Rozdział 6

Zima obfitowała w wydarzenia zarówno dla Erlinga, jak i Tiril. Zwłaszcza dla dziewczyny okazały się one niesłychanie bulwersujące.

Co prawda w ostatnich latach otwarta, kochająca bliźnich dziewczyna sporo się dowiedziała o mrocznych stronach ludzkiej duszy, zachowała jednak dawne przekonanie o dobru tkwiącym w człowieku.

Niestety, owa wiara miała zostać poważnie zachwiana. Siało się to tuż przed świętami Bożego Narodzenia – choć takimi drobnostkami jak święta nikt na szkierze się nie przejmował. Życie na maleńkiej wysepce Ester biegło swoim torem, jakby poza czasem i przestrzenią, tu liczył się tylko dzień powszedni i walka o przetrwanie.

Od dawna nie ustawały jesienne, a później zimowe sztormy. Fale dniami i nocami nieprzerwanie biły o brzeg, całkowicie izolując dwie kobiety i psa. Zapasy żywności zaczęły się wyczerpywać, ale Ester zapewniała, że tak jest rokrocznie.

– Pamiętaj tylko, że do tej pory byłaś sama – zauważyła Tiril. – Teraz masz jeszcze jedną gębę do wykarmienia.

– No właśnie, sama – odparła Ester, patrząc Tiril prosto w oczy. – Jak myślisz, co wolę? Siedzieć samotnie, najadać się do syta, gapić w ścianę i słuchać jej durnych odpowiedzi? Czy raczej mieć dwóch kompanów do rozmowy? Jednego, który cały czas mi się sprzeciwia, i drugiego, który okazuje mi wyłącznie podziw bez względu na to, co powiem?

– Przecież ja wcale ci się nie sprzeciwiam – zaprotestowała przestraszona Tiril.

– Doprawdy? A co robisz teraz?

Tiril wybuchnęła śmiechem.

Ester oświadczyła z właściwą sobie szczerością:

– Do stu diabłów, tego właśnie chcę! Chcę mieć się z kim kłócić i wiedzieć, że ten ktoś mnie lubi.

– To prawda, bardzo cię lubię – ciepło zapewniła ją Tiril.

– Sama więc widzisz!

Siedziały przy kolacji, nie da się zaprzeczyć, dość żałosnej: kaszy z resztek zboża z otrębami ugotowanej na wodzie. Był zimowy wieczór, ponury i wietrzny. Czasami mocniejszy podmuch wichru uderzał w ścianę i wówczas cała chata się trzęsła. Tiril od dawna się obawiała, że za którymś gwałtowniejszym porywem dach wzniesie się w powietrze, lecz Ester zapewniała, że jest dobrze umocowany.

– Jedyne czego mi teraz brakuje – oświadczyła Ester, uderzając plecami w oparcie ławy tak mocno, że aż zatrzeszczało – to kawałka chłopa. Bardzo szczególnego kawałka. Dobrze w takich chwilach mieć sąsiada. Ty nigdy za tym nie tęsknisz, Tiril?

Dziewczyna przywykła do bezpośredniości Ester, nie raz już słyszała jej wyznania. Pytanie, zadane przez rybaczkę wprost, wprawiło ją jednak w zakłopotanie. Tiril była już dojrzałą dziewczyną i temat zaczął jej osobiście dotyczyć, choć starała się zdusić w sobie związane z tym myśli i uczucia. Jednakże słysząc pytanie Ester ujrzała przed sobą parę oczu, których nigdy nie zdołała zapomnieć. Ich blask…

Ester pozostała niewrażliwa na jej duchowe udręki i ciągnęła niezrażona:

– No, bo masz przecież tego swojego Müllera, prawda? Czyż on nie jest najprzystojniejszy W całym Bergen? Sama tak mówiłaś!

– Erling? – zająknęła się zmieszana Tiril. – Ale przecież…

– Dziękuję, nieraz już to słyszałam. Miał ożenić się z twoją siostrą, ty nigdy nie ośmieliłabyś się nawet o nim marzyć, i tak dalej. Ale to kiepskie wymówki!

– To i tak bez znaczenia – przerwała jej Tiril – Erling nie odpowiedział na mój list.

Ton jej głosu świadczył o urazie. Tiril nie mogła zrozumieć, a tym bardziej pogodzić się z faktem, że Erling się nie odzywa.

