ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Lato chyliło się już ku końcowi, kiedy Vorkosigan zaproponował jej wyprawę do Bonsaklaru. Umówionego ranka byli już w połowie pakowania, kiedy Cordelia wyjrzała przez okno frontowej sypialni i powiedziała zduszonym głosem:

— Aralu, przed domem właśnie wylądował lotniak i wyszło z niego sześciu uzbrojonych mężczyzn. Rozeszli się po całej posiadłości.

Zaalarmowany Vorkosigan podbiegł do niej, ale na widok mężczyzn odprężył się wyraźnie.

— Wszystko w porządku. To ludzie księcia Vortali. Zapewne zamierza złożyć wizytę ojcu. Jestem zaskoczony, że znalazł czas, by wyrwać się ze stolicy. Słyszałem, że cesarz nie daje mu ani chwili wytchnienia.

W kilka minut później obok pierwszego lotniaka wylądował drugi i Cordelia po raz pierwszy ujrzała nowego barrayarskiego premiera. Opis księcia Serga, określający go mianem pomarszczonego błazna, był nieco przesadzony, ale trafny, zobaczyła szczupłego, skurczonego ze starości mężczyznę, który jednak nadal poruszał się żwawo i pewnie. W ręce miał laskę, lecz ze sposobu, w jaki nią gestykulował, Cordelia domyśliła się, że nie wynikało to z konieczności, lecz z przyzwyczajenia. Krótko przycięte białe włosy okalały łysą, pokrytą plamami wątrobowymi czaszkę, która połyskiwała w słońcu, kiedy premier w asyście dwóch pomocników, czy może ochroniarzy — Cordelia nie była pewna — ruszył przed siebie. Po sekundzie zniknął jej z oczu, kierując się do frontowych drzwi.

Cordelia i Vorkosigan zeszli na dół do hallu. Dwaj mężczyźni stali tam, rozmawiając przyjaźnie.

— Właśnie idzie — powiedział generał.

Vortala zmierzył ich wzrokiem, w którym czaiły się iskierki przenikliwego humoru.

— Aralu, mój chłopcze, miło cię widzieć w tak dobrym stanie. Czy to twoja betańska Pentesilea? Gratuluję schwytania tak pięknego jeńca. Milady. — Ukłonił się i ucałował jej dłoń w ekstrawaganckim pokazie dobrego wychowania.

Cordelia wzdrygnęła się, słysząc podobny opis własnej osoby, zdołała jednak wykrztusić w odpowiedzi:

— Witam pana.

Vortala z namysłem spojrzał jej w oczy.

— To miłe, że zdołał się pan wyrwać z miasta, by złożyć nam wizytę — powiedział Vorkosigan. — Jednak o mały włos się nie minęliśmy. Moja żona i ja… — dodał, podkreślając te słowa i napawając się nimi niczym łykiem wina o wspaniałym bukiecie — przyrzekłem, że zabiorę ją dziś nad ocean.

— Rozumiem. Tak się jednak składa, że nie jest to wizyta towarzyska. Występuję tu jako chłopiec na posyłki mojego władcy. I mam niestety bardzo mało czasu.

Vorkosigan skłonił się lekko.

— Zatem, panowie, zostawię was samych.

— Ha. Nie próbuj się wykręcać, chłopcze. To, co mam do powiedzenia, jest przeznaczone dla ciebie.

Twarz Vorkosigana przybrała czujny wyraz.

— Nie sądzę, abyśmy mieli sobie z cesarzem coś jeszcze do powiedzenia. Zdaje się, że stwierdziłem to dostatecznie wyraźnie, składając rezygnację.

— Owszem. No cóż, był bardzo zadowolony, że mógł pozbyć się ciebie ze stolicy na czas rozgrywek wokół Ministerstwa Edukacji Politycznej. Jednakże mam obowiązek cię poinformować — lekko skłonił głowę — że cesarz domaga się, abyś go odwiedził. Dziś po południu. Z żoną — dodał po sekundzie namysłu.

— Czemu? — spytał bez ogródek Vorkosigan. — Szczerze mówiąc, wizyta u Ezara Vorbarry nie leżała dziś w moich planach, jak również w planach na dającą się przewidzieć przyszłość.

Vortala spoważniał nagle.

— Brak mu czasu, by czekać na chwilę, kiedy znudzi ci się wiejskie życie. On umiera, Aralu.

Vorkosigan gwałtownie wypuścił powietrze.

— Trwa to od jedenastu miesięcy. Czy nie mógłby umierać jeszcze trochę dłużej?

Vortala zachichotał.

— Pięć miesięcy — poprawił odruchowo, po czym zmarszczył brwi, przyglądając się z namysłem młodszemu mężczyźnie. — Hm. Dobrze mu to zrobiło. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy wywabił z nor więcej szczurów, niż przez poprzednie dwadzieścia lat. Można było przewidywać kolejne wstrząsy w ministerstwach na podstawie biuletynów o jego stanie zdrowia. W jednym tygodniu stan bardzo ciężki, w następnym kolejny wiceminister zostaje oskarżony o malwersacje czy coś podobnego. — Ponownie spoważniał. — Ale tym razem to już nie przelewki. Musisz zobaczyć się z nim dzisiaj. Jutro może być za późno. Za dwa tygodnie będzie zdecydowanie za późno.

