CZEŚĆ TRZECIA Pamięć

Dziesięć

Uwielbiał ten karabin plazmowy, używał go jak artysta: tą bronią mógł malować obrazy destrukcji, komponować symfonie zniszczeń, pisać elegie anihilacji.

Stał zamyślony, a wiatr zamiatał zeschłe liście pod jego stopami i wokół odsłoniętego starożytnego muru.

Nie udało im się wydostać z planety. Kapsułę zaatakowano… czymś.

Nie potrafił na podstawie uszkodzeń określić, czy była to broń promieniowa, czy też może w pobliżu wybuchła głowica bojowa. W każdym razie zostali unieruchomieni. Miał szczęście — choć znajdował się na zewnątrz, przywarł do kapsuły po przeciwnej jej stronie; gdyby był bezpośrednio narażony na promienie lub działanie głowicy, już by nie żył.

Musieli ich również trafić jakąś prymitywną bronią efektorową, gdyż karabin plazmowy wyglądał jak stopiony. Spoczywał między jego skafandrem a powłoką kapsuły i nie oddziaływało na niego to, co zniszczyło samą kapsułę. Broń jednak zaczęła dymić i nagrzała się, a gdy w końcu wylądowali — Beychae roztrzęsiony, lecz nietknięty — i otworzyli panele inspekcyjne karabinu, zobaczyli wewnątrz stopiony, nadal ciepły galimatias.

Może gdyby poświęcił ciut mniej czasu na przekonywanie Beychaego… Może gdyby po prostu ogłuszył staruszka, a rozmowę odłożył na później… Stracił zbyt wiele czasu, dał im zbyt wiele czasu. Liczyły się sekundy. Do diabła, liczyły się milisekundy, nanosekundy. Zbyt wiele czasu.

— Oni chcą cię zabić! — krzyczał. — Chcą, żebyś stanął po ich stronie lub zginął. Tsoldrin, wkrótce ma się rozpocząć wojna. Poprzesz ich albo przydarzy ci się wypadek. Nie pozwolą ci na zachowanie neutralności.

— To szaleństwo — powtórzył Beychae, tuląc w dłoniach głowę Ubrel Shiol. Z ust kobiety sączyła się ślina. — Jesteś szalony, Zakalwe, po prostu szalony. — Zapłakał.

Podszedł do Beychaego, przyklęknął na jedno kolano, trzymając pistolet zabrany Shiol.

— Tsoldrinie, jak sądzisz, po co to miała? — Położył dłoń na ramieniu starca. — Czy nie zauważyłeś, jak się poruszała, gdy próbowała mnie kopnąć? Bibliotekarze… asystenci naukowi… tak się nie poruszają. — Poprawił i wygładził kołnierz nieprzytomnej kobiety. — To jeden z twoich strażników, prawdopodobnie zostałaby twoim katem. — Sięgnął pod samochód, wyciągnął bukiet kwiatów i umieścił je pod głową dziewczyny, wyjąwszy stamtąd przedtem ręce Beychaego. — Tsoldrinie, musimy iść. Nic jej nie będzie.

Ułożył ręce Shiol w wygodniejszej pozycji. Już leżała na boku, więc nie groziło jej zachłyśnięcie. Chwycił Beychaego ostrożnie pod ramiona i powoli postawił na nogi. Ubrel Shiol mrugnęła i otworzyła oczy. Zobaczyła przed sobą obu mężczyzn. Powiedziała coś cicho, a jej palce powędrowały na kark. Zaczęła się przetaczać, ciągle jeszcze zamroczona. Ręka podniesiona do szyi wróciła z małym cylindrem, podobnym do pióra. Beychae zesztywniał, gdy dziewczyna podniosła oczy i padając w przód, skierowała mały laser na jego głowę.

Starzec spojrzał w jej ciemne, niezupełnie przytomne oczy ponad małym laserem. Usiłowała stanąć pewniej i celowała w niego. Nie w Zakalwego, ale we mnie. We mnie! — pomyślał z odrazą.

— Ubrel… — zaczął.

Dziewczyna upadła, tracąc na dobre przytomność.

Beychae patrzył na jej ciało leżące bezwładnie na drodze. Potem usłyszał, jak ktoś wymawia jego imię i ciągnie go za ramię.

— Tsoldrinie… Tsoldrinie… Chodźże.

— Ona celowała we mnie, Zakalwe, nie w ciebie!

— Wiem, Tsoldrinie.

— We mnie celowała!

— Wiem. Chodź. Jest kapsuła.

— We mnie…

— Wiem, wiem. Wsiadaj.

Patrzył na płynące w górze szare chmury. Stał na kamiennym wierzchołku wysokiego wzgórza, otoczonym przez inne wierzchołki prawie równie wysokie, wszystkie zalesione. Spojrzał po zielonych zboczach i dziwnych, poobcinanych kamiennych słupach i plintach, pokrywających wierzch platformy. Dość długo mieszkał w mieście-kanionie, teraz wobec tak rozległego horyzontu odczuwał zawrót głowy. Odrzucił nogami zeschłe liście i podszedł do Beychaego, obok którego spoczywał karabin oparty o wielki okrągły kamień. Kapsuła została sto metrów dalej, na dole wśród drzew.

Po raz piąty czy szósty obejrzał urządzenie.

Chciało mu się płakać: to była taka piękna broń. Za każdym razem gdy ją podnosił, miał cichą nadzieję, że będzie w porządku, że nie powiadamiając go o tym, Kultura wyposażyła karabin w jakiś mechanizm autoremontujący, że uszkodzenie zniknie…

Podmuchy wiatru rozrzucały liście. Z rozdrażnieniem potrząsnął głową. Beychae, siedzący w grubo watowanych spodniach i długiej marynarce, obrócił się i spojrzał na niego.

— Uszkodzony?

— Uszkodzony — odpowiedział poirytowany.

Chwycił broń oburącz, zakręcił nad głową i wypuścił. Wirując poleciała w drzewa w dole stoku, zniknęła w zamieci liści.

Usiadł obok Beychaego.

Karabinu plazmowego nie ma, został tylko pistolet; jeden skafander; prawdopodobnie nie można użyć skafandra AG, nie zdradzając swego położenia; nigdzie nie ma modułu; żadnej wiadomości z terminalu w kolczyku ani z samego skafandra… żałosna sytuacja. Sprawdził, czy skafander odbiera jakieś sygnały. Ekran na nadgarstku pokazywał program informacyjny — nie wspominano nic o Solotol. Mówiono tylko o kilku lokalnych wojnach w Skupisku. Beychae także spojrzał na mały ekran.

— Czy możesz się z tego zorientować, czy nas szukają? — zapytał.

— Tylko jeśli podadzą to w wiadomościach. Informacje wojskowe są przekazywane skupioną wiązką. Mała szansa, że złapiemy przekaz. — Spojrzał na chmury. — Prawdopodobnie przekonamy się o tym wkrótce bezpośrednio.

Beychae skrzywił się i rzekł:

— Chyba wiem, gdzie jesteśmy, Zakalwe.

— Tak? — odpowiedział bez entuzjazmu. Wsparł łokcie na kolanach, patrzył na horyzont, na niskie wzgórza za lesistymi równinami.

Beychae skinął głową.

— Myślałem o tym. Zdaje się, że to jest Obserwatorium Srometreńskie w lesie Deshal.

— Jak daleko od Solotol?

— To inny kontynent. Dwa tysiące kilometrów z hakiem — wyjaśnił starzec.

— Ta sama szerokość geograficzna — odparł ponuro, patrząc na chłodne, szare niebo.

— Mniej więcej, jeżeli rzeczywiście jesteśmy tam, gdzie przypuszczam.

— Kto tu rządzi, Tsoldrinie? Ta sama zgraja co w Solotol? Humaniści?

— Ci sami — odparł Beychae. Wstał, otrzepał spodnie i rozejrzał się po spłaszczonym szczycie wzgórza, po dziwacznych kamiennych instrumentach, które pokrywały bruk. — Obserwatorium Srometreńskie! — powtórzył. — Co za ironia losu, Zakalwe, że na naszej drodze do gwiazd wylądowaliśmy właśnie tu!

— Nie jest to prawdopodobnie zupełny zbieg okoliczności — stwierdził. Podniósł gałązkę i odsłonił kilka kształtów w pyle pod stopami. — Czy to słynne miejsce?

— Oczywiście — odparł Beychae. — Przez pięćset lat było ośrodkiem badań astronomicznych starego Imperium Vrehidskiego.

— Są tu szlaki turystyczne?

— Z pewnością.

— Więc prawdopodobnie jest w pobliżu boja sprowadzająca pojazdy latające. Kapsuła mogła się skierować tutaj, gdy zorientowała się, że jest uszkodzona. By łatwiej nas mogli znaleźć. — Spojrzał w niebo. — Niestety, wszyscy.

Potrząsnął głową, a potem znowu skrobał gałązką po ziemi.

— Co teraz będzie, Zakalwe?

Wzruszył ramionami.

— Poczekamy i zobaczymy, kto się pokaże. Nie umiem uruchomić żadnego urządzenia łączności, więc nie wiemy, czy Kultura wie, co się wydarzyło… jak się orientuję, moduł ciągle tu zmierza, a może nawet cały statek Kultury lub — co chyba jest bardziej prawdopodobne — twoi kumple z Solotol… — Wzruszył ramionami, rzucił gałązkę i usiadł, opierając się o kamienie. Patrzył w niebo. — Mogą nas obserwować właśnie w tej chwili.

Beychae również spojrzał w górę.

— Przez chmury?

— Przez chmury.

— Czy w takim razie nie powinieneś się skryć? Pobiec w las?

— Niewykluczone.

Beychae stał, spoglądając w dół na niego.

— Gdzie zamierzałeś mnie zabrać, gdyby udało nam się uciec?

— Do Układu Impren. Znajdują się tam habitaty przestrzenne — wyjaśnił. — Są neutralni, a przynajmniej nie tacy prowojenni jak ci tutaj.

— Zakalwe, czy twoi… zwierzchnicy naprawdę myślą, że wojna jest bliska?

— Tak — westchnął. Już przedtem podniósł przyłbicę skafandra, teraz zdjął hełm. Przeciągnął dłonią po czole i po zebranych z tyłu włosach, a potem wyjął koński ogon z pierścionka, strząsając swoje długie czarne włosy. — Może się odwlec dziesięć dni, a może sto, ale nadejdzie. — Uśmiechnął się wąskimi ustami do Beychaego. — Z tego samego powodu, co poprzednim razem.

— Myślałem, że wygraliśmy ekologiczny spór o terraformowanie.

— Owszem, lecz czasy się zmieniają. Ludzie się zmieniają, pokolenia też. Wygraliśmy bitwę o uznanie rozumności maszyn, ale najwidoczniej później coś sknocono. Teraz ludzie mówią: owszem, maszyny są rozumne, ale tylko ludzki rozum naprawdę się liczy. Ponadto człowiekowi nigdy nie potrzeba wielu pretekstów, by uważał inne gatunki za niższe.

Beychae milczał.

— Zakalwe, czy kiedykolwiek myślałeś, że w tych wszystkich sprawach Kultura może nie być aż tak altruistyczna, jak utrzymuje? — rzekł po chwili.

— Nie, nigdy o tym nie myślałem — stwierdził, lecz Beychae odniósł wrażenie, że nie zastanawiał się serio nad odpowiedzią.

— Chcą, żeby inni byli tacy jak oni, Cheradenine. Sami nie terraformują, więc nie chcą, żeby robili to inni. Wiesz, jest również wiele argumentów za. Zwiększenie różnorodności gatunku często wydaje się ludziom ważniejsze niż zachowanie stanu naturalnego, nawet jeśli pominąć to, że uzyskuje się dodatkową przestrzeń życiową. Kultura głęboko wierzy w rozumność maszyn, więc uważa, że wszyscy też powinni to uznać, ale chyba wierzy również, że każdą cywilizacją powinny rządzić jej maszyny. A tego pragnie już znacznie mniej ludzi. Sprawa tolerancji międzygatunkowej ma, przyznaję to, inny charakter, lecz nawet tutaj może się wydawać, że Kultura nalega, iż celowe przemieszanie jest nie tylko dozwolone, lecz pożądane. Prawie obowiązkowe. I kto może stwierdzić, że to jest słuszne?

— Tsoldrinie, więc powinniście prowadzić wojnę, żeby… co? Oczyścić powietrze?

— Nie, Cheradenine. Próbuję ci zasugerować, że Kultura może nie być taka obiektywna, jak ci się wydaje, a więc jej ocena szans wybuchu wojny może być równie niewiarygodna.

— Obecnie na kilku planetach trwają małe wojny. Ludzie publicznie mówią o wojnie. Albo jak jej uniknąć, albo jak ją ograniczyć, albo w jaki sposób można do niej doprowadzić… ale ona nadciąga; czuje się ją w powietrzu. Powinieneś słuchać wiadomości, Tsoldrin. Wtedy byś wiedział.

— W takim razie wojna jest chyba nieunikniona — rzekł Beychae. Odwrócił wzrok na zalesione równiny i wzgórza za obserwatorium. — Może po prostu… nadszedł czas.

— Bzdury! — odparł. Beychae spojrzał na niego zdziwiony. — Jest takie powiedzenie: „wojna jest jak długa skała”. Możesz ją całkowicie ominąć lub chodzić po szczycie, póki masz ochotę, możesz nawet zeskoczyć, a jeśli trafisz na pobliską półkę, możesz znowu wspiąć się na szczyt. Zawsze masz wybór, jeśli po prostu cię nie napadnięto, a nawet wówczas istnieje wybór, którego nie zauważyłeś i nie dokonałeś: przede wszystkim mogłeś uniknąć inwazji. Wy tutaj nadal macie wybór.

— Zakalwe — powiedział Beychae — zaskakujesz mnie. Sądziłem, że ty…

— Sądziłeś, że będę stronnikiem wojny? — spytał z uśmiechem na ustach. Położył dłoń na ramieniu Beychaego. — Zbyt długo trzymałeś nos w książkach, Tsoldrinie.

Spacerował obok kamiennych instrumentów. Beychae spojrzał na hełm skafandra leżący na kamieniach.

— Masz rację, Zakalwe — powiedział idąc za nim. — Długo nie byłem w głównym nurcie polityki. Obecnie nie znam połowy ludzi u władzy, nie wiem, o co właściwie chodzi ani jaki jest dokładny bilans rozmaitych przymierzy… Kultura nie może być tak… zdesperowana, by uważać, że mogę zmienić bieg wydarzeń. Prawda?

Młodszy mężczyzna obrócił się i spojrzał w twarz Beychaego.

— Tsoldrinie, mówiąc szczerze, nie wiem, choć o tym myślałem. Może po prostu liczysz się jako symbol, a może każdy rozpaczliwie chce znaleźć pretekst, by nie walczyć. Ty, nie zamieszany w ostatnie wydarzenia, jakby zmartwychwstały, zaproponowałbyś kompromis pozwalający zachować twarz. A może Kultura myśli sobie po cichu, że mała, krótka wojenka to dobry pomysł, a nawet wie, że nic nie może przeszkodzić wojnie na pełną skalę, ale chce, by widziano, że coś robi, bez względu na skuteczność tych planów, tak by ludzie nie dopytywali się później: „Spróbowaliście tego albo tamtego?” — Wzruszył ramionami. — Nigdy nie usiłowałem rozszyfrować Kultury, Tsoldrinie, nie mówiąc już o Służbie Kontaktu, a już na pewno nie próbowałem rozszyfrować Sekcji Specjalnej.

— Po prostu robisz, o co cię proszą.

— I dostaję za to dobrą zapłatę.

— Ale wyobrażasz sobie, że jesteś po stronie dobra, prawda, Cheradenine?

Uśmiechnął się i usiadł na kamiennej plincie, kołysząc nogami.

— Tsoldrinie, nie mam pojęcia, czy oni są szlachetni, czy nie. Z pewnością takie sprawiają wrażenie, lecz z drugiej strony kto wie, czy wrażenia i rzeczywistość to jedno? — Nachmurzył się, odwrócił wzrok. — Nigdy nie widziałem, by byli okrutni, nawet wtedy, gdy mieli ku temu podstawy. Czasami wydają się przez to zimni. — Znowu wzruszył ramionami. — Lecz są ludzie, którzy utrzymują, że to właśnie źli bogowie zawsze mają najpiękniejsze twarze i najłagodniejsze głosy. Bzdury — dodał i zeskoczył z kamiennego stołu. Stanął przy balustradzie na skraju starego obserwatorium i patrzył w niebo czerwieniejące nad horyzontem. Za godzinę nastanie ciemność. — Dotrzymują obietnic i płacą najwyższe stawki. Dobrzy z nich pracodawcy, Tsoldrinie.

— To nie znaczy, że powinniśmy pozwolić im decydować o naszym losie.

— Pozwoliłbyś na to raczej tym dekadenckim głupkom z Zarządu?

— Przynajmniej cała sprawa dotyczy również ich, Zakalwe. Dla nich nie jest to wyłącznie gra.

— Och, myślę, że właśnie tak to widzą. Różnica polega na tym, że odmiennie od Umysłów Kultury, wiedzą zbyt mało, by traktować gry poważnie. — Wciągnął powietrze i obserwował, jak wiatr porusza gałęziami w dole; liście spadały. — Nie mów, że jesteś po ich stronie, Tsoldrinie.

— Strony w tym sporze zawsze były dziwne — odrzekł Beychae. — Wszyscy mówiliśmy, że chcemy tylko dobra Skupiska, i sądzę, że właśnie tego chcieliśmy. Nadal tego chcemy. Ale właściwie nie wiem, co należy robić. Czasami wydaje mi się, że wiem za dużo, studiowałem za dużo, pamiętam za dużo. Wszystko wydaje się jakoś uśredniać; pokrywać jakby kurzem osiadającym na… na tej maszynerii, którą w sobie nosimy, która pobudza nas do działania. Ten kurz wszystko wygładza, tak że zawsze widać i dobro, i zło po każdej stronie i zawsze są jakieś argumenty i precedensy przemawiające za wszelkimi możliwymi działaniami… w efekcie człowiek nie podejmuje żadnych działań. Może właśnie tak ma być; może właśnie tego wymaga ewolucja, by ustąpić pola młodszym, nie obciążonym umysłom i tym, którzy nie obawiają się działań.

— W porządku, więc to jest równowaga. Wszystkie społeczeństwa są takie. Powściągająca ręka starców i zapalczywi młodzi. Ten system działa za sprawą pokoleń, dzięki organizacji waszych instytucji, ich ewolucji, wymianie. Jednak Zarząd, Humaniści, łączą w sobie najgorsze cechy obu grup. Stare, szkodliwe, zdyskredytowane idee upichcone z młodzieńczym pobrzękiwaniem szabelką. To kupa bzdur, Tsoldrinie, i dobrze o tym wiesz. Zasłużyłeś sobie na urlop od obowiązków, nikt nie przeczy. Lecz nie uchroni cię to przed poczuciem winy, gdy nastaną czasy okropne. Masz władzę, Tsoldrinie, czy ci się to podoba, czy nie; niezaangażowanie jest deklaracją, rozumiesz? Cóż warte całe twoje studiowanie, wiedza i badania, jeśli nie doprowadzają do mądrości? A czymże jest mądrość, jeśli nie wiedzą, co jest słuszne i co należy zrobić? Dla niektórych ludzi z tej cywilizacji jesteś prawie bogiem, Tsoldrinie, również niezależnie od tego, czy ci się to podoba, czy nie. Jeśli nie zrobisz nic… poczują się porzuceni. Będą rozpaczać. I któż może ich za to winić?

Zrezygnowanym ruchem położył dłonie na kamiennej barierce i patrzył w ciemniejące niebo. Beychae milczał.

Dał starcowi jeszcze chwilę do namysłu, potem rozejrzał się po płaskim, kamiennym szczycie wzgórza i dziwnych kamiennych instrumentach.

— Obserwatorium, co?

— Tak — odpowiedział Beychae po chwili. Dotknął jednej z kamiennych plint. — Uważa się, że cztery czy pięć tysięcy lat temu było to miejsce pochówku; potem miało jakieś znaczenie astrologiczne. Później na podstawie uzyskanych tutaj danych przewidywano zaćmienia Słońca. W końcu Vrehidzi zbudowali obserwatorium, by studiować ruchy księżyców, planet i gwiazd. Są tu zegary wodne, słoneczne, sekstansy, zegary planetarne… częściowe planetaria… oraz prymitywne sejsmografy lub przynajmniej wskaźniki kierunków trzęsień ziemi.

— Mieli teleskopy?

— Bardzo niedoskonałe i dopiero w ostatnim dziesięcioleciu istnienia Imperium. Dane otrzymane dzięki nim spowodowały mnóstwo problemów. Przeczyły dotychczasowej wiedzy.

— Rozumiem. Co to takiego?

Na jednej plincie znajdowała się ogromna, zardzewiała misa metalowa z ostrym wrzecionem pośrodku.

— Kompas — objaśnił Beychae. — Uruchamiają go pola.

— A to? Wygląda jak pień drzewa. — Poklepał ogromny, zgrubnie wykonany, pokryty ledwo widocznymi rowkami cylinder metrowej wysokości i dwumetrowej średnicy. — O, kamień.

Tsoldrin również podszedł do kamiennego cylindra.

— Coś mi się wydaje, że… początkowo był zwykły pień… — Przebiegł dłonią po kamiennej powierzchni, zerknął wokół krawędzi, jakby czegoś szukał. — Ale skamieniał, dawno temu. Zobacz, Zakalwe, nadal widać słoje.

Ten się pochylił, spojrzał na szarą kamienną powierzchnię oświetloną niknącym wieczornym światłem. Słoje przyrostów martwego obecnie drzewa były rzeczywiście widoczne. Zdjął rękawiczkę skafandra i palcami pogłaskał powierzchnię głazu. Skamieniałe drewno musiało wietrzeć niejednolicie, gdyż słoje zdawały się wypukłe. Palcami wyczuwał drobne rowki, jak odcisk palca potężnego kamiennego boga.

— Tyle lat — wydyszał. Położył dłoń w rdzeniu pnia i znów przebiegł dłonią ku krawędzi. Beychae milczał.

Każdy rok to całkowity słój, jego grubość informuje, czy rok był dobry, czy zły, a każdy słój jest kompletny, zamknięty. Każdy rok jak część wyroku, a każdy słój jak ogniwo kajdan, przytwierdzające do przeszłości; każdy słój to ściana, więzienie. Wyrok zamknięty w drewnie, teraz zamknięty w kamieniu. Zamrożony dwukrotnie, skazany dwukrotnie. Raz — na czas wyobrażalny, drugi raz — na niewyobrażalny. Palcem przebiegł ścianki słoja — suchy papier nad żłobkowanym kamieniem.

— To tylko pokrywa — odezwał się Beychae z drugiej strony skamieniałego drzewa. — Powinien tu być… ach, mamy. Nie spodziewaj się, że naprawdę zdołamy to podnieść, oczywiście…

— Pokrywa? — Włożył z powrotem rękawice i obszedł kamień do miejsca, gdzie stał Beychae. — Pokrywa czego?

— Łamigłówka, którą zabawiali się cesarscy astronomowie, gdy niebo było przesłonięte chmurami — wyjaśnił Beychae. — Tutaj. Widzisz ten chwyt, Zakalwe?

— Momencik. Zechcesz się trochę cofnąć?

Beychae się odsunął.

— Tu przewidywano czterech silnych mężczyzn, Zakalwe.

— Skafander jest silniejszy, choć manewrowanie może być trochę…

Znalazł na kamieniu dwa chwyty.

— Skafander, polecenie: siła normalna, maksymalna.

— Musisz mówić do skafandra? — spytał Beychae.

— Tak. — Zgiął się, podniósł krawędź kamiennej pokrywy. Pył wzbił się pod podeszwą jednego z buciorów, co oznaczało, że jakiś zaklinowany kamyk ustąpił. — Do niego owszem. Mają też takie modele, że wystarczy o czymś pomyśleć, ale… — pociągnął za krawędź pokrywy i wystawił nogę, by przenieść swój środek ciężkości — …ale po prostu nigdy nie podobało mi się to rozwiązanie. — Trzymał nad głową kamienną pokrywę skamieniałego pnia, a potem przy akompaniamencie miażdżonego, wypryskującego spod stóp żwiru poszedł niezgrabnie do drugiego kamiennego stołu. Schylił się, przesunął na bok kamienną pokrywę i wrócił. Zrobił błąd — klasnął w dłonie, co zadźwięczało jak wystrzał z armaty. Uśmiechnął się. — Skafander, polecenie: wyłączyć siłę.

Kamień odsłonił wnętrze płytkiego stożka, wyrzeźbionego jakby z tego samego skamieniałego pnia, żłobkowanego kolejnymi słojami drzewa.

— Dość sprytnie.

