale strzelba natychmiast zsunęła się ponownie, więc zdjął ją, położył na palecie, a następnie zaczął ponownie grzebać przy detektorze. Balveda podeszła jeszcze bliżej i zajrzała mu przez ramię. Horza i Unaha-Closp wreszcie zdołali dźwignąć cielsko Idirianina. Wubslin obejrzał się, uśmiechnął do Balvedy i odsunął broń trochę dalej; kobieta także się uśmiechnęła, po czym cofnęła się o krok, wyjęła ręce z kieszeni i w milczeniu obserwowała poczynania mechanika.

— Ciężki drań! — wysapał Horza, kiedy, z pomocą Avigera, nareszcie udało im się posadzić Xoxarle’a na posadzce tunelu i oprzeć go plecami o ścianę. Potężna głowa opadła bezwładnie na szeroką pierś, z kącika szerokich ust wypływała jakaś ciecz. Horza z trudem wyprostował grzbiet; to samo uczynił Aviger.

Xoxarle wyglądał jak trup — jeszcze przez sekundę albo dwie. Potem wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie. Jak pchnięty niewidoczną sprężyną, Idirianin wyprostował się raptownie i runął naprzód, trafiając Horze w pierś ogromną pięścią. Uderzenie było tak silne, że Metamorf zatoczył się do tyłu na Yalson. Xoxarle wybił się ze wszystkich trzech nóg, dał potężnego susa nad paletą, odpychając po drodze Avigera i dronę, i zanim Wubslin zdążył sięgnąć po broń, zaciśnięta pięść Idirianina spadła z potworną siłą na detektor masy. Niemal jednocześnie druga ręka wyciągnęła się po laser.

Wubslin cofnął się odruchowo, wpadł na Balvedę, a Idirianin porwał broń, przetoczył się przez resztki detektora, miażdżąc je doszczętnie, wylądował na podłodze, odwrócił się błyskawicznie i wycelował laser w kierunku Horzy, Yalson i Avigera, którzy jeszcze nie zdążyli pozbierać się z posadzki.

Unaha-Closp rąbnęła w szczękę olbrzyma jak wystrzelony z bliska wielkokalibrowy pocisk o dziwacznym kształcie, przeczącym zasadom aerodynamiki. Idirianin przeleciał prawie trzy metry, z hukiem padł na wznak na kamienną podłogę i znieruchomiał obok Wubslina. Horza wreszcie znalazł strzelbę, którą po upadku wypuścił z rąk, Yalson odzyskała równowagę i wycelowała broń w Idirianina, Balveda zasłoniła usta ręką i wytrzeszczonymi oczami wpatrywała się w dronę, która zawisła nieruchomo nad twarzą Xoxarle’a, Aviger zaś spojrzał z wyrzutem na ścianę korytarza i zajął się rozcieraniem guza z tyłu głowy. Wubslin usiadł, potrząsnął głową, po czym niezbyt przytomnie rozejrzał się dokoła.

Horza ostrożnie zbliżył się do Idirianina. Xoxarle leżał z zamkniętymi oczami, nie dając znaku życia. Metamorf wyjął laserową strzelbę z bezwładnych palców olbrzyma.

— Całkiem nieźle, drono — mruknął.

Maszyna odwróciła się w jego stronę.

— Nazywam się Unaha-Closp — powiedziała z naciskiem.

— Niech ci będzie — westchnął. — Dobra robota, Unaha-Closp. Horza uważnie obejrzał więzy Idirianina. Te na nogach były całe, ale te, którymi skrępowano ręce olbrzyma, pękły jak zetlałe sznurki.

— Chyba go nie zabiłam? — zapytała Unaha-Closp. Przez ciało Xoxarle’a przebiegło drżenie, powieki zatrzepotały, po czym wojownik otworzył oczy.

— Nie, przyjaciele — zadudnił basem. — Ciągle żyję. Roześmiał się chrapliwie i spróbował się podnieść, ale Horza z całej siły kopnął go w pierś.

— Ty…

— Wstydź się, karzełku! — zaśmiał się Idirianin, nie dopuszczając Horzy do głosu. — Jak można w ten sposób traktować sojuszników? — Ostrożnie dotknął strzaskanych keratynowych płytek na podbródku, patrząc na stertę elektronicznego złomu, która jeszcze niedawno była detektorem masy. — Jestem ranny — oznajmił — ale i tak miewam się znacznie lepiej niż wasze bezcenne urządzenie! Roześmiał się ponownie, jeszcze głośniej niż poprzednio. Horza niemal wbił mu w skroń lufę strzelby.

— Powinienem…

— Powinieneś natychmiast rozwalić mi głowę. Całkowicie się z tobą zgadzam, Metamorfie. Dlaczego tego nie zrobisz? Horza wstrzymał oddech, nacisnął mocniej na spust… po czym wrzasnął coś niezrozumiałego, gwałtownie cofnął broń, odwrócił się i ruszył na oślep przed siebie.

— Zwiążcie tego skurwiela! — ryknął, mijając Yalson. Dziewczyna odprowadziła go wzrokiem, lekko potrząsnęła głową i pospieszyła z pomocą Avigerowi i Wubslinowi, którzy oplątywali Idirianina zwojami drutu. Xoxarle wciąż zanosił się śmiechem.

— Myślicie, że wyczuł moją masę? Jak sądzicie, zdążył zarejestrować masę mojej pięści? Cha, cha!

— Niech ktoś poinformuje ten trójnogi pojemnik na odpadki, że mamy jeszcze jeden detektor masy — zawarczał Horza, kiedy Yalson wreszcie go dopędziła.

— Powiedziałam mu o tym, ale chyba mi nie uwierzył. — Spojrzała na Metamorfa. — Działa?

Horza opuścił wzrok na miniaturowy ekran.

— Nie na taką odległość, ale z bliska powinien zadziałać. Nie bój się, znajdziemy to cholerstwo.

— Wcale się nie boję. Może byłoby lepiej, gdybyś wrócił do nas? Pozostali szli jakieś dwadzieścia metrów z tylu. Xoxarle, który wciąż co jakiś czas wybuchał zgrzytliwym śmiechem, otwierał pochód, pilnowany przez Wubslina, kroczącego tuż za nim z paralizatorem gotowym do strzału. Balveda siedziała na palecie, Aviger sunął w powietrzu na końcu małej kolumny.

Horza skinął głową.

— Chyba tak. Zaczekajmy na nich.

Zatrzymał się i oparł o ścianę. Yalson, która mimo włączonej uprzęży AG bardziej szła, niż leciała, stanęła obok niego.

— A tak w ogóle, to jak się czujesz? — zapytał.

Wzruszyła ramionami.

— Dobrze. A ty?

— Chodziło mi o…

— Wiem, o co ci chodziło, i już ci powiedziałam, że wszystko w porządku. — Uśmiechnęła się. — Spróbuj nie być taki upierdliwy, dobrze?

— Spróbuję.

Kiedy mijał ich Xoxarle, Horza uniósł broń.

— Zgubiłeś drogę, karzełku? — zadudnił Idirianin.

— Idź, nie gadaj.

Horza dołączył do pochodu obok Wubslina.

— Cholernie mi głupio, że odłożyłem strzelbę — powiedział mechanik. — Zachowałem się jak kretyn.

— Nie przejmuj się — odparł Horza. — I tak chodziło mu wyłącznie o detektor. Broń potraktował jako miłą niespodziankę. Drona spisała się na medal. — Parsknął głośno i z niedowierzaniem pokręcił głową. — Cholerna drona uratowała nam skórę — wymamrotał pod nosem.