Usta Vorkosigana zacisnęły się.

— Czego ode mnie chce? Czy powiedział?

— Cóż… Z tego, co mi wiadomo, przeznaczył dla ciebie urząd w rządzie regencyjnym. Ten, o którym ostatnio w ogóle nie chciałeś słyszeć.

Vorkosigan potrząsnął głową.

— Nie sądzę, aby istniało stanowisko rządowe, które mogłoby mnie skusić do powrotu na arenę. No, może… nie. Nawet Ministerstwo Wojny. To zbyt niebezpieczne. Tu prowadzę ciche, przyjemne życie. — Jego ręka ochronnym gestem objęła talię Cordelii. — Założyliśmy rodzinę. Nie zamierzam narażać moich najbliższych, wstępując znów pomiędzy politycznych gladiatorów.

— O, tak. Wyobrażam sobie ciebie wkraczającego w smugę cienia w wieku czterdziestu czterech lat. Ha! Zbierającego winogrona, żeglującego po jeziorze. Ojciec opowiedział mi o twojej żaglówce. A tak przy okazji, słyszałem, że mieszkańcy wioski chcą na twoją cześć zmienić nazwę na Osiadłość Vorkosigana.

Vorkosigan prychnął i skłonił się z ironią. Premier odpowiedział podobnym ukłonem.

— W każdym razie sam będziesz musiał mu o tym powiedzieć.

— Chyba chciałabym zobaczyć tego człowieka — mruknęła Cordelia. — Jeśli to naprawdę ostatnia okazja.

Vortala uśmiechnął się do niej i Vorkosigan ustąpił niechętnie. Wrócili do jego sypialni, aby się przebrać. Cordelia założyła najbardziej uroczystą ze swych popołudniowych sukien, Vorkosigan — galowy zielony mundur, którego nie widziała od dnia ich ślubu.

— Czemu jesteś taki nerwowy? — spytała. — Może po prostu chce się z tobą pożegnać czy coś takiego.

— Mówimy o człowieku, który nawet własną śmierć potrafi zaprząc do swych politycznych celów. Pamiętaj o tym. Jeśli istnieje jakikolwiek sposób rządzenia Barrayarem zza grobu, mogę się założyć, że on go znalazł. Nigdy nie udało mi się wyjść zwycięsko z żadnej dyskusji z cesarzem.

Oboje w mieszanych nastrojach dołączyli do premiera i polecieli do Vorbarr Sultany.


Rezydencja cesarska była starym budynkiem o niemal muzealnych walorach, oceniła Cordelia, wspinając się wraz z towarzyszami po wytartych przez niezliczone stopy granitowych schodach, prowadzących do wschodniego portyku. Długą fasadę ozdabiały ciężkie kamienne rzeźby, każda postać stanowiła odrębne dzieło sztuki. W sumie pałac był dokładnym przeciwieństwem nowoczesnych, pozbawionych wszelkiego wyrazu ministerstw, wyrastających na wschodzie parę kilometrów dalej.

Wprowadzono ich do komnaty stanowiącej połączenie sali szpitalnej i wystawy antyków. Wysokie okna wyglądały na eleganckie ogrody i trawniki po północnej stronie rezydencji. Mieszkaniec komnaty leżał w wielkim rzeźbionym łożu, odziedziczonym po rozmiłowanych w splendorze przodkach. Jego ciało w kilkunastu miejscach przebijały pospolite plastykowe rurki, które utrzymywały go przy życiu.

Ezar Vorbarra był najbielszym człowiekiem, jakiego Cordelia kiedykolwiek widziała. Białym niczym prześcieradła, białym jak jego włosy. Jego skóra na zapadniętych policzkach była biała i pomarszczona, białe ciężkie powieki opadały na orzechowe oczy. Cordelia widziała już kiedyś podobne oczy, a raczej ich niewyraźne odbicie w lustrze. Śnieżnobiałe dłonie pokrywała siatka niebieskich żyłek. Zęby, widoczne gdy się odzywał, zdawały się żółte na tle ogólnej bieli.

Vortala i Vorkosigan uklękli przed łóżkiem na jednym kolanie; Cordelia po sekundzie wahania poszła w ich ślady. Cesarz gestem bardziej przypominającym drgnięcie ręki odesłał doglądającego go lekarza, który skłonił się i wyszedł. Przybysze wstali, Vortala sztywno, Vorkosigan swobodnie.

— Witaj, Aralu — powiedział cesarz. — Powiedz mi, jak wyglądam.

— Bardzo źle.

Vorbarra zachichotał, jednak po sekundzie śmiech przeszedł w kaszel.

— Jakież to odświeżające. Pierwsza szczera opinia od wielu tygodni. Nawet Vortala owija wszystko w bawełnę. — Jego głos załamał się i cesarz wypluł wielką kulę flegmy. — W zeszłym tygodniu wysikałem resztkę melaniny. Ten przeklęty doktor nie pozwala mi już nawet za dnia wychodzić do ogrodu. — Prychnął; trudno stwierdzić, czy miał to być wyraz dezaprobaty, czy próba głębszego oddechu. — A więc to jest ta Betanka, tak? Podejdź tu, moja panno.