— Nie patrzysz na to we właściwy sposób, Cheradenine — oznajmił Beychae. — Przyjrzyj się temu bliżej. Zapewne nie masz przy sobie czegoś małego i sferycznego? Jak… kulka z łożyska kulkowego.

— Łożyska kulkowego?

— Nie macie takich rzeczy, Zakalwe?

— W większości społeczeństw żywot łożysk kulkowych nie trwa długo po pojawieniu się nadprzewodnictwa w temperaturze pokojowej, nie mówiąc już o technice pól. Chyba że zajmujesz się archeologią przemysłową i usiłujesz utrzymać na chodzie jakąś zabytkową maszynę. Nie, nie mam żadnej kulki… — zerknął z bliska na środek płytkiego kamiennego stożka. — Żłobkowanie.

— Właśnie — uśmiechnął się Beychae.

— To labirynt! — wykrzyknął, gdy cofnął się i całościowo spojrzał na żłobkowany stożek.

Labirynt. Mieli labirynt w ogrodzie, ale gdy zbyt dobrze go poznali, wykorzystywali tylko wtedy, gdy przyjeżdżały w gości inne dzieci, których nie lubili. Mogli je zgubić w labiryncie na kilka godzin.

— Tak — kiwnął głową Beychae. — Małymi kulistymi paciorkami lub kamyczkami zaczynali wewnątrz i próbowali znaleźć drogę ku krawędzi. — Spojrzał uważniej. — Mówi się, że w jakiś sposób zmienili to w grę, że malowano linie, które dzieliły każdy słój na segmenty. Za pomocą małych drewnianych mostków i blokad zagradzających drogę można było ułatwić własny postęp i utrudnić posuwanie się przeciwnikom. — Beychae zmrużył oczy w gasnącym świetle. — Farba musiała zblaknąć.

Patrzył w dół na setki małych rowków w powierzchni płytkiego stożka. Jak model olbrzymiego wulkanu, pomyślał i uśmiechnął się.

Westchnął, spojrzał na ekran wbudowany w nadgarstek skafandra, nacisnął znowu sygnał alarmowy. Żadnej odpowiedzi.

— Zakalwe, próbujesz skontaktować się z Kulturą?

— Uhm — mruknął, znowu wpatrzony w skamieniały labirynt.

— Cheradenine, co się stanie, jeśli Zarząd nas znajdzie?

Wzruszył ramionami i podszedł do balustrady.

— Chyba niewiele. Prawdopodobnie nie rozwalą mi zaraz łba, ale będą chcieli mnie wypytać. To da Kulturze mnóstwo czasu, by mnie wydostać albo negocjując, albo po prostu wykradając. Nie martw się o mnie. — Uśmiechnął się do Beychaego. — Powiedz im, że porwałem cię siłą. Ja przyznam, że cię ogłuszyłem i wpakowałem w kapsułę. Nie przejmuj się. Prawdopodobnie pozwolą ci wrócić od razu do twoich badań.

Beychae również wsparł się na balustradzie.

— Moje studia stanowiły konstrukcję delikatną: utrzymywały mój starannie pielęgnowany indyferentyzm. Podjęcie ich po tym, jak… energicznie i gwałtownie je przerwałeś, może okazać się trudne.

— Rozumiem. — Próbował się nie uśmiechać. Popatrzył na dół na drzewa, potem na rękawice skafandra, jakby sprawdzając, czy są tam wszystkie palce. — Posłuchaj, Tsoldrinie… Przykro mi… z powodu twojej przyjaciółki, pani Shiol.

— Mnie też — rzekł cicho Beychae. Uśmiechnął się niepewnie. — Byłem szczęśliwy, Cheradenine. Wcześniej nie czułem się tak przez… dosyć długo. — Patrzyli na słońce za obłokami. — Czy jesteś pewien, że należała do nich? To znaczy… czy jesteś absolutnie pewny?

— Ponad wszelką rozsądną wątpliwość, Tsoldrinie. — Wydało mu się, że w oczach starca zobaczył łzy. Odwrócił wzrok. — Przykro mi.

— Mam nadzieję — rzekł Tsoldrin — że nie jest to jedyny sposób, by uszczęśliwić starca… sprawić, by był szczęśliwy. Przez oszustwo.

— Może niecałkowite oszustwo — pocieszał. — A ponadto teraz starość to nie to co kiedyś. Ja jestem stary — przypomniał Beychaemu, który skinął głową, wyciągnął chusteczkę i kichnął.

— Oczywiście. Zapomniałem. Dziwne, prawda? Kiedy spotykamy kogoś po długim czasie, zawsze nas zaskakuje, jak wyrósł albo jak się postarzał. Lecz ty, cóż, nie zmieniłeś się ani trochę, ja natomiast, Cheradenine, czuję się przy tobie bardzo stary, niesprawiedliwie, krzywdząco stary.

— Tak naprawdę zmieniłem się, Tsoldrinie. — Uśmiechnął się szeroko. — Ale nie, nie zestarzałem się. — Spojrzał Beychaemu w oczy. — Oni daliby to również tobie, gdybyś ich poprosił. Kultura pozwoliłaby ci odmłodnieć, a potem ustabilizować swój wiek albo pozwolić ci znowu się starzeć, lecz bardzo powoli.

— To łapówka, Zakalwe? — spytał z uśmiechem Beychae.

— Tylko taki sobie pomysł. Zapłata, nie łapówka. Nie wmuszą ci tego. Ale i tak jest to zagadnienie akademickie. — Przerwał, wskazał ręką niebo. — Teraz zupełnie akademickie. Nadlatuje samolot.

Tsoldrin spojrzał na czerwone chmury zachodu. Nie dostrzegał żadnego samolotu.

— Kultury? — zapytał ostrożnie.

— W tych okolicznościach, Tsoldrinie, jeśli możesz go dostrzec, nie może należeć do Kultury. — Obrócił się, ruszył szybko i włożył hełm skafandra. Za opancerzoną, pełną czujników płytą przednią hełmu smagła twarz nabrała nagle cech nieludzkich. Wyjął z kabury wielki pistolet. — Tsoldrinie — ozwał się jego głos z głośników w klatce piersiowej skafandra, podczas gdy on sam sprawdzał ustawienia pistoletu. — Na twoim miejscu wróciłbym do kapsuły albo po prostu szybko się gdzieś schował. — Twarz w hełmie jak głowa jakiegoś olbrzymiego, strasznego owada odwróciła się do Beychaego. — Przygotowuję się do bitwy z tymi dupkami, dla czystej przyjemności, i lepiej, żeby nie było cię w pobliżu.

IV

Łajba miała osiemdziesiąt kilometrów długości i nazywała się „Rozmiary to nie wszystko”. Prawdę mówiąc, ostatnio przebywał przez dłuższy czas na czymś większym, ale to była płytowa góra lodowa, tak duża, że mogły się na niej ukryć dwie armie, jednak jeśli chodzi o wielkość, Wszechstronny Pojazd Systemowy niewiele jej ustępował.

— Jak się to wszystko trzyma do kupy?

Stał na balkonie i spoglądał na miniaturową dolinę zbudowaną z jednostek mieszkalnych. Schodkowe tarasy wypełniała bujna zieleń, przestrzeń przecinały kładki dla pieszych i wysmukłe mosty, a na dnie płynął strumyk. Ludzie siedzieli przy stołach na małych podwórkach, wypoczywali przy strumyku na trawie lub w kawiarniach i barach, leżeli na poduszkach i kanapach. Nad strumykiem pod niebiesko świecącym sklepieniem biegła w dal, powtarzając zakosy doliny, podwieszona rura transportowa. Pod rurą jaśniała krzywa sztucznego słonecznego światła, jak ogromny pas oświetleniowy.

— Co? — spytała Diziet Sma. Zjawiła się przy nim z dwoma drinkami. Wręczyła mu jeden.

— Są zbyt wielkie — wyjaśnił.

Obrócił się do kobiety. Widział urządzenia, które nazywali „nawami”, gdzie budowano mniejsze statki („mniejszy” znaczy w tym wypadku o długości ponad trzech kilometrów), rozległe, niczym nie podparte hangary o cienkich ściankach. Przebywał w pobliżu ogromnych maszyn, które, o ile mógł się zorientować, były solidne i niedostępne (jak to?) i najwyraźniej niezwykle masywne. Czuł dziwne zagrożenie, gdy wykrył, że nigdzie w rozległym statku nie ma sterowni, mostka, pokładów załogi, lecz tylko trzy sterujące wszystkim Umysły — najprawdopodobniej skomplikowane komputery (co takiego?!).

A teraz oglądał przestrzeń, gdzie żyją ludzie, ale to wszystko było zbyt wielkie, niezgrabne, zważywszy, że statek miał tak bardzo przyśpieszać, jak utrzymywała Sma. Potrząsnął głową.

— Nie rozumiem. Jak to trzyma się w kupie?

Sma uśmiechnęła się.

— Pomyśl tylko. Pola, Cheradenine. To wszystko zrobiono za pomocą pól siłowych. — Poklepała go po policzku. — Nie rób takiej zakłopotanej miny. I nie próbuj zbyt szybko tego zrozumieć. Niech wszystko się powoli uleży. Po prostu powłócz się po okolicy. Zgub się w tym na kilka dni. Wracaj, kiedy ci przyjdzie ochota.

Zapuszczał się daleko w swych wędrówkach. Ogromny statek był zaczarowanym oceanem, w którym nie można utonąć; zanurzył się w niego, próbując zrozumieć jeśli nie sam statek, to ludzi, którzy go zbudowali.

Całymi dniami spacerował. Gdy czuł głód, pragnienie lub znużenie, zaglądał do automatycznych barów i restauracji. Obsługiwały go małe, latające tace. Jednak w kilku miejscach pracowali prawdziwi ludzie.

Wyglądali nie na kelnerów, lecz klientów, którzy doszli do wniosku, że potrzebna jest ich chwilowa pomoc.

— Oczywiście nie muszę tego robić — oznajmił pewien mężczyzna w średnim wieku, starannie czyszcząc stół wilgotną szmatą. Włożył szmatę do małej sakwy, usiadł obok niego. — Ale spójrz: ten stół jest czysty.

Gość przyznał, że stół jest czysty.

— Zwykle — mówił tamten mężczyzna — zajmuję się religiami obcych. Istotność kierunku w praktykach religijnych to moja specjalność… na przykład kiedy świątynie, groby czy modlący się muszą być ustawieni w pewnym kierunku. Kataloguję, opiniuję, porównuję. Tworzę teorie, niekiedy dyskutuję z kolegami. Ale… praca nigdy się nie kończy. Zawsze pojawiają się nowe przykłady i nawet stare wyniki interpretuje się na nowo. Nowi ludzie przedstawiają nowe pomysły na temat tego, co wydawało się już ustalone… Ale… — tu klepnął blat — kiedy czyścisz stół, to go czyścisz. Czujesz, że coś konkretnie zrobiłeś.

— Hm, w końcu to tylko wytarcie stołu.

— I dlatego nie ma istotnego znaczenia w kosmicznej skali wydarzeń? — zasugerował kelner-wolontariusz.

— No… tak — odpowiedział uśmiechem na szeroki uśmiech rozmówcy.

— W takim razie co ma znaczenie? Moja druga praca? Czyż naprawdę jest ważna? Mógłbym komponować wspaniałe utwory muzyczne lub długie jak dzień rozrywkowe dzieła epickie, ale co by to dało? Dostarczyłoby ludziom przyjemności? Kiedy wycieram stół, dostarczam przyjemności sobie, a ludzie jedzą przy czystym stole, co daje przyjemność im. A poza tym ludzie umierają; gwiazdy umierają; wszechświaty umierają. Jakież znaczenie będą mieć wszystkie osiągnięcia, choćby największe, skoro martwy będzie sam czas? Oczywiście, gdybym jedynie wycierał stoły, wówczas istotnie, wydawałoby się to podłym i godnym pogardy marnowaniem mego ogromnego potencjału intelektualnego. Lecz ponieważ sam takie życie wybrałem, daje mi to przyjemność. Oraz — dorzucił z uśmiechem — pozwala spotykać się z ludźmi. A ty skąd pochodzisz, przybyszu?

Cały czas rozmawiał z ludźmi, przeważnie w barach i kawiarniach.

Obszary mieszkalne w WPS-ie dzieliły się na różne typy w zależności od konfiguracji. Doliny (lub zigguraty, jeśli ktoś widział to w ten sposób) zdarzały się najczęściej, choć występowały też inne układy.

Jadł, gdy był głodny, i pił, gdy czuł pragnienie, za każdym razem próbując innej pozycji z zadziwiająco skomplikowanych menu, a gdy chciał spać — gdy cały statek zanurzał się stopniowo w czerwonawy półmrok, a świetlne pasy na sklepieniu przygasały — po prostu pytał jakiegoś dronę, a on kierował go do najbliższego wolnego pomieszczenia.

Pokoje miały mniej więcej tę samą wielkość, a jednak nieco się między sobą różniły: niektóre były bardzo skromne, inne bogato ozdobione; lecz zawsze z podstawowym wyposażeniem: łóżko — czasami prawdziwe, fizyczne łóżko, czasami jedno z tych dziwacznych łóżek-pól siłowych — miejsce do mycia i defekacji, szafa, miejsce na rzeczy osobiste, fałszywe okno, ekran holowizyjny i łącze do sieci komunikacyjnej, zarówno wewnątrzstatkowej, jak i zewnętrznej. Podczas pierwszej nocy skorzystał z bezpośrednio podłączanych do zmysłów rozrywek. Leżał w łóżku, a pod poduszką działało jakieś urządzenie.

Tamtej nocy w zasadzie nie spał; został pirackim księciem, który odrzucił swoje szlachectwo, by wśród egzotycznych wysepek pełnych skarbów powieść dzielną załogę przeciwko statkom handlarzy niewolników ze straszliwego imperium. Jego sprawne małe okręty mknęły pośród niezgrabnych galeonów, niszcząc ich olinowanie seriami strzałów.

Przybywali na brzeg w bezksiężycowe noce, atakowali wielkie więzienne zamki, wyzwalali rozradowanych więźniów. Pojedynkował się na miecze z podłym oprawcą, sługusem gubernatora — przeciwnik w końcu spadł z wysokiej wieży. Przymierze z piękną piracką damą przerodziło się w związek bardziej osobisty, a śmiały atak na górski klasztor, gdzie ją więziono…

Oderwał się od tego po tygodniach skompresowanego czasu. Wiedział (gdzieś w tle swego umysłu), że to wszystko nie jest prawdziwe, co jednak wydawało się najmniej ważną cechą przygody. Kiedy z tego wyszedł — przekonując się ze zdziwieniem, że nie miał wytrysku podczas niektórych głęboko przekonujących erotycznych epizodów — odkrył, że minęła zaledwie jedna noc, nadszedł ranek, a on w jakiś sposób dzielił tę dziwną historię z innymi. Najwidoczniej była to gra. Ludzie zostawili mu wiadomości z prośbą o kontakt, mówili, że wspólna gra dała im wiele zadowolenia. Czuł się dziwnie zawstydzony i nie odpowiedział.

Pokoje, w których spał, zawsze zawierały urządzenia do siedzenia: rozszerzenia pól, kształtowalne jednostki ścienne, prawdziwe kanapy i — czasami — zwykłe krzesła. Gdy w pokoju były krzesła, wynosił je na zewnątrz, na korytarz lub na taras.

Tylko to mógł zrobić, by nie dopuszczać do siebie wspomnień.


— Wcale nie — powiedziała kobieta w głównej nawie. — To działa inaczej.

Stali na częściowo zbudowanym statku kosmicznym, na czymś, co miało się stać środkiem silników, i obserwowali, jak ogromna jednostka polowa sunie przez powietrze, z przestrzeni technicznej poza nawą właściwą, potem w górę ku szkieletowi Wszechstronnej Jednostki Kontaktowej. Małe holowniki dźwigowe manewrowały jednostką polową w dół, ku miejscu gdzie stali.

— Nie ma to znaczenia?

— Niewielkie — odpowiedziała kobieta. Nacisnęła nabijany ćwiekami talrep, który trzymała w dłoni, i powiedziała jakby do swego ramienia:

— Ja to wezmę.

Jednostka polowa zawisła nad nimi, rzuciła na nich cień. Była to jeszcze jedna solidna płyta. Czerwona. Kolor odmienny od gładkiej czarnej prawej burty czegoś o nazwie: „Główny blok silnika — dół” pod ich stopami. Manipulowała talrepem, sprowadzając na dół ogromny czerwony klocek. Dwoje innych ludzi stojących dwadzieścia metrów dalej obserwowało drugi koniec jednostki.

— Kłopot polega na tym — powiedziała kobieta, obserwując ogromną, opuszczającą się cegłę budowlaną — że nawet jeśli ludzie chorują i umierają młodo, choroba zawsze ich dziwi. Jak sądzisz, ilu młodych ludzi rzeczywiście mówi do siebie: „Hura, dzisiaj jestem zdrów!”, jeśli nie przebyli właśnie poważnej choroby? — Wzruszyła ramionami, nacisnęła talrep ponownie, gdy jednostka polowa zniżyła się do kilkunastu centymetrów nad powierzchnią silnika. — Bezwładność zmniejszyć o pięć. Sprawdzenie. — Świetlna linia zamigotała na powierzchni bloku. Kobieta położyła na nim dłoń i nacisnęła znowu. Blok drgnął. — W dół, bardzo powoli — poleciła. Wcisnęła blok na miejsce. — Wszystko w porządku, Sohrz? — zapytała.

Nie usłyszał odpowiedzi, ale kobieta ją widocznie usłyszała.

— W porządku, ustawione. Kontynuuj. — Podniosła wzrok, gdy holowniki dźwigowe pożeglowały z powrotem do przestrzeni technicznej, a potem znów ku niemu. — Rzeczywistość potrafi obecnie naśladować odwieczny sposób zachowania ludzi. Nie czujesz więc żadnego cudownego uwolnienia od nękającej choroby. — Podrapała się w ucho. — Może tylko wówczas, gdy o tym myślisz. — Uśmiechnęła się. — Chyba w szkole, kiedy się dowiadujesz, że ludzie żyli… tak jak nadal żyją obcy… wtedy to do ciebie dociera, jesteś tego świadom, ale w sumie myślisz o tych sprawach niewiele.

Szli przez czarne obszary jednorodnego materiału (Powinieneś to zobaczyć pod mikroskopem, powiedziała, gdy o tym wspomniał. Jest piękne! Czego zresztą oczekiwałeś? Dźwigni? Przekładni? Cystern z chemikaliami?).

— Maszyny zbudowałyby to chyba szybciej? — spytał, rozglądając się po skorupie statku.

— Ależ oczywiście! — zaśmiała się.

— Więc dlaczego to robisz?

— Dla przyjemności. Kiedy jedna z tych wielkich mateczek wypływa przez tę bramę po raz pierwszy i kieruje się ku głębokiej przestrzeni, trzysta ludzi na pokładzie, wszystko funkcjonuje, Umysł zupełnie szczęśliwy, wtedy myślę sobie: pomogłam to zbudować. Maszyna mogła to zrobić szybciej, ale to nie zmienia faktu, że właśnie ja naprawdę to zrobiłam.

— Hmm — odpowiedział.

(Nauczcie się obróbki drewna. Metalu. Nie staniecie się przez to stolarzami czy kowalami, tak jak pisanie nie zrobi z was urzędników.)

— Możesz sobie hymkać — odparła, zbliżając się do przezroczystego hologramu niemal już ukończonego statku, gdzie stało kilku innych pracowników; pokazywali sobie wnętrze modelu i rozmawiali. — Latałeś kiedyś szybowcem lub pływałeś pod wodą?

— Owszem — przytaknął.

Wzruszyła ramionami.

— A przecież ptaki fruwają lepiej od nas, a ryby lepiej pływają. Czyż przestajemy szybować i pływać z tego powodu?

Uśmiechnął się.

— Przypuszczam, że nie.

— I słusznie — przyznała kobieta. — A czemu? — Uśmiechnęła się do niego szerzej. — Ponieważ to przyjemność. — Spojrzała na holograficzny model statku. Jeden z pracowników zawołał ją, wskazując coś w modelu. — Przepraszam na chwilę.

— Udanej budowy. — Kiwnął głową.

— Dziękuję. Wierzę, że będzie udana.

— Och — zapytał. — Jak ma się nazywać ten statek?

— Jego Umysł życzy sobie, żeby go zwać „Słodki i Pełen Wdzięku” — zaśmiała się kobieta. Potem pogrążyła się w dyskusji ze współpracownikami.

Oglądał tutejsze gry sportowe; w niektórych sam wziął udział.

Większości po prostu nie rozumiał. Dużo pływał. Powodzeniem cieszyły się tu baseny i kompleksy sportów wodnych. Przeważnie ludzie pływali nago, co trochę go krępowało. Później odkrył, że istniały całe sekcje — wioski? obszary? rejony? Nie był pewien, jak ma o nich myśleć — gdzie nikt nigdy nie nosił ubrań, jedynie ozdoby na ciele. Sam się zdziwił, jak szybko przyzwyczaił się do tego zachowania, ale nigdy do takich ludzi nie dołączył.

Dopiero po pewnym czasie sobie uświadomił, że drony, które widział — bardziej zróżnicowane w swym wyglądzie niż ludzie w swej fizjologii — nie wszystkie należą do statku. Przeciwnie, niewiele z nich należało; miały własne sztuczne mózgi — ciągle uważał je za komputery.

Posiadały również osobowość, choć on nadal traktował to sceptycznie.

— Pozwól, że przedstawię ci pewien eksperyment myślowy — powiedział mu stary drona podczas karcianej gry, która, jak twierdził drona, polegała głównie na szczęściu. Siedzieli — no, drona unosił się — pod łukiem delikatnie różowego kamienia, przy małej sadzawce. Przez krzaki i drzewka dochodziły do nich krzyki ludzi, zajętych po drugiej stronie sadzawki skomplikowaną grą w piłkę. — Zapomnij o tym — mówił drona — jak mózgi maszyn są rzeczywiście budowane; pomyśl o tworzeniu mózgu maszyny, komputera elektronicznego, na obraz mózgu człowieka. Można rozpocząć od paru komórek, jak u ludzkiego embrionu; komórki mnożą się, stopniowo ustalając połączenia. Zatem będziemy wciąż dodawać nowe składniki i wykonywać odpowiednie, a nawet — jeśli chcemy powtarzać dokładny rozwój konkretnego człowieka w różnych stadiach — identyczne połączenia. Oczywiście trzeba by było ograniczyć szybkość wiadomości przekazywanych tymi połączeniami do małego ułamka ich zwykłej elektronicznej szybkości, lecz to nie jest trudne. Nietrudne jest również zmuszenie tych neuronopodobnych składników do wewnętrznego działania przypominającego funkcjonowanie ich biologicznych odpowiedników, do generowania wiadomości zależnie od typu sygnału, który odbiorą.

To wszystko można przeprowadzić dość prosto. Budując tak stopniowo, można dokładnie odtworzyć rozwój ludzkiego mózgu i można naśladować jego wyjście. Embrion potrafi czuć dźwięk, dotyk i nawet światło wewnątrz macicy — ty możesz wysyłać podobne sygnały do twego elektronicznego odpowiednika. Możesz odtworzyć doświadczenie narodzin i sensoryczną stymulację dowolnego stopnia, by wmówić temu urządzeniu, że czuje dotyk, smak, zapach, że słyszy wszystko, co oryginalny człowiek (oczywiście możesz się zdecydować na niewmawianie mu niczego, lecz na przekazywanie na wejściu zawsze prawdziwych zmysłowych odczuć tej samej jakości co bieżące doznania ludzkiej osobowości).

A teraz moje pytanie brzmi: gdzie mamy różnicę? Mózg jednego stworzenia pracuje zupełnie w taki sam sposób jak mózg drugiego; będą reagowały na bodźce z większą zgodnością, niż ma to miejsce u bliźniaków jednojajowych. Czy można więc nadal nazywać jedno „świadomą jednostką”, a drugie zaledwie „maszyną”?

Pański mózg jest zrobiony z materii, panie Zakalwe, zorganizowany w jednostki przetwarzające, wymieniające i magazynujące informację.

To wynik pańskiego dziedzictwa genetycznego i procesów biochemicznych zachodzących najpierw w ciele pańskiej matki, potem w pańskim ciele, że nie wspomnę o pańskich doświadczeniach od momentu tuż przed pańskim narodzeniem aż do chwili obecnej.

Elektroniczny komputer też jest zrobiony z materii, lecz inaczej zorganizowany. Cóż jest takiego magicznego w pracy ogromnych, wolnych komórek zwierzęcego mózgu, że twierdzą, iż są świadome, lecz odmawiają tej cechy szybszemu, precyzyjniejszemu urządzeniu o tej samej wydajności — lub nawet maszynie okulawionej tak, że pracuje z podobną ociężałością?

No więc? — spytała maszyna, a jej aura błyskała różowo (nauczył się to rozpoznawać jako dronie rozbawienie). — Oczywiście zakładamy, że nie zechce się pan powoływać na przesądy. Czy wierzy pan w bogów?