– Syn sąsiada mówił mi przecież, że nie rozmawiał z Müllerem osobiście. Jakaś zołza z kwaśną miną wyrzuciła biednego chłopaka za drzwi. Ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie: nie brakuje ci mężczyzny w łóżku?

Tiril szczerze wyznała Ester:

– Zaczęłam już o tym myśleć. Ale tylko trochę.

– Mogłabyś się zakręcić za synem sąsiada.

– Och, nie, nie jestem tego aż tak spragniona.

– Aha, już wszystko wiem – chytrze uśmiechnęła się Ester. – To przez tego diabelca, Anioła śmierci, jak go nazwałaś. Czarnoksiężnika. Tak, tak, przydałby nam się teraz. Poczarowałby trochę.

– Tak – westchnęła Tiril, ale prędko dodała – Ale nie w takim sensie jak myślisz.

– Czyżby? No tak, wspominałaś, że on nie został do tego stworzony, chociaż diabli wiedzą, o co ci chodziło.

– Ester podniosła się leniwie. – Mam ochotę na łyk jałowcówki. Głupia jesteś, że nie pijesz.

Przeszła do swej tajemnej izdebki po gliniane naczynie z jałowcówką. Zapasy wódki zdawały się niewyczerpane.

Nie wracała przez dłuższy czas, pewnie pociągała sobie w ukryciu, a Tiril pogrążyła się w myślach o erotyce w swym życiu, a raczej jej braku.

Kiedy jeszcze sypiała w szopie nad brzegiem, zdarzało się, że wieczorami długo leżała, wczuwając się w nowe prądy przenikające ciało, które przypominały tamte wywołane dotykiem Móriego. Delikatnie koniuszkami palców wodziła po szyi, czując, jak napięta skóra zaczyna drżeć, jak pulsuje, gdy przesuwała dłonie na brzuch i biodra, i niżej, na uda. Nigdy nie ośmieliła się dotknąć ich wewnętrznej strony, to było zbyt niebezpieczne, przerażające. I te sny, nie dające jej spokoju! Coraz częściej śniła o miłosnych schadzkach, które kończyły się zdyszanym oddechem i ciężką słodyczą w ciele. Miała jednak wrażenie, że jej podświadomość omija niebezpieczne obszary. Osoby zjawiające się w snach pozostawały niewyraźne, nie mogłaby nawet określić ich jako mężczyzn, nie wiedziała, kim ani czym były. Czasami istoty te przypominały elfy, prawie dzieci, czasami miały bardziej zwierzęcą postać, choć z całą pewnością nie były zwierzętami, zawsze jednak okazywały jej dobroć i nie naruszały spokoju ducha.

To wprawdzie irytowało, lecz jednocześnie dawało poczucie bezpieczeństwa.

Tiril nie była jeszcze gotowa, by przyznać się sama przed sobą, że interesuje ją ktoś konkretny. Dopiero stawała się kobietą.

Wróciła Ester i głośnym beknięciem przerwała jej intymne rozważania.

– Wiesz, kiedy pogoda się trochę uspokoi, mogłybyśmy wyprawić się na Sotrę i obie zafundować sobie odrobinę uciechy – zaproponowała, ciężko opadając na ławę.

– Ester, zapewniam cię, że…

Nagle Nero poderwał się i nastawił uszu.

– Pst! Słyszałaś? – szepnęła Ester. W jej oczach zapłonął nowy blask.

– Nie – odparła Tiril. – Akurat mówiłam.

– To teraz zamknij gębę!

Czekały w milczeniu. Nero podczołgał się pod drzwi. Widać było, jak jest spięty, ale najwidoczniej i on uszanował nakaz Ester. Tiril jednak poznała, że pies ze wszystkich sił powstrzymuje się od warczenia.

Ogień rzucał migotliwe cienie na nędzną izdebkę, którą Tiril usiłowała utrzymywać w jako takim porządku. Była to niemal syzyfowa praca, przedsięwzięcie z góry skazane na niepowodzenie, ponieważ Ester ciskała wszystko tam, gdzie stała, a lepkie dłonie wycierała w to, co akurat wpadło jej w rękę. Tiril na zimę musiała przeprowadzić się do chaty, w szopie na łódź za dużo było szpar, przez które wpadał wicher. Dzieliła teraz izbę z Ester i Nerem, jakoś się to układało. Sypiała na podłodze, na środku pomieszczenia, w jedynym dostępnym miejscu.