Cordelia zbliżyła się do łóżka ł biały starzec zmierzył ją uważnym spojrzeniem.

— Komandor Illyan opowiadał mi o tobie. Kapitan Negri także. Wiesz, oglądałem twoje akta ze Zwiadu oraz raporty, zawierające zdumiewające wymysły twojej pani psychiatry. Negri chciał nawet ją zaangażować po to, by dostarczała jego sekcji nowych pomysłów. Vorkosigan jak to Vorkosigan, powiedział mi znacznie mniej. — Cesarz urwał, jakby zabrakło mu powietrza. — Wyznaj mi, tylko szczerze. Co właściwie w nim widzisz? Załamanego — jak to brzmiało? — aha, płatnego mordercę?

— Wygląda jednak na to, że Aral coś panu powiedział — odparła, ze zdumieniem słysząc własne słowa w jego ustach. Przyjrzała mu się z ciekawością dorównującą jego własnej. Pytanie wymagało szczerej odpowiedzi i Cordelia sformułowała ją z wysiłkiem.

— Przypuszczam, że widzę w nim samą siebie albo kogoś bardzo podobnego. Oboje szukamy tego samego, choć nazywamy to inaczej i czerpiemy z różnych źródeł. Mam wrażenie, że on nazywa to honorem. Ja określiłabym to jako łaskę Boga. Zazwyczaj jednak z naszych poszukiwań wracamy z pustymi rękami.

— Ach, tak. Przypominam sobie z twoich akt, że wyznajesz rodzaj teizmu — stwierdził cesarz. — Osobiście jestem ateistą. To prosta wiara, ale w ostatnich czasach stanowiła dla mnie wielką pociechę.

— Mnie także nieraz pociągała jej prostota.

— Hm — uśmiechnął się na te słowa. — Bardzo interesująca odpowiedź w świetle tego, co mówił o tobie Vorkosigan.

— A co to było? — spytała Cordelia zaciekawiona.

— Musisz zapytać jego. To była poufna rozmowa. Określił cię bardzo poetycko. Zaskoczył mnie. — Najwyraźniej zadowolony odprawił ją i wezwał z kolei Vorkosigana, który stanął przed nim w agresywnej postawie na baczność. Jego usta wykrzywiały się ironicznie, lecz w oczach Cordelia dostrzegła wzruszenie.

— Jak długo mi służysz, Aralu? — spytał cesarz.

— Dwadzieścia sześć lat od chwili otrzymania patentu. Czy może masz na myśli ciało i krew?

— Zawsze uważałem, że wszystko zaczęło się od dnia, kiedy oddział starego Yuriego zamordował twoją matkę i wuja. Tej nocy, gdy twój ojciec i książę Xav przybyli do mnie, do sztabu Zielonej Armii, aby przedstawić swoją osobliwą propozycję. Pierwszego dnia Wojny Domowej Yuriego Vorbarry. Zastanawiam się, czemu nie nazwano jej Wojną Domową Piotra Vorkosigana? Cóż, trudno. Ile miałeś wtedy lat?

— Jedenaście.

— Jedenaście. Ja byłem w wieku, w którym ty jesteś teraz. Dziwne. Zatem służysz mi swym ciałem i krwią przez… a niech to, przez te wszystkie lekarstwa nie potrafię jasno myśleć…

— Trzydzieści trzy lata.

— Boże. Dziękuję ci. Nie zostało już zbyt wiele czasu.

Z cynicznego wyrazu twarzy męża Cordelia domyśliła się, iż Vorkosigana nie przekonały słowa cesarza na temat jego słabnących mocy umysłowych.

Starzec ponownie odchrząknął.

— Od dawna zamierzałem spytać cię, co powiedzieliście sobie z Yurim dwa lata później, kiedy wreszcie dorwaliśmy go w tamtym starym zamku. Ostatnio bardzo interesują mnie ostatnie słowa cesarzy. Książę Vorhalas uważał, że się z nim bawiłeś.

Vorkosigan na moment przymknął oczy, jakby poczuł dawno zapomniany ból.

— Bynajmniej. Najpierw nie mogłem się doczekać zadania mu pierwszego ciosu, kiedy jednak rozebrano go i położono przede mną, poczułem nagłe pragnienie, by uderzyć prosto w gardło i skończyć z nim, szybko i czysto. Mieć to już za sobą.

Cesarz uśmiechnął się kwaśno nie otwierając oczu.

— Wywołałoby to niezłą awanturę.

— Mmm. Myślę, że dostrzegł w mojej twarzy gnębiący mnie strach, bo zaczął drwić: “Uderzaj, chłopczyku. Jeśli się ośmielisz — nosisz przecież mój mundur. Dziecko w moim mundurze.” Powiedział tylko tyle. Ja zaś odparłem: “Zabiłeś wszystkie dzieci w tej komnacie”. To dość niemądre, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Następnie zadałem mu cios w brzuch. Później często żałowałem, że nie powiedziałem czegoś innego. Przede wszystkim żal mi było, że nie starczyło mi odwagi, by postąpić zgodnie z pierwotnym impulsem.

— Wyglądałeś wtedy dość niepewnie, stojąc na parapecie w deszczu.

— Zaczął krzyczeć. Żałowałem, że wrócił mi słuch.

Cesarz westchnął.

— Tak, pamiętam.