Uśmiechnął się.

— Nigdy nie miałem takich skłonności — oznajmił.

— W takim razie dobrze — rzekł drona. — Czy maszyna zbudowana na obraz człowieka jest świadoma, czy nie? Co by pan powiedział?

Studiował swe karty.

— Właśnie myślę — odparł i roześmiał się.

Czasami spotykał innych obcych; tych łatwo rozpoznawalnych obcych — był przekonany, że kilka z codziennie widzianych przez niego osób nie było ludźmi z Kultury, choć jeśli się ich nie zapytało, nie dawało się tego stwierdzić; ktoś w stroju dzikusa lub obcego mógł być po prostu przebrany dla zabawy… jednak wokół krążyło również wielu przedstawicieli wyraźnie innych gatunków.

— Tak, młody człowieku? — powiedział obcy. Miał osiem kończyn, dość wyraźną głowę z dwojgiem małych oczu, usta przypominające kwiat i wielkie, prawie kuliste, lekko owłosione ciało zabarwione na czerwono i fioletowo. Jego mowa składała się z cmoków dobiegających z ust i z prawie poddźwiękowych drgań ciała. Mały wisiorek dokonywał tłumaczenia.

Spytał, czy może się przysiąść; obca istota wskazała mu krzesło po drugiej stronie kawiarnianego stołu. Wcześniej usłyszał, jak obcy rozmawia przez chwilę z przechodzącym człowiekiem o Sekcji Specjalnej.

— …To jest uwarstwione — odpowiedział na pytanie obcy. — Mały rdzeń Sekcji Specjalnej, skorupa Służby Kontaktu i rozległa, chaotyczna ekosfera całej reszty. Trochę jak… pochodzisz z planety?

Skinął głową. Osobnik spojrzał na amulet, by zobaczyć tłumaczenie gestu użytego przez człowieka — nie był to gest potakiwania używany w Kulturze — a potem powiedział:

— No cóż, to jest jak planeta, tylko rdzeń jest drobny, drobniusieńki. A ekosferę ma bardziej różnorodną i mniej wyraźną niż płaszcz atmosferyczny wokół globu; czerwony gigant byłby lepszym porównaniem. Ale ostatecznie nigdy ich nie poznasz, ponieważ tak jak ja będziesz w Sekcji Specjalnej i będziesz ich tylko czuł jako wielką, niepokonaną siłę gdzieś za sobą; tacy ludzie jak ty i ja jesteśmy ostrzem; z czasem się poczujesz jak ząb największej piły w Galaktyce, mój panie. — Obcy zamknął oczy, bardzo energicznie zamachał kończynami i zapstrykał częściami ust. — Cha, cha, cha! — powiedział amulet sztucznie i pedantycznie.

— Skąd wiedziałeś, że rzeczywiście mam coś wspólnego z Sekcją Specjalną? — zapytał obcego, odchylając się w fotelu.

— Ach! Chciałbym w swojej próżności twierdzić, że po prostu zgadłem, taki ze mnie zdolniacha… ale słyszałem, że na pokład przybył nowy zwerbowany — wyjaśnił obcy. — I że jest to samiec podstawowego typu ludzkiego. Ty… pachniesz właściwie, jeśli mogę się posłużyć tą formą idiomu. I… zadawałeś przed chwilą właściwe pytania.

— A ty też jesteś w Sekcji Specjalnej?

— Od dziesięciu standardowych lat.

— Sądzisz, że powinienem dla nich pracować?

— O, tak. Wyobrażam sobie, że to lepsze niż to, co zostawiłeś, nie? — spytała domyślnie obca istota.

Wzruszył ramionami, wspominając zawieję i lód.

— Chyba tak.

— Lubisz… walkę, prawda?

— Czasami — przyznał. — Powiadają, że jestem w tym dobry. Co nie znaczy, że akurat się z nimi zgadzam.

— Nikt nie wygrywa za każdym razem, mój panie — odparło stworzenie. — W każdym razie nie dzięki swym umiejętnościom, a Kultura nie wierzy w szczęście — przynajmniej nie wierzy, że da się ono przekazywać. Musiała im się spodobać twoja postawa, to wszystko. Hi, hi. — Obcy zaśmiał się cicho. — Myślę czasami, że być dobrym w żołnierskim rzemiośle to wielkie przekleństwo. Praca dla tych ludzi zwalnia przynajmniej z części odpowiedzialności. Nigdy nie miałem powodu do narzekań. — Obcy podrapał się, spojrzał w dół, podniósł coś z włosów w okolicy, w której najprawdopodobniej miał brzuch, i zjadł to. — Oczywiście nie możesz oczekiwać, że cały czas będą ci mówili prawdę. Możesz się tego domagać i oni się zastosują, ale wtedy nie będą zbyt często korzystać z twoich usług. Czasami nie chcą, żebyś wiedział, iż walczysz po niewłaściwej stronie. Ja osobiście doradzam robienie dokładnie tego, o co proszą. To znacznie bardziej podniecające.

— A ty robisz to dla podniety?

— Po części tak, a po części ze względu na honor rodziny. Sekcja Specjalna zrobiła kiedyś coś dla moich ludzi i nie mogliśmy im pozwolić, by skradli nasz honor, nie przyjmując nic w zamian. Będę pracował, aż dług zostanie spłacony.

— Ile lat to potrwa?

— Och, całe moje życie — odpowiedziała istota, sadowiąc się w geście… zdziwienia? Jej rozmówca uznał takie tłumaczenie gestu za dość rozsądne. — Aż umrę. Ale kto by się tym przejmował? Tak jak powiadam: to dobra zabawa. Hej, tutaj! — Uderzył w swoją stojącą na stole miseczkę do picia, by przyciągnąć uwagę przepływającej tacy. — Weźmy następnego drinka. Zobaczymy, kto pierwszy się upije.

— Masz więcej nóg — uśmiechnął się. — Ja łatwiej się przewrócę.

— Ach, ale im więcej nóg, tym bardziej się plączę.

— Co racja, to racja. — Czekał na nowy kieliszek.

Z jednej strony mieli mały taras i bar, z drugiej zatokę napowietrzonego kosmosu. Statek, WPS, rozciągał się poza swe widoczne granice. Jego skorupę przebijały rozliczne tarasy, balkony, kładki, otwarte okna i bramy hangarów. Właściwy statek okrążała ogromna elipsoidalna bańka powietrza, utrzymywana przez kilkadziesiąt rozmaitych pól, które razem tworzyły prawdziwy, choć niematerialny korpus Pojazdu.

Gdy przyniesiono mu drinka, ujął napełniony kieliszek i obserwował, jak obok tarasu przemyka lotnia. Miała tłokowy silnik i papierowe skrzydła. Pomachał pilotowi i pokręcił głową.

— Za Kulturę — powiedział, przepijając do obcego. Stworzenie naśladowało jego gest. — Za jej całkowity brak respektu dla wszystkiego, co majestatyczne.

— Zgadzam się z tym — rzekł obcy i wypili razem.

Dowiedział się później, że obcy nazywał się Chori. Tylko przypadkowo rzuconej uwadze zawdzięczał odkrycie, że Chori to samica, co wtedy wydało mu się niesamowicie zabawne.

Następnego ranka obudził się przemoczony i schlany pod małym wodospadem w jednej z dolin sekcji mieszkalnej. Chori wisiała na pobliskiej balustradzie na wszystkich ośmiu hakonogach i wydawała sporadyczne pstrykające dźwięki. Doszedł do wniosku, że to chrapanie.

Podczas swej pierwszej nocy z kobietą myślał, że ona umiera; myślał, że ją zabił. Zdawało się, że szczytuje w tym samym czasie co on, ale potem — wedle wszelkich oznak — dostała ataku: wrzeszczała, czepiała się go kurczowo. Przyszła mu do głowy straszna myśl, że mimo pozornego podobieństwa ich fizjologii, jego gatunek i gatunek mieszańców, którzy tworzyli Kulturę, różnią się zasadniczo, i przerażony wyobrażał już sobie, jak jego nasienie wewnątrz niej działa niczym żrący kwas. Kobieta chyba próbowała skręcić mu kark swymi ramionami i nogami. Usiłował się od niej oderwać, wołał ją po imieniu, starał się zorientować, co z nią jest, co takiego zrobił, co może zrobić.

— Co się stało? — wydyszała.

— Co? Ze mną nic! A z tobą?

Wykonała ruch jakby wzruszenia ramion, wyglądała na zaintrygowaną.

— Miałam orgazm, to wszystko. O co… och! — Podniosła rękę do ust, patrzyła szeroko rozwartymi oczyma. — Zapomniałam. Przepraszam. Nie jesteś… Ojej! — Zachichotała. — Jaka krępująca sytuacja!

— Co takiego?

— Cóż, my po prostu… wiesz; to działa… trwa… dłużej, wiesz?

Do tej chwili nie bardzo wierzył w to, co słyszał o zmienionej fizjologii ludzi Kultury. Nie akceptował tego typu zmian. Nie wierzył tak naprawdę, że rozciągali chwile przyjemności, nie wierzył również, że wyhodowali sobie różnorodne gruczoły narkotyczne, dzięki czemu mocniej przeżywali rozmaite doznania, seks w szczególności.

Cóż, jest to w pewnym sensie logiczne, pomyślał. Maszyny potrafią wykonać wszystko znacznie lepiej od nich. Nie ma sensu hodować nadludzi posiadających nadzwyczajną siłę i inteligencję, skoro drony i Umysły uzyskiwały te cechy w sposób znacznie mniej materiało i energochłonny. Ale przyjemności… to inna sprawa.

Do czego jeszcze nadawałaby się ludzka forma?

Uznał, że ta stanowczość jest jednak godna podziwu.

Ponownie wziął kobietę w ramiona.

— Nieważne — rzekł. — Jakość, nie ilość. Spróbujmy jeszcze raz, dobrze?

Zaśmiała się i ujęła dłońmi jego twarz.

— Oddanie sprawie to dobra cecha u mężczyzny.

(Krzyk w letnim domku. „Cześć, stary!” Opalone ręce na bladych biodrach…)

Nie było go pięć nocy, po prostu wędrował. Nigdy nie przeciął swego własnego szlaku i nigdy nie odwiedził dwukrotnie tej samej sekcji.

Trzy z tych nocy zakończył z różnymi kobietami i uprzejmie odmówił jednemu młodemu mężczyźnie.

— Czujesz się trochę swobodniej, Cheradenine? — zapytała Sma, płynąc przed nim w basenie. Odwróciła się na plecy, by na niego spojrzeć.

Popłynął za nią.

— W każdym razie przestałem proponować zapłatę w barach.

— Dobre na początek.

— Nie było trudno pozbyć się tego zwyczaju.

— Spodziewałam się. To wszystko?

— Również… wasze kobiety są bardzo przyjacielskie.

— Mężczyźni też. — Sma podniosła w górę jedną brew.

— Życie tutaj wydaje się… idyllą.

— Jeśli lubisz tłumy, niewykluczone.

Rozejrzał się po prawie pustym kompleksie basenów.

— To odczucie jest względne.

(I pomyślał: ogród. Ogród. Uczynili życie na podobieństwo ogrodu!).

— Dlaczego? — Sma uśmiechnęła się. — Czy kusi cię, by tu pozostać?

— Ani odrobinę. — Zaśmiał się. — Zwariowałbym tutaj albo pogrążył się na zawsze w jednej w waszych wspólnych snogier. Potrzebuję… czegoś więcej.

— Ale czy weźmiesz to od nas? — spytała Sma. Zatrzymała się i przebierała nogami w wodzie. — Czy chcesz dla nas pracować?

— Wszyscy chyba uważają, że powinienem. Wierzą, że walczycie o dobrą sprawę. Tylko że… kiedy wszyscy mówią to samo na jakiś temat, staję się podejrzliwy.

Sma się roześmiała.

— Czy miałoby to znaczenie, gdybyśmy nie walczyli o dobrą sprawę, Cheradenine? Gdybyśmy proponowali tylko zapłatę i podniecające atrakcje?

— Nie wiem — przyznał. — To byłaby dodatkowa trudność. Chciałbym tylko… chciałbym wierzyć, ostatecznie wiedzieć i w ostatecznym rachunku móc dowieść, że… — wzruszył ramionami, uśmiechnął się szeroko — że czyniłem dobrze.

Sma westchnęła. W wodzie oznaczało to, że wyskoczyła do góry i potem nieco się zanurzyła.

— Kto to wie, Zakalwe? My tego nie wiemy. Sądzimy, że czynimy słusznie; sądzimy nawet, że potrafimy to udowodnić, ale nie mamy całkowitej pewności; zawsze są jakieś argumenty przeciw nam. Pewność nie istnieje, a już najmniej w Sekcji Specjalnej, gdzie panują inne reguły.

— Sądziłem, że reguły są jednakowe dla wszystkich.

— Owszem. Lecz w Sekcji Specjalnej mamy do czynienia z moralnym ekwiwalentem czarnych dziur, gdzie załamują się normalne prawa — prawa dobra i zła, o których ludzie sądzą, że są stosowane wszędzie we wszechświecie. Za tymi metafizycznymi horyzontami zdarzeń istnieją… specjalne okoliczności. — Uśmiechnęła się. — To my. To nasze terytorium, nasza domena.

— Pewni ludzie — zauważył — potraktują to jako dobre usprawiedliwienie złego zachowania.

Sma wzruszyła ramionami.

— I może będą mieli rację. — Potrząsnęła głową, przeciągnęła dłonią po długich, mokrych włosach. — Ale trzeba przyznać, że przynajmniej potrzebujemy usprawiedliwienia. Pomyśl, jak wielu ludziom nie jest ono w ogóle potrzebne.

Oddaliła się kraulem.

Patrzył przez chwilę, jak odpływa silnymi ruchami ramion. Jego dłoń powędrowała bezwiednie do małej wypukłej blizny na piersiach, tuż nad sercem, i tarła ją. Stał nachmurzony, patrzył na połyskującą, zaburzoną powierzchnię wody.

A potem popłynął za kobietą.

Spędził parę lat na „Rozmiary to nie wszystko” oraz na kilku planetach, skałach, habitatach i orbitalach, gdzie statek się zatrzymywał.

Trenowano go i uczono korzystania z kilku nowych zdolności — tych, na których przyjęcie się zgodził. W końcu opuścił pojazd, by udać się w swoją pierwszą podróż służbową dla Kultury — serię misji, których kulminacją było doprowadzenie Wybrańca do Wonnego Pałacu na skałach. Poleciał wówczas statkiem — Wszechstronną Jednostką Kontaktową „Słodki i Pełen Wdzięku” — zaczynającym właśnie swą drugą podróż służbową.

Nigdy już nie spotkał Chori; słyszał, że zginęła w służbie czynnej jakieś piętnaście lat później. Przekazano mu tę wiadomość, gdy hodowano jego nowe ciało, na WPS-ie „Urodzony Optymista”, po odratowaniu jego uciętej głowy z planety o nazwie Fohls.

Jedenaście

Przykucnął za barierką w oddalonym krańcu starego obserwatorium, kryjąc się przed samolotem. Poniżej, na stromym zboczu, krzaki i drzewa zarastały pozbawione dachów budynki. Obserwował zbliżający się samolot. Rozejrzał się, czy nie nadlatują maszyny z innych kierunków, ale niczego nie dostrzegł. Nachmurzony, obserwował obraz przekazywany na ekran skafandra. Samolot zbliżał się, zwalniał cały czas; na tle zachodzącego słońca rysował się niczym otyły grot strzały.

Maszyna opadła powoli na platformę obserwatorium. Z brzucha pojazdu opuściła się rampa na zawiasach. Trzy nogi wygięły się na zewnątrz. Spojrzał na odczyty efektorów maszyny, a potem pokręcił głową, schylił się i pobiegł z powrotem w dół zbocza.

Tsoldrin siedział w jednym ze zrujnowanych budynków. Zdziwił się na widok postaci w skafandrze wchodzącej przez zarośnięte pnączami drzwi.

— Tak, Cheradenine?

— To samolot cywilny — rzekł, podnosząc przyłbicę. — Nie sądzę, żeby nas szukał. Ale chyba może nam ułatwić ucieczkę. — Wskazał górę zbocza. — Idziesz?

Tsoldrin Beychae spojrzał przez półmrok na matowoczarną postać w drzwiach. Zastanawiał się, co robić, i jeszcze nie doszedł do żadnych wniosków. Częściowo pragnął powrotu do ciszy i spokoju biblioteki uniwersyteckiej, gdzie żył sobie szczęśliwie, w spokoju, zgłębiał starożytne idee i historie, z nadzieją że kiedyś ustawi je w logicznym porządku. Wyjaśni również swoje własne poglądy, wskaże wnioski płynące z dawnych dziejów i skłoni ludzi do zastanowienia się nad współcześnie panującymi ideologiami. Przez długi czas gdy tam przebywał, wydawało mu się, że podejmuje zadanie pożyteczne i godne wysiłku — lecz obecnie stracił tę pewność.

Niewykluczone, myślał, że czekają sprawy ważniejsze, do których mógłbym się przyłożyć. Może powinienem dołączyć do Zakalwego, zgodnie z jego życzeniem i sugestią samej Kultury?

Czy po tym wszystkim mogę wrócić do swych badań?

Przybył z przeszłości Zakalwe, zuchowaty i bezczelny jak zawsze.

Ubrel po prostu grała rolę, on zaś czuł się w tej chwili bardzo stary, oszukany, wściekły. A całe Skupisko znowu dryfowało na rafy.

Czy miał prawo powstrzymać się od wszelkich działań, nawet jeśli Kultura przecenia jego status w tej cywilizacji? Zakalwe usiłował odwołać się do jego próżności, ale jeśli nawet to, co mówił, jest tylko częściową prawdą, co wtedy? Czy słuszne jest siedzieć na tyłku i pozwalać, by sprawy szły swoim torem — taktyka łatwiejsza i mniej szarpiąca nerwy? Jeśli wybuchnie wojna, a on nie ruszy palcem, by jej zapobiec, jak będzie się czuł?

Niech cię diabli, Zakalwe, pomyślał.

— Ciekaw jestem, jak daleko uda ci się dotrzeć — rzekł Beychae, wstając.

— Dzielny chłopak. — Głos postaci w skafandrze nie wyrażał żadnego wyraźnego uczucia.

— …Ogromnie, ogromnie państwa przepraszam za opóźnienie; naprawdę nie mieliśmy na to wpływu; w sterowaniu ruchem wybuchła jakaś panika, lecz jeszcze raz przyjmijcie państwo przeprosiny w imieniu Wycieczek Historycznych. Oto więc jesteśmy na miejscu, nieco później niż planowaliśmy. Czyż jednak ten zachód słońca nie jest piękny? Oto niezwykle słynne Obserwatorium Srometreńskie. Proszę państwa, przynajmniej cztery i pół tysiąca lat historii rozegrało się właśnie tu, pod naszymi stopami. Bardzo szybko opowiem państwu o tym wszystkim w krótkim czasie, jaki mamy do dyspozycji, więc proszę słuchać uważnie…

Pojazd unosił się na brzęczącym polu AG tuż nad zachodnią krawędzią platformy obserwatorium. Jego łapy dyndały w powietrzu — prawdopodobnie wysunięto je na wszelki wypadek. Po rampie opuszczanej z brzucha pojazdu wysiadło około czterdziestu ludzi. Stanęli wokół plinty jednego z kamiennych instrumentów, słuchając entuzjastycznej przemowy młodego przewodnika.

Zakalwe obserwował grupę przez kamienną balustradę, skanował ją wbudowanym w skafander efektorem i oglądał wyniki na ekranie przyłbicy. Większość turystów miała przy sobie przedmioty będące w istocie terminalami — łączami sieci komunikacyjnej planety. Komputer skafandra dyskretnie odpytywał terminale efektorem. Dwa terminale były włączone: jeden odbierał sprawozdanie sportowe, drugi muzykę. Reszta pozostawała w stanie oczekiwania na sygnał.

— Skafander! — szepnął tak cicho, że nie słyszał go nawet stojący obok Tsoldrin, nie mówiąc już o uczestnikach wycieczki. — Chcę uszkodzić te terminale ukradkiem. Uniemożliwić im nadawanie.

— Dwa terminale nastawione na odbiór nadają kod swojego położenia — odparł skafander.

— Czy mogę uszkodzić ich funkcję nadawania bez zmiany funkcji bieżącego odbioru i podawania położenia?

— Tak.

— Doskonale. Ponieważ trzeba uniemożliwić im wysyłanie dalszych sygnałów, uszkodź terminale.

— Uszkodzić wszystkie trzydzieści cztery dostępne w zasięgu niekulturowe osobiste terminale sieci komunikacyjnej. Potwierdź.

— Potwierdzam, do cholery. Wykonaj.

— Rozkaz wypełniony.

Obserwował, jak ekranik w górze zmienia się: wewnętrzne stany energetyczne terminali opadły w pobliże zera. Grupa oddalała się od wiszącego pojazdu. Przewodnik prowadził ją przez kamienny płaskowyż starego obserwatorium w kierunku Beychaego i człowieka w skafandrze.

Ten pchnął w górę przyłbicę, obejrzał się na towarzysza.

— W porządku, idziemy. Spokojnie.

Poszedł pierwszy, przez poszycie między gęstymi drzewami. Pod częściowo pozbawionymi liści koronami było dość ciemno i Beychae kilka razy się potykał, lecz obchodząc platformę obserwatorium, stąpali po dywanie zeschłych liści i nie robili wiele hałasu.

Gdy znaleźli się pod samolotem, przeskanował go efektorem skafandra.

— Ty piękna maszynko — wydyszał, patrząc na pojawiające się wyniki. Samolot był zautomatyzowany i bardzo głupi. Nawet ptak posiadał prawdopodobnie bardziej złożony mózg. — Skafander, podłącz się do samolotu. Przejmij sterowanie. Nikogo o tym nie powiadamiaj.

— Skryte przejęcie sterowania i władzy nad pojedynczym samolotem w zasięgu. Potwierdź.

— Potwierdzam. I przestań mnie prosić, żebym wszystko potwierdzał.

— Sterowanie-władza przejęte. Odwołanie potwierdzeniowego protokołu poleceń. Potwierdź.

— O rety! Potwierdzam.

— Protokół potwierdzeniowy odwołany.

Zastanawiał się, czy po prostu nie chwycić Beychaego i nie wzlecieć do samolotu — pole AG pojazdu prawdopodobnie zamaskowałoby sygnał wydany przez skafander, lecz nie było to pewne. Zerknął na strome zbocze, potem odwrócił się do Beychaego.

— Daj rękę. Wchodzimy — szepnął.

Starzec usłuchał.

Poszli dziarsko w górę zbocza. Skafander kopaniem robił stopnie w ziemi. Zatrzymali się przy balustradzie. Wiszący pojazd zasłaniał ciemniejące niebo. Żółte światło z wejścia nad rampą słabo rozjaśniało najbliższy kamienny instrument.

Beychae odpoczywał. Jego towarzysz sprawdził, co porabia wycieczka. Znajdowała się w oddalonej części obserwatorium. Przewodnik świecił latarką po jakimś starożytnym kamieniu.

— Chodźmy, Tsoldrinie.

Przekroczyli balustradę, weszli na rampę i do samolotu. Szedł za Beychaem. Obserwował grupę na ekranie hełmu, ale nie wiedział, czy ktoś z turystów ich zauważył.

— Skafander, zamknij rampę — rozkazał, gdy obaj weszli do jedynego większego pomieszczenia we wnętrzu samolotu. Urządzono je z przepychem, ściany zawieszono kilimami, na podłodze leżał gruby dywan, stały wielkie fotele i kanapy; na jednej ścianie autobar, na drugiej ogromny ekran, teraz przedstawiający ostatnie chwile zachodu.

Rampa zagrała melodyjkę i podniosła się z sykiem.

— Skafander, wciągnij nogi — polecił, odsuwając osłonę twarzy. Na szczęście skafander miał dość inteligencji, by wiedzieć, że chodzi o nogi pojazdu, a nie jego własne. Człowiekowi przyszło na myśl, że ktoś z balustrady obserwatorium może skoczyć na jedną z nóg samolotu. — Skafander, ustaw pojazd na wysokości plus dziesięć metrów.

Lekkie brzęczenie zmieniło ton, ale tylko na chwilę. Obserwował, jak Beychae zdejmuje swą ciężką bluzę, a potem rozejrzał się po wnętrzu statku. Efektor stwierdzał, że na pokładzie nie ma nikogo, jednak należało się upewnić.

— Zobaczmy, dokąd miała polecieć ta maszyna — oznajmił, a Beychae usadowił się na długiej kanapie, wzdychając i przeciągając się. — Skafander, następny cel samolotu?

— Terminal Kosmiczny Gipline — odpowiedziano mu zwięźle.