…moja dusza, moja dusza, zewsząd ciemność, zaraz umrę, zaraz odejdę i nic nie pozostanie, boję się o wielki, wstyd mi, ale boję się nie czeka mnie zwycięski sen, tylko śmierć, ciemność i śmierć, chwila, kiedy wszyscy stają się jednym, moment unicestwienia, zawiodłem, nie wierzyłem w to, ale teraz wiem, zawiodłem, śmierć jest dla mnie zbyt dużą nagrodą, zapomnienie przyniesie ulgę, a to więcej, znacznie więcej niż zasłużyłem, nie mogę się poddać, muszę walczyć o życie, bo nie zasłużyłem na szybki koniec, towarzysze czekają na mój powrót, ale nie wiedzą, jak bardzo ich zawiodłem, nie jestem godzien dołączyć do nich, mój klan musi pogrążyć się w żałobie, ach, ten ból… ciemność i ból…

Dotarli do stacji.

Pociąg górował nad peronem, lśniąc tajemniczo w blasku słabych światełek skafandrów.

— Wreszcie na miejscu! — obwieściła Unaha-Closp, zatrzymała się, poczekała, aż Balveda zejdzie z palety, po czym opuściła ładunek na podłogę pokrytą grubą warstwą kurzu.

Horza kazał Idirianinowi stanąć przy najbliższym pomoście i przywiązał go do metalowych dźwigarów.

— Co z waszym bezcennym Umysłem, karzełku? — Idirianin spoglądał z góry na Horze jak dorosły, który stara się zachować cierpliwość wobec nieznośnego dziecka. — Gdzie on jest? Nigdzie go nie widzę.

— Cierpliwości, dowódco skrzydła — mruknął Horza, zacisnął ostatni węzeł i odsunął się o krok. — Wygodnie? — zapytał.

— Bolą mnie wnętrzności, mam strzaskany podbródek, w ręce utkwiły mi fragmenty waszego detektora. Piecze mnie również rana w ustach, po tym jak ugryzłem się w policzek, żeby móc spluwać prawdziwą krwią. Poza tym wszystko w porządku. Dziękuję za zainteresowanie, sojuszniku.

— Tylko nigdzie nie odchodź — rzucił Horza z kwaśnym uśmiechem. Zostawił Idirianina i Balvedę pod strażą Yalson, sam zaś poszedł z Wubslinem do dyspozytorni mocy.

— Jestem głodny — oznajmił Aviger, usiadł na krawędzi palety i wyjął z kieszeni rację żywnościową.

W dyspozytorni Horza najpierw przyjrzał się wskaźnikom, po czym przystąpił do ustawiania pokręteł i suwaków.

— Słuchaj, czy… — Wubslin podrapał się po czole przez otwarty wizjer hełmu. — Czy twój detektor… działa?

Zespół około dwudziestu wskaźników rozjarzył się słabym blaskiem. Horza wpatrywał się w nie przez chwilę.

— Niestety nie. Pokazuje tylko słabe echo reaktora pociągu, nic więcej. Wychwycił je na dwa kilometry przed stacją. Albo Umysł zniknął, albo detektor jest uszkodzony.

— Cholera…

— Nie ma co martwić się na zapas. — Horza przesuwał palce po kolejnych przełącznikach. — Na razie włączymy zasilanie, a później się zobaczy. Może wpadniemy na jakiś pomysł?

— Racja.

Wubslin skinął głową, odwrócił się i spojrzał przez otwarte na oścież drzwi, jakby spodziewał się ujrzeć stację zalaną potokami światła. Zobaczył tylko czarną sylwetkę Yalson na tle majaczącej niewyraźnie ściany wagonu.

Horza przeszedł pod drugą ścianę, przesunął kilka dźwigni, popukał w zegary, przez chwilę wpatrywał się w ekran, po czym zatarł ręce i położył palec na dużym przycisku pośrodku centralnego pulpitu. Nacisnął.

— Hej!

— A niech mnie!

— Udało się!

— Najwyższa pora, gdyby ktoś chciał zapytać mnie o zdanie.

— Całkiem nieźle, karzełku.

— Cholera! Gdybym wiedział, że to ma taki kolor, w życiu nie wziąłbym tego do gęby!

Horza odwrócił się do Wubslina. Mechanik stał pośrodku rzęsiście oświetlonego pomieszczenia i szybko mrugał, częściowo oślepiony jaskrawym blaskiem.

— Wspaniale — powiedział z szerokim uśmiechem, a następnie rozejrzał się dokoła. — Wspaniale — powtórzył. — Nareszcie.

— Dobra robota, Horza — odezwała się Yalson.

Ukryte pod ściennymi i podłogowymi panelami automatyczne przełączniki informowały o swoim istnieniu głośnymi trzaskami i pstryknięciami. Pokój wypełniły przybierający na sile, brzęczący odgłos oraz wyraźny zapach palonego kurzu. Horza z Wubslinem sprawdzili wskazania kilku przyrządów i wyszli na zewnątrz. Z rozmieszczonych pod sklepieniem tunelu lamp lały się strumienie światła. Blask odbijał się od lśniących grafitowych ścian oraz od błyszczącego ogromu pociągu, który stał nieruchomo przy peronie niczym metalowy uśpiony potwór albo mechaniczny, wielokrotnie powiększony model kilkuczłonowego robaka.

Yalson zdjęła hełm, przesunęła ręką po krótko ostrzyżonych włosach i rozejrzała się dokoła, mrużąc oczy w intensywnym, lekko żółtawym blasku.

— No dobra. — Unaha-Closp zbliżyła się do Horzy i zawisła w powietrzu pół metra przed jego twarzą. — Gdzie konkretnie jest to, czego szukamy? Czy twój detektor anomalii masy ustalił jego położenie? Horza odgonił maszynę niecierpliwym ruchem ręki.

— Daj mi trochę czasu, drono. Dopiero co tutaj dotarliśmy. Na razie udało mi się włączyć zasilanie. To chyba sporo, nie uważasz?

Ruszył przed siebie. Yalson, która wciąż z podziwem rozglądała się dokoła, oraz Wubslin, wpatrzony jak w obraz w lśniący pociąg, podążyli za nim. Światło płonęło także w oknach wagonów. Stację wypełniał pomruk silników, delikatne syczenie klimatyzacji i szmer wentylatorów. Unaha-Closp bez trudu dogoniła Horze, ponownie ustawiła się na wysokości jego oczu i zrównała się z nim prędkością.

— Nie rozumiem. Przecież wystarczy, żebyś spojrzał na ekran. Widzisz na nim Umysł czy nie?

Przysunęła się jeszcze bliżej i skierowała czujniki na nadgarstek Horzy, ale Metamorf ponownie machnął ręką.

— Odczyt nie jest wyraźny ze względu na bliskość reaktora pociągu — powiedział, patrząc znacząco na Wubslina. — Ale to nic nie szkodzi. I tak damy sobie radę.

— Twój detektor też nie działa, zgadza się? — Drona wciąż sunęła tyłem kilkadziesiąt centymetrów od twarzy Horzy. — Ten trójnogi wariat zniszczył duży detektor, więc teraz jesteśmy zupełnie ślepi i zaczynamy wszystko od początku, czy tak?

— Nie! — warknął Horza. — Naprawimy go. Może wreszcie przestałabyś marudzić i dla odmiany zajęła się czymś pożytecznym?

— Dla odmiany? — powtórzyła Unaha-Closp, bardzo udatnie naśladując oburzenie w głosie. — Dla odmiany? Czyżbyś już zapomniał, kto nie tak dawno uratował wszystkim życie, kiedy idiriański przyjaciel uległ atakowi szału i zapragnął nas powystrzelać?

— Zdaje się, że już ci za to podziękowałem — wycedził Horza przez zaciśnięte zęby. — A teraz bądź tak dobra i rozejrzyj się po stacji, może jest tu coś godnego zobaczenia.

— Masz na myśli Umysły, których nie widać na ekranach uszkodzonych detektorów masy? Wolno spytać, czym wy będziecie się zajmować w tym czasie?

— Będziemy odpoczywać — odparł Horza. — I myśleć.

Zatrzymał się przy Idirianinie, żeby sprawdzić więzy.