— Sam to zorganizowałeś.

— Ktoś musiał to zrobić. — Urwał, zbierając resztkę sił, po czym dodał: — No cóż, nie wezwałem cię tutaj, aby gawędzić o dawnych czasach. Czy premier uprzedził, czego od ciebie chcę?

— Wspominał coś o jakimś stanowisku. Powiedziałem, że nie jestem zainteresowany, ale odmówił przekazania ci tej wiadomości.

Vorbarra ze znużeniem przymknął powieki i przemówił, zwracając się do sufitu.

— Powiedz mi, mój lordzie Vorkosiganie, kto powinien zostać regentem Barrayaru?

Vorkosigan wyglądał, jakby właśnie ugryzł coś absolutnie wstrętnego, lecz dobre wychowanie nie pozwala mu tego wypluć.

— Vortala.

— Jest za stary. Nie przeżyje szesnastu lat.

— A zatem księżniczka.

— Sztab generalny pożarłby ją żywcem.

— Vordarian?

Oczy cesarza otwarły się nagle.

— Na miłość boską! Chłopcze, myśl rozsądnie.

— Ma przecież trening wojskowy.

— Możemy omówić dokładnie wszystkie jego wady, jeżeli lekarz da mi jeszcze tydzień życia. Zostały ci jakieś zabawne pomysły, czy może zaczniemy rozmawiać serio?

— Quintillan z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. To nie dowcip.

Cesarz uśmiechnął się, ukazując pożółkłe zęby.

— A zatem masz jednak coś dobrego do powiedzenia o moich ministrach. Słyszałem już wszystko; teraz mogę spokojnie umrzeć.

— Książęta nigdy nie zagłosują na kogoś bez słówka Vor przed nazwiskiem — wtrącił Vortala. — Nawet gdyby stąpał po wodzie.

— Więc zróbcie go Vorem. Dajcie mu tytuł wraz ze stanowiskiem.

— Vorkosiganie! — zaprotestował oburzony Vortala. — Quintillan nie pochodzi z kasty wojowników!

— Tak samo jak wielu naszych najlepszych żołnierzy. Jesteśmy Vorami tylko dlatego, że jakiś nieżyjący cesarz mianował nimi naszych przodków. Czemu nie wskrzesić tej tradycji jako nagrody za zasługi? Albo jeszcze lepiej mianować Vorami wszystkich i raz na zawsze skończyć z tą bzdurą.

Cesarz wybuchnął śmiechem, po czym krztusząc się zaczął kasłać, rozpryskując ślinę.

— To dopiero byłby numer. Wykończyłby nerwowo Ligę Obrońców Ludu! Cóż za atrakcyjna kontrpropozycja względem ich planów wymordowania całej arystokracji. Nie sądzę, aby nawet najbardziej oszalały fanatyk z ich grona zdołał wymyślić radykalniejsze rozwiązanie. Jesteś niebezpiecznym człowiekiem, mój lordzie Vorkosiganie.

— Prosiłeś mnie o opinię.

— Istotnie. A ty, jak zawsze, mi ją przedstawiasz. To dziwne — cesarz westchnął. — Skończ z tymi wykrętami, Aralu. Z tego nie uda ci się wywinąć.

Pozwól, że przedstawię w skrócie idealnego kandydata. Regencja wymaga człowieka o niekwestionowanym autorytecie, najwyżej w średnim wieku, mającego za sobą lata służby wojskowej. Powinien być popularny wśród swych oficerów i ludzi, dobrze znany ogółowi, a przede wszystkim szanowany przez Sztab Generalny. Dostatecznie bezwzględny, by przez szesnaście lat dzierżyć w tym domu wariatów niemal absolutną władzę, i dostatecznie uczciwy, by pod koniec tego okresu przekazać ją chłopcu, który bez wątpienia będzie idiotą -ja sam nim byłem w tym wieku, podobnie jak ty, z tego co pamiętam — i oczywiście szczęśliwie żonatym. To zmniejsza pokusę zostania sypialnianym cesarzem za pośrednictwem księżniczki. Krótko mówiąc, ciebie.

Vortala uśmiechnął się szeroko, Vorkosigan zmarszczył brwi. Żołądek Cordelii ścisnął się nagle.

— O, nie! — powiedział stanowczo Vorkosigan. — Nie zrzucisz na mnie tego brzemienia. To groteskowe. Ja, ze wszystkich ludzi na tej planecie, miałbym zająć miejsce jego ojca, przemawiać do niego głosem ojca, stać się doradcą jego matki — groteskowe to niewłaściwe słowo — to nieprzyzwoite. Nie.

Vortalę zdumiał ten gwałtowny sprzeciw.

— Mogę zrozumieć odrobinę powściągliwości, Aralu, ale nie przesadzaj, Jeśli boisz się o wynik głosowania, już to załatwiliśmy. Wszyscy uważają, że jesteś najlepszym kandydatem.

— Z pewnością nie wszyscy. Vordarian natychmiast stanie się moim wrogiem. Podobnie minister Zachodu. A co do władzy absolutnej, sam wiesz najlepiej, że to tylko złudzenie, chimera, mit oparty na — Bóg jeden wie, czym. Magii, tajemnych sztuczkach, wierze we własną propagandę.