— Idealnie. Skafander, zabierz nas tam, postaraj się, by wyglądało to normalnie i legalnie.

— Jestem w drodze — odparł skafander. — Oczekiwany czas podróży: czterdzieści minut.

Hałas zmienił się, zwiększył częstotliwość. Podłoga poruszyła się nieco. Ekran z drugiej strony kabiny pokazywał, że lecą nad zalesionymi wzgórzami, nabierając wysokości.

Przespacerował się po pojeździe, jeszcze raz się upewnił, że nikogo w nim nie ma, a potem siadł przy Beychaem. Wygląda na bardzo zmęczonego, pomyślał. Miał dzień pełen wrażeń.

— Dobrze się czujesz?

— Powiedziałbym: cieszę się, że siedzę. — Beychae kopnięciem zrzucił buty.

— Pozwól, że zrobię ci drinka, Tsoldrinie. — Zdjął hełm i udał się do baru. — Skafander — rzekł, gdyż nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł — znasz jakiś numer kontaktowy Kultury w Solotol?

— Tak.

— Połącz mnie przez samolot.

Nachylił się nad autobarem.

— A jak to działa?

— Autobar jest sterowany gło…

— Zakalwe! — Głos Smy przerwał wypowiedź skafandra. Mężczyzna aż drgnął. Wyprostował się. — Gdzie jest…? — Kobieta zamilkła nagle. — O, zorganizowaliście sobie samolot, prawda?

— Tak. — Spojrzał na drugi koniec pomieszczenia, skąd obserwował go Beychae. — Udajemy się właśnie do portu Gipline. Więc co się stało? Gdzie jest tamten moduł? Słuchaj, Smo, jestem urażony: nie wpadłaś, nie pisałaś, nie przysyłałaś kwiatów…

— Z Beychaem wszystko w porządku? — spytała Sma niecierpliwie.

— Tsoldrin ma się znakomicie — odparł, uśmiechając się do towarzysza. — Skafander, każ temu autobarowi sporządzić dla nas odświeżające, lecz mocne drinki.

— Ma się dobrze, to świetnie. — Sma westchnęła. Z autobaru dochodziły szczęknięcia i gulgotania. — Nie nawiązywaliśmy kontaktu — wyjaśniła — bo nie chcieliśmy ich zawiadamiać, gdzie jesteście; straciliśmy chronioną łączność, kiedy zestrzelono kapsułę. Zakalwe, to było śmieszne; powstał prawdziwy chaos, kiedy kapsuła zniszczyła ciężarówkę na targu kwiatowym, a ty zestrzeliłeś myśliwiec. Miałeś szczęście, że dotarłeś tak daleko. Gdzie ta kapsuła?

— Przy obserwatorium w Srometren — wyjaśnił, spoglądając w dół na otwierający się w autobarze luk. Wziął tacę z dwoma drinkami i usiadł obok Beychaego. — Przywitaj się z Tsoldrinem Beychaem, Smo — powiedział, wręczając towarzyszowi drinka.

— Pan Beychae? — rozległ się ze skafandra głos Smy.

— Witam — powiedział Beychae.

— Cieszę się, że z panem rozmawiam. Mam nadzieję, że pan Zakalwe traktuje pana właściwie. Dobrze się pan czuje?

— Jestem zmęczony, lecz krzepki.

— Ufam, że pan Zakalwe znalazł czas, by poinformować pana o powadze sytuacji w Skupisku.

— Wyjaśnił. Rozważam waszą propozycję i na razie nie mam ochoty wracać do Solotol.

— Rozumiem i doceniam — rzekła Sma. — Jestem przekonana, że pan Zakalwe postara się zachować pana w zdrowiu i bezpieczeństwie, prawda, Cheradenine?

— Oczywiście, Diziet. No więc, gdzie jest moduł?

— Tkwi pod chmurami na Soreraurth, tak jak przedtem. Dzięki twoim eskapadom, dyskretnym jak wybuch nowej, wszystko postawiono w stan najwyższej gotowości. Tylko coś ruszymy, a od razu nas zauważą i wtedy, jeśli dojdą do wniosku, że się wtrącamy, sami staniemy się przyczyną wojny. Zakalwe, opisz jeszcze raz, gdzie jest ta kapsuła. Będziemy musieli przykryć ją bierną plamą z mikrosatelity, a potem zlikwidować, by usunąć dowody. Cholera, to brudna robota, Zakalwe.

— Cóż, wybaczcie — rzekł. Znowu się napił. — Kapsuła znajduje się pod wielkim żółtolistnym drzewem zrzucającym okresowo okrycie, osiemdziesiąt do… stu trzydziestu metrów na północny wschód od obserwatorium. Och, i karabin plazmowy jest… dwadzieścia do czterdziestu metrów ku zachodowi.

— Zgubiłeś go? — W głosie Smy brzmiało niedowierzanie.

— Wyrzuciłem w przystępie irytacji — przyznał ziewając. — Został zefektoryzowany.

— Mówiłem ci, że to własność muzeum — wtrącił się inny głos.

— Zamknij się, Skaffen-Amtiskaw — rzekł. — Więc co teraz, Smo?

— Chyba Terminal Kosmiczny Gipline — odpowiedziała kobieta. — Zobaczymy, czy zdołamy załatwić ci rezerwację na jakiś lot. Na Impren lub w okolice. W najgorszym przypadku czeka cię podróż cywilna, trwająca przynajmniej parę tygodni; jeśli będziesz miał szczęście, odwołają alarm, a moduł zdoła się przemknąć i was spotkać. Ale i tak dzięki dzisiejszym wydarzeniom w Solotol wojna pewnie się trochę przybliżyła. Pomyśl o tym, Zakalwe.

Kanał został zamknięty.

— Jest chyba z ciebie niezadowolona — zauważył Beychae.

— To nie nowina, Tsoldrinie. — Westchnął i wzruszył ramionami.


— Szanowni państwo, ogromnie mi przykro. To się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Nigdy. Szczerze przepraszam… Po prostu nie mogę tego zrozumieć… ja, eee… spróbuję… — Młody człowiek uderzał w guziki swego kieszonkowego terminala. — Halo? Halo! Halo!!! — Potrząsał urządzeniem, bił w nie dłonią. — To po prostu… po prostu… nigdy, ale to nigdy się jeszcze nie zdarzyło. Naprawdę nie. — Spoglądał przepraszająco na turystów, skupionych wokół jedynego światła. Większość patrzyła na niego; kilku bezskutecznie próbowało uruchomić własne terminale, a jakaś para spoglądała na zachodnie niebo, jak gdyby ostatnia czerwona plama miała zwrócić pojazd, który tak tajemniczo poleciał na własny rachunek. — Halo? Halo? Jest tam ktoś? Proszę odpowiedzieć! — wołał młody człowiek płaczliwie. Ostatnia iskierka światła znikła z wieczornego nieba; księżyc oświetlił cieńsze łaty chmur. Latarka zamigała. — Jeśli ktoś mnie słyszy, proszę odpowiedzieć! Och, proszę!


Skaffen-Amtiskaw ponownie nawiązał łączność, by zakomunikować, że obydwaj mają zarezerwowane miejsca na kliprze o nazwie „Osom Emananish” udającym się do Układu Breskialskiego, zaledwie trzy lata świetlne od Impren. Mieli nadzieję, że moduł dotrze do nich wcześniej. Prawdopodobnie będzie musiał to zrobić — ich ślad z pewnością zostanie wykryty.

— Dobrze by było, gdyby pan Beychae zmienił wygląd — usłyszał gładki głos drony.

Spojrzał po kilimach na ścianach.

— Moglibyśmy zrobić jakieś ubrania z tych tkanin — zaproponował z powątpiewaniem.

— Luk bagażowy pojazdu jest na pewno obfitym źródłem odzienia — zamruczał drona i poinstruował ich, jak otworzyć klapę w podłodze.

Wynurzył się z dwiema walizkami; podważył ich wieka.

— Ubrania! — stwierdził. Wyjął kilka sztuk; wyglądały bezpłciowo.

— Będziecie musieli pozbyć się skafandra i broni — oznajmił drona.

— Co takiego?

— Zakalwe, nie dostaniesz się na pokład z tymi gratami, nawet z naszą pomocą. Będziesz to gdzieś musiał zapakować, na przykład do jednej z tych walizek, i pozostawić w porcie. Spróbujemy ją zabrać, gdy ustanie całe zamieszanie.

Kiedy dyskutowali, jak się przebrać, sam Beychae zasugerował, że ogoli głowę. Ostatnią funkcją skomplikowanego, fantastycznego skafandra bojowego była funkcja brzytwy. Obydwaj przebrali się w dość krzykliwe, lecz na szczęście luźne ubrania.

Pojazd wylądował. Terminal Kosmiczny był betonowym wielopiętrowym ogromem, gdzie, niczym w planszy jakiejś wielopoziomowej gry, między kondygnacjami krążyły windy; zawiozły samolot do urządzeń obsługujących i dalej w głąb budowli.

Chroniony kanał łączności ponownie został uruchomiony. Terminal w kolczyku znowu szeptał, prowadząc obu mężczyzn.

Młody bez skafandra czuł się goły.

Wyszli z samolotu do hangaru. Rozbrzmiewała przyjemna, dyskretna muzyka. Nikt ich nie oczekiwał. Słyszeli odległe sygnały alarmowe.

Terminal w kolczyku skierował ich do bramki. Szli korytarzem tylko dla personelu, przez dostępne jedynie dla upoważnionych osób drzwi, które otworzyły się na oścież, jeszcze zanim do nich dotarli, a potem — po chwili — znaleźli się na ogromnej, otwartej promenadzie pełnej ludzi, ekranów, kiosków i ławek. Nikt nie zwrócił na nich uwagi, gdyż ruchomy chodnik zatrzymał się nagle ni z tego, ni z owego i kilkanaście osób wpadło na siebie.

Kamera bezpieczeństwa w rejonie przechowalni bagażu odchyliła się, patrząc w sufit przez minutę, w której składali do depozytu walizkę ze skafandrem. W chwili gdy wyszli, kamera wznowiła powolny przegląd pomieszczenia.

Podobnie było przy stanowisku, gdzie odbierali bilety. Potem, gdy szli innym korytarzem, z przeciwległych drzwi wychynęła grupa uzbrojonych strażników.

Beychae zawahał się, ale on szedł dalej. Obrócił się, uśmiechnął swobodnie do towarzysza, a gdy znowu spojrzał naprzód, strażnicy stali w miejscu. Ich dowódca trzymał rękę przy uchu i patrzył na podłogę.

Kiwnął głową, obrócił się i wskazał korytarz boczny, gdzie strażnicy natychmiast ruszyli.

— Zakładam, że to wszystko nie jest kwestią naszego niewiarygodnego szczęścia? — spytał cicho Beychae.

— Nie — potrząsnął głową. — Chyba że za niewiarygodne szczęście uznamy posiadanie efektora elektromagnetycznego, o standardzie prawie militarnym, sterowanego przez superszybki Umysł statku, który z odległości około roku świetlnego bawi się tym całym portem jak komputerową zręcznościówką.

Przejściem dla VIP-ów dostali się na mały prom, który miał ich zawieźć do stacji orbitalnej. Statek nie mógł manipulować tylko końcową kontrolą bezpieczeństwa — mężczyzną o wytrenowanym oku i rękach, któremu jednak wystarczyło to, że nie mają przy sobie groźnych narzędzi. Gdy szli innym korytarzem, kolczyk w uchu informował: dalsze promienie X i silne pole magnetyczne — dodatkowe sprawdzanie, sterowane ręcznie.

Lot promem przebiegał dość spokojnie. Na stacji przez kolejny hali tranzytowy (tu jakiś człowiek z bezpośrednim implantem neuronowym dostał ataku) przeszli prosto do ostatniego punktu kontroli bezpieczeństwa.

— To już wszystko, Zakalwe — usłyszał w uchu cichutki głos Smy, gdy szli korytarzem między śluzą hallu a statkiem. — Nie możemy używać chronionego kanału na statku, bo zostaniemy wykryci. Nawiążemy kontakt jedynie w wypadku prawdziwego kryzysu. Jeśli zechcesz rozmawiać, stosuj łącze telefoniczne Solotolu, ale pamiętaj, jest na podsłuchu. Do widzenia i wszystkiego dobrego.

A potem przeszedł z Beychaem przez następną śluzę do klipra „Osom Emananish”, który miał ich zabrać w przestrzeń międzygwiezdną.

Przez godzinę, brakującą do odlotu, spacerował po kliprze; sprawdzał go po prostu, by wiedzieć, gdzie się co znajduje.

Głośniki i ekrany ogłosiły odlot. Kliper podryfował, potem czekał, wreszcie pomknął, mijając słońce i gazowego giganta Soreraurth.

Właśnie na Soreraurth ukryto moduł, sto kilometrów w głębi rozległej, nieustającej burzy panującej w atmosferze planety. Atmosferze, która zostałaby złupiona, wyeksploatowana i zmieniona przez Humanistów, gdyby wszystko poszło po ich myśli. Patrzył, jak gazowy gigant oddala się za rufą, zastanawiał się, kto ma rację, a kto jej nie ma, i czuł dziwną bezradność.

Wracając do Beychaego, przechodził właśnie przez gwarny mały bar, gdy usłyszał za sobą głos:

— Ach, wyrazy najszczerszej radości ze spotkania itede! Pan Staberinde, prawda?

Powoli się obrócił.

To był doktorek z chirurgicznego party — stał przy zatłoczonym barze i przyzywał go gestem.

— Dzień dobry, doktorze! — zawołał, przeciskając się między gwarzącymi pasażerami.

Ten skinął głową.

— Stapangarderslinaiterray. Ale proszę, mów do mnie Stąp.

— Z przyjemnością, a nawet z pewną ulgą. — Uśmiechnął się. — I proszę, mów do mnie Sherad.

— Cóż! Jakie to Skupisko małe, prawda? Czy mogę postawić ci drinka?

Doktor mignął swoim zębatym uśmiechem, który w świetle lampy punktowej błysnął dość przerażająco.

— Doskonały pomysł.

Znaleźli mały stolik przy ściance działowej. Doktor wytarł nos, poprawił swój nieskazitelny garnitur.

— Tak więc, Sherad, co cię skłoniło do tej małej wycieczki?

— Cóż, prawdę mówiąc… Stąp — rzekł cicho — podróżuję jakby incognito, więc byłbym wdzięczny, gdybyś nie… rozgłaszał mojego nazwiska, wiesz?

— Ma się rozumieć! — Doktor Stąp energicznie pokiwał głową. Rzucił wokół konspiracyjne spojrzenie, nachylił się bliżej. — Jestem wyjątkowo dyskretny. Sam musiałem… — mrugnął porozumiewawczo — …”podróżować po cichu” przy różnych okazjach. Daj mi tylko znać, jeśli będziesz potrzebował jakiejś pomocy, Sherad.

— Jesteś bardzo miły. — Uniósł kieliszek.

Wypili za bezpieczną podróż.

— Sherad, czy udajesz się na „koniec linii”, do Breskial? — zapytał Stąp.

— Tak. Razem ze wspólnikiem w interesach.

Doktor Stąp skinął głową i szeroko się uśmiechnął.

— Ach, ze „wspólnikiem w interesach”. Ach.

— Nie, doktorze. Nie ze „wspólnikiem w interesach”, ale ze wspólnikiem w interesach. To dżentelmen, w dość podeszłym wieku i w innej kabinie… gdyby te trzy określenia były zupełnie inne, to oczywiście miałbyś rację.

— Ha! Jasne! — rzekł doktor.

— Jeszcze drinka?


— Zakalwe, nie sądzisz, że on coś wie? — spytał Beychae.

— Co ma wiedzieć? — Wzruszył ramionami. Zerknął na ekran na drzwiach ciasnej kabiny Beychaego. — Było coś w wiadomościach?

— Nic — odparł Beychae. — Wspominali o ćwiczeniach bezpieczeństwa we wszystkich portach, lecz nic bezpośrednio ani o tobie, ani o mnie.

— Chyba obecność doktora na pokładzie nie zwiększa naszego zagrożenia.

— Co nam grozi?

— Dość dużo. W końcu pojmą, co się stało, zanim dotrzemy do Breskial.

— Co zatem? — spytał Beychae.

— Jeśli czegoś nie wymyślę, Kultura albo dopuści, by nas złapali, albo przejmie ten statek, co wymagałoby wykrętnych tłumaczeń i częściowo mogłoby cię pozbawić wiarygodności.

— Jeśli zdecyduję się na to, o co prosisz, Cheradenine.

— Tak. Jeśli.


Grasował po statku. Łajba sprawiała wrażenie zagraconej i zatłoczonej. Chyba zbyt się przyzwyczaił do pojazdów Kultury. Studiował plany statku dostępne na ekranie, lecz służyły one jedynie ludziom szukającym drogi i dostarczały niewiele informacji, jak można by statek przejąć lub uszkodzić. Obserwował załogę wychodzącą z pomieszczeń służbowych i wywnioskował, że wejście do stref „tylko dla załogi” odbywa się po uprzednim sprawdzeniu głosu lub odcisków dłoni.

Na pokładzie znajdowało się niewiele materiałów palnych, żadnych środków wybuchowych, a kable były optyczne, nie elektryczne. Bez wątpienia statek „Ksenofob”, nawet z innego układu gwiezdnego, z efektorowym ekwiwalentem dłoni uwiązanej za plecami, potrafiłby zmusić kliper „Osom Emananish” do śpiewania i tańczenia, lecz on sam, człowiek bez broni i skafandra, niewiele mógł zdziałać — jeśli w ogóle przyszłoby mu działać.

Tymczasem kliper pełzł przez przestrzeń. Beychae pozostawał w kabinie, spał albo śledził wiadomości na ekranie.

— Cheradenine, zdaje się, że zmieniłem jedno więzienie na inne — zauważył drugiego dnia podróży.

— Tsoldrinie, nie wpadnij w kabinowe szaleństwo. — Podał Beychaemu tacę z kolacją. — Jeśli chcesz stąd wyjść, wychodź. Jeśli siedzisz tu cały czas, jest trochę bezpieczniej, ale… tylko trochę.

— Jak dotychczas, traktuję wiadomości i przeglądy bieżących wydarzeń jako swój materiał badawczy, więc nie czuję się całkowicie zamknięty. — Tsoldrin wziął tacę i podniósł pokrywkę, by obejrzeć zawartość. — Ale parę tygodni… to może się okazać dla mnie zbyt wiele.

— Nie martw się. Wątpię, czy potrwa to aż tyle.


— O, Sherad! — Wychuchany doktorek Stąp dołączył do niego następnego dnia, gdy ludzie oglądali powiększony obraz imponującego gazowego giganta z pobliskiego układu sunący przez główny ekran centralnego hallu. — Wydaję małe prywatne przyjęcie, dziś wieczór w Gwiezdnej Sali. To jedno z moich specjalnych przyjęć, rozumiesz? Może ty i twój pustelniczy wspólnik w interesach wzięlibyście udział?

— Wpuścili cię na pokład z tamtym wihajstrem? — zaśmiał się.

— Sza, drogi panie. — Doktor odciągnął go od tłoczących się ludzi. — Od dłuższego czasu mam ugodę z armatorem. Moją maszynę uznają za podstawowy sprzęt medyczny.

— Wygląda mi to na kosztowną grzeczność. Za swe przyjęcia musisz sobie słono liczyć, doktorze.

— Oczywiście wiąże się to z pewnymi małymi względami, ale w granicach środków większości kulturalnych osób. Gwarantuję naprawdę bardzo ekskluzywne towarzystwo i największą dyskrecję.

— Dziękuję za propozycję, doktorze, ale raczej nie skorzystam.

— To naprawdę życiowa okazja. Masz szczęście, że nadarza ci się powtórnie.

— Z pewnością. Może skuszę się za trzecim razem. Przepraszam. — Poklepał Stąpa po ramieniu. — Czy spotkamy się w barze dziś wieczorem?

Doktor potrząsnął głową.

— Będę wszystko ustawiał i przygotowywał. Obawiam się, że nie, Sherad. — Minę miał zbolałą. — To naprawdę niezwykła okazja — powtórzył, szczerząc zęby.

— Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, doktorze Stąp.


— Jesteś człowiekiem zepsutym.

— Dziękuję. Wymagało to lat pracowitego treningu.

— Z pewnością.

— Och, nie. Chcesz mi powiedzieć, że zupełnie nie jesteś zepsuta, widzę to w twoich oczach. Tak, tak, znajduję tam czystość! Rozpoznaję symptomy. Ale — położył dłoń na jej ramieniu — nie martw się. Można to uleczyć.

Odepchnęła go, lecz bardzo delikatnie.

— Jesteś okropny. — Dłoń, która go odsuwała, zwlekała chwilę na jego piersiach. — Jesteś zły.

— Przyznaję. Wejrzałaś w mą duszę… — Odgłosy w tle zmieniły się nieco. Szybko się rozejrzał. — Jakie to jednak pocieszenie, że mogę to wyznawać komuś o równie boskiej urodzie.

Zaśmiała się gardłowo, odrzuciła głowę do tyłu, odsłaniając smukłą szyję.

— Czy zwykle dochodzisz do czegoś, zachowując się w ten sposób? — zapytała.

Potrząsnął smutno głową.

— Och, czemuż w tych czasach piękne kobiety są takie cyniczne?

Wtedy zobaczył, że jej wzrok przesuwa się na jakiś obiekt za jego plecami.

Odwrócił się.

— Tak, panie oficerze? — spytał jednego z dwóch umundurowanych mężczyzn. Obydwaj mieli pistolety w otwartych kaburach.

— Pan… pan Sherad? — zapytał oficer.

Spojrzał w oczy oficera i zrobiło mu się słabo: wytropiono ich. Ktoś gdzieś zestawił liczby i otrzymał właściwe rozwiązanie.

— Tak? — zapytał, uśmiechając się raczej głupawo. — Chcecie drinka, chłopcy? — Zaśmiał się, obejrzał na kobietę.

— Nie, dziękujemy, proszę pana. Czy nie zechciałby pan pójść z nami?

— Co się stało? — spytał, wąchając, a potem opróżniając swój kieliszek. Wytarł dłonie o poły marynarki. — Kapitanowi potrzebna pomoc przy sterowaniu statkiem, co? — zaśmiał się, odsunął swój stołek barowy, obrócił się do kobiety, ujął jej dłoń i złożył na niej pocałunek. — Moja droga damo, żegnam cię, aż do następnego spotkania. — Przyłożył obie ręce do piersi. — Lecz nigdy nie zapominaj: na zawsze masz w mym sercu swój własny kącik.

Uśmiechnęła się niepewnie. Głośno się zaśmiał, obrócił, wpadł na stołek barowy.

— Ups! — zawołał.

— Tędy, panie Sherad — powiedział podoficer.

— Tak. Tak. Wszędzie, gdzie sobie życzycie.

Miał nadzieję, że zabiorą go do sekcji „tylko dla załogi”, lecz zaprowadzili do maleńkiej windy i nacisnęli guzik najniższego pokładu: magazyny, bagaż nie nadający się do przechowywania w próżni i areszt.

— Chyba puszczę pawia — powiedział, gdy zamknęły się drzwi. Zgiął się, beknął i wyrzucił z siebie kilka ostatnich drinków.

Jeden oficer uskoczył na bok, chcąc zachować w czystości błyszczące buty. Drugi pochylił się, kładąc mu dłoń na karku.

Przerwał rzyganie, wyrzucił łokieć w górę, rozbijając nos oficerowi, który uderzył plecami w tylne drzwi windy. Jego kolega nie w pełni jeszcze odzyskał równowagę; walnięty prosto w twarz, zgiął się i opadł na podłogę najpierw na kolana, potem na plecy. Winda odegrała melodyjkę i zatrzymała się między piętrami — jej czujniki nadwagi zareagowały na ruchy w środku. Uderzył w najwyższy guzik i winda pojechała w górę.

Nieprzytomnym oficerom zabrał pistolety — paralizatory neuronowe. Pokręcił głową. Winda znowu odegrała melodyjkę. To samo piętro, skąd wystartowali. Wepchnął do marynarki dwa paralizatory, rozstawił nogi w dwóch kątach małego pomieszczenia, okraczając obu mężczyzn, i przycisnął dłonie do drzwi. Chrząkał z wysiłku, próbując nie dopuścić do otwarcia drzwi; w końcu winda zaniechała oporu. Ciągle przytrzymując drzwi dłońmi, skręcił ciałem, aż dotknął głową najwyższego guzika i wcisnął go czołem. Winda brzęcząc znów ruszyła w górę.

Gdy drzwi się otworzyły — na poziomie prywatnych apartamentów — na zewnątrz stało troje ludzi. Spojrzeli na dwóch nieprzytomnych mężczyzn i na wodnistą kałużę rzygowin. Ogłuszył ich pistoletami; padli na ziemię. Jednego konwojenta wyciągnął z windy do połowy, by zablokować drzwi, po czym wystrzelił z paralizatora do obu nieprzytomnych oficerów.