— Cudownie! — parsknęła drona. — Myśleć! Ileż dobrego wynikło do tej pory z waszego myślenia…

— Cholera jasna! — wybuchła Yalson. — Idź sobie albo zostań, wszystko jedno! Tylko bądź wreszcie cicho, do kurwy nędzy!

— Wspaniale! — Drona wzbiła się w górę i odleciała, mamrocząc z oburzeniem. — Bardzo proszę! Już dawno powinnam była zniknąć w…

— Jeszcze jedno, zanim znikniesz! — zawołał za nią Horza. — Słyszysz może jakieś sygnały alarmowe?

Unaha-Closp zatrzymała się gwałtownie.

— Co takiego?

Wubslin rozejrzał się dokoła z grymasem na twarzy, jakby koncentracja, z jaką starał się cokolwiek dosłyszeć, sprawiała mu fizyczny ból.

— Nie — oznajmiła drona po krótkim milczeniu. — Żadnych sygnałów alarmowych. Teraz się oddalę, żeby przeszukać drugi pociąg. Wrócę, kiedy minie wam ten paskudny nastrój.

Odwróciła się i odleciała z dużą prędkością.

— Dorolow na pewno usłyszałaby każdy podejrzany dźwięk — mruknął Aviger, ale nikt nie zwrócił uwagi na jego słowa.

W oczach Wubslina, który wciąż pożerał wzrokiem obłe stalowe cielsko, zdawały się płonąć takie same światełka jak w oknach pociągu.


…co to? czy to światło? złudzenie? umieram? czy tak? już umieram, tak wcześnie? wydawało mi się, że jeszcze zostało mi sporo czasu i że… światło! to światło! ja widzę!…

Przyklejony do metalu własną zakrzepniętą krwią, zmasakrowany, konający, otworzył jedyne oko. Musiał zamrugać kilka razy, żeby usunąć zaschnięty śluz.

Jego ciało było mroczną, obcą krainą bólu, kontynentem udręki. Zostało jedno oko. Jedno ramię. Dwie nogi, z tego jedna częściowo sparaliżowana, druga złamana; poruszył nią na próbę, ale natychmiast znieruchomiał, porażony błyskawicą bólu, która rozświetliła czeluście jego męki.

…twarz… moja twarz…

Czuł się jak zmiażdżony owad, ofiara okrutnej dziecięcej zabawy. Myśleli, że umarł, ale on jest zbudowany zupełnie inaczej. Parę dziur to nic. Ucięta kończyna to nie problem — po amputacji krew nie tryskała z jego ciała tak obfitym strumieniem jak z ciał ludzi, a ponieważ był wojownikiem, nie doświadczał niczego, co choć trochę przypominałoby wstrząs pourazowy. Strzelili mu w twarz, lecz pocisk (albo promień lasera) nie sforsował ukrytej w głębi czaszki keratynowej puszki mózgowej ani nie naruszył istotnych nerwów. Stracił jedno oko, ale druga połowa twarzy była nienaruszona i, co najważniejsze, wciąż widział.

Jasno. Tak jasno. Leżał bez ruchu na wznak, wpatrzony w sklepienie stacji i czekał, aż wzrok mu się wyostrzy. Wiedział, że powoli umiera. Tym również różnił się od ludzi. Czuł powolny wewnętrzny krwotok, zdawał sobie sprawę, że rośnie temperatura jego ciała, słyszał, jak z każdym oddechem powietrze przeciska się przez szczeliny w strzaskanym keratynowym pancerzu. Resztki skafandra pomogły mu przetrwać, ale nie ocalą go przed śmiercią. Kolejne narządy wewnętrzne stopniowo zaprzestawały pracy; zbyt wiele było przerw w połączeniach. Żołądek już nie dokończy trawienia ostatniego posiłku, przedni worek płucny, w którym znajdował się zapas natlenionego powietrza na wypadek konieczności dokonania jednorazowego, nadzwyczajnego wysiłku, opróżniał się powoli, ciśnienie krwi spadało pomału, ale bez przerwy.

…umieram… umieram… co za różnica, w świetle czy mroku? o Wielki, polegli towarzysze, dzieci i partnerki… czy teraz, w tym obcym, drapieżnym blasku, widzicie mnie choć trochę lepiej niż do tej pory? nazywam się Quayanorl, o Wielki, i przybywam… Myśl była jaskrawsza od błyskawicy bólu, od milczących, bezwzględnych świateł stacji.

Mówili, że idą do stacji numer siedem.

Było to jedno z jego ostatnich wspomnień. Zaraz potem któryś z nich podpłynął do niego. Zapewne to właśnie on strzelał; tego już nie pamiętał, ale przypuszczalnie tak właśnie się stało. Chciał się upewnić, że nie żyje. Nic z tego. Quayanorl żył, a teraz nawet przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Szansę były niewielkie — nawet jeśli uda mu się poruszyć, przystąpić do działania — ale były. A dzięki temu nie będzie musiał bezczynnie czekać na śmierć. Umrze, jak na wojownika przystało. Coś takiego jest warte każdego bólu. Szarpnął się gwałtownie, żeby nie dać sobie czasu na zastanowienie, żeby wykorzystać każdą chwilę z niewielu, jakie mu jeszcze zostały (o ile już nie było za późno…). Ból przeszył go niczym ostrze miecza.

Z zakrwawionych, zgruchotanych ust wyrwał się przeraźliwy krzyk.

Nikt nie usłyszał. Odpowiedziało mu echo, potem zapadła cisza. Ból zostawił po sobie obrzydliwą drżączkę, ale Quayanorl czuł, że jest wolny. Złamał pieczęć zaschniętej krwi. Mógł się poruszać. Widział i mógł się znowu poruszać.

…Xoxarle, jeśli jeszcze żyjesz, może uda mi się zgotować ci małą niespodziankę…


— Drona!

— Tak?

— Horza chce wiedzieć, co robisz — powiedziała Yalson do komunikatora.

— Przeszukuję pociąg, który stoi na bocznicy. Zameldowałabym, gdybym coś znalazła. Naprawiliście już detektor? Horza skrzywił się i wyłączył komunikator w hełmie, który Yalson trzymała na kolanach.

— Czy to prawda? — zapytał Aviger. — Detektor w twoim skafandrze też nie działa?

— Odbiera tylko sygnał reaktora z pociągu — odparł Horza. — Jakoś damy sobie z tym radę.

Aviger nie wyglądał na przekonanego.

Horza sięgnął po pojemnik z wodą. Po niedawnym uniesieniu spowodowanym uruchomieniem zasilania ogarnęło go znużenie i zobojętnienie, ponieważ, mimo tego cząstkowego sukcesu, poszukiwania zakończyły się fiaskiem. Nie miał pojęcia, gdzie mógł się schować przeklęty Umysł. Był przekonany, że wreszcie go odnajdzie, tymczasem jednak marzył tylko o tym, żeby usiąść, odpocząć i zebrać myśli. Przyłożył rękę do bolącego miejsca na głowie; ból promieniował daleko w głąb czaszki i choć nie był zbyt silny, mógł jednak utrudnić koncentrację. Powinien jak najprędzej przestać zwracać na niego uwagę.

— Może powinniśmy przeszukać ten pociąg? — zapytał Wubslin, pożerając wzrokiem potężne, lśniące cygaro.

Horza uśmiechnął się pobłażliwie.

— Jasne, czemu nie. Bierz się do dzieła.

Mechanik w pośpiechu przełknął ostatni kęs, złapał hełm i poderwał się na nogi.

— Zacznę pierwszy, żebyśmy potem nie marnowali czasu — wymamrotał jakby na usprawiedliwienie, po czym szybkim krokiem minął nieruchomego Xoxarle’a, wspiął się na pierwszy poziom pomostu i zniknął we wnętrzu wagonu. Balveda, która stała z rękami w kieszeniach, oparta plecami o ścianę, uśmiechnęła się lekko i odprowadziła go wzrokiem.