Cesarz ostrożnie wzruszył ramionami, starając się nie poruszyć rurek.

— Cóż, to już nie mój problem. Teraz należy to do księcia Gregora i jego matki. Oraz człowieka, który da się przekonać, by stanąć w potrzebie u ich boku. Jak myślisz, ile czasu wytrzymaliby bez pomocy. Rok? Dwa?

— Sześć miesięcy — mruknął Vortala.

Vorkosigan potrząsnął głową.

— Już raz przyszpiliłeś mnie swoim gdybaniem. Przed Escobarem. Wtedy te argumenty były fałszywe — choć potrzebowałem nieco czasu, by sobie to uświadomić — i są fałszywe teraz.

— Nie fałszywe — zaprzeczył cesarz. — Ani wtedy, ani teraz. Muszę w to wierzyć.

— Tak — ustąpił nieco Vorkosigan. — Wiem, że musisz. — Jego twarz stężała, gdy sfrustrowany przyglądał się leżącemu w łóżku mężczyźnie. — Czemu to muszę być ja? Vortala ma większe zdolności polityczne. Za księżniczką stoi prawo. Quintillan znacznie lepiej orientuje się w sprawach wewnętrznych. Masz nawet lepszych strategów militarnych: Vorlakiala. Albo Kanziana.

— Ale trzeciego nie zdołasz już wymienić — mruknął cesarz.

— No, może nie. Musisz jednak zrozumieć moje stanowisko. Nie jestem niezastąpiony, mimo że najwyraźniej tak uważasz. Wręcz przeciwnie.

— Z mojego punktu widzenia masz dwie niepowtarzalne zalety. Pamiętam o nich od dnia, kiedy zabiliśmy starego Yuriego. Zawsze wiedziałem, że nie będę żył wiecznie — kiedy walczyłem z Cetagandanami jako uczeń twojego ojca, moje chromosomy wchłonęły zbyt wiele śladowych trucizn. Wówczas nie dbałem o środki ostrożności, nie spodziewałem się, że kiedykolwiek się zestarzeję. — Cesarz uśmiechnął się ponownie i skupił wzrok na niepewnej, zafascynowanej Cordelii. — Z pięciu ludzi, którzy wedle prawa i zasad dziedziczenia wyprzedzają mnie w linii do korony Imperium Barrayaru, ty jesteś pierwszy. Ha! Podejrzewałem, że nie mówiłeś jej o tym. Nieładnie, Aralu.

Cordelia, czując nagłą słabość, odwróciła zdumione szare oczy w stronę Vorkosigana, który z irytacją potrząsnął głową.

— Nieprawda. Tylko według prawa salickiego.

— Nie będziemy o tym dyskutować. Niezależnie od wszystkiego, każdy kto chciałby pozbawić tronu księcia Gregora, powołując się na argumenty prawa i dziedziczenia, musiałby najpierw pozbyć się ciebie albo ofiarować ci Imperium. Wszyscy wiemy, jak trudno cię zabić. Jesteś też jedynym człowiekiem — jedynym z całej listy — co do którego, pamiętając rozwleczone szczątki Yuriego Vorbarry, mogę powiedzieć z całą pewnością, że rzeczywiście nie chce zostać cesarzem. Inni mogą uważać, że skrywasz swoje pragnienia. Ja wiem lepiej.

— Dziękuję choć za to — burknął Vorkosigan z ponurą miną.

— Gwoli zachęty pragnę zauważyć, że nie ma lepszego stanowiska niż regent, aby zapobiec tej ewentualności. Gregor to twoja jedyna szansa, chłopcze. Jedynie on stoi pomiędzy tobą a tronem. Gdyby nie Gregor, znalazłbyś się na celowniku. On jest twoją jedyną nadzieją.

Książę Vortala odwrócił się do Cordelii.

— Lady Vorkosigan, czy moglibyśmy usłyszeć pani opinię? Najwyraźniej zna go pani bardzo dobrze. Proszę mu powiedzieć, że jest właściwym człowiekiem na to stanowisko.

— Kiedy tu przybyliśmy — powiedziała wolno Cordelia — słysząc niejasne wzmianki o stanowisku pomyślałam, że może namówię go, aby je przyjął. Potrzebuje pracy. Został do niej stworzony. Przyznaję, że nie spodziewałam się czegoś takiego. — Nie spuszczała wzroku z haftowanej kołdry cesarza, zafascynowana misternymi barwnymi wzorami. — Ale zawsze uważałam, że próby, którym się poddajemy, stanowią dar. Zaś wielkie próby, to wielki dar. Jeśli poniesiemy klęskę, trudno, ale niepodjęcie próby oznacza odrzucenie daru i coś jeszcze gorszego, bardziej nieodwracalnego niż zwykle nieszczęście. Rozumiecie, co mam na myśli?

— Nie — odparł Vortala.

— Tak — rzucił Vorkosigan.

— Zawsze sądziłem, że teiści są znacznie bardziej bezwzględni niż ateiści — dodał Ezar Vorbarra.

— Jeżeli wierzysz, że coś jest złe — ciągnęła Cordelia, zwracając się do Vorkosigana — to twoja sprawa. Może na tym właśnie polega próba? Ale jeśli kieruje tobą jedynie lęk przed porażką, nie masz prawa odrzucać daru.