Nero za to bardzo sobie chwalił fakt, że jego ukocha: na pani zeszła nagle do bardziej psiego poziomu. Jego zdaniem miło było sypiać przytulonym do jej pleców, w ten sposób także ogrzewali się nawzajem. Dla wielu psów bliskość człowieka ma bardzo duże znaczenie, inne nic a nic to nie obchodzi.

W blasku ognia małe oczka Ester płonęły niepokojąco. Kobieta siedziała nieruchomo, pochylona w przód, jakby gotując się do skoku. Tiril nie bardzo mogła się zorientować, co się dzieje, ona bowiem niczego nie słyszała. Nie znała wyrażenia „żniwa w szalejącej burzy”, nic w tym dziwnego, wywodziło się ono z wód leżących bardziej na południu, gdzie, proceder, z którym się wiązało, był powszechniej uprawiany. „Reap the wild wind…”

Tak! Oto znów rozległ się ten dźwięk, który wcześniej usłyszeli Ester i pies: wystrzał armatni dobiegający z morza.

Ester natychmiast się poderwała.

– Nareszcie! – zawołała z radością. – Pospiesz się, Tiril!, Żar, weź trochę żaru do wiadra!

Potężna kobieta chwyciła swe rybackie ubranie i wybiegła w ciemność nocy. Nero nie odstępował jej na krok. Tiril wciąż nie wiedziała, o co chodzi, lecz wsypała trochę żaru do wiaderka i ruszyła za nimi.

Na zewnątrz było ciemno choć oko wykol. Gwałtowny powiew wichru rzucił nią o ścianę, deszcz siekł po twarzy.

– Ester? – zawołała, starając się przekrzyczeć wichurę. Nero poprowadził ją za sobą, wskazując drogę.

Kolejny wystrzał armatni sprawił, że Tiril wreszcie zrozumiała, w czym rzecz. Jakiś statek znalazł się w niebezpieczeństwie. Ester zmierzała do ogniska.

Tiril poczuła ogarniającą ją radość. Może uda im się uratować komuś życie!

Nero pociągnął ją ku wielkiemu, nigdy nie zapalanemu ognisku na północnym krańcu wyspy. Nareszcie więc miało zapłonąć! Wspaniale! Małe ognisko na południu paliło się nieustannie dzień i noc. Takie zobowiązanie wobec władz Ester odziedziczyła wraz z wyspą. Raz wspomniała, że zarabia nawet na tym parę groszy.

Teraz jednak ważniejsze było co innego: ratowanie statku, który nie mógł przybić do brzegu.

Kiedy Tiril pokonując wściekłe podmuchy nawałnicy doczołgała się na północne skały, Ester już tam była.

– Pospiesz się! – przywitała wrzaskiem dziewczynę. – Mam nadzieję, że drewno całkiem nie zamokło od tego przeklętego deszczu!

Usiłując rozpalić ogień za pomocą suchej hubki, którą przezornie ze sobą zabrała, Ester rzucała wiązanki siarczystych przekleństw. Nadmorskie osty, gdyby rozumiały jej słowa, zwiędłyby z przerażenia.

Co jakiś czas rozlegał się wystrzał z działa.

– To może być wielki statek! – wołała Ester. – Co najmniej galeon. Trójmasztowiec. No, nareszcie ogień chwycił, udało się! Teraz prędko, na drugą stronę wyspy, musimy zgasić tamto ognisko! Szybko, nie mamy czasu do stracenia!

Tiril nie była obeznana ze znakami nawigacyjnymi, nie rozumiała ich znaczenia. Biegła w ślad za świetnie znającą teren Ester, zdumiewająco lekko poruszającą się po skałach. Na samej górze wiatr je przewracał, nie pozostawało więc nic innego, jak położyć się na ziemi i przeczekać gwałtowny atak sztormu.

– Spóźnimy się, spóźnimy! – jęczała Ester.

Tiril także się zorientowała, że wystrzały z działa rozlegają się bliżej. Zobaczyli nasz ogień, pomyślała. Uratowałyśmy ich!

Płomienie nowego ogniska kładły się prawie płasko na wietrze. Iskry sypały się na morze.

Byle tylko nie zgasło, niepokoiła się Tiril.