— Pozwolisz mu uruchomić tego kolosa? — zapytała Horzę.

— Ktoś będzie musiał to zrobić — odparł. — Jeżeli mamy szukać Umysłu, potrzebujemy jakiegoś środka transportu.

— Wspaniale! — powiedziała Balveda radosnym tonem. — Może już zawsze będziemy jeździć w kółko, jak na karuzeli?

— Beze mnie — odezwał się Aviger. — Wracam na statek. Nie mam najmniejszego zamiaru spędzić reszty życia pod ziemią, szukając jakiegoś przeklętego komputera.

— Znakomity pomysł — stwierdziła Yalson, patrząc mu w twarz. — Może utworzymy coś w rodzaju pododdziału więziennego i wyślemy z tobą Xoxarle’a? We dwóch byłoby wam znacznie raźniej. Aviger odwrócił wzrok.

— Pójdę sam — powiedział cicho. — Nie boję się.

Xoxarle przysłuchiwał się rozmowie. Jakie skrzeczące, piskliwe głosy! Ponownie sprawdził krępujące go więzy. Drut werżnął się na kilka milimetrów w keratynowe płyty na ramionach, udach i przegubach. Ból był dokuczliwy, ale Xoxarle doszedł do wniosku, że warto się pomęczyć. Niemal bez przerwy napinał i rozluźniał mięśnie, wykonywał prawie niezauważalne ruchy skrępowanymi kończynami, napełniał płuca powietrzem i usiłował chociaż trochę rozepchnąć pętlę z drutu. Dzięki temu zyskał już odrobinę swobody, ale wciąż za mało, by marzyć o uwolnieniu się z więzów.

Nie miał żadnego planu, żadnego pomysłu, nie wiedział, czy i kiedy nadarzy się sposobność do ucieczki, ale co innego mógł robić? Stać posłusznie bez ruchu jak wypchana kukła, podczas gdy te piszczące, miękkie robaki drapały się po głowach i kombinowały, jak odnaleźć zbiegły Umysł? Wojownikowi nie wolno postępować w ten sposób, a na dodatek on zbyt daleko już zaszedł, utracił zbyt wielu towarzyszy.

— Hej! — Wubslin wystawił głowę z małego okienka na najwyższym poziomie. — Windy działają! Wszystko tu działa! Yalson pomachała mu z zapałem.

— To świetnie!

Głowa mechanika znikła we wnętrzu wagonu.

— Trzeba przyznać, że to robi wrażenie — powiedziała Balveda. — Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, ile ma lat. Horza ogarnął spojrzeniem cały, kilkusetmetrowy pociąg, odstawił opróżniony pojemnik na wodę i podniósł się z miejsca.

— Masz rację. Tyle że nie na wiele im to się przydało.


Quayanorl powoli pełzł po rampie.

W prawie nieruchomym powietrzu wisiał całun dymu. Zasłona była najbardziej gęsta w pobliżu otwartych okien pociągu; wentylatory wypychały dym z wnętrza pojazdu, zastępując go czystym, przefiltrowanym powietrzem.

Czołgał się przez rumowisko, na które składały się skalne odłamki, poskręcane elementy konstrukcyjne pomostu, fragmenty jego własnego skafandra. Posuwał się naprzód tak wolno, a każdy ruch musiał okupić tak wielkim wysiłkiem, że całkiem serio zaczął się obawiać, iż umrze, zanim zdoła dotrzeć do wnętrza pociągu. Nogi były całkiem bezużyteczne. Gdyby stracił wszystkie trzy, chyba poradziłby sobie znacznie lepiej.

Wyciągał przed siebie jedyne ramię, zaciskał palce na krawędzi rampy, po czym podciągał się z trudem.

Za każdym razem ból był tak wielki, iż wydawało mu się, że nie może już być większy, ale za chwilę rzeczywistość korygowała jego przekonania. Mógłby przysiąc, że na długie, zbyt długie sekundy okropnego wysiłku, pogruchotane naczynia krwionośne wypełniały się żrącym kwasem. Potrząsał głową, mamrotał coś i pełzł dalej. Czuł, jak krew sączy się przez szczeliny w keratynowym pancerzu; zasklepiły się, kiedy leżał bez ruchu, teraz jednak otworzyły się jeszcze szerzej niż poprzednio. Z oka płynęły łzy, do pustego oczodołu bardzo powoli napływała wydzielina przyspieszająca gojenie. Przez otwarte drzwi, ku którym zmierzał, sączyła się żółtawa poświata, łagodne podmuchy splatały fantazyjne loki ze smug rzadkiego dymu. Przed jego szeroką piersią utworzyła się fala śmieci i niewielkich resztek konstrukcji. Ponownie sięgnął naprzód i podciągnął się z całej siły. Starał się nie krzyczeć z bólu — i tak nikt by go nie usłyszał, ale od najmłodszych lat, niemal od chwili, kiedy po raz pierwszy samodzielnie stanął na nogach, uczono go cierpieć w milczeniu. Starał się… lecz nie zawsze mu się udawało. Mimo wstydu, mimo przekonania, że zawodzi querla swego gniazda i swoich nauczycieli, niekiedy ból wyrywał mu z gardła donośny jęk.

Znaczna część lamp zawieszonych pod sklepieniem została zniszczona podczas strzelaniny, sporym uszkodzeniom uległ również kadłub wagonu. Nie wiedział, w jakim stanie znajdują się zainstalowane wewnątrz urządzenia, ale teraz już nie mógł się zatrzymać. Musiał iść naprzód.

Coraz wyraźniej słyszał pociąg, tak jak myśliwy słyszy zwierzę, do którego się skrada. Pociąg żył; co prawda był ranny, bo niektóre odgłosy nie brzmiały tak jak powinny, ale jednak żył. Chociaż Quayanorl umierał, postanowił uczynić wszystko co w jego mocy, żeby pojmać i okiełznać dziką bestię.


— I co o tym myślisz? — zapytał Horza Wubslina. Znalazł mechanika pod jednym z wagonów, wiszącego głową w dół i przyglądającego się zespołowi silników napędzających koła pociągu. Wyrwał go z zamyślenia i poprosił, żeby sprawdził działanie miniaturowego detektora masy.

— Bo ja wiem… — Wubslin pokręcił głową. Założył hełm, opuścił wizjer i ustawił go na maksymalne powiększenie. — To cholerstwo jest tak małe, że tylko na „Wirze” mógłbym mu się dokładnie przyjrzeć. Nie zabrałem wszystkich narzędzi. — Cmoknął z namysłem. — Tak na oko wygląda, że wszystko jest w porządku. Może zakłócenia spowodowane przez reaktory są silniejsze, niż ci się wydawało?

— Cholera! W takim razie będziemy musieli zajrzeć w każdy kąt. Wubslin zatrzasnął klapkę na piersi skafandra Horzy, wyprostował się i podniósł wizjer.

— Problem polega na tym, że jeśli to rzeczywiście wina reaktora, nie ma sensu uruchamiać pociągu i jechać nim na poszukiwania Umysłu — powiedział ponurym tonem. — Pozostanie nam kapsuła serwisowa.

— Najpierw dokładnie przeszukamy stację.

Horza wstał i spojrzał przez okno. Balveda, obserwowana uważnie przez Yalson, przechadzała się po peronie, Aviger wciąż siedział na palecie, Xoxarle natomiast stał bez ruchu, przywiązany do metalowej konstrukcji rampy.

— Nie masz nic przeciwko temu, że pójdę do maszynowni?

Horza odwrócił się i spojrzał w otwartą, szczerą twarz mechanika.

— Jasne, że nie. Tylko nie uruchamiaj pociągu, przynajmniej na razie.

— W porządku — odparł Wubslin z radosnym uśmiechem.

— Metamorfie! — zadudnił basowy głos, jak tylko Horza postawił stopę na peronie.

— Czego chcesz?

— Za mocno mnie związaliście. Te druty wrzynają mi się w pancerz.