Gwiezdna Sala była zamknięta. Nacisnął guzik, oglądając się w głąb korytarza, gdzie przy ciele leżącego oficera drzwi windy pulsowały łagodnie, jak mało subtelna kochanka. Rozległa się daleka melodyjka i głos:

— Proszę zwolnić drzwi. Proszę zwolnić drzwi.

— Tak? — odezwały się drzwi Gwiezdnej Sali.

— Stąp, tu Sherad. Zmieniłem decyzję.

— Wspaniale!

Drzwi się otworzyły.

Wszedł szybko do wnętrza, uderzył guzik zamykający. Skromne pomieszczenie było pełne narkotycznego dymu, przyćmionych świateł i okaleczonych ludzi. Muzyka grała i oczy gości — nie wszystkie w swoich oczodołach — obróciły się ku niemu. Wysoka, szara maszyna chirurgiczna stała przy barze, gdzie para ludzi wydawała napoje.

Ustawił doktora między sobą i resztą gości, po czym wpakował mu paralizator pod brodę.

— Złe wieści, Stąp. Te cacka z bliskiej odległości są zabójcze, a ten nastawiłem na maksimum. Potrzebuję twojej maszyny. Wolałbym również zapewnić sobie twoją współpracę, ale mogę się bez niej obyć. Mówię serio i bardzo mi się śpieszy, więc jak będzie?

Stąp zagulgotał.

— Trzy. — Wcisnął paralizator nieco mocniej w szyję doktorka. — Dwa…

— Dobrze! Tędy!

Puścił Stąpa i poszedł za nim do wysokiej maszyny, używanej w dziwacznych celach. Dłonie trzymał złożone, w każdym rękawie miał paralizator. Gdy przechodził, ukłonił się kilku gościom. Zauważył otwartą na chwilę linię strzału do kogoś na drugim końcu pomieszczenia.

Strzelił — trafiona osoba spektakularnie upadła na zastawiony stół, a wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku. Szturchnął Stąpa, by szedł dalej. Dotarli do maszyny.

— Przepraszam — powiedział do jednej z dziewcząt w barze. — Czy pomogłaby pani doktorowi? — Wskazał głową pomieszczenie za barem.

— Doktor chciałby przesunąć tam maszynę. Prawda, doktorze?

Weszli do małego magazynku. Podziękował dziewczynie, zamknął drzwi i podparł je stosem pojemników. Uśmiechnął się do zaniepokojonego doktora.

— Widzisz tę ścianę za sobą, Stąp?

Doktor strzygł oczyma w tamtym kierunku.

— Przechodzimy przez nią, doktorze, tą twoją maszyną.

— Nie możesz! Ty…

Przyłożył Stąpowi paralizator do czoła. Doktorek zamknął oczy.

Koniec chusteczki, wystający mu z kieszeni na piersi, drżał.

— Stąp, chyba wiem, jak działa ta maszyna. Potrzebne mi jest pole tnące; przecinak, który rozdziela powiązania molekuł. Jeśli tego nie zrobisz, i to natychmiast, wyłączę cię i spróbuję zrobić to sam, a jeśli się pomylę i wywołam spięcie w tym cholerstwie, zostanie ci kilku bardzo, ale to bardzo niezadowolonych klientów tam, za drzwiami. Mogą ci nawet zrobić to, co ty im zrobiłeś, ale bez pomocy maszyny, hę?

Stąp przełknął ślinę.

— Mo-mo… — zaczął. Z wolna sięgnął ręką ku marynarce. — Mo-momo… moje narzędzia. — Wyjął portfel z narzędziami, drżąc odwrócił się do maszyny i otworzył panel.

Drzwi zagrały melodyjkę. Stąp obejrzał się, lecz zobaczył, że pistolet jest nadal w niego wycelowany, więc znów się odwrócił.

— Pośpiesz się, Stąp! — Mężczyzna trzymający pistolet wziął z półki chromowaną sztabę, odsunął na bok pojemniki przed drzwiami i wklinował kawałek metalu między rozsuwane drzwi a framugę. Drzwi zaświergotały z obrazą, a na guziku „otwórz-zamknij” pojawiło się przynaglające czerwone światło. Zasunął pojemniki z powrotem.

— Robię wszystko, co w mej mocy! — krzyknął doktor. Maszyna pobrzękiwała, niebieskie rozbłyski igrały wokół walcowatej sekcji, około metra nad podłogą.

Spojrzał na tę sekcję zwężonymi oczyma.

— Co zamierzasz osiągnąć? — spytał Stąp drżącym głosem.

— Po prostu pracuj dalej, doktorze; masz minutę, a potem sam się za to zabiorę.

Zobaczył, że doktor majstruje przy okrągłej gałce ze skalą w stopniach. Miał tylko nadzieję, że maszyna zadziała, a potem on zaatakuje niektóre części statku. Wszystkie statki posiadały skomplikowane konstrukcje i, paradoksalnie, im statek prymitywniejszy, tym bardziej był skomplikowany. Istniała szansa, że da się uszkodzić istotny zespół bez wysadzenia całego tego kramu.

— Prawie gotowe — oznajmił doktor. Obejrzał się nerwowo. Zbliżył drżący palec do małego czerwonego guzika.

— Dobrze, doktorze — powiedział, patrząc podejrzliwie na niebieskie światło igrające wokół walcowatej części maszyny. Przykucnął, równając do doktora. — Dalej — skinął głową.

— Hm. — Stąp przełknął ślinę. — Może byłoby lepiej, gdybyś stał z tyłu, tam.

— Nie. Po prostu spróbujmy.

Uderzył w czerwony guziczek. Półkole niebieskiego światła wystrzeliło nad ich głowami z walcowatej części maszyny i przecięło pojemniki, które zgromadził pod drzwiami; trysnęła z nich jakaś ciecz. Półki po jednej stronę przewróciły się — ich stelaże zostały przecięte przez brzęczący niebieski dysk. Uśmiechnął się na ten obraz zniszczenia. Gdyby nadal stał, niebieskie pole przecięłoby go na pół.

— Dobrze wypadło, doktorze.

Paralizator zabrzęczał i mały doktor osunął się na ziemię jak worek mokrego piachu. Ze zdemolowanych półek posypały się na podłogę pakiety przekąsek i kartony napitków. To, co przeleciało przez niebieski promień, dotarło do podłogi porozrywane; płyny wylewały się z przebitych pojemników przed drzwiami, zza których dochodził odgłos walenia.

Dość podobał mu się bijący do głowy zapach alkoholu, wypełniający magazynek, miał jednak nadzieję, że nie wybuchnie tu pożar. Odwrócił maszynę, człapiąc w płynie gromadzącym się z wolna na podłodze. Migoczące niebieskie światło przecięło jeszcze kilka półek, a potem zanurzyło się w ściankę działową naprzeciw drzwi.

Maszyna zadrżała. Powietrze wypełniło się wyciem. Przy zniszczonych półkach wił się czarny dym, wywołany przez tnące niebieskie światło. Potem gęste kłęby szybko opadły ku powierzchni pluskających alkoholi na dnie magazynku i zebrały się jak mała, ciemna ławica mgły.

Zaczął manipulować gałkami maszyny — mały ekran holograficzny ukazywał kształt pola. Znalazł parę małych dżojstików, które zmodyfikowały to pole, nadając mu kształt elipsy. Maszyna uderzyła mocniej, wydając wyższy dźwięk, i wokół popłynął czarny dym.

Odgłosy za drzwiami się wzmogły. Czarne dymy gęstniały. Kręciło mu się w głowie. Pchnął maszynę mocniej ramieniem. Kołysząc się, poszła naprzód, wyła. Coś ustąpiło.

Oparł się plecami o maszynę i pchał stopami. Z przodu rozległ się brzdęk, a sama maszyna odsunęła się od niego. Odwrócił się, pchnął ją znowu ramieniem i obok dymiących półek wpadł przez dziurę o żarzących się brzegach do zdezelowanego pomieszczenia pełnego wysokich metalowych szafek. Spirytualia wypływały przez wyrwę. Przez chwilę trzymał maszynę nieruchomo; otworzył szafkę pełną połyskujących cienkich jak włos nici, opakowujących przewody i pręty. Na długiej konsoli mrugały światła jakby jakiegoś linearnego miasta widzianego w nocy.

Złożył usta i przesłał niciom całusa.

— Gratulacje — powiedział do siebie. — Wygrałeś jedną z głównych nagród.

Pochylił się nad brzęczącą maszyną, nastawił gałki, podobnie jak zrobił to Stąp, ale tworząc okrągłe pole, a potem włączył pełną moc.

Niebieskie dyski walnęły w szare szafki w oślepiającym wirze iskier.

Huki i trzaski ogłuszały. Zostawił maszynę na miejscu i poczłapał pod niebieskim dyskiem z powrotem do sterowni. Przeszedł nad wciąż nieprzytomnym doktorem, kopnięciem odrzucił pojemniki i z drzwi usunął metalowe narzędzie. Niebieskie promienie nie sięgały daleko ze sterowni w wyrwę. Wstał więc, łokciem rozchylił drzwi i wpadł w ramiona zaskoczonego oficera statku akurat wtedy, gdy generująca pola maszyna wybuchła i podmuch przerzucił ich przez bar do hallu.

Wszystkie światła w hallu zgasły.

III

Szpitalny sufit był biały, ściany i prześcieradła również. Na zewnątrz, na powierzchni lodowca, wszystko bielało. Dzisiaj szalała zadymka: jasne pręgi suchych kryształów wirowały przy szpitalnych oknach. Tak było przez ostatnie cztery dni. Wiatr miał siłę huraganu, a meteorolodzy twierdzili, że przez parę dni nie oczekują zmian. Pacjent myślał o żołnierzach kulących się w okopach i lodowych pieczarach; bali się nawet przeklinać burzę, gdyż dzięki niej prawdopodobnie nie będzie walk. Piloci też byli zadowoleni, lecz udawali wściekłość i głośno złorzeczyli pogodzie, która nie pozwala im latać. Widzieli prognozę, więc na pewno większość z nich jest już bardzo pijana.

Patrzył w białe okna. Oglądanie niebieskiego nieba miało oddziaływać korzystnie. Dlatego właśnie stawiano szpitale na powierzchni. Pozostałe budowle znajdowały się w głębi lodu. Zewnętrzne ściany szpitala pomalowano na jaskrawoczerwono, by nie atakowały go samoloty nieprzyjaciela. Widywał z powietrza szpitale wroga. Na tle błyszczącej bieli śniegowych wzgórz ciągnęły się jak jasne krople krwi zabitego żołnierza, zamarznięte na mrozie.

W jednym z okien pojawiła się i znikła śnieżna spirala. Śnieżyca wirowała w wichrze. Patrzył na chaos za warstwami szyb i mrużył oczy, jak gdyby dzięki skupieniu mógł znaleźć jakiś wzorzec w narastającej zamieci. Podniósł dłoń i dotknął bandaża wokół głowy.

Zamknął oczy i próbował — po raz kolejny — wspominać. Dłoń opadła mu na pierś, na prześcieradło.

— Jak się czujemy? — spytała młoda pielęgniarka.

Podeszła, niosąc małe krzesło. Postawiła je między jego łóżkiem a pustym łóżkiem z prawej strony — zresztą wszystkie były puste, leżał sam w tej sali. Od miesiąca wróg poważniej nie atakował.

Usiadła. Uśmiechnął się, zadowolony, że przyszła i że ma czas, by z nim pogadać.

— Dobrze — skinął głową. — Wciąż próbuję sobie przypomnieć, co się stało.

Wygładziła na podołku biały fartuch.

— A jak palce?

Podniósł obie dłonie, poruszył palcami prawej, popatrzył na lewą.

Palce drgnęły nieco. Nachmurzył się.

— Prawie bez zmian — odparł, jakby się usprawiedliwiając.

— Po południu odwiedzi cię lekarz. Prawdopodobnie zaleci fizjoterapię.

— Moja pamięć potrzebuje fizjoterapii. — Zamknął na chwilę oczy. — Wiem, musiałem pamiętać coś ważnego… — Zamilkł. Uświadomił sobie, że zapomniał imienia pielęgniarki.

— Nie sądzę, żebyśmy posiadali odpowiednie metody. — Uśmiechnęła się. — Czy mają je tam, skąd pochodzisz?

To zdarzało się już wcześniej. Wczoraj, prawda? Czy również wczoraj zapomniał jej imienia? Uśmiechnął się.

— Powinienem powiedzieć, że nie pamiętam. — Uśmiechnął się szerzej. — Ale nie, nie sądzę, żeby mieli.

Wczoraj i przedwczoraj nie mógł sobie przypomnieć jej imienia, ale coś zaplanował. Coś z tym zrobił…

— Może ich tam nie potrzebowali, bo macie przecież takie twarde łby.

Nadal się uśmiechała. Próbował wspomnieć, jaki to wymyślił plan.

Jakieś dmuchanie, oddech, papier…

— Może nie potrzebowali — zgodził się. Miał twardy łeb, grubą czaszkę. Właśnie dlatego znalazł się tutaj. Czaszka grubsza lub przynajmniej twardsza niż te, do których byli przyzwyczajeni. Nie rozprysła się na kawałki, gdy ktoś strzelił mu w głowę z pistoletu (Ale dlaczego?

Przecież w tamtej chwili nie walczył, znajdował się wśród swoich, wśród kolegów pilotów?).

Natomiast popękała. Popękała, potrzaskała, ale nie została nieodwracalnie zmiażdżona…

Spojrzał w bok na małą szafkę. Na blacie leżał zwinięty papier.

— Nie męcz się, próbując przywoływać wspomnienia — powiedziała pielęgniarka. — Może nie uda ci się niektórych rzeczy przypomnieć. Nie ma to wielkiego znaczenia. Twój umysł też się przecież musi zagoić.

Słyszał ją, wchłaniał treść jej słów… ale usiłował sobie przypomnieć swój plan z poprzedniego dnia. Tamten mały kawałek papieru musiał mieć z tym coś wspólnego. Dmuchnął na niego — wierzch złożonej karteczki odgiął się do góry. Zobaczył, co napisano pod spodem: TALIBE. Papier znowu opadł. Zagiął go — teraz wspomniał — tak żeby dziewczyna nie zobaczyła napisu.

Nazywała się Talibe. Oczywiście. To brzmiało znajomo.

— Zdrowieję — oznajmił. — Ale jest coś, o czym nie wolno mi było zapominać, Talibe. To ważne. Wiem, że było ważne.

Wstała, poklepała go po ramieniu.

— Zapomnij o tym. Nie możesz się martwić. Zdrzemnij się. Zaciągnąć zasłony?

— Nie — odrzekł. — Czy możesz zostać chwilę dłużej, Talibe?

— Potrzebujesz wypoczynku, Cheradenine — odpowiedziała, kładąc mu rękę na czole. — Wkrótce wrócę, zmierzę ci temperaturę i zmienię opatrunki. Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebował. — Poklepała go po dłoni i odeszła, zabierając białe krzesełko. Przystanęła w drzwiach, obejrzała się.

— Och, jeszcze jedno. Czy kiedy ostatni raz zmieniałam ci opatrunki, nie zostawiłam tu nożyczek?

Rozejrzał się dokoła, pokręcił głową.

— Nie, nie sądzę.

Talibe wzruszyła ramionami.

— No, trudno.

Wyszła z sali. Słyszał, jak zamknęła drzwi i postawiła krzesło na korytarzu.

Znów spojrzał w okno.

Talibe za każdym razem zabierała krzesło, ponieważ kiedy zobaczył je, przebudziwszy się po raz pierwszy, wpadł w szał. Nawet gdy jego stan umysłowy zdawał się stabilizować, każdego ranka po przebudzeniu drżał, z oczyma rozwartymi ze strachu, gdyż obok jego łóżka stało białe krzesełko. Dlatego kilka krzeseł, które znajdowały się w sali, umieścili w jednym kącie, poza zasięgiem jego wzroku, a gdy odwiedzali go Talibe albo lekarz, przynosili ze sobą krzesła z korytarza.

Żałował, że to pamięta. Pamięta krzesło, Krzesłoroba, pamięta „Staberinde”. Dlaczego po tak długiej podróży te wspomnienia są takie wyraźne i świeże? Natomiast to, co się zdarzyło zaledwie kilka dni temu, gdy ktoś go postrzelił i pozostawił w hangarze na pastwę losu, to wszystko było przytłumione, mgliste, jakby widziane przez śnieżną zawieję.

Patrzył na zamarznięte chmury za oknem, na bezkształtną krzątaninę śniegu. Te rzeczy bez znaczenia kpiły sobie z niego.

Opadł bezwładnie na łóżko. Zatonął pod warstwami pościeli. Zasnął. Pod poduszką zacisnął dłoń wokół nożyczek zabranych poprzedniego dnia z tacki Talibe.


— Jak łeb, stary?

Saaz Insile cisnął mu owoc, ale pacjent nie zdołał go złapać. Podniósł go z kolan, gdzie owoc wylądował odbity od piersi.

— Poprawiam się — poinformował.

Insile siadł na sąsiednim łóżku, rzucił czapkę na poduszkę, odpiął górny guzik munduru. W zestawieniu z krótkimi sterczącymi czarnymi włosami blada twarz wydawała się równie biała jak wypełniający świat bezkształt za oknami.

— Dobrze cię traktują? — spytał Saaz.

— Doskonale.

— Masz tu cholernie przystojną pielęgniarkę.

— Talibe. — Uśmiechnął się. — Jest w porządku.

Insile zaśmiał się i usadowił na łóżku, podpierając z tyłu dłońmi.

— Tylko w porządku? Zakalwe, ona jest wspaniała. Myje cię w łóżku?

— Nie. Mogę sam wstawać do łazienki.

— Chcesz, żebym połamał ci nogi? — żartował Insile.

— Może później. — Zaśmiał się.

Insile dowcipkował jeszcze chwilę, a potem spojrzał na burzę za oknami.

— Czy pamięć ci się poprawia? — spytał Insile, skubiąc złożone na pół prześcieradło w miejscu przy swojej czapce.

— Nie — odpowiedział. Wydawało mu się, że się jednak poprawia, ale nie chciał o tym informować ludzi. Może sądził, że to przyniesie pecha. — Pamiętam pobyt w mesie i grę w karty… a potem… — Potem pamiętał, jak zobaczył białe krzesło przy swym łóżku, pamiętał, jak napełnia płuca niesamowitą ilością powietrza i wrzeszczy niczym huragan do kresu czasu, a przynajmniej do chwili, gdy Talibe przyszła go uspokoić (Livueta? — zaszeptał. Dar… Livueta?) Wzruszył ramionami. — Potem byłem tutaj.

— Przynoszę dobre wiadomości. — Saaz wygładzał zmarszczki na spodniach munduru. — Udało się zmyć krew z podłogi hangaru.

— Mam nadzieję, że znów się tam pojawi.

— Umowa stoi, ale nie będziemy już jej zmywali.

— Jak się mają pozostali?

— Jak zawsze ta sama miła paczka chłopaków. — Saaz wzruszył ramionami, wygładził włosy na karku. — Reszta szwadronu… powiedzieli, żebym przekazał od nich najlepsze życzenia szybkiego powrotu do zdrowia. Ale tamtej nocy ich zirytowałeś. — Popatrzył smutno na chorego. — Cheri, staruszku, nikt nie lubi wojny, ale są sposoby, by to powiedzieć… A ty to źle zrobiłeś, to znaczy, wszyscy doceniamy, co zrobiłeś; wiemy, że tak naprawdę to nie jest twoja bitwa, ale myślę… Myślę, że niektórzy faceci… nawet to mają ci za złe. Słyszę ich czasami; ty na pewno też słyszałeś: w nocy, kiedy mają koszmary. Na pewno widzisz czasami wyraz ich oczu, jakby wiedzieli, że szansę są kiepskie i że nie wyjdą z tego żywi. Są przerażeni. Chętnie wpakowaliby mi kulę w łeb, gdybym powiedział im to w twarz, ale faktem jest, że są przerażeni. Ochoczo wycofaliby się z tej wojny. To dzielni ludzie, chcą walczyć za swój kraj, lecz chcieliby się z tego wyplątać i nikt, kto zna szansę, nie może im czynić z tego zarzutu. Zadowoli ich każdy honorowy pretekst. Teraz nie przestrzelą sobie stóp i nie wyjdą na zewnątrz w zwykłych butach, by wrócić z odmrożeniami, ponieważ wcześniej wielu tak postąpiło; ale chcieliby wydostać się z tego wszystkiego. Ty nie musisz być tutaj, ale jesteś; wybrałeś walkę i wielu z nich ma ci to za złe. Przez ciebie czują się jak tchórze, gdyż każdy z nich wie, że na twoim miejscu byłby na lądzie i opowiadał dziewczynom, jak im się udało, że tańczą z tak dzielnym pilotem.

— Przykro mi, że ich denerwuję. — Dotknął bandaża na głowie. — Choć nie miałem pojęcia, że odczuwają to aż tak silnie.

— Nie odczuwają. — Insile nachmurzył się. — I właśnie to jest dziwne.

Wstał, podszedł do najbliższego okna i wyjrzał w zawieję.

— Cholera, Cheri, niektórzy z tych facetów chętnie zaprosiliby cię do hangaru i pozbawili kilku zębów. Ale pistolet? — Potrząsnął głową. — Nie chciałbym mieć za sobą żadnego z tych chłopaków, stojącego z długą bułą czy garścią kostek lodu, ale jeśli to był pistolet… — Znowu potrząsnął głową. — W ogóle bym się nad tym nie zastanawiał. Oni po prostu nie są tacy.

— Może ja sobie to wszystko tylko wymyśliłem, Saaz — odpowiedział.

Saaz rozejrzał się z troską. Rozchmurzył się trochę, gdy zobaczył uśmiech przyjaciela.

— Cheri, owszem, trudno mi przyznać, że mylę się co do któregoś z nich, ale jest druga możliwość… że to po prostu był ktoś inny. Nie wiem kto. I żandarmi też nie wiedzą.

— Chyba zbytnio im nie pomogłem — wyznał chory.

Saaz wrócił, znowu usiadł na sąsiednim łóżku.

— Naprawdę nie masz pojęcia, z kim potem rozmawiałeś? Dokąd poszedłeś?

— Żadnego.

— Powiedziałeś mi, że idziesz do pokoju odpraw sprawdzić ostatnie cele.

— Tak, też tak słyszałem.

— Jine poszedł za tobą, by cię zaprosić do hangaru za to, że mówiłeś takie okropne rzeczy na temat naszego wyższego dowództwa i naszej nędznej taktyki. Nie było cię tam.

— Nie wiem, co się stało, Saaz; przykro mi, ale ja właśnie… — Nagle poczuł kłucie łez w oczach. Zaskoczyło go to. Odłożył owoc na kolana. Bardzo głośno pociągnął nosem, kaszlnął, poklepał się po piersi. — Przykro mi — powtórzył.

Sięgnął do stolika przy łóżku po chusteczkę. Saaz obserwował go przez chwilę, a potem wzruszył ramionami i uśmiechnął się szeroko.

— Nieważne. Przypomnisz sobie. Może to jakiś wariat z obsługi naziemnej, wściekły, bo o jeden raz za dużo nastąpiłeś mu na odciski. Jeśli chcesz sobie wszystko przypomnieć, zbytnio się nie wysilaj.

— „Odpocznij trochę”. Słyszałem to już, Saaz.

Chory wziął owoc z kolan, umieścił go na nocnym stoliku.

— Przynieść ci coś następnym razem? — spytał Insile. — Poza Talibe, co do której mogę mieć własne plany, jeśli ty nie zechcesz skorzystać z okazji.

— Nie, dziękuję.

— Gorzały?

— Nie, oszczędzam się dla baru w mesie.

— Książki?

— Naprawdę, Saaz, nic mi nie trzeba.

— Zakalwe — mówił Saaz ze śmiechem — nawet nie masz tu z kim pogadać. Co robisz po całych dniach?

— Sporo rozmyślam. — Spojrzał na okno, potem znów na Saaza. — Próbuję przywołać wspomnienia.

Saaz podszedł do łóżka. Wyglądał bardzo młodo. Zawahał się chwilę, a potem delikatnie pchnął chorego w pierś. Zerknął na bandaże.

— Nie zgub się w nich, stary.

Pacjent patrzył na niego chwilę bez wyrazu.

— Dobra. Nie martw się. W każdym razie jestem niezłym nawigatorem.

Zamierzał coś powiedzieć Saazowi Insile, lecz również nie mógł sobie tego przypomnieć. Ostrzec go, gdyż istniało coś, czego wcześniej nie wiedział, a co wymagało… ostrzeżenia.

Z frustracji chciał czasami krzyczeć, rozerwać białe pulchne poduszki, białym krzesłem rozbić okno i do środka wpuścić oszalałą białą wściekłość.

Zastanawiał się, jak szybko by zamarzł przy otwartych oknach.