— To niewykonalne zadanie.

— Czasami tak bywa.

Odprowadził ją na bok; stanęli razem przy wysokim oknie.

— Cordelio, nie masz pojęcia, jakie czekałoby nas życie. Czy sądziłaś, że nasze osobistości otaczają się odzianą w liberie służbą wyłącznie dla ozdoby? Jeśli mają chwilę spokoju, zawdzięczają to jedynie czujności dwudziestu ludzi. Nie wolno nam żyć w pokoju. Trzy pokolenia cesarzy próbowały wykorzenić przemoc w naszym życiu, wciąż jednak jeszcze do tego daleko. Nie wierzę, abym zdołał odnieść sukces tam, gdzie on poniósł klęskę. — Jego spojrzenie powędrowało w bok, w stronę wielkiego łoża.

Cordelia potrząsnęła głową.

— Klęska nie przeraża mnie tak jak kiedyś. Ale jeśli chcesz, zacytuję ci coś. “Wygnanie narzucone sobie jedynie dla własnej wygody oznacza rezygnację z jakiegokolwiek honoru. Ostateczną klęskę, po której nie ma już nadziei na zwycięstwo”. Sądzę, że człowiek, który to powiedział, odkrył coś ważnego.

Vorkosigan uniósł wzrok, wpatrując się w przestrzeń.

— Nie mówię teraz o łatwym życiu, lecz o strachu. Prostym, porażającym strachu.

Uśmiechnął się ze smutkiem.

— Wiesz, kiedyś uważałem się za odważnego człowieka, póki na nowo nie odkryłem, na czym polega tchórzostwo. Zapomniałem jak to jest spoglądać sercem w przyszłość.

— Ja też.

— Nie muszę przyjąć tej propozycji. Mogę ją odrzucić.

— Możesz? — Ich oczy spotkały się.

— Nie takiego życia oczekiwałaś, opuszczając Kolonię Beta.

— Nie przybyłam tu dla jakiegoś życia, tylko dla ciebie. Pragniesz tego stanowiska?

Zaśmiał się słabo.

— Boże, co za pytanie? To moja życiowa szansa. Tak. Pragnę go, ale to trucizna, Cordelio. Władza jest jak narkotyk. Spójrz tylko, co z nim zrobiła. Kiedyś on też był normalny i szczęśliwy. Myślę, że każdą inną ofertę odrzuciłbym bez mrugnięcia okiem.

Vortala ostentacyjnie wsparł się na lasce i zawołał z drugiego końca komnaty:

— Zdecyduj się wreszcie, Aralu. Zaczynają boleć mnie nogi. A co do twoich delikatnych uczuć — to zajęcie, dla którego wielu ludzi byłoby gotowych zabić. Sam znam paru takich. A ty dostajesz je na tacy.

Jedynie Cordelia i cesarz wiedzieli, dlaczego Vorkosigan słysząc te słowa roześmiał się gorzko. Następnie westchnął, spojrzał na swojego władcę i skinął głową.

— No cóż, starcze. Podejrzewałem, że znajdziesz sposób, aby rządzić zza grobu.

— Tak. Zamierzam stale cię nawiedzać. — Zapadła krótka chwila ciszy, podczas której cesarz przetrawiał swoje zwycięstwo. — Musisz natychmiast zacząć gromadzić swój personel. Przekazuję kapitana Negriego mojemu wnukowi i księżniczce, do ich osobistej ochrony, ale pomyślałem, że może chciałbyś mieć u siebie komandora Illyana.

— Owszem. Sądzę, że znakomicie się zrozumiemy. — Nagła myśl rozjaśniła mroczną twarz Vorkosigana. — Znam też idealnego kandydata na stanowisko osobistego sekretarza. Będzie tylko potrzebował awansu na stopień porucznika.

— Vortala się tym zajmie. — Cesarz ze znużeniem opadł na poduszki i ponownie wypluł flegmę. Jego wargi były szare jak ołów. — Wszystkim się zajmie. Chyba lepiej będzie, jeśli przyślecie mi tu lekarza. — Pożegnał ich zmęczonym machnięciem ręki.


Vorkosigan i Cordelia opuścili rezydencję cesarską późnym wieczorem. Z przyjemnością odetchnęli ciepłym powietrzem, ciężkim od wilgoci, zwiastującej bliskość rzeki. Za nimi postępowali nowi strażnicy w znajomych czarnych mundurach. Odbyli właśnie długą naradę z Vortalą, Negrim i Illyanem. Cordelii wciąż jeszcze kręciło się w głowie od ilości i drobiazgowości poruszanych tematów. Zauważyła z zazdrością, że Vorkosigan bez trudu dotrzymywał kroku rozmowie. W istocie, on sam wyznaczał tempo.

Był skupiony; po raz pierwszy od swego przybycia na Barrayar Cordelia dostrzegła w jego twarzy ożywienie i radosne napięcie. Znów żyje, pomyślała. Spogląda na zewnątrz, nie w głąb siebie. Naprzód, nie w tył.

Jak wtedy, kiedy spotkałam go po raz pierwszy. Cieszę się, niezależnie od ryzyka.

Vorkosigan pstryknął palcami.

— Naszywki — rzucił tajemniczo. — Pierwszy przystanek: pałac Vorkosiganów.