Horza uważnie obejrzał więzy Idirianina.

— Trudno. Musisz jakoś wytrzymać.

— Jeśli ich nie poluzujesz, wkrótce przetną mi naczynia krwionośne, a nie chciałbym umierać w tak mało elegancki sposób. Jeżeli chcesz, strzel mi w głowę, ale takie powolne zarzynanie jest poniżej mojej godności. Zwracam ci na to uwagę wyłącznie dlatego, że zaczynam podejrzewać, iż naprawdę zamierzasz dostarczyć mnie na pokład któregoś z naszych krążowników.

Horza pochylił się i jeszcze raz zbadał pęta. Xoxarle mówił prawdę: cienki drut werżnął się w keratynowy pancerz jak w korę potężnego drzewa. Metamorf zmarszczył brwi.

— Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Co knujesz? Wasze pancerze wytrzymują znacznie więcej.

Idirianin westchnął donośnie.

— Niczego nie knuję, człowieku. Moje uszkodzone ciało usiłuje się odbudować, więc siłą rzeczy staje się bardziej wrażliwe. Cóż, widzę, że mi nie wierzysz. Trudno. Pamiętaj jednak, że cię ostrzegałem.

— Zastanowię się nad tym — odparł Horza. — Krzyknij, gdyby się coś działo.

Odwrócił się i wrócił do pozostałych.

— To ja będę musiał się nad tym zastanowić — powiedział półgłosem Xoxarle. — Wojownicy nie krzyczą tylko dlatego, że coś ich boli.

— I co? — zagadnęła Horze Yalson, kiedy się do niej zbliżył. — Czy Wubslin jest zadowolony?

— Tak, chociaż martwi się, że może nie mieć okazji poprowadzić pociągu. Co porabia drona?

— Przeszukuje drugi skład, ten na bocznym torze.

— Nie będziemy jej przeszkadzać — zdecydował Horza. — Sprawdzimy stację. Aviger!

Stary pirat, który wydłubywał kawałkiem plastiku resztki jedzenia spomiędzy zębów, spojrzał podejrzliwie na Metamorfa.

— O co chodzi?

— Pilnuj Idirianina. Yalson i ja rozejrzymy się po stacji.

Aviger wzruszył ramionami.

— Proszę bardzo. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty.

Z zainteresowaniem obejrzał koniec plastikowej wykałaczki.


Złapał za koniec rampy, pociągnął, popłynął naprzód na fali bólu. Zacisnął palce na krawędzi otworu wejściowego, pociągnął jeszcze raz, ześlizgnął się z metalowego pomostu do wnętrza wagonu. Odpoczął dopiero wtedy, kiedy wciągnął również bezwładne nogi.

Głowę wypełniał mu ogłuszający szum krwi.

Coraz bardziej bolało go ramię, mięśnie z coraz większym ociąganiem wykonywały polecenia mózgu. Ból był zupełnie inny niż ten od ran, mniej dokuczliwy i nie tak przeszywający, ale niepokoił go znacznie bardziej. Jeśli ramię odmówi mu posłuszeństwa, jeśli palce nie zechcą się zaciskać, nie zdoła dotrzeć do celu. Teraz przynajmniej nie musiał się wspinać. Co prawda miał do pokonania półtora wagonu, ale na szczęście nie pod górę. Spróbował się obejrzeć, by ocenić odległość i wysokość, jaką zdołał przebyć, ale dostrzegł tylko ciemny wilgotny ślad na powyginanej rampie, jakby ktoś przewrócił wiadro z farbą stojące u szczytu metalowej pochylni. Patrzenie wstecz nie miało najmniejszego sensu. Liczyło się tylko to co przed nim. Zostało niewiele czasu. Za pół godziny, może nawet szybciej, będzie martwy. Leżąc bez ruchu, zyskałby kilkanaście, może kilkadziesiąt minut; wysiłek skrócił mu życie, pozbawił zapasu sił. Zaczął pełznąć wąskim, jasno oświetlonym korytarzem, ciągnąc za sobą bezwładne jak kłody nogi.


— Metamorfie!

Horza zmarszczył brwi. Idirianin zawołał w chwili, kiedy on i Yalson odeszli zaledwie na kilka kroków od palety, na której ze znudzoną miną siedział Aviger, trzymając broń wycelowaną mniej więcej w przechadzającą się wciąż Balvedę.

— Co jest?

— Ten drut za chwilę przekroi mój pancerz. Wspominam o tym tylko dlatego, że, jak do tej pory, uparcie nie chciałeś rozprawić się ze mną. Szkoda byłoby umrzeć przypadkowo, w wyniku niedopatrzenia. Jeśli jednak cię to nie obchodzi, proszę bardzo. Nie zamierzam się narzucać.

— Chcesz, żebym rozluźnił więzy?

— Tylko trochę. Mógłbym wreszcie zaczerpnąć więcej powietrza. Horza wycelował broń w Idirianina i powoli ruszył w jego kierunku.

— Jeśli planujesz jakieś sztuczki, odstrzelę ci wszystkie kończyny, przywiążę do palety i w takiej postaci odeślę do domu.

— Przekonałeś mnie, człowieku. Najwyraźniej wiesz, jak niechętnie korzystamy z protez, nawet jeśli mają zastępować członki utracone podczas walki. Będę posłuszny, tylko poluzuj więzy, jak na sojusznika przystało.

Horza spełnił życzenie Idirianina. Xoxarle ostrożnie poruszył ramionami i westchnął głęboko.

— Tak lepiej, karzełku. Znacznie lepiej. Teraz wiem, że przeżyję, by z dumnie podniesionym czołem przyjąć karę, która, twoim zdaniem, ma mnie spotkać.

— Kara cię nie minie, o to możesz być spokojny — odparł Horza, po czym zwrócił się do Avigera: — Jeśli będziesz podejrzewał, że coś knuje, odstrzel mu nogi.

— Tak jest, kapitanie — odparł stary pirat i zasalutował z przesadną starannością.

— Masz nadzieję potknąć się o Umysł? — zagadnęła Balveda, stając przed nimi z rękami w kieszeniach.

— Nigdy nie wiadomo, Balvedo — powiedział spokojnie Horza.

Agentka obdarzyła go lekceważącym uśmiechem.

— Ładnie to tak plądrować groby?

Horza puścił zaczepkę mimo uszu.

— Powiedz Wubslinowi, że ruszamy na poszukiwania — zwrócił się do Yalson. — Poproś go, żeby od czasu do czasu rzucił okiem na peron i sprawdził, czy Aviger nie zasnął.

Yalson natychmiast przekazała inżynierowi polecenie przez komunikator.

Horza ponownie spojrzał na Balvedę.

— A ty pójdziesz z nami. Wolę nie tracić cię z oczu, kiedy teraz wszystko tu działa.

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

— Czyżbyś mi nie ufał?

— Bądź tak dobra, zamknij się i ruszaj przodem — polecił Horza znużonym tonem i lufą wskazał kierunek. Balveda wzruszyła ramionami, ale zastosowała się do polecenia.

— Czy ona naprawdę musi iść z nami? — zapytała Yalson półgłosem.

— Nie, ale wtedy trzeba by ją gdzieś zamknąć.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

— Ech, co tam…

Unaha-Closp powoli sunęła korytarzem wagonu. Za oknami widziała dźwigi, suwnice, magazyny części zapasowych, ramiona robotów naprawczych, spawarki i szafy z narzędziami stłoczone ciasno wzdłuż bocznicy, ale znacznie bardziej interesujące rzeczy znajdowały się we wnętrzu pociągu. Niektóre wytwory nie istniejącej od dawna cywilizacji budziły zdumienie; w normalnych warunkach drona nie powstrzymałaby się przed tym, żeby je dokładniej obejrzeć, tym razem jednak głównie cieszyła się chwilami samotności. Po kilkunastu dniach przebywania z ludźmi powoli zaczynała mieć dosyć ich towarzystwa, największy niesmak zaś budził w niej Horza Gobuchul. Jak on śmie traktować mnie jak zwykłą maszynę?! — pomyślała po raz kolejny.