Nero nie odstępował ich ani na krok, uradowany, że wolno mu biegać po wyspie w tak interesującą pogodę.

– Dlaczego musimy zgasić to dawne ognisko? – zawołała Tiril.

– Nie pojmujesz? To dopiero głupia gęś! – wrzasnęła Ester, ale Tiril wcale się nie przejęła ostrymi słowami rybaczki. Przywykła już do nich, wiedziała, że nie dyktuje ich złość, po prostu Ester nie umiała wyrażać się inaczej.

Usiłowała zrozumieć, dlaczego stary ogień trzeba zgasić, lecz wicher rozwiewał wszelkie myśli.

Dotarły na południowy kraniec wyspy i Ester natychmiast zaczęła rozwalać stos kamieni, na których płonęły węgle pod osłoną niedużej nadbudówki. Tiril przemokła już do suchej nitki, ale nie miała czasu się skarżyć. Ze, wszystkich sił starała się pomóc Ester.

– Statek się zbliża! – zawołała. – Słyszę, jak trzeszczy kadłub.

– Do diabła! – wrzasnęła Ester. – No, nareszcie! A teraz depcz węgle, prędko, trzeba je zgasić! Udało się!

Z nocnych ciemności zaczęło się wyłaniać coś wielkiego. Pozostawało tylko niewyraźnym cieniem, ale widać było, że jest ogromne.

– To barkentyna! – zawołała Ester. – Hura! Jesteśmy bogate!

Na pokładzie zapłonęło jakieś światło i morze zalśniło mroczną zielenią. Nagle od strony statku dobiegło wołanie:

– Przysięgam, kapitanie, przed chwilą widziałem tu ognisko, wpłynęliśmy za daleko na północ.

– Bzdury, znam te wody. Ustawić się pod wiatr!

– Nie! – wrzasnął ktoś trzeci. – Zmienić kurs! Na prawą burtę! Na prawą!

Boże, oni płyną prosto na nas, pomyślała Tiril. Odruchowo uskoczyła w bok. Nero uczynił to samo, ale Ester pomimo podmuchów wiatru trzymała się prosto i zanosiła głośnym śmiechem.

Z barkentyny dobiegały wydawane głośno rozkazy. Zaiskrzyło i zaskrzypiało, gdy wielki statek usiłował zrobić zwrot. Wzniósł się nagle nad Tiril jak góra, drewno zazgrzytało o skały. Załoga zaniosła się krzykiem strachu i gniewu, zatrzeszczał kadłub, przechylając się pod niebezpiecznym kątem…

Barkentyna znalazła się poza pasem szkierów.

– Udało nam się – szepnęła Tiril. – Uratowaliśmy ich!

Ester jednak jej nie słyszała, może i lepiej dla Tiril, bo rybaczka była zupełnie innego zdania.

– Do kroćset! – wrzeszczała. – Przepłynęli obok, jak to możliwe! Do stu tysięcy piorunów, oby ich diabli…

I tak dalej w tym samym stylu przez kilka minut. Zdumiewające, żadne z przekleństw się nie powtórzyło!

Do Tiril wreszcie dotarło, czego dotyczy cała ta tyrada za późno zgasiły mniejsze ognisko.

Zamiarem Ester było tak nakierować statek, aby roztrzaskał się o wysokie skały wznoszące się na brzegu, pośrodku wyspy. Wszyscy kapitanowie wiedzieli, że ogień płonie na jej południowym krańcu i wobec tego należy trzymać kurs na południe. Gdy zamiast tego zapalono ognisko na północnym krańcu wyspy, a statek obrał kurs na lewą burtę, musiał wpaść na skały. Prosto w objęcia śmierci.

Powlokły się do domu, Ester przeklinała i popłakiwała. Właśnie wtedy Tiril z przerażającą jasnością uświadomiła sobie bolesną prawdę.

Już wiedziała, że zamknięta izdebka, tak pilnie strzeżona przez Ester, kryje w sobie kosztowne rzeczy z wraków statków, które rybaczka zwabiła na skały, a potem splądrowała.

Z rozpaczą w sercu zastanawiała się, ilu ludzi znalazło tu swoją śmierć.

Piractwo z lądu…

Kiedyś, dawno temu, o tym słyszała.

Dość powszechne zajęcie wzdłuż wybrzeży.

Żniwa w szalejącej burzy.

Загрузка...