Podczas ostatniej wyprawy do Vorbarr Sultany przejeżdżali obok oficjalnej siedziby księcia, ale teraz Cordelia po raz pierwszy znalazła się w środku. Vorkosigan zaczął wbiegać po kręconych schodach po dwa stopnie naraz, zmierzając do własnego pokoju. Była to obszerna, umeblowana z prostotą komnata, wyglądająca na ogród na tyłach. Panowała w niej ta sama atmosfera, co w pokoju Cordelii w mieszkaniu jej matki — ślady częstych długich nieobecności głównego lokatora. W szafach i szufladach spoczywały archeologiczne warstwy dawnych zainteresowań.

Nie zdziwiła się, odnajdując ślady fascynacji grami strategicznymi, historią cywilną i wojskową. Znacznie bardziej zaskakująca okazała się teczka pożółkłych rysunków, w ołówku i tuszu, na którą Vorkosigan natrafił, przeglądając zawartość szuflady pełnej pamiątek, medali i zwykłych śmieci.

— Czy to twoje dzieła? — spytała z ciekawością Cordelia. — Wyglądają całkiem nieźle.

— Bawiłem się tym jako nastolatek — wyjaśnił, nie przerywając poszukiwań. — Parę z nich powstało nieco później. Kiedy miałem dwadzieścia parę lat, ostatecznie zrezygnowałem z rysowania. Miałem zbyt wiele obowiązków.

Kolekcja medali i baretek z kolejnych kampanii układała się w osobliwą historię. Wcześniejsze, niższe odznaczenia były starannie ułożone i wystawione na pokrytych aksamitem podkładkach. Do każdej dołączono krótką notkę. Późniejsze, znacznie wyższe, leżały nieporządnie w słoju. Jeden medal, w którym Cordelia rozpoznała najwyższe barrayarskie odznaczenie za odwagę, został wepchnięty na samo dno szuflady, jego wstążka była splątana i wygnieciona.

Usiadła na łóżku przeglądając rysunki. Głównie były to drobiazgowe studia architektoniczne, ale też kilka szkiców postaci i portretów, sporządzonych znacznie mniej pewną kreską. Kilkanaście przedstawiało uderzająco piękną młodą kobietę o krótkich, ciemnych, kręconych włosach, zarówno ubraną, jak i nagą. Przeczytawszy podpisy Cordelia uświadomiła sobie wstrząśnięta, że patrzy na pierwszą żonę Vorkosigana. Nigdzie indziej w jego rzeczach nie natrafiła na żadną jej podobiznę. Były tam też trzy portrety roześmianego młodzieńca podpisane “Ges”, które wydały jej się niepokojąco znajome. Dodała do nich w myślach dwadzieścia kilo i dwadzieścia lat, i pokój zatańczył przed jej oczami, gdy rozpoznała admirała Vorrutyera. Cicho zamknęła teczkę.

Vorkosigan znalazł wreszcie to, czego szukał — parę kompletów starych czerwonych naszywek porucznika.

— Świetnie. Gdybym musiał odwiedzić siedzibę sztabu, potrwałoby to znacznie dłużej.


Gdy dotarli do cesarskiego szpitala wojskowego, zatrzymał ich pielęgniarz. — Admirale, godziny odwiedzin już się skończyły.

— Nie dzwoniono do was ze sztabu? Gdzie jest doktor?

W końcu znaleziono lekarza Koudelki, tego samego, który podczas pierwszej wizyty Cordelii badał go ręcznym skanerem — czy może prowadził nad nim badania?

— Admirale Vorkosigan. Pana oczywiście nie dotyczą godziny odwiedzin. Dziękuję wam żołnierzu, możecie odejść.

— Tym razem to nie odwiedziny, doktorze. Jestem tu służbowo. Jeśli to tylko fizycznie możliwe, zamierzam odebrać panu pacjenta. Koudelka dostał nowy przydział.

— Nowy przydział? Za tydzień miał być zwolniony! Przydział do czego? Czy nikt nie czytał moich raportów? On ledwie chodzi!

— Nie będzie musiał chodzić. Jego nowy przydział to praca papierkowa. Jego ręce, jak sądzę, działają sprawnie.

— Dość sprawnie.

— Pozostały jeszcze jakieś zabiegi?

— Nic ważnego. Parę ostatnich testów. Przytrzymywałem go jedynie do końca miesiąca, aby mógł ukończyć czwarty rok służby. Pomyślałem, że przynajmniej podniesie to nieco jego rentę.

Vorkosigan przejrzał dokumenty i dyski i wydał lekarzowi odpowiednie rozkazy.

— Proszę. Niech pan wprowadzi to do komputera i podpisze zwolnienie ze szpitala. Chodź, Cordelio. Zrobimy mu niespodziankę. — Po raz pierwszy w ciągu całego dnia wyglądał na naprawdę szczęśliwego.

Weszli do pokoju Koudelki i zastali go odzianego w czarny dzienny strój. Klnąc pod nosem, nadal zmagał się z ćwiczeniami koordynacyjnymi.

— Dzień dobry, admirale — powitał Vorkosigana z roztargnieniem. — Kłopot z tym przeklętym metalowym układem nerwowym polega na tym, że nie da się go niczego nauczyć. Ćwiczenia pomagają jedynie części organicznej. Przysięgam, że czasami mam ochotę walić głową w mur. — Z westchnieniem zaprzestał dalszych ćwiczeń.