Przez chwilę czuła się wspaniale. Podczas starcia w tunelu jako jedyna nie straciła przytomności umysłu i zareagowała w porę, być może ratując życie pozostałym, a już na pewno Metamorfowi. Musiała niechętnie przyznać, że było jej miło, kiedy podziękował przy wszystkich. Niestety, nie dało mu to nic do myślenia; albo zapomniał już o incydencie, albo wmówił sobie, że to jednorazowy wybryk maszyny, której coś zwarło się w obwodach. Tylko Unaha-Closp znała prawdę, tylko ona wiedziała, dlaczego ryzykowała swoje istnienie, żeby ocalić życie ludziom… a przynajmniej powinna wiedzieć. Może niepotrzebnie się przejmowała? Może nie powinna była reagować? Może, ale wtedy podjęła takie działania, jakie wydawały jej się najwłaściwsze. Durna pała! — skarciła się w myślach.

Wędrowała po rozświetlonym, brzęczącym wnętrzu ogromnego pociągu niczym ruchoma część napędzającego go mechanizmu.

Wubslin podrapał się po głowie. W drodze do maszynowni zatrzymał się w wagonie z reaktorem. Niektóre drzwi nie chciały się otworzyć — przypuszczalnie wyposażono je w zamki odblokowywane ze stanowiska sterowania, pulpitu rozdzielczego, mostku, sterowni, miejsca maszynisty, czy jak tam nazywali pomieszczenie na przedzie składu. Przypomniał sobie o poleceniu Horzy i spojrzał przez okno.

Aviger siedział na palecie ze strzelbą wycelowaną w stojącego nieruchomo Idirianina. Wubslin przeniósł wzrok na drzwi wiodące do pomieszczenia reaktora, przy którym się zatrzymał, ponownie nacisnął klamkę, pokręcił głową i ruszył dalej.


Ręka, ramię coraz słabsze. Nad nim rzędy foteli przed wielkimi ekranami. Chwytał za kolejne podstawy, podciągał się naprzód. Dotarł już prawie do korytarza wiodącego na przód wagonu. Nie był pewien, czy zdoła go pokonać, czy znajdzie jakieś uchwyty, ale na razie postanowił nie zaprzątać sobie tym głowy. Wyciągnął rękę, zacisnął ją na metalowej podstawie, napiął mięśnie. Z tarasu nad bocznicą roztaczał się imponujący widok na drugi pociąg — ten, w którym była drona. Potężne, obłe cielsko, lśniące w blasku podsufitowych lamp, wyglądało jak statek kosmiczny, a otaczające go czarne skały przypominały bezgwiezdną kosmiczną pustkę.


Yalson ze zmarszczonymi brwiami wpatrywała się w tył głowy Balvedy.

— Coś mi się nie podoba — szepnęła tak cicho, że tylko Horza mógł ją usłyszeć. — Jest zbyt potulna.

— Jeśli o mnie chodzi, to nie mam nic przeciwko temu. Im potulniejsza, tym lepiej dla nas.

Yalson pokręciła głową, nie odrywając wzroku od agentki Kultury.

— Ona coś kombinuje. Do tej pory zachowywała się zupełnie inaczej. Ma jeszcze coś w zanadrzu.

— Wydaje ci się — mruknął Horza. — To wina hormonów. Stajesz się podejrzliwa i zaczynasz mieć przeczucia.

Zmarszczyła brwi i skierowała na niego rozwścieczone spojrzenie.

— Co takiego?

Pospiesznie uniósł rękę w uspokajającym geście.

— Tylko żartowałem.

Czoło dziewczyny wygładziło się, ale grymas niepokoju nie zniknął z jej twarzy.

— Mówię ci, że ona coś knuje. Czuję to.


Quayanorl doczołgał się do drzwi, pchnął je i wytoczył się na główny korytarz.

Coraz mniej wyraźnie przypominał sobie, po co to robi. Wiedział tylko tyle, że musi posuwać się naprzód, że musi pełznąć, musi się czołgać… ale po co? Dlaczego? Pociąg zamienił się w labirynt zbudowany wyłącznie po to, żeby zadawać cierpienie.

…Czołgam się ku śmierci. Docieram do końca i chociaż dalej nie ma drogi, muszę posuwać się naprzód. Pamiętam tę myśl, ale czego dotyczyła? Czy umrę, kiedy znajdę się na przedzie pociągu, i będę kontynuował wędrówkę po drugiej stronie, po śmierci? Czy właśnie o to chodzi?

Jestem jak maleńkie dziecko raczkujące po podłodze. Chodź do mnie, kruszyno, mówi pociąg.

Szukaliśmy czegoś, ale… nie pamiętam… co… to… było… Najpierw przeszukali ogromną jaskinię, a potem wspięli się po schodach na galerię łączącą stację z zapleczem i magazynami.


Yalson pilnowała Balvedy — stały na krawędzi szerokiego tarasu biegnącego dokoła groty, mniej więcej w połowie wysokości między posadzką a sklepieniem. Horza przetrząsał magazyny. Balveda stała nieruchomo, z rękami zaciśniętymi na balustradzie. Górna poręcz biegła na wysokości jej ramion; ludziom, którzy zbudowali tunele Systemu Dowodzenia, sięgała do pasa.

Kilka kroków z boku zaczynała się metalowa kładka podwieszona na grubych kablach, łącząca taras z galerią po przeciwnej stronie jaskini i wejściem do wąskiego, rzęsiście oświetlonego tunelu. Balveda jak urzeczona wpatrywała się w to miejsce.

Yalson przez chwilę zastanawiała się, czy agentka zamierza rzucić się do ucieczki i pobiec właśnie w tamtą stronę, szybko jednak doszła do wniosku, że to niemożliwe i że to tylko jej pobożne życzenia — wtedy mogłaby Balvedę zastrzelić i wreszcie pozbyć się kłopotu. Agentka odwróciła wzrok od tunelu po drugiej stronie groty dopiero wtedy, kiedy Horza wyszedł z magazynu.


Xoxarle poruszył ramionami. Drut przesunął się trochę po pancerzu.

Człowiek, który go pilnował, wyglądał na zmęczonego i sennego, ale pozostali mogli wrócić lada chwila, więc Idirianin musiał działać bardzo ostrożnie, by nie wzbudzić podejrzeń Metamorfa. Co prawda sprawy przybrały niezbyt pomyślny obrót, ale istniało spore prawdopodobieństwo, że ludziom nie uda się odszukać zbiegłego Umysłu, a wtedy najmądrzej będzie wstrzymać się od jakichkolwiek działań. Nie pozwoli karzełkom zaprowadzić się do ich statku. Xoxarle podejrzewał, że Horza również liczy się z taką ewentualnością i zamierza powetować sobie niepowodzenie, domagając się wysokiego okupu za jeńca.

Okup musiałoby zapłacić dowództwo floty, ponieważ rodziny porwanych otrzymywały kategoryczny zakaz uczestniczenia w tego rodzaju negocjacjach, a poza tym krewnych Xoxarle’a nie byłoby stać na tak poważny wydatek. Wciąż nie mógł zdecydować, czy chce żyć i podjąć wysiłek zmazania hańby, czy raczej powinien zaryzykować próbę ucieczki, która najprawdopodobniej zakończy się jego śmiercią. Bardziej przemawiało do niego drugie rozwiązanie; bądź co bądź, działanie było jedną z głównych powinności wojownika. Jeśli nie wiesz, co robić, rób cokolwiek.

Strażnik podniósł się z palety i podszedł na tyle blisko, że mógłby dokładnie przyjrzeć się więzom, ale tylko od niechcenia rzucił na nie okiem. Xoxarle natomiast wprost pożerał wzrokiem laserową strzelbę, bezwiednie zaciskając i prostując palce.