Przynajmniej by się to komponowało — przybył tu zmarznięty, czemu więc nie wyjść w ten sam sposób? Zastanawiał się luźno, czy to nie jakaś pamięć komórkowa, jakaś zakodowana w kościach skłonność przyciągnęła go właśnie tu. Tu, gdzie rozgrywano wielkie bitwy na ogromnych zderzających się białych górach, odłączonych od rozległych lodowców i wirujących jak kostki lodu w koktajlowym kieliszku wielkości planety. Tutaj, gdzie mnóstwo zamarzniętych wysp, niektóre o długości wieluset kilometrów, okrąża świat od biegunów do tropików; wyspy te — stale w ruchu — pokrywają białe pustkowia zbryzgane krwią, zarzucone ciałami, rozbitymi czołgami i samolotami.

Walka o miejsce, które nieuchronnie stopnieje, nigdy nie dostarczy ani żywności, ani bogactw naturalnych, ani terenów do zasiedlania, wyglądała na umyślną karykaturę konwencjonalnych wojennych szaleństw. Lubił walczyć, lecz wytrącał go z równowagi sam sposób prowadzenia tej wojny. Głośno komunikował swoje opinie i porobił sobie wrogów wśród kolegów pilotów i zwierzchników.

Lecz czuł, że Saaz ma rację: to nie słowa wypowiedziane w mesie doprowadziły do tego, że ktoś próbował go zabić. A przynajmniej (coś szeptało mu w duchu) nie one bezpośrednio.

Odwiedził go Thone, dowódca szwadronu. Nie towarzyszyli mu fagasi.

— Dziękuję, siostro — powiedział Thone, wchodząc. Zamknął drzwi, uśmiechnął się i podszedł do łóżka. Miał ze sobą białe krzesło. Usiadł i wyprostował się; chciał się wydać mniejszy w obwodzie. — Jak się czujemy, kapitanie Zakalwe? — Wniósł swój tak ulubiony zapach kwiatów.

— Mam nadzieję, że za jakieś dwa tygodnie będę latał, proszę pana — odpowiedział. Nie lubił tego oficera, lecz postarał się wywołać na twarz dziarski uśmiech.

— Rzeczywiście? — spytał Thone. — Ma pan teraz taką nadzieję. Lekarze twierdzą co innego, kapitanie Zakalwe. Chyba że do mnie mówią co innego niż do pana.

Chory nachmurzył się.

— Cóż, może się to przeciągnąć… do kilku tygodni, proszę pana…

— Nie wiem, czy nie będziemy musieli odesłać pana do domu, kapitanie Zakalwe — rzekł Thone z nieszczerym uśmiechem — albo przynajmniej na ląd, gdyż powiedziano mi, że pański dom znajduje się dość daleko od frontu.

— Jestem przekonany, że powrócę do obowiązków, proszę pana. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że muszę przejść badania lekarskie, ale…

— Tak, tak, tak — przerwał mu Thone. — Musimy to sprawdzić. Hmm. Bardzo dobrze. — Wstał. — Czy jest coś…?

— Nie może pan nic… — Zaczął, a potem zobaczył wyraz twarzy Thone’a. — Przepraszam, proszę pana.

— Tak jak mówiłem, kapitanie Zakalwe. Czy coś panu przynieść?

Dowódca spojrzał w dół na białe prześcieradła.

— Nie, proszę pana. Dziękuję, proszę pana.

— Szybkiego powrotu do zdrowia, kapitanie Zakalwe — rzekł Thone lodowato.

Chory zasalutował Thone’owi, który odwrócił się i wyszedł.

Białe krzesło zostało.

Pielęgniarka Talibe weszła po kilku chwilach. Ramiona miała skrzyżowane, bladą twarz spokojną i miłą.

— Spróbuj zasnąć — powiedziała i zabrała krzesło.

Zbudził się w nocy i zobaczył na zewnątrz światła przenikające przez śnieg. Oświetlone reflektorami padające płatki stawały się przezroczystymi cieniami; miękko przygniatały ostre, skierowane w dół świetlne smugi. Biel w tle, w czarnej nocy, przybierała kompromisowy kolor szary.

Zbudził się z zapachem kwiatów w nozdrzach.

Zacisnął dłoń pod poduszką, poczuł pojedyncze ramię ostrych, długich nożyczek.

Wspomniał twarz Thone’a.

Wspomniał pokój odpraw, czterech dowódców. Zaprosili go na drinka, powiedzieli, że chcą zamienić z nim słówko.

W pokoju jednego z nich — nie pamiętał ich nazwisk, ale wkrótce sobie przypomni, a już teraz by go rozpoznał — pytali o szczegóły rozmowy w mesie.

I, nieco pijany, przekonany, że jest bardzo sprytny, powiedział im to, co podejrzewał, że chcą usłyszeć, a nie to, co mówił innym pilotom.

I odkrył spisek. Chciał, żeby nowy rząd dotrzymał swych populistycznych obietnic zakończenia wojny. Oni chcieli zorganizować zamach stanu i potrzebowali dobrych pilotów.

Podniecony drinkami i zdenerwowany, zostawił ich w przekonaniu, że jest po ich stronie, i poszedł prosto do Thone’a. Thone — nieprzyjemny, ale uczciwy; nielubiany i czepliwy, próżny, uperfumowany, lecz znany jako zwolennik rządu. Choć Saaz Insile kiedyś stwierdził, że Thone jest prorządowy przy pilotach i antyrządowy przy swych zwierzchnikach.

I spojrzał na twarz Thone’a.

Nie w tamtym momencie, lecz później. Po tym, jak Thone kazał mu zachować dyskrecję, ponieważ myślał, że wśród pilotów również mogą być zdrajcy; kazał mu iść do łóżka, jakby nic się nie wydarzyło, więc jako podwładny usłuchał i poszedł, a ponieważ chyba nadal był pijany, obudził się o tę sekundę za późno, kiedy po niego przyszli, przytknęli mu do nosa nasyconą czymś szmatę i trzymali mocno, gdy się szamotał, ale w końcu musiał odetchnąć i uległ duszącym oparom.

Wleczenie korytarzem, nogi w skarpetkach ślizgają się po kafelkach; ludzie z obu stron. Są w hangarze, ktoś podchodzi do wyłączników windy, a on widzi tylko niewyraźnie podłogę przed sobą i nie może podnieść głowy. Lecz od mężczyzny po prawej czuje zapach kwiatów.

Dwuszczękowe wrota otworzyły się z trzaskiem nad głową. Z ciemności dobiegło wycie burzy. Powlekli go do windy.

Naprężył się, okręcił, chwycił Thone’a za kołnierz. Zobaczył skonsternowaną, przerażoną twarz dowódcy. Żołnierz z drugiej strony złapał go za wolne ramię, ale on się wywinął, puścił Thone’a, w jego kaburze zobaczył pistolet.

Złapał za broń. Pamiętał krzyki. Uciekł, ale się przewrócił. Próbował strzelać, lecz pistolet nie zadziałał. Światła zamigotały z odległego końca hangaru.

— Nie jest nabity! Nie jest nabity! — krzyczał Thone do innych.

Wszyscy spojrzeli na koniec hangaru. Samoloty zasłaniały widok, ale była tam jakaś osoba i krzyczała coś o włączonych światłach i o otwieraniu drzwi hangaru.

Nie widział, kto go postrzelił. Młot walnął go w bok głowy. Następną rzeczą, jaką zobaczył, było białe krzesło.

Za oknami zalanymi światłem z reflektorów dziko kotłował się śnieg.

Obserwował to aż do świtu, przypominając sobie coraz więcej.

— Talibe, czy zaniosłabyś wiadomość kapitanowi Saazowi Insile? Powiedz mu, że chcę się z nim zobaczyć, bardzo pilnie. Proszę cię, wyślij wiadomość do mojego szwadronu, dobrze?

— Tak, oczywiście, ale najpierw lekarstwo.

— Nie, Talibe. — Ujął jej dłoń. — Najpierw zadzwoń do szwadronu. — Mrugnął do niej znacząco. — Proszę, zrób to dla mnie.

Potrząsnęła głową.

— Nudziarz.

Wyszła.

— I co, idzie tutaj?

— Jest na przepustce — oznajmiła i ujęła notatnik, by odznaczyć lekarstwo, które brał.

— Cholera!

Saaz nic nie mówił o jakiejś przepustce.

— Sza, sza, kapitanie — powiedziała, potrząsając butelką.

— Policja. Talibe, zawołaj żandarmów, zrób to natychmiast. To naprawdę pilne.

— Najpierw lekarstwo, kapitanie.

— Dobrze, natychmiast, jak je wezmę. Obiecujesz?

— Obiecuję. Otwórz szeroko buzię.

— Aaa…

Niech diabli wezmą tego Saaza, że wziął urlop, i niech go cholera, że o tym nie wspomniał. I ten Thone; ma człowiek tupet! Przyjść z wizytą, sprawdzać, czy pamiętam. A co by się stało, gdybym pamiętał?

Sięgnął pod poduszkę po nożyczki. Były tam, zimne i ostre.

— Powiedziałam im, że to pilne. Już jadą. — Talibe weszła tym razem bez krzesła. Spojrzała w okna, gdzie nadal hulała burza. — Muszę dać ci coś, byś nie zasnął. Chcą, żebyś był żwawy.

— Jestem żwawy. Nie zasnę!

— Cicho. Zażyj to.

Zażył.

Zasnął, ściskając nożyczki pod poduszką, a biel za oknami trwała i trwała, i w końcu warstwami przedostała się przez szyby w procesie dyskretnej osmozy, popłynęła naturalnym biegiem rzeczy ku jego głowie, zawirowała powoli wokół niego, połączyła się z białym torusem bandaży, rozpuściła je i złożyła ich pozostałości w jednym kącie pokoju, gdzie rozmawiały cicho i spiskowały zgromadzone białe krzesła; potem powoli ściskała jego głowę, wirując w niemądrym tańcu śniegowych płatków, szybciej, coraz szybciej, bliżej, coraz bliżej, aż wreszcie śniegowe płatki stały się bandażami, zimnymi i ciasnymi wokół jego rozgorączkowanej głowy, i znalazłszy leczoną ranę, wkradły się do wnętrza, przez skórę i czaszkę, a następnie, w sposób zimny, chrupki i krystaliczny, do jego mózgu.

Talibe odemknęła z klucza drzwi sali i wpuściła oficerów.

— Na pewno jest nieprzytomny?

— Dałam mu podwójną dawkę. Jeśli nie jest nieprzytomny, jest martwy.

— Nadal wyczuwa się puls. Weź go za ręce.

— Dobrze… Oj, spójrz na to!

— Ooo!

— To moja wina. Zastanawiałam się, gdzie się podziały. Przepraszam.

— Zrobiłaś wszystko doskonale, dziecko. Lepiej stąd idź. Dzięki. Nie zostanie to zapomniane.

— W porządku…

— Co takiego?

— To… to będzie szybkie, prawda? Zanim się obudzi?

— Jasne. Ma się rozumieć. Nawet się nie zorientuje. Nic nie będzie czuł.

Zbudził się w śniegu, otrzeźwiony zimnym podmuchem, który szedł z wnętrza ku powierzchni, przekłuwał skórę każdym porem, wył.

Zbudził się i wiedział, że umiera w zamieci. Odrętwiała mu jedna strona twarzy, jedna dłoń utknęła w twardo ubitym śniegu. Nadal miał na sobie standardową szpitalną piżamę. Zimno nie było zimnem; to był otępiający ból, który wżerał się ze wszystkich stron.

Podniósł głowę, rozejrzał się. Niewielka płaszczyzna śniegu, rozjaśniona jakby światłem poranka. Zamieć uspokoiła się nieco, lecz wciąż szalała. Kiedy ostatnio mówiono o temperaturze, było dwadzieścia pięć stopni poniżej zera, ale w połączeniu z chłodzącym wichrem zimno było o wiele dotkliwsze. Ręce, dłonie, stopy, organy płciowe — wszystko go bolało.

Mróz go obudził. Niesamowite zimno z pewnością obudziło go bardzo szybko, gdyż w przeciwnym razie już by nie żył. Zostawili go tutaj.

Gdyby tylko mógł znaleźć drogę, którą poszli, pójść za nimi…

Próbował się poruszyć, ale nie mógł. Wrzasnął w duchu, by spowodować niezwykły napływ woli… zdołał tylko z wielkim wysiłkiem przetoczyć się na plecy i usiąść.

Musiał podeprzeć się z tyłu rękoma, by siedzieć stabilnie. Obie dłonie mu zamarzały. Wiedział, że nie zdoła się podnieść.

Talibe… — pomyślał, lecz w jednej chwili zamieć zwiała tę myśl.

Zapomnij o Talibe. Umierasz. Są sprawy ważniejsze.

Patrzył w mleczne głębie śnieżycy; sunęła ku niemu, pędziła gdzieś dalej. Przypominała drobne miękkie gwiazdy, ściśnięte razem i dokądś śpieszące. Czuł, jakby twarz przeszywały mu miliony małych rozżarzonych igiełek, później jednak policzki zdrętwiały.

Tyle przebyć, myślał, tylko po to, by zginąć nie w swojej wojnie. Jak to głupio teraz wygląda. Zakalwe, Elethiomel, Staberinde; Livueta, Darckense. Imiona napływały i odfruwały porywane nacierającym zimnem wyjącego wiatru. Czuł, że twarz mu się kurczy, czuł zimno drążące w skórze i gałkach ocznych, docierające do języka, zębów i kości.

Oderwał rękę od śniegu; zimno znieczuliło ból, gdy skóra odchodziła od dłoni. Szarpnął bluzę piżamy, odrywając guziki, i wystawił na zimny podmuch nieregularny znaczek nad sercem. Położył dłoń z tyłu, na lód i uniósł nieco głowę. Kości karku zdawały się skrzypieć, potrzaskiwać, gdy ruszał głową, jakby mróz chwytał jego stawy.

— Darckense… — szepnął wrzącemu chłodowi zamieci.

Zobaczył, jak przez burzę spokojnie zmierza ku niemu kobieta.

Szła po powierzchni ubitego śniegu, w wysokich czarnych butach, długim płaszczu z futrzanym kołnierzem i mankietami. Na głowie miała mały kapelusz.

Szyja i twarz odsłonięte, dłonie bez rękawiczek. Głębokie, ciemne oczy w długiej, owalnej twarzy. Podeszła do niego lekko, a burza zdawała się rozstępować za jej plecami i poczuł, że osłania go nie tylko jej wysmukłe ciało. Za każdym razem, gdy na nią patrzył, w jego skórę zdawało się wsączać jakieś ciepło.

Zamknął oczy. Potrząsnął głową, co trochę bolało, lecz mimo to potrząsnął. Otworzył oczy ponownie.

Nadal tam była.

Przyklękła przy nim, złożyła dłonie na okrytym spódnicą kolanie, twarz trzymała na wysokości jego twarzy. Zerknął, uwolnił znowu dłoń ze śniegu; dłoń była bez czucia, ale gdy obrócił rękę, zobaczył, że oderwał od śniegu żywe mięso. Próbował dotknąć jej twarzy, ale ona ujęła jego dłoń. Była ciepła. Nigdy w życiu nie czuł tak wspaniałego ciepła.

Zaśmiał się, a chłód rozstępował się wokół niej i jej oddech uchodził obłokiem.

— Do diabła — rzekł. Wiedział, że głos mu drży od zimna i narkotyku. — Przez całe pieprzone życie byłem ateistą, a tu okazuje się, że te łatwowierne dupki cały czas miały rację! — Zaczerpnął ze świstem, tchu, zakaszlał. — A może zaskakujesz ich właśnie tym, że się nie pokazujesz?

— Pochlebia mi pan, panie Zakalwe — powiedziała wspaniałym głębokim i seksownym głosem. — Nie jestem Śmiercią czy jakąś wydumaną Boginią. Jestem równie rzeczywista jak pan… — Pogłaskała jego poszarpaną, krwawiącą dłoń długim, mocnym kciukiem. — Jedynie trochę cieplejsza.

— Och, z pewnością pani jest rzeczywista — powiedział. — Czuję, że pani jest rzeczy…

Głos mu zamarł. W wirującym śniegu pojawił się ogromny kształt, szarobiały jak śnieg, lecz o odcień ciemniejszy, unosił się w powietrzu, cichy, ogromny i stabilny. Wokół nich dwojga burza zdawała się zamierać.

— To nazywa się moduł dwunastoosobowy, Cheradenine — oznajmiła kobieta. — Przyleciał zabrać cię stąd, jeśli chcesz, by cię stąd zabrać. Na ląd, jeśli zechcesz. Lub dalej, do nas, jeśli wolisz.

Mruganie i potrząsanie głową zmęczyło go. Nie szkodzi, że to igraszki jakiejś zwariowanej części jego mózgu. Będzie grał jak najdłużej. Co to miało wspólnego ze Staberinde i z Krzesłem, nie wiedział jeszcze, ale gdyby chodziło o te rzeczy — a o cóż innego może chodzić? — to bezsensowna byłaby walka z nimi, gdy jest słaby i umierający. Niech się dzieje, co ma się dziać. Nie miał rzeczywistego wyboru.

— Z panią? — spytał.

— Z nami. Chcielibyśmy zaproponować panu pracę. — Uśmiechnęła się. — Porozmawiajmy jednak w cieple, dobrze?

— W cieple?

Głową wskazała kierunek.

— W module.

— Ach, tak — zgodził się. — Tam.

Próbował oderwać drugą dłoń od ubitego śniegu — nie udało mu się.

Znowu na nią spojrzał: wyjęła z kieszeni buteleczkę i powoli wylała jej zawartość na jego dłoń. Płyn ogrzewał i spływał, łagodnie parując.

— W porządku? — spytała. Ujęła jego dłoń, delikatnie pomogła mu wstać. Wyciągnęła z kieszeni pantofle. — Proszę.

— Och! — Zaśmiał się. — Dzięki.

Objęła go ramieniem przez plecy. Była silna.

— Zdaje się, że wie pani, jak się nazywam. A pani jak się nazywa, jeśli nie jest to pytanie zbyt impertynenckie?

Uśmiechnęła się i poszli wśród kilku płatków łagodnie padającego śniegu do obłożonego płytami kolosa, który kobieta nazwała modułem. Stało się tak cicho — mimo szalejącej w pobliżu burzy — że słyszał śnieg skrzypiący pod ich butami.

— Nazywam się Rasd-Coduresa Diziet Embless Sma da’Marenhide — powiedziała.

— Żartuje pani!

— Ale możesz mówić do mnie Diziet.

— W porządku, Diziet — odparł pogodnie.

Ona weszła, on pokuśtykał w pomarańczowe ciepło modułu. Ściany wyglądały jak gładko wypolerowane drzewo, siedzenia — jak polerowana skóra, podłoga — jak futrzany dywan. Całość pachniała górskim ogrodem.

Spróbował wypełnić płuca ciepłym, wonnym powietrzem. Zakołysał się i obrócił osłupiały ku kobiecie.

— To jest rzeczywiste! — powiedział na wydechu, choć chętnie by wrzasnął, gdyby miał dosyć powietrza w płucach.

Kobieta przytaknęła.

— Witamy na pokładzie, Cheradenine Zakalwe.

Zemdlał.

Dwanaście

Pogrążony w myślach stał w długiej galerii zwrócony twarzą do światła. Powiewne białe zasłony falowały wokół niego łagodnie w ciepłej bryzie. Delikatny wiatr nieznacznie poruszał jego czarnymi włosami. Splótł z tyłu ręce. Ze spokojnego, lekko zachmurzonego nieba nad górami, za fortecą, za miastem, padało na jego twarz bezbarwne, rozproszone światło i kiedy tak stał w prostym ciemnym ubraniu, wydawał się niematerialny, jak rzeźba lub trup oparty o blanki dla zmylenia wroga.

Ktoś wymówił jego nazwisko.

— Zakalwe. Cheradenine?

— Co…? — Oprzytomniał. Spojrzał w twarz starca, która coś mu przypominała. — Beychae? — usłyszał własne słowa. Oczywiście. To Tsoldrin Beychae. Wyglądał starzej niż w jego wspomnieniach.

Rozejrzał się, nadsłuchiwał. Usłyszał brzęczenie i zobaczył małe, nagie pomieszczenie. Kabinę. Statek morski? Statek kosmiczny?

„Osom Emananish”, podpowiedział głos z jego pamięci. Statek kosmiczny, kliper udający się do… gdzieś w pobliże Impren (choć nie wiadomo, co to takiego i gdzie to jest). Habitaty Impren. Musiał zawieźć Tsoldrina Beychaego do Habitatów Impren. Potem wspomniał doktora, jego cudowną maszynę polową i tnący niebieski dysk. Sięgnął głębiej, w sposób, który nie byłby możliwy bez szkolenia Kultury i wprowadzonych przez nią subtelnych zmian — znalazł niewielką bieżącą pętlę pamięci, która przejęła to, co jego mózg już magazynował. Pokój ze światłowodami; celowe zmarnowanie szansy na pocałunek; wybuch, lot nad barem do hallu. Upadek, uderzenie w głowę. Pozostałe wydarzenia rysowały się mgliście: odległe krzyki, ktoś go podniósł i gdzieś zabrał. W czasie gdy nie był przytomny, żadnych sensownych głosów nie zarejestrował.

Leżał przez chwilę, słuchając, co mówi mu własne ciało. Brak wstrząsu. Niewielkie uszkodzenie prawej nerki, siniaki, otarcia kolan, skaleczenie prawej dłoni… nadal gojący się nos.

Podniósł się na nogi, spojrzał znów na kabinę — gołe metalowe ściany, dwie koje, mały stołek, na którym siedział Beychae.

— To ciupa?

— Tak, więzienie. — Beychae skinął głową.

Znowu się położył. Zauważył, że ma na sobie jednorazowy kombinezon załogi. Paciorek terminalu zniknął z ucha, a płatek był otarty i obolały — zamocowanie nadajnika nie poddało się bez walki.

— Ty też, czy tylko ja? — zapytał.

— Tylko ty — odparł Beychae.

— Co ze statkiem?

— Zdaje się, że na pomocniczym napędzie zmierzamy do najbliższego systemu gwiezdnego.

— Co to jest ten najbliższy system?

— Jedyna zamieszkana tam planeta nazywa się Murssay. Na jej części trwa wojna, jeden z tych tlących się lokalnych konfliktów, o których wspominałeś. Statek może nie dostać pozwolenia na lądowanie — informował Beychae.

— Lądowanie? — Chrząknął, dotykając tyłu głowy. Ogromny guz. — Statek nie może lądować. Nie przystosowano go do atmosfery.

— Może chodziło im o to, że nie pozwolą pasażerom ani załodze przebywać na powierzchni planety — powiedział Tsoldrin.

— Hmm. Muszą w takim razie mieć coś na orbicie. Stację kosmiczną?

— Tak przypuszczam. — Beychae wzruszył ramionami.

Więzień obejrzał kabinę, ostentacyjnie czegoś szukając.

— Co o tobie wiedzą? — wzrokiem powiódł po kabinie.

— Wiedzą, kim jestem. — Beychae uśmiechnął się. — Rozmawiałem z kapitanem, Cheradenine. Od armatora otrzymali rozkaz, by zawracać, chociaż nie wiedzieli dlaczego. Teraz wiedzą. Kapitan miał wybór: czekać na jednostki floty Humanistów, by nas zabrały, albo skierować się na Murssay, i wybrał to drugie — wydaje się, na przekór pewnym naciskom wywieranym przez Zarząd, za pośrednictwem armatora. Widocznie nalegał, żeby używano kanału alarmowego, gdy informował armatora, co stało się ze statkiem i kim jestem.

— Więc teraz wszyscy to wiedzą?

— Tak. Sądzę, że obecnie całe Skupisko wie dokładnie, kim jesteśmy obydwaj. Myślę jednak, że kapitan nie odnosi się do naszej sprawy z zupełną wrogością.

— Ale co się stanie, kiedy dotrzemy do Murssay?

— Najprawdopodobniej pozbędziemy się pana, panie Zakalwe — powiedziano z głośnika.

Obaj wymienili spojrzenia.

— Tsoldrinie, mam nadzieję, że też to słyszałeś.

— To chyba kapitan — stwierdził Beychae.

— Tak jest — oznajmił głos. — I właśnie poinformowano nas, że mamy się rozstać, zanim dotrzemy do stacji Murssay. — W głosie brzmiała irytacja.

— Naprawdę, kapitanie?