— Nie rób tego. Niedługo będziesz jej potrzebował.

— Chyba ma pan rację. Choć nigdy nie była to najsprawniejsza część mego ciała. — Z ponurą miną wpatrywał się w podłogę. Po chwili przypomniał sobie, że w obecności dowódcy powinien udawać wesołość. Unosząc wzrok, zauważył godzinę. — Co pan tu robi o tej porze, admirale?

— Jestem tu w interesach. Jakie masz plany na następnych parę tygodni, podporuczniku?

— W przyszłym tygodniu, jak pan wie, zostanę zwolniony. Na jakiś czas wrócę do domu. Potem chyba zacznę szukać pracy. Nie wiem jeszcze, jakiej.

— Szkoda — odparł Vorkosigan z kamienną twarzą. — Przykro mi zmieniać twoje plany, poruczniku Koudelka, ale dostałeś nowy przydział. — Z tymi słowy powoli, niczym krupier rozdający karty, położył na tacy przy łóżku młodzieńca nowe rozkazy, awans i parę czerwonych naszywek.

Cordelia nigdy jeszcze z większą przyjemnością nie oglądała wyrazistej twarzy Koudelki. W tej chwili malowało się na niej oszołomienie połączone z nieśmiałą nadzieją. Ostrożnie podniósł rozkazy i przeczytał je uważnie.

— Och, admirale! Wiem, że to nie żaden dowcip, ale ktoś musiał się pomylić. Osobisty sekretarz regenta-elekta! Zupełnie nie znam się na tej pracy. To niewykonalne.

— Wiesz, regent-elekt powiedział dokładnie to samo, kiedy po raz pierwszy oferowano mu to stanowisko — wtrąciła Cordelia. — Chyba obaj będziecie uczyć się razem.

— Jak to się stało, że mnie wybrał? Czy to pan mnie polecił? A skoro już o tym mowa… — odwrócił rozkazy i raz jeszcze przebiegł je wzrokiem. — Kim jest właściwie ten przyszły regent? — Uniósł wzrok, spoglądając na Vorkosigana, i wreszcie skojarzył fakty. — Mój Boże -szepnął. Wbrew temu, co sądziła Cordelia, nie uśmiechnął się i nie złożył gratulacji. Zamiast tego spoważniał. — To potworna praca, ale myślę, że rząd zrobił wreszcie coś mądrego. Będę dumny, mogąc znowu panu służyć.

— Dziękuję. — Vorkosigan skinął głową, przyjmując jego słowa.

Koudelka uśmiechnął się wreszcie serdecznie, biorąc do ręki rozkaz o awansie.

— Nie spiesz się tak z podziękowaniami. W zamian zamierzam wydusić z ciebie ostatnie poty.

Uśmiech Koudelki stał się jeszcze szerszy.

— Nie ma w tym nic nowego. — Niezręcznie usiłował przymocować naszywki.

— Czy ja mogłabym to zrobić, poruczniku? — spytała Cordelia.

Zmieszany uniósł wzrok.

— Dla własnej satysfakcji — dodała.

— To dla mnie honor, milady.

Cordelia z najwyższą starannością przymocowała naszywki do kołnierza, po czym cofnęła się o krok, podziwiając swoje dzieło.

— Moje gratulacje, poruczniku.

— Jutro możesz dostać nowiusieńką parę. Ale uznałem, że na dziś te zupełnie wystarczą. Zaraz cię stąd zabieram. Umieścimy cię w rezydencji księcia, mojego ojca, ponieważ jutro o świcie zaczynamy pracę.

Koudelka pomacał czerwone prostokąty.

— Czy należały do pana?

— Kiedyś tak. Mam nadzieję, że nie przyniosą ci mojego pecha. Noś je na zdrowie.

Koudelka podziękował, kiwając głową. Najwyraźniej uznał gest Vorkosigana za niezwykle znaczący, tak ważny, że zabrakło mu słów. Jednakże obaj mężczyźni rozumieli się doskonale.

— Chyba nie chcę nowych naszywek. Ludzie pomyśleliby, że jeszcze wczoraj byłem podporucznikiem.


Później, leżąc w cieple w mrocznym pokoju Vorkosigana, Cordelia coś sobie przypomniała.

— Co powiedziałeś o mnie cesarzowi?

Vorkosigan poruszył się obok niej i czule okrył kołdrą nagie ramię Cordelii, przytulając ją do siebie.

— A, to! — zawahał się. — Ezar wypytywał mnie o ciebie podczas naszej kłótni w kwestii Escobaru. Sugerował, że pod twoim wpływem zmieniłem się na gorsze. Nie wiedziałem wtedy, czy jeszcze kiedykolwiek cię zobaczę. Spytał, co w tobie widzę. Odparłem… — ponownie urwał, po czym dokończył nieśmiało. — Że jesteś jak źródło, tryskające honorem.

— To dziwne. Nie czuję się pełna honoru czy czegokolwiek innego — może poza totalnym zagubieniem.

— Oczywiście, że nie. Źródła nie zatrzymują nic dla siebie.

KONIEC
Загрузка...