Jak tylko Wubslin wszedł do maszynowni, zdjął hełm, położył go na pulpicie, upewniwszy się, że nie dotyka żadnych przycisków ani klawiszy, po czym rozejrzał się okrągłymi ze zdumienia i zachwytu oczami.

Pod stopami czuł delikatne drżenie. Wskazania wszystkich przyrządów świadczyły o tym, że pociąg jest gotowy do drogi. Obrzucił spojrzeniem pulpity i konsolety, dwa głębokie fotele przed główną tablicą rozdzielczą, wreszcie przeniósł wzrok na szybę z pancernego szkła, za którą widać było mroczną otchłań tunelu. Słabe światełka zainstalowane w obu ścianach nie były w stanie rozjaśnić głębokiej ciemności. Rzęsiście oświetlona była natomiast odnoga tunelu, w której na bocznicy stał drugi pociąg.

Wubslin wyciągnął rękę, dotknął gładkiej, łagodnie zakrzywionej szyby i uśmiechnął się lekko. Prawdziwe szkło, nie ekran. Znakomicie. Konstruktorzy tego cacka znali zasady działania ekranów holowizyjnych, nadprzewodników i napędu magnetycznego (taki napęd miały kapsuły serwisowe), ale nie wstydzili się korzystać także ze znacznie starszych, ale za to solidniejszych technologii. Dlatego pociągi Systemu Dowodzenia poruszały się po stalowych szynach i miały okna z pancernego szkła. Wubslin powoli zatarł ręce, po raz kolejny ogarniając zachłannym spojrzeniem wnętrze pomieszczenia.

— Znakomicie — wyszeptał. — Wspaniale…

Najpierw postanowił sprawdzić, czy uda mu się otworzyć drzwi w wagonie z reaktorem.


Quayanorl dotarł do maszynowni.

Nie nosiła żadnych śladów uszkodzeń. Leżąc na podłodze, widział głównie metalowe wsporniki foteli, okapy pulpitów i lampy na suficie. Na pół sparaliżowany bólem, pełzł uparcie naprzód, mamrocząc coś niezrozumiale i usiłując sobie przypomnieć, co właściwie ma tu do załatwienia.

Przycisnął twarz do chłodnej, delikatnie drżącej podłogi. Pociąg żył; co prawda nie był całkiem sprawny i, podobnie jak on, już nigdy nie odzyska pełni sprawności, ale żył i był gotów do działania. Quayanorl wiedział, że miał jakiś plan, że zamierzał coś zrobić, lecz nie był w stanie wygrzebać z pamięci, co takiego. Zapewne rozpłakałby się z frustracji i rozpaczy, gdyby nie to, że zabrakło mu sił. Co to mogło być? — zadawał sobie po raz setny to samo pytanie, wsłuchując się w mruczenie pociągu. Czego mogłem chcieć?


Unaha-Closp badała wagon z reaktorem. Wprawdzie większość wewnętrznych drzwi była zamknięta, ale drona ominęła te przeszkody szeroką rurą, którą poprowadzono wiązki przewodów. Wędrowała powoli, poświęcając sporo uwagi każdemu elementowi wyposażenia. Bez trudu zidentyfikowała ekrany absorpcyjne, chroniące reaktor przed przegrzaniem, osłony dla wrażliwych ludzkich ciał, rurki, w których woda zamieniała się w parę, napędzającą następnie koła pociągu. Bardzo to wszystko prymitywne, myślała Unaha-Closp. Prymitywne i zarazem skomplikowane. Mnóstwo newralgicznych punktów, w których może nastąpić awaria. Na szczęście, nawet jeśli ludzie dojdą do wniosku, że należy uruchomić tę archaiczne zabawki, pociągi będą czerpać energię nie z zabytkowych reaktorów, tylko z głównego systemu zasilania. Co prawda niechętnie, ale musiała zgodzić się z Metamorfem: Idirianie chyba oszaleli, skoro marzyło im się ożywienie tej sterty wiekowego złomu.


— Czy oni naprawdę spali w czymś takim? — zapytała z niedowierzaniem Yalson, spoglądając na wiszące sieci. Wraz z Balvedą i Horzą stała w drzwiach obszernego pomieszczenia mieszkalnego, z którego kiedyś korzystali ludzie pracujący w tunelach Systemu Dowodzenia. Balveda położyła się w jednej z sieci. Przypominały hamaki rozpięte między belkami przymocowanymi do sufitu. W tym pomieszczeniu wisiało ich około setki.

— Przypuszczam nawet, że było im w nich całkiem wygodnie — powiedział Horza, rozglądając się dokoła. Gdzie jak gdzie, ale tutaj Umysł nie miał jak się ukryć. — Idziemy. Balveda, wstawaj. Balveda posłusznie zeskoczyła na podłogę. Już od dłuższego czasu zastanawiała się, czy znajdą łazienki albo chociaż prysznice. Podniósł rękę, zacisnął palce na krawędzi pulpitu, podciągnął się z całej siły i położył głowę na siedzisku fotela. Następnie, głównie dzięki wciąż jeszcze sprawnym mięśniom karku, przesunął głowę na oparcie i powoli, stopniowo, wpełzł na fotel. Niewiele brakowało, a runąłby na podłogę, kiedy bezwładna noga zahaczyła o podpórkę fotela, ale na szczęście do tego nie doszło.


Siedział.

Obrzucił spojrzeniem niezliczone wskaźniki i przyrządy, potem popatrzył w przód, za grubą szybę, na lśniące szyny niknące w rozdziawionej paszczy tunelu. Ogarnęło go cudowne uczucie ponurej, triumfującej radości: wreszcie sobie przypomniał, co zamierzał zrobić.


— To tu?

Znajdowali się w centralnej dyspozytorni stacji, skąd można było sterować działaniem wszystkich maszyn i systemów. Horza włączył kilka ekranów, odczytał dane z paru wskaźników, po czym usiadł przy głównej konsolecie i uruchamiał kolejne kamery, przeszukując wnętrza pozostałych pomieszczeń. Balveda rozsiadła się w sąsiednim fotelu i beztrosko wymachiwała nogami. Wyglądała jak dziecko, któremu po raz pierwszy pozwolono usiąść na „dorosłym” krześle.

— Tutaj, tak — odparł Horza. — Stacja jest pusta. Umysł albo jest w którymś pociągu, albo wcale go tu nie ma.

Kolejno włączał kamery na pozostałych stacjach. Przy piątej zatrzymał się na chwilę, uważnie obejrzał ciała czterech medjeli i resztki prymitywnego wozu bojowego skonstruowanego przez Umysł, po czym przeszedł do stacji numer sześć.


…Jeszcze mnie nie znaleźli. Prawie ich nie słyszę; jedyne, co do mnie dociera, to słaby odgłos ich lekkich kroków. Wiem, że tutaj są, ale nie mam pojęcia, co robią. Czy udało mi się ich oszukać? Korzystali z detektora masy, ale jego sygnał ucichł. Jest jeszcze jeden. Mają go tutaj, ale nie działa albo oszukała go obecność reaktora. Cóż za ironia losu.

Chyba schwytali jednego z Idirian, bo wyczułem mocniejsze stąpnięcia. Wszyscy poruszają się na piechotę, czy może niektórzy korzystają z uprzęży antygrawitacyjnych? Jak się tutaj dostali? Może to Metamorfowie z bazy na powierzchni?

Oddałbym połowę pamięci za jedną małą dronę. Jestem dobrze ukryty, ale bezsilny. Prawie nic nie widzę i nie słyszę. Tylko czuję. To okropne. Tak bardzo chciałbym wiedzieć, co się dzieje…


Quayanorl wpatrywał się we wskaźniki stłoczone na pulpitach. Wcześniej, jeszcze przed przybyciem ludzi, Idirianie zdołali odgadnąć znaczenie większości z nich. Teraz usiłował je sobie przypomnieć. Od czego powinien zacząć? Pochylił się do przodu, zachwiał w dziwnie ukształtowanym fotelu, pstryknął kilkoma przełącznikami. Zapłonęły światełka, z wnętrza konsolety dobiegło mechaniczne cykanie.