— Naprawdę, panie Zakalwe. Właśnie otrzymałem ultimatum od Balzeitskiej Hegemonarchii Murssay. Chcą przejąć obu panów, zanim połączymy się ze stacją. Ponieważ grożą, że nas zaatakują, zastosuję się do ich polecenia. Mam zrobić to, o co proszą — ze względów formalnych zaprotestuję, ale szczerze mówiąc, bardzo mi ulży, gdy się was pozbędę. Dodam, że statek, którym zamierzają was zabrać, ma kilkaset lat i sądzono, że nie nadaje się już do podróży. Jeśli tylko wytrzyma parę godzin, odbędziecie pełną wrażeń podróż przez atmosferę Murssay. Panie Beychae, wierzę, że jeśli przemówi pan do rozsądku ludziom z Balzeit, pozwolą panu lecieć z nami do Stacji Murssay. Bez względu na pańską decyzję, pozwoli pan, że złożę panu życzenia bezpiecznej podróży.

— Balzeit — powiedział Beychae, siadając na małym stołku i kiwając w zamyśleniu głową. — Ciekawe, dlaczego nas chcą?

— Chcą ciebie, Tsoldrinie — rzekł, zdjął nogi z łóżka. Minę miał niepewną. — Czy są po dobrej stronie? Cholernie dużo jest tych wojenek…

— W teorii tak — stwierdził Beychae. — Chyba wierzą, że ludzie i maszyny mają dusze.

— Tak mi się wydawało — rzekł, wolno wstając. Zginał ręce, poruszał ramionami. — Jeśli ta Stacja Murssay jest terenem neutralnym, powinieneś tam się udać, choć ta banda z Balzeit chce raczej ciebie, a nie mnie.

Znowu potarł potylicę, usiłując sobie przypomnieć sytuację na Murssay. To było akurat takie miejsce, w którym mogła się rozpocząć wojna na pełną skalę. Wojnę między Konsolidacjonistami a Humanistami na Murssay toczono przy użyciu dość archaicznych sił militarnych. Balzeit stał po stronie Konsolidacjonistów, choć jego wyższe dowództwo składało się z jakichś kapłanów. Nie był pewny, czemu chcą Beychaego; mętnie sobie przypominał, że kapłani dość serio traktują kult bohaterów. Choć może, jeśli usłyszeli, że Beychae jest w pobliżu, zechcieli go złapać po prostu dla okupu.

Sześć godzin później nastąpiło spotkanie ze starym balzeitskim pojazdem kosmicznym.

— Chcą właśnie mnie? — zapytał.

Stali przy śluzie: Beychae, kapitan „Osoma Emananisha” i czterej uzbrojeni ludzie w skafandrach. Skafandry miały hełmy z przyłbicami, wewnątrz widać było bladobrązowe twarze z niebieskimi krążkami wymalowanymi na czołach. Krążki rzeczywiście się żarzą, pomyślał. Zastanawiał się, czy umieszczono je tam z powodu jakiejś wspaniałomyślnej zasady religijnej, by pomóc snajperom.

— Tak, panie Zakalwe — rzekł kapitan, grubasek z ogoloną głową. Uśmiechnął się. — Chcą pana, nie pana Beychaego.

— O co im chodzi, Tsoldrinie? — spytał, spoglądając na czterech ludzi.

— Nie mam pojęcia — przyznał Beychae.

— Dlaczego chcecie właśnie mnie? — Zamachał ręką, przywołując tamtych czterech.

— Proszę z nami pójść — odezwał się przez głośnik skafandra jeden z mężczyzn. Z pewnością nie mówił w swoim macierzystym języku.

— „Proszę”? — zapytał Zakalwe. — Chce pan powiedzieć, że mam jakiś wybór?

Człowiek w skafandrze zrobił zakłopotaną minę. Chwilę coś mówił — choć z jego głośnika nie wydobywał się żaden dźwięk — a potem oznajmił:

— Panie Zakalwe, to bardzo ważne, by poszedł pan z nami. Musi pan. To bardzo ważne.

Pokręcił głową.

— Muszę — powtórzył jakby do siebie. Zwrócił się do kapitana. — Panie kapitanie, czy może mi pan zwrócić kolczyk?

— Nie. — Kapitan błogo się uśmiechnął. — A teraz niech się pan wyniesie z mojego statku.

Pojazd był zatłoczony i bardzo prymitywny. W ciepłym wnętrzu pachniało elektrycznością. Dali mu stary skafander, wskazali kanapę, do której przypięli go pasami. To zły znak, kiedy zmuszają cię do wkładania skafandra w środku statku. Czterej żołnierze, którzy zabrali go z klipra, usiedli za nim. Trzyosobowa załoga — także w skafandrach — była podejrzanie zajęta i miał niepokojące wrażenie, że ręczne stery wykorzystywane są nie tylko w sytuacjach awaryjnych.

Maszyna widowiskowo weszła w atmosferę: trzęsła się, skrzypiała, wyła otoczona rozżarzonym gazem. Uświadomił sobie ze ściśniętym żołądkiem, że widzi to przez okna, przez kryształowe szyby, a nie na ekranach. Zrobiło się jeszcze cieplej. Migoczące światła, pośpieszne rozmowy między załogą, gwałtowne ruchy nie polepszyły mu samopoczucia. Żarzenie znikło, a niebo zmieniło barwę z fioletowej na niebieską. Drgania powróciły.

Pomknęli w noc i dali nura w chmurę. Migające światełka na pulpicie sterowniczym w ciemności wyglądały jeszcze bardziej niepokojąco.

Podczas burzy z piorunami, kołysząc się, wylądowali na czymś w rodzaju pasa startowego. Czterej żołnierze bez entuzjazmu wiwatowali, gdy urządzenie do lądowania — przypuszczał, że są to koła — dotknęło gruntu. Pojazd toczył się niepokojąco długo, dwa razy wpadając w poślizg.

Gdy w końcu stanęli, wszyscy trzej członkowie załogi siedzieli bezsilnie w fotelach, z rękami dyndającymi bezwładnie po bokach; milczeli i wpatrywali się w dżdżystą noc.

Odpiął pasy, zdjął hełm. Żołnierze otworzyli śluzę wewnętrzną.

Potem otworzono drzwi — na zewnątrz zobaczył światła, ulewę, ciężarówki, czołgi, jakieś niskie budynki w tle i kilkuset ludzi, jedni w mundurach wojskowych, inni w długich szatach błyszczących od deszczu. Niektórzy próbowali utrzymać w górze nad innymi parasole.

Prawie wszyscy mieli koliste znaki na czołach. Grupa kilkunastu starych, siwowłosych osób, w długich szatach, o twarzach spryskanych deszczem, poszła ku schodom prowadzącym z pojazdu na ziemię.

— Proszę, panie. — Wskazano mu, że powinien zejść. Siwowłosi mężczyźni w szatach ustawili się w trójkątny szyk u stóp schodów.

Wyszedł, stał na małej platformie przed schodami. Deszcz bębnił mu w skronie.

Rozległ się głośny krzyk i starcy u stóp schodów skłonili głowy i przyklękli w kałuży na ciemnym, smaganym wiatrem pasie startowym. Niebieska światłość rozerwała mrok za niskimi budynkami, oświetliła na chwilę wzgórza i góry w oddali. Zgromadzeni ludzie zaintonowali pieśń. Dopiero po kilku chwilach uświadomił sobie, że krzyczą: „Za-kal-we! Za-kal-we!”

— Oho — rzekł do siebie.


Na wzgórzach ryknął grzmot.

— Czy moglibyście mi to wszystko jeszcze raz wyłożyć?

— Mesjaszu…

— Naprawdę, chciałbym, żebyście nie używali tego słowa.

— Och! Dobrze, panie Zakalwe; jaki tytuł pan woli?

— Ach… a może by — rozłożył ręce — „proszę pana”?

— Jaśnie panie Zakalwe; pan jest wybrany. Pan był zapowiedziany. — Wysoki kapłan, siedzący w przedziale naprzeciw niego, mocno złożył obie dłonie.

— Zapowiedziany?

— Jako żywo! Pan jest naszym wybawieniem, naszym niebiańskim pocieszycielem. Jest pan wysłannikiem.

— Wysłannikiem — powtórzył, usiłując uporządkować sobie ostatnie wypadki.

Wyłączono oświetlenie, gdy tylko postawił stopę na ziemi. Wśród obejmujących go kapłanów przeszedł po betonowej płycie lotniska do opancerzonego pojazdu. Mrok rozpraszały jedynie reflektory ciężarówek i czołgów: stożki jasności zmienione w wachlarze nałożonymi na lampy perforowanymi przysłonami. Odwieziono go szosą do linii kolejowej, gdzie wsadzono do pozbawionego okien wagonu, który z łomotem odjechał w noc.

— Ależ tak! Do tradycji naszej wiary należy szukanie wpływów zewnętrznych, ponieważ są one zawsze większe. — Wysoki kapłan, który przedstawił się jako Napoerea, skłonił się nisko. — A cóż może być większego od człowieka, który był Wodzwojem?

Musiał pogrzebać w pamięci. Według mediów w Skupisku był właśnie Wodzwojem, dowodzącym operacjami wojskowymi, kiedy w poprzedniej wyprawie wraz z Tsoldrinem Beychaem brał udział w tym szalonym tańcu. Beychae był Wodzpolem i zajmował się polityką (co za dokładne rozróżnienia!).

— Wodzwoj… — Skinął głową bez przekonania. — I myślicie, że zdołam wam pomóc?

— Jaśnie panie Zakalwe! — rzekł kapłan, zsuwając się z siedzenia, by uklęknąć na podłodze. — W ciebie wierzymy.

— Czy mogę spytać, czemu?

— Jaśnie panie, twe czyny są legendą! — Kapłan znowu usiadł na miękkiej ławce. — Pozostaną na zawsze od ostatnich przykrych dla nas wydarzeń! Nasz Przewodnik przed śmiercią przepowiedział, że zbawienie nadejdzie „spoza niebios”, a twoje imię, panie, było wśród wspomnianych; skoro więc przybywasz do nas, gdy jesteśmy w potrzebie, musisz być naszym zbawicielem!

— Rozumiem — rzekł, nic nie rozumiejąc. — Zobaczymy, co się da zrobić.

— Mesjaszu!

Pociąg zatrzymał się gdzieś na stacji. Odprowadzono ich stamtąd do windy i dalej do apartamentów, z których, jak mu powiedziano, był widok na miasto w dole, lecz teraz trwało zaciemnienie. Obejrzał dość bogato wyposażone pokoje.

— Bardzo miłe. Dziękuję.

— A tutaj są pańscy chłopcy. — Wysoki kapłan odsunął zasłonę w sypialni, przedstawiając kilku młodych mężczyzn na ogromnym łożu.

— Ja, hm… Dziękuję. — Kiwnął głową kapłanowi. Uśmiechnął się do chłopców, którzy odpowiedzieli mu uśmiechem.


Leżał w pałacu, w paradnym łożu, ręce założył pod głowę. Po chwili w ciemności rozległ się wyraźny odgłos „pop” i w znikającej niebieskiej sferze światła pojawiła się drobna maszyna, mniej więcej wielkości ludzkiego kciuka.

— Zakalwe?

— Cześć, Smo.

— Posłuchaj…

— Nie. To ty posłuchaj. Naprawdę chciałbym wiedzieć, o co, do cholery, w tym wszystkim chodzi.

— Zakalwe — rzekła Sma przez pocisk zwiadowczy. — To skomplikowane, ale…

— Ale jestem tutaj z bandą kapłanów pederastów, którzy myślą, że rozwiążę ich problemy militarne.

— Cheradenine — ciągnęła Sma swym uwodzicielskim głosem — ci ludzie udatnie umieścili w swej religii wiarę w twoje wojenne talenta. Jak mógłbyś im odmówić?

— Uwierz mi, byłoby to bardzo łatwe.

— Czy ci się podoba, czy nie, stałeś się dla tych ludzi legendą, Cheradenine. Uważają, że możesz zdziałać wiele.

— Więc cóż mam zrobić?

— Poprowadź ich. Zostań ich generałem.

— Chyba tego właśnie oczekują. Lecz co mam naprawdę zrobić?

— Właśnie to — oznajmiła Sma. — Poprowadź ich. Tymczasem Beychae robi odpowiedni hałas na Stacji Murssay, na razie uważanej za terytorium neutralne. Nie widzisz, Zakalwe? — Głos Smy wzbierał radością. — Mamy ich! Beychae robi dokładnie to, czego chcieliśmy, i musisz tylko…

— Co takiego?

— …Bądź sobą; działaj dla tych facetów!

Potrząsnął głową.

— Smo, powiedz mi wprost. Co mam robić?

Sma westchnęła.

— Wygraj ich wojnę, Zakalwe. Wspieramy siły, z którymi pracujesz.

Jeśli zdołasz to wygrać, a Beychae tutaj wstawi się za stroną wygrywającą, może zdołamy przestawić Skupisko. — Ponownie głęboko westchnęła. — Zakalwe, potrzebujemy twojej pomocy. Do pewnego stopnia mamy związane ręce, ale potrzebujemy cię. Wygraj dla nich wojnę, a może wtedy to wszystko poukładamy. Mówię serio.

— Łatwo mówić, „serio” — powiedział do pocisku zwiadowczego. — Przejrzałem pobieżnie ich mapy. Ci faceci siedzą w głębokim gównie. By wygrać wojnę, potrzebują prawdziwego cudu.

— Chociaż spróbuj, Cheradenine. Proszę.

— Czy otrzymam jakąś pomoc?

— Hm… Co masz na myśli?

— Wywiad, Smo. Gdybyś mogła nadzorować, co takiego wróg…

— Ach, nie, Cheradenine. Przykro mi, ale nie możemy.

— Co takiego?! — zapytał głośno, siadając na łóżku.

— Przykro mi, Zakalwe, naprawdę, ale musieliśmy się na to zgodzić. Sytuacja jest tu naprawdę delikatna, nie możemy wtrącać się bezpośrednio. Nawet tego pocisku nie powinno tu być. Wkrótce będzie musiał się wynieść.

— Jestem więc zdany tylko na siebie?

— Przykro mi — rzekła Sma.

— I to tobie jest przykro! — odparł, opadając teatralnie na łóżko.


„Żadnej wojaczki”. Tak właśnie powiedziała Sma jakiś czas temu.

— Żadnej cholernej wojaczki — mówił cicho do siebie, gdy zbierał włosy na karku i pakował w ciasną skórzaną opaskę. Świtało. Poklepał koński ogon i wyjrzał przez grubą, zniekształcającą widok szybę na zasnute mgiełką miasto, które właśnie zaczynało się budzić pod zaróżowionymi świtem górami i jasnobłękitnym niebem. Popatrzył z niesmakiem na przesadnie ozdobne długie szaty, w których chcieli go widzieć kapłani, a potem odział się z niechęcią.

Hegemonarchia i jej przeciwnik, Imperium Glaseen, walczyli o panowanie nad ich niezbyt wielkim subkontynentem, z przerwami, już od sześciuset lat, nim reszta Skupiska przybyła w odwiedziny w swych dziwnych latających niebiańskich statkach, co zdarzyło się sto lat temu.

Nawet wtedy oba państwa były zacofane w porównaniu z innymi społeczeństwami na Murssay, które w technice wyprzedzały ich o dziesięciolecia, a jeśli chodzi o zasady moralne i polityczne — być może o setki lat. Przed kontaktem tubylcy dysponowali kuszami i armatami ładowanymi przez lufy. Teraz, sto lat później, posiadali czołgi. Mnóstwo czołgów. Czołgi, artylerię, ciężarówki i trochę niezbyt skutecznych samolotów. Każda strona miała także jeden prestiżowy system obronny, częściowo zakupiony od bardziej zaawansowanych społeczeństw Skupiska, ale w większości po prostu otrzymany w prezencie. Hegemonarchia dysponowała jednym statkiem kosmicznym z szóstej czy siódmej ręki; Imperium — kilkoma pociskami sterowanymi, które ogólnie uważano za niedziałające i prawdopodobnie — ze względów politycznych — nie do użytku, gdyż przypuszczano, że wyposażone są w głowice jądrowe. Opinia publiczna Skupiska tolerowała zaawansowaną technicznie bezsensowną wojnę, dopóki mężczyźni, kobiety i dzieci nie ginęli w zbyt dużej liczbie. Jednak niedopuszczalna była myśl, że w zbombardowanym atomowo mieście zginie w jednej chwili milion osób.

Imperium wygrywało konwencjonalną wojnę, prowadzoną na terytorium dwóch zubożałych krajów, które zostawione same sobie, prawdopodobnie zaprzęgałyby właśnie do pracy energię pary. Teraz natomiast uchodzący ze wsi tłoczyli się na drogach, między żywopłotami kołysały się wozy z dobytkiem całych rodzin, gdy tymczasem czołgi przemierzały pola uprawne, a brzęczące samoloty zrzucały bomby, czyszcząc miasta ze slumsów.

Armie Hegemonarchii wycofywały się przez równiny w góry, a jej osaczone siły ustępowały przed zmotoryzowaną kawalerią Imperium.

Ubrał się i natychmiast poszedł do pokoju map. Kilku sennych oficerów sztabowych stanęło na baczność; przecierali oczy. Rano mapy wyglądały równie źle jak ubiegłego wieczoru, ale przyjrzał się im, ocenił położenie wojsk przeciwników, zadał pytania oficerom i próbował się zorientować, na ile dobry mieli wywiad i jak przedstawiało się morale armii.

Oficerowie lepiej znali położenie wojsk wroga niż nastroje własnych ludzi.

Kiwnął głową, obejrzał wszystkie mapy, a potem poszedł na śniadanie z Napoereą i innymi kapłanami. Potem zaciągnął wszystkich do pokoju map — zwykle wracali do własnych apartamentów na kontemplacje — i zadawał im dalsze pytania.

— Chcę mieć taki mundur jak ci ludzie. — Wskazał na jednego z młodszych oficerów liniowych.

— Ależ jaśnie panie Zakalwe — powiedział Napoerea, zmartwiony. — To ci ujmie godności!

— A to mi krępuje ruchy — rzekł, wskazując swoje długie, ciężkie szaty. — Chcę osobiście spojrzeć na front.

— Ale jaśnie panie, to nasza święta cytadela. Przychodzą tu wszystkie raporty wywiadu, wszystkie modły naszego ludu kierują się właśnie tutaj.

— Napoerea, wiem o tym — położył dłoń na ramieniu kapłana. — Ale muszę sam zobaczyć, jak sprawy stoją. Weź pod uwagę, że dopiero tu przybyłem. — Spojrzał na nieszczęśliwe twarze pozostałych wysokich kapłanów. — Jestem przekonany, że wasze metody są skuteczne w okolicznościach takich, jakie istniały w przeszłości — oznajmił z kamienną twarzą. — Ale jestem tu nowy, więc w inny sposób odkrywam to, o czym wy zapewne już wiecie. — Znów zwrócił się do Napoerey. — Chcę mieć własny samolot. Wystarczy zmodyfikowany samolot zwiadowczy. Dwa myśliwce do eskorty.

Nawet poprzedni wyjazd pociągiem i ciężarówką do portu kosmicznego, oddalonego o trzydzieści kilometrów, kapłani uważali za szczyt niekonwencjonalnej odwagi. A już ktoś chcący latać nad całym subkontynentem z pewnością jest szaleńcem.

I tak właśnie postępował przez kilka następnych dni. Zadanie miał nieco ułatwione, gdyż we wszystkich rodzajach wojsk panował w tym czasie bezruch — siły Hegemonii właśnie uciekły, a siły Imperium się konsolidowały. Nosił prosty mundur i nie umieścił na nim żadnych baretek, które nawet najmłodszym oficerom służyły za usprawiedliwienie samego istnienia. Rozmawiał z generałami i pułkownikami liniowymi — na ogół sztywnymi, zdemoralizowanymi tępakami — z szefami sztabów, z żołnierzami piechoty i czołgistami, z kucharzami, intendentami, ordynansami i lekarzami. W większości przypadków potrzebował tłumacza — tylko najwyżsi oficerowie władali ogólnym językiem Skupiska — ale podejrzewał, że dla żołnierzy bliższy jest ktoś, kto wprawdzie mówi innym językiem, lecz zadaje im pytania, niż mówiący językiem tym samym co oni, lecz jedynie wydający rozkazy.

Przez pierwszy tydzień objechał wszystkie większe lotniska, sondując nastroje i opinie sił powietrznych. Jedyną osobą, którą przy takich okazjach ignorował, był czujny kapłan — tytularny dowódca każdego szwadronu, pułku i fortu. Kapłani nie potrafili powiedzieć nic użytecznego z wyjątkiem zrytualizowanych pozdrowień powitalnych. W ciągu paru dni doszedł do wniosku, że główny problem kapłanów to oni sami.

— Prowincja Shenastri! — wykrzyknął Napoerea. — Przecież tam jest kilkanaście ważnych ośrodków kultu! Nawet więcej! I proponujesz, panie, byśmy poddali ją bez walki?

— Kiedy wygramy wojnę, dostaniecie z powrotem świątynie i mnóstwo skarbów. Te ośrodki i tak upadną, nawet gdybyśmy próbowali je utrzymać. Zresztą podczas walk prawdopodobnie uszkodzono by je albo nawet zniszczono całkowicie. W ten sposób pozostaną nienaruszone. Oddanie ich przeciwnikowi niesamowicie wyciągnie jego linie zaopatrzenia. Kiedy zaczną się deszcze? Za miesiąc? Będziemy wówczas gotowi do kontrataku, a ich problemy z zaopatrzeniem jeszcze się zaostrzą. Przez podmokłe tereny na tyłach nie przewiozą towarów, a kiedy zaatakujemy, nie zdołają się wycofać. Nappy, staruszku, wierz mi, to piękny plan. Gdybym był dowódcą strony przeciwnej i ktoś ofiarowałby mi tamten teren, nie zbliżałbym się do niego na milion kilometrów. Chłopcy z Armii Cesarskiej będą jednak musieli tam wejść, bo dwór nie pozwoli im na inny manewr. Ale będą wiedzieli, że to pułapka. Dla morale to okropne.

— Nie wiem, nie wiem… — Napoerea kręcił głową, podniósł do ust obie dłonie, tarł dolną szczękę i z troską patrzył na mapę.

(Oczywiście, nie wiesz, myślał, obserwując nerwową mowę ciała kapłana. Chłopie, od pokoleń nie wiecie, jak działać).

— Tak trzeba zrobić — oznajmił. — Wycofywanie ma się rozpocząć dzisiaj. — Przeszedł do drugiej mapy. — Lotnictwo. Zaprzestać bombardowania i ostrzeliwania dróg. Dajcie pilotom dwa dni odpoczynku, a potem zaatakujcie rafinerię ropy — pokazał miejsce na mapie. — Atak ma być zmasowany. Wykorzystajcie wszystko, co potrafi latać.

— Ale jeśli przestaniemy atakować drogi…

— Jeszcze bardziej wypełnią się uchodźcami — wyjaśnił kapłanowi. — To spowolni ruchy Armii Cesarskiej bardziej niż nasze samoloty. Trzeba zniszczyć niektóre mosty. — Postukał parę przepraw przez rzekę. Spojrzał zaintrygowany na Napoereę. — A może podpisaliście jakąś ugodę, że nie będziecie bombardować mostów?

— Zawsze uważaliśmy, że niszczenie mostów utrudnia kontratak i jest… marnotrawstwem — stwierdził nieszczęsny kapłan.

— Te trzy należy jednak zlikwidować — postukał w mapę. — Zbombardowanie mostów oraz atak na rafinerię utrudni im zaopatrzenie. — Zatarł dłonie.

— Sądzimy, że Armia Cesarska ma ogromne rezerwy paliwa — odparł Napoerea z bardzo nieszczęśliwą miną.

— Nawet jeśli tak jest, dowódcy będą się poruszali ostrożniej, wiedząc, że przerwano linię zaopatrzenia. To ostrożni faceci. Ale założę się, że mają mniejsze zapasy, niż przypuszczasz. Prawdopodobnie przeceniają twoje rezerwy, a ponieważ ostatnio musieli prowadzić ofensywę… wierzaj mi, przestraszą się, jeśli atak na rafinerię pójdzie po mojej myśli.

Napoerea przygnębiony i zagubiony patrzał na mapy.

— To brzmi bardzo… bardzo… awanturniczo.

Kapłan nadał temu słowu tyle wstrętu i pogardy, że w innych okolicznościach brzmiałoby to zabawnie.

Pokonując poważne protesty, przekonał wysokich kapłanów, że muszą oddać wrogowi swą cenną prowincję razem z wieloma ważnymi miejscami kultu. Zgodzili się na zmasowany atak na rafinerię.

Odwiedził wycofujące się oddziały i bazy lotnicze, które miały uczestniczyć w ataku. Następnie przez kilka dni objeżdżał ciężarówką góry i linie obrony. Była tam dolina zamknięta w górnej części tamą, którą również można by wykorzystać do zastawienia skutecznej pułapki, gdyby Armia Cesarska dotarła aż tutaj (wspomniał betonową wyspę, szlochającą dziewczynę i krzesło). Kiedy wożono go po wyboistych drogach między fortami na wzgórzach, ponad sto samolotów, z bombami przy skrzydłach, huczało w górze, kierując się na wciąż jeszcze spokojne równiny.