Pamięć odmawiała mu posłuszeństwa. Dotykał pokręteł, suwaków i przycisków; w okienkach wskaźników zmieniały się liczby, zegary pokazywały nowe wartości, coś popiskiwało i pomrukiwało. Wydawało mu się, że robi to, co trzeba, ale nie był pewien. Niektóre przyrządy znajdowały się tak daleko, że po to, by ich dosięgnąć, musiał częściowo wpełzać na pulpit, uważając jednocześnie, żeby przy okazji nie zmienić ustawienia żadnego z tych, którymi manipulował wcześniej.

Wibracja przybierała na sile. Czuł ją całym ciałem. Obracały się koła zamachowe, poruszały się siłowniki, powietrze było zasysane i wypychane z sykiem, brzęczyki brzęczały, lampki migotały. Coś się działo. Co prawda pociąg jeszcze nie drgnął, lecz Quayanorl wierzył, że jest coraz bliższy wprawienia go w ruch.

Najgorsze było to, że tracił wzrok.

Zamrugał i potrząsnął głową, ale nic to nie dało. Oko słabło z każdą chwilą. Obraz szarzał, światełka w ścianach tunelu, niknące w mrocznej perspektywie, zdawały się stopniowo przygasać. I nie była to wina zasilania; znał prawdę. Gdyby leżał, pewnie widziałby lepiej, bo krew łatwiej dopływałaby do głowy. Ból nasilał się bezustannie.

Śmierć zbliżała się wielkimi krokami, więc musiał się spieszyć. Wcisnął jeszcze kilka klawiszy, przesunął dźwignie… Pociąg powinien był ruszyć, lecz nadal trwał bez ruchu jak zaklęty. O czym zapomniał? Odwrócił się w stronę, po której znajdowało się martwe oko, zobaczył rząd czerwonych lampek. Oczywiście: drzwi. Wdusił odpowiednie przyciski, usłyszał donośne westchnienie pneumatycznych siłowników, a potem wielokrotne, delikatne mlaśnięcia. Większość światełek zgasła, ale nie wszystkie. Kilkoro drzwi zostało otwarte. Odblokowanie zabezpieczenia zajęło mu trochę czasu; kiedy wreszcie uporał się z zadaniem, ta część pulpitu była zupełnie ciemna.

Spróbował jeszcze raz.

Jak gigantyczne zwierzę budzące się ze snu zimowego, napinające mięśnie, wbijające pazury w ziemię, trzystumetrowy pociąg drgnął, szarpnął wagonami, przygotował się do odjazdu. Quayanorl miał ochotę roześmiać się głośno ze szczęścia. Udało mu się! Może zmarnował zbyt wiele czasu, może było już za późno, ale przynajmniej dopiął swego, pokonał ból, zwyciężył przeciwności. Zawładnął ogromną srebrzystą bestią i, przy odrobinie szczęścia, da nauczkę ludziom, a przy okazji pokaże zarozumiałym strażnikom planety, co myśli o ich bezcennym grobowcu-pomniku. Niepewnie, pełen obaw, zacisnął palce na dźwigni, która — tak ustalili z Xoxarle’em — sterowała dopływem mocy z głównych silników, po czym pchnął ją w przód, aż do maksymalnego wychylenia startowego. Pociąg zatrząsł się, jęknął… i to wszystko. Z jedynego oka, wypełnionego szarością, popłynęły łzy. Chwilę potem Quayanorl poczuł znacznie silniejsze szarpnięcie, gdzieś z tyłu rozległo się zgrzytanie dartego i giętego metalu. Gdyby nie chwycił się podłokietnika, na pewno runąłby na podłogę; jak tylko odzyskał równowagę, złapał za dźwignię i przesunął ją z powrotem w pozycję wyjściową. Huczało mu w głowie, trząsł się z wyczerpania i podniecenia; ponownie pchnął dźwignię.

Fragment zwalonej rampy utkwił w którychś drzwiach, uniemożliwiając ich domknięcie i kotwicząc pociąg przy peronie. Tor był usłany osmalonymi, poskręcanymi kęsami metalu, pod jednym z wózków uktwiła porzucona przez kogoś ręczna spawarka. Jęcząc przeraźliwie, jakby każdy ruch kosztował go tyle samo bólu i wysiłku co Quayanorla, pociąg szarpnął się do przodu. Koła wykonały pół obrotu, po czym znieruchomiały, z przedziałów silnikowych dobiegło narastające wycie. W maszynowni rozwrzeszczały się sygnały alarmowe, tak piskliwe, że ranny Idirianin ledwo je usłyszał. Wskazówki skakały jak szalone, lampki ostrzegawcze migotały szkarłatem, ekrany zapełniały się informacjami.

Rampa zaczęła się powoli wyginać, jednocześnie oddzierając szeroki pas blachy z boku wagonu.

Quayanorl jak urzeczony wpatrywał się w zbliżający się powoli wylot tunelu.

Zatrzeszczały metalowe kęsy, miażdżone monstrualnym ciężarem. Spawarka przez kilka metrów sunęła po torze, pchana obracającymi się powoli kołami, zaklinowała się przy zespole śrub mocujących szynę do podłoża, przez ułamek sekundy stawiała opór i rozsypała się z łoskotem.

Po chwili rozległ się jeszcze bardziej donośny huk, kiedy resztki rampy runęły na peron, wyszarpując ogromny płat aluminiowej ściany wagonu, razem z przewodami, rurami i urządzeniami ukrytymi pod tą cienką, błyszczącą powłoką. Narożnik zsunął się na szynę; koła zawahały się przez krótką chwilę, ale siła bezwładu ogromnej masy była tak wielka, że stalowa konstrukcja trzasnęła jak kartonowe pudełko. Quayanorl opadł na fotel. Szeroko rozwarte usta tunelu łapczywie połknęły pociąg. Stacja została w tyle, czarne ściany przesuwały się powoli po obu stronach składu. Pociąg wciąż drżał jak w febrze, ale nabierał prędkości. Seria następujących szybko po sobie łoskotów poinformowała Idirianina, że pozostałe wagony bezpiecznie minęły rumowisko. Opuszczając zniszczoną stację, pierwszy wagon poruszał się w tempie piechura, drugi nieco szybciej, wagon z reaktorem dogoniłby człowieka idącego krokiem marszowym, ostatni mógłby zmierzyć się z długodystansowcem.


Dym zgęstniał, odpłynął rozwleczonymi smugami za odjeżdżającym pociągiem, po czym wrócił i ponownie wzniósł się pod sklepienie. Kamera na stacji numer sześć, tam gdzie stoczyli krwawą potyczkę, gdzie zginęli Neisin i Dorolow, i gdzie zostawili martwego Idirianina, nie działała. Horza kilka razy naciskał przycisk, ale ekran wciąż był ciemny, migotała natomiast lampka awaryjna. Horza zajrzał na pozostałe stacje, żadnej nie poświęcając szczególnej uwagi, po czym wstał od pulpitu.

— Wygląda na to, że wszystko w porządku — powiedział. — Wracamy do pociągu.

Yalson poinformowała o tym Wubslina i dronę, Balveda zaś lekko zeskoczyła z fotela i pierwsza wyszła z dyspozytorni. Umieszczony na ścianie dokładnie naprzeciwko drzwi ekran — jeden z pierwszych, które włączył Horza — pokazywał aktualne zużycie energii przez poszczególne instalacje Systemu Dowodzenia. Chwilę po tym, jak wyszli, wyraźnie urósł słupek obrazujący pobór mocy przez sieć komunikacyjną. Oznaczało to, że gdzieś w ukrytych głęboko pod ziemią tunelach ożył jeden z pociągów.

Загрузка...