Atak na rafinerię okazał się kosztowny. Nie wróciła prawie jedna czwarta samolotów. Lecz dzień później Armia Cesarska powstrzymała swój marsz. Miał nadzieję, że jeszcze trochę się posuną — ich dostawy nie pochodziły bezpośrednio z tej rafinerii, mogli więc przeć naprzód jeszcze tydzień — ale postąpili rozsądnie i zatrzymali się na chwilę.

Poleciał do portu kosmicznego, gdzie ciężkawy statek (w dzień wydawał się bardziej zdezelowany) łatano i reperowano, na wypadek gdyby kiedyś znowu był potrzebny. Porozmawiał z technikami, dokładnie obejrzał to przestarzałe urządzenie. Odkrył, że statek nosi nazwę „Zwycięska Hegemonarchia”.

— To nazywa się dekapitacja — oznajmił kapłanom. — Dwór cesarski udaje się do jeziora Willitice na początku każdej drugiej pory roku. Wysokie dowództwo jedzie tam, by poinformować dwór o postępach. W dniu, gdy przybędzie tam również sztab generalny, spuścimy na nich „Zwycięską”.

Kapłani byli zaintrygowani.

— Z czym spuścimy, jaśnie panie Zakalwe? Z komandosami? „Zwycięska” pomieści tylko…

— Nie, nie — odparł. — Mówiąc „spuścimy” miałem na myśli to, że ich zbombardujemy. Umieścimy ją w przestrzeni i ściągniemy na ich Jeziorny Pałac. Waży dobre czterysta ton. Nawet jeśli będzie się poruszała z szybkością tylko dziesięciokrotnie większą od dźwięku, uderzy jak mała jądrówka. Jednym pociągnięciem zlikwidujemy cały dwór i sztab generalny. Natychmiast zaproponujemy pokój parlamentowi ludowemu. Przy odrobinie szczęścia wywołamy ogromne zaburzenia społeczne. Prawdopodobnie parlament ludowy dostrzeże szansę zagarnięcia prawdziwej władzy. Armia będzie chciała sama przejąć rządy, a może nawet wycofa się i rozpocznie wojnę domową. Niższa arystokracja zacznie współzawodniczyć o zwolnione pozycje, co nieźle skomplikuje sytuację.

— Ale to oznacza zniszczenie „Zwycięskiej”, prawda? — zauważył Napoerea.

Inni kapłani potrząsali głowami.

— Cóż, podejrzewam, że zderzenie z prędkością pięciu kilometrów na sekundę zostawi na niej jakieś wgniecenia.

— Ależ Zakalwe! — zaryczał Napoerea, sam jak wybuchająca mała jądrówka. — To absurd! Nie możesz tego zrobić! „Zwycięska” to symbol naszego… to nasza nadzieja! Wszyscy ludzie patrzą na naszą…

Dał się mu wykrzyczeć. Był pewien, że kapłani traktowali „Zwycięską Hegemonarchię” jako środek ucieczki, gdyby wydarzenia przybrały zły obrót.

Poczekał, aż Napoerea skończy.

— Rozumiem — rzekł. — Ale, panowie, statek ledwo dyszy. Rozmawiałem z technikami i pilotami: to śmiertelna pułapka. Tylko dzięki nadzwyczajnemu szczęściu udało mu się przywieźć mnie tu w całości. — Przerwał i obserwował, jak mężczyźni z niebieskimi kołami na czołach spoglądają po sobie szerokimi oczyma i mamroczą. Miał ochotę się uśmiechnąć. Jego stwierdzenie musiało rzeczywiście wzbudzić w nich bojaźń bożą. — Niestety, to jedyna rzecz, do której nadaje się „Zwycięska”. I rzeczywiście może przynieść zwycięstwo.

Zostawił ich, by przetrawili te kwestie: naddźwiękowy atak nurkujący (nie, obejdzie się bez pilota-samobójcy — komputery pokładowe potrafią wyprowadzić statek w górę i skierować prosto w dół); pomiatanie symboli (nie, wieśniakom i robotnikom będzie zupełnie obojętne, że zniszczy się ich zaawansowaną technicznie ozdóbkę); dekapitacja (prawdopodobnie najbardziej niepokojąca myśl wysokich kapłanów: a co będzie, jeśli Imperium zastosuje to samo w stosunku do nich?). Zapewnił, że Imperium nie zdoła się odegrać. A kiedy zaproponują pokój, kapłani stwierdzą, że wykorzystali nie statek, lecz jeden ze swoich pocisków sterowanych, i będą udawać, że w zapasie mają ich znacznie więcej. Choć pojawią się kontrargumenty, zwłaszcza jeśli któreś z bardziej rozwiniętych społeczeństw na planecie poinformuje Imperium, co w zasadzie zaszło, nadal fakt ten będzie niepokoił strategów przeciwnika.

(Ponadto zawsze mogą po prostu opuścić miasto). Tymczasem pojechał wizytować dalsze jednostki wojskowe.

Armia Cesarska znowu rozpoczęła ofensywę, posuwała się jednak wolniej niż przedtem. Wycofał swoje wojska prawie do pogórza, pozostawiając za sobą kilka spalonych nie zżętych pól i zrównane z ziemią miasta. Za każdym razem gdy porzucali jakieś lotnisko, zostawiali miny pod pasami startowymi z zapalnikami nastawionymi na wybuch po kilku dniach oraz kopali dołki w taki sposób, by sugerowały, że są w nich bomby.

Na pogórzu osobiście nadzorował rozmieszczenie linii obronnych; nadal odwiedzał bazy, lokalne sztaby i jednostki operacyjne. Wciąż wywierał nacisk na wyższych kapłanów, by zgodzili się na użycie „Zwycięskiej” do uderzenia dekapitacyjnego.

Mam co robić, uświadomił sobie pewnego dnia, gdy położył się spać w starym zamku, który stał się kwaterą główną tego odcinka frontu (niebo rozkwitło światłem na zarośniętym drzewami horyzoncie, powietrzem wstrząsał odgłos bombardowania, tuż po zmroku). Miał co robić i — musiał to przyznać, gdy wkładał ostatni meldunek pod łóżko polowe, wyłączał światło i prawie natychmiast zasypiał — był szczęśliwy.

Dwa tygodnie… trzy tygodnie, odkąd przybył. Otrzymywał z zewnątrz niewiele informacji, świadczących o tym, że nic istotnego się tam nie dzieje. Z wyjątkiem intensywnego politykowania. Wspominano Beychaego — przebywał nadal na Stacji Murssay, kontaktując się z rozmaitymi partiami politycznymi. Ani słowa o Kulturze, ani słowa od Kultury. Zastanawiał się, czy nie zdarza im się niekiedy zapominać o niektórych sprawach. Może go po prostu porzucili tutaj, by już zawsze zmagał się w szaleńczej wojnie kapłanów i Imperium.

Umacniały się linie obrony. Żołnierze Hegemonarchii kopali i budowali, lecz na ogół do nich nie strzelano, a Armia Cesarska stopniowo zajęła pogórze i zatrzymała się. Kazał siłom powietrznym nękać linie zaopatrzenia, jednostki frontowe oraz grzmocić najbliższe lotniska.

— Tu, wokół miasta, stacjonuje za wiele wojska. Najlepsze oddziały powinny być na froncie. Wkrótce nastąpi atak i jeśli mamy z powodzeniem kontratakować, jednostki elitarne potrzebne są tam, gdzie będzie z nich pożytek. Jeśli przeciwnicy zdecydują się na ostateczne rozstrzygnięcie, jesteśmy w stanie skutecznie kontratakować, gdyż mają niewielkie rezerwy.

— Problemem są niepokoje wśród ludności cywilnej — oznajmił Napoerea. Wyglądał na starego i zmęczonego.

— Zostawcie kilka jednostek w mieście, by ludzie o nich nie zapomnieli, ale do cholery, Napoerea, większość tych facetów siedzi cały czas w koszarach. Są potrzebni na froncie. Mam dla nich miejsce, spójrz…

W istocie chciał skusić Armię Cesarską do podjęcia decydującego ataku; miasto miało być przynętą. Wysłał doborowe oddziały na górskie przełęcze. Kapłani zobaczyli, jak wiele stracili terytorium, i wstępnie wyrazili zgodę na przygotowania do dekapitacji. „Zwycięska Hegemonarchia” miała zostać oporządzona do swego ostatniego lotu, choć zamierzał ją wykorzystać dopiero w sytuacji naprawdę rozpaczliwej. Obiecał, że najpierw spróbuje wygrać wojnę metodami konwencjonalnymi.

Atak nastąpił czterdziestego dnia od jego przybycia na Murssay; Armia Cesarska wbiła się w lasy pogórza. Kapłani wpadli w panikę.

Kazał siłom powietrznym atakować przede wszystkim linie zaopatrzenia. Linie obrony stopniowo się kurczyły. Oddziały odstępowały, mosty wysadzano. Z biegiem czasu, gdy akcja militarna przeniosła się w góry, skoncentrowana Armia Cesarska wlała się w doliny. Sztuczka z tamą zawiodła: ładunki umieszczone pod zaporą po prostu nie wypaliły. Musiał szybko przenieść dwie elitarne jednostki na przełęcz nad doliną.

— A jeśli opuścimy miasto? — pytali kapłani.

Sprawiali wrażenie oszołomionych, patrzyli oczyma równie pozbawionymi wyrazu jak niebieskie kręgi na ich czołach. Cesarskie oddziały powoli wspinały się dolinami, wypierając armię Hegemonarchii. Wciąż im powtarzał, że sprawy ułożą się dobrze, lecz sprawy miały się coraz gorzej. Nic więcej nie mogli robić. Sytuacja wyglądała beznadziejnie i było już za późno, by zapanować nad wydarzeniami. Ostatniej nocy, kiedy wiatr wiał od gór, docierały tu dźwięki dalekiej artylerii.

— Spróbują wziąć Balzeit, jeśli ocenią, że potrafią tego dokonać — rzekł. — To symbol, ale w rzeczywistości miasto nie ma wielkiego znaczenia militarnego. Sięgną po nie. Przepuścimy część ich armii, a potem zamkniemy przełęcze. Tutaj — postukał w mapę.

Kapłani potrząsali głowami.

— Panowie, nie jesteśmy w rozsypce. Po prostu się cofamy. A oni są w znacznie gorszym stanie niż my i ponoszą znacznie większe straty. Za każdy metr płacą krwią. Ich linie zaopatrzenia są coraz dłuższe. Musimy doprowadzić do takiej sytuacji, by zaczęli myśleć o odwrocie, a potem podsuniemy im możliwość — pozorną możliwość — zadania miażdżącego ciosu. Ale będzie to cios miażdżący nie dla nas, lecz dla nich. — Powiódł wzrokiem po zgromadzonych. — Wierzcie mi: to się uda. Może na pewien czas będziecie musieli opuścić cytadelę, gwarantuję jednak, że wrócicie w triumfie.

Nie przekonał ich, ale chyba byli zbyt odrętwiali, by podjąć walkę, więc pozwolili mu działać po swojemu.

Trwało to kilka dni. Armia Cesarska pięła się w górę dolin, a siły Hegemonarchii to stawiały opór, to się wycofywały. W końcu cesarscy żołnierze zmęczyli się, a ciężarówki i czołgi z braku paliwa nie zawsze posuwały się zgodnie z planem. Uznał wówczas, że gdyby dowodził drugą stroną, zatrzymałby ofensywę. Tej nocy, na przełęczy prowadzącej do miasta w dole, większość oddziałów Hegemonarchii opuściła swoje pozycje. Rankiem walka rozgorzała na nowo i ludzie Hegemonarchii nagle odstąpili, tuż przed chwilą, w której zostaliby pokonani.

Zaintrygowany, podniecony, lecz zmęczony i zatroskany generał cesarskiego sztabu generalnego obserwował przez lornetkę polową konwój ciężarówek sunący w dół przełęczy ku miastu, ostrzeliwany od czasu do czasu przez jakiś cesarski samolot. Wywiad zasugerował, że niewierni kapłani przygotowują się do opuszczenia cytadeli. Szpiedzy donosili, że ich statek kosmiczny gotuje się do jakiejś misji specjalnej.

Generał porozumiał się przez radio z Wysokim Dowództwem przy dworze. Rozkaz zajęcia miasta wydano nazajutrz.


Patrzył, jak śmiertelnie przerażeni kapłani odjeżdżają ze stacji kolejowej pod cytadelą. W końcu musiał ich odwieść od wydania rozkazu ataku dekapitującego. Pozwólcie, bym spróbował najpierw tego, prosił.

Nie rozumieli się nawzajem.

Kapłani patrzyli na terytorium, które stracili, i na spłacheć, który właśnie opuszczali; sądzili, że dla nich wszystko się skończyło. On natomiast widział swe niemal nietknięte dywizje, świeże oddziały oraz doborowe jednostki ustawione na właściwych miejscach — noże wchodzące w ciało zbytnio rozciągniętej, wyczerpanej armii wroga, gotowe do ciosu… i sądził, że wszystko się skończyło dla Cesarstwa.

Pociąg odjechał, a on nie mógł się powstrzymać i radośnie pomachał. Lepiej niech kapłani przebywają w swych wielkich klasztorach w odległym łańcuchu górskim i nie plączą się pod nogami. Pobiegł na górę do pokoju map, by zobaczyć, jak stoją sprawy.

Poczekał, aż parę dywizji przejdzie przełęcz, a później jednostki, które ją przedtem utrzymywały, w większości wycofane do lasów wokół przełęczy, na powrót ją przejęły. Miasto i cytadela były nieudolnie bombardowane: myśliwce Hegemonarchii zestrzeliły większość bombowców. Wreszcie nastąpiło kontruderzenie. Najpierw wprowadził oddziały elitarne, potem resztę. Przez pierwsze dni siły powietrzne nadal atakowały głównie linie zaopatrzenia, a potem zajęły się frontem Armii Cesarskiej, który zawahał się na linii gór jak spiętrzona fala, mogąca się przedrzeć tylko w jednym miejscu (a ten strumyczek wysychał, nadal zmierzał ku miastu, opuszczał przełęcz, przedzierał się przez lasy i pola, by osiągnąć cel, dzięki któremu, jak wciąż mniemali, mogliby wygrać wojnę), a potem cofnęła się — żołnierze byli zmęczeni, dostawy amunicji i paliwa nieregularne.

Hegemonarchia utrzymała przełęcze; jej armia powoli parła w dół i cesarskim żołnierzom zdawało się, że ciągle strzelają w górę zboczy.

O ile następowanie było ciężką, niebezpieczną harówką, to odwrót okazał się aż nazbyt łatwy.

Opuszczanie kolejnych dolin zmieniało się w paniczną ucieczkę. Nalegał, by dalej prowadzić kontratak. Kapłani zatelegrafowali, że należy rzucić więcej sił, by zatrzymać postęp ku stolicy dwóch nieprzyjacielskich dywizji. Zignorował ich. Żołnierze w dwóch poszarpanych dywizjach z trudnością sformowaliby jedną pełną dywizję; wraże szeregi stale topniały. Mogą dotrzeć do miasta, ale dalej nie będą miały dokąd iść. Z satysfakcją przyjąłby osobiście ostateczną kapitulację.

Drugą stronę gór zalewały deszcze. Rozbite siły Imperium przedzierały się przez grząskie lasy. Ich samoloty z powodu złej pogody prawie w ogóle nie opuszczały lądowisk, natomiast siły powietrzne Hegemonarchii bezkarnie je ostrzeliwały.

Ludzie uciekli do miasta. Grzmiała artyleria. Resztki dwóch dywizji, które przedarły się przez góry, rozpaczliwie parły do przodu. Na odległych równinach po drugiej stronie gór niedobitki Armii Cesarskiej wycofywały się pośpiesznie. Dywizje uwięzione w prowincji Shenastri, nie mogąc uciec przez bagna, poddawały się masowo.

Dwór cesarski zasygnalizował chęć zawarcia pokoju w dniu, gdy do Balzeit weszły resztki dwóch dywizji — kilkanaście czołgów i tysiąc żołnierzy; pozbawioną amunicji artylerię pozostawiono na polach. Kilkanaście tysięcy mieszkańców miasta szukało schronienia na szerokim majdanie cytadeli. Obserwował z dali, jak strumień ludzi wpływa przez bramy w wysokich murach.

Tego dnia zamierzał opuścić cytadelę — od tygodnia kapłani krzyczeli, by stąd wyjeżdżał; sztabu generalnego prawie już tu nie było. Teraz jednak miał kopię wiadomości, którą właśnie otrzymali z dworu cesarskiego.

Zresztą i tak dwie dywizje Hegemonarchii schodziły właśnie z gór na odsiecz miastu.

Połączył się przez radio z kapłanami — postanowili przyjąć zawieszenie broni; walki natychmiast ustaną, jeśli Armia Cesarska wycofa się na swoje przedwojenne pozycje. Jeszcze trochę porozmawiali przez radio — porządkowanie sytuacji pozostawił kapłanom i dworowi. Zdjął mundur i po raz pierwszy od przybycia tutaj ubrał się jak cywil. Poszedł do stołpu i przez lornetkę polową obserwował drobne cętki — wraże czołgi jadące po ulicy. Daleko. Bramy cytadeli nadal stały otworem.

Zawieszenie broni ogłoszono w południe. Pod cytadelą znużeni cesarscy żołnierze rozlokowali się w pobliskich hotelach i barach.

Pogrążony w myślach stał w długiej galerii zwrócony twarzą do światła. Powiewne białe zasłony falowały wokół niego łagodnie w ciepłej bryzie. Splótł z tyłu ręce. Ze spokojnego, lekko zachmurzonego nieba nad górami, za fortecą, za miastem, padało na jego twarz bezbarwne, rozproszone światło i kiedy tak stał w prostym ciemnym ubraniu, wydawał się niematerialny, jak rzeźba lub trup oparty o blanki dla zmylenia wroga.

— Zakalwe?

Odwrócił się. Oczy rozszerzyły mu się zdziwieniem.

— Skaffen-Amtiskaw! Co za niespodziewany zaszczyt. Sma puszcza cię obecnie samego, czy też jest tu gdzieś w pobliżu? — Spojrzał w głąb długiej galerii cytadeli.

— Dzień dobry, Cheradenine. — Drona podryfował ku niemu. — Pani Sma już tu leci. Modułem.

— I jak się ma Dizzy? — Usiadł na ławeczce ustawionej przy ścianie naprzeciw zasłoniętych firankami okien. — Co słychać?

— Prawie same dobre nowiny. — Skaffen-Amtiskaw unosił się na poziomie jego twarzy. — Pan Beychae znajduje się obecnie w drodze do Habitatów Impren, gdzie odbędzie się konferencja na szczycie dwóch głównych opcji w Skupisku. Zdaje się, że groźba wojny zanika.

— O, to naprawdę cudowne! — Splótł ręce na karku. — Pokój tutaj. Pokój tam. — Odwrócił na bok głowę i zerknął na dronę. — A jednak, drono, nie wydajesz się pławić w radości i szczęściu. Wydajesz się — czy mogę tak to sformułować — zdecydowanie ponury. Co się stało? Wyładowane akumulatory?

Maszyna milczała przez parę sekund. Potem powiedziała:

— Moduł pani Smy za chwilę wyląduje. Pójdziemy na dach?

Zaintrygowany skinął głową, dziarsko wstał, klasnął raz w dłonie i wskazał drogę naprzód.

— Jasne. Chodźmy.

Poszli do jego apartamentów. Pomyślał, że Sma również wygląda na przygnębioną, a spodziewał się, że będzie tryskać radością, gdyż wszystko zapowiadało, że w Skupisku wojna jednak nie wybuchnie.

— Dizzy, z czym są problemy? — spytał, nalewając jej drinka. Chodziła tam i z powrotem przed zasłoniętymi oknami. Bez zainteresowania przyjęła szklankę. Odwróciła się i spojrzała mu w twarz z… nie był pewien. Ale gdzieś w trzewiach poczuł zimno.

— Musisz wyjechać, Cheradenine — oznajmiła mu.

— Wyjechać? Kiedy?

— Teraz. Dzisiaj. Najpóźniej jutro rano.

Zrobił zaskoczoną minę, a potem się zaśmiał.

— W porządku. Przyznaję, młodzi chłopcy są coraz bardziej atrakcyjni, ale…

— Nie — ucięła Sma. — Mówię poważnie, Cheradenine. Musisz odejść.

Potrząsnął głową.

— Nie mogę. Nie ma żadnej gwarancji, że zawieszenie broni zostanie utrzymane. Mogą mnie potrzebować.

— Zawieszenie broni nie zostanie utrzymane. — Sma uciekała wzrokiem. — Przynajmniej jedna strona go nie dotrzyma. — Odstawiła szklankę na półkę.

— Co? — Zerknął na dronę, który unosił się obojętnie. — Diziet, o czym ty mówisz?

— Zakalwe — rzekła, mrugając gwałtownie; uniosła na niego oczy. — Zawarto umowę: musisz wyjechać.

Spojrzał na nią przenikliwie.

— Jaka to umowa, Dizzy? — spytał cicho.

— Wcześniej… opcja Humanistów udzieliła Imperium nieoficjalnej pomocy. — Sma spacerowała nerwowo; mówiła nie do niego, lecz do dywanu na podłodze. — Oni… zainwestowali swój honor w tutejsze wydarzenia. To delikatna sprawa. Porozumienie może zależeć od triumfu Imperium. — Przerwała, spojrzała na dronę, znowu odwróciła wzrok. — A wszyscy przedtem uważali zgodnie, że ten triumf jest nieunikniony.

Odstawił drinka i siadł na wielkim krześle, które wyglądało jak tron.

— A więc spaskudziłem sprawę, odbierając Imperium szansę, czy tak? — spytał cicho.

— Tak. — Sma przełknęła ślinę. — Tak, spaskudziłeś. Przykro mi. I wiem, że to brzmi głupio, ale właśnie tak tutaj sprawy stoją. Humaniści w tej chwili są podzieleni. Istnieją wewnątrz nich frakcje, które uczepiłyby się każdego, nawet najbłahszego pretekstu, by się wycofać z ugody. Po prostu mogliby przewrócić całą sprawę. Nie możemy tego ryzykować. Imperium musi wygrać.

Usiadł i wpatrywał się w mały stolik. Westchnął.

— Rozumiem. I muszę tylko stąd wyjechać?

— Tak. Wyjedziesz z nami — powiedziała.

— A co będzie potem?

— Cesarscy komandosi przywiezieni samolotem Humanistów porwą wysokich kapłanów. Miasto zostanie zajęte przez wojska spod cytadeli. Nastąpią zaplanowane ataki na sztaby lokalne. Prawie bez rozlewu krwi. Jeśli armia zignoruje wezwanie wyższych kapłanów do złożenia broni i okaże się to niezbędne, samoloty, czołgi i ciężarówki sił zbrojnych Hegemonarchii zostaną zniszczone. Kiedy sztabowcy zobaczą swój sprzęt bojowy palony laserem z przestrzeni kosmicznej, ich wola walki przypuszczalnie zmaleje.

Sma przestała chodzić tam i z powrotem i stanęła naprzeciw niego po drugiej stronie stolika.

— To wszystko nastąpi jutro o świcie. Naprawdę przebiegnie prawie bezkrwawo. Równie dobrze możesz wyjechać teraz; tak byłoby najlepiej. — Westchnęła. — Spisałeś się… fantastycznie, Cheradenine. Udało się. Dzięki tobie. Wydostałeś Beychaego, sprawiłeś, że… dostarczyłeś mu bodźca i w ogóle… Jesteśmy wdzięczni. Jesteśmy bardzo wdzięczni i niełatwo…

Gestem poprosił, by przestała mówić. Usłyszał, jak znowu wzdycha. Podniósł na nią wzrok.

— Nie mogę wyjechać natychmiast. Muszę jeszcze zrobić parę rzeczy. Zabierzcie mnie jutro o świcie. — Pokręcił głową. — Teraz ich nie opuszczę.

Sma otworzyła i zamknęła usta, zerknęła na dronę.

— W porządku. Jutro wrócimy. Zakalwe, ja…

— Wszystko w porządku, Diziet — przerwał spokojnie i powoli wstał. Spojrzał jej w oczy; musiała odwrócić wzrok. — Będzie tak, jak powiedziałaś. Do widzenia. — Nie podał ręki na pożegnanie.

Sma ruszyła ku drzwiom. Drona za nią.

Obejrzała się. Skinął głową. Zawahała się, jakby chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła i wyszła.

Skaffen-Amtiskaw też się zatrzymał.

— Zakalwe… — rzekł. — Chciałem tylko dodać…

— Precz! — wrzasnął. Jednym ruchem obrócił się, schylił, chwycił stolik i z całej siły rzucił go na unoszącego się w powietrzu dronę. Mebel odbił się od niewidzialnego pola i łupnął o podłogę; maszyna wypłynęła na zewnątrz i drzwi się zamknęły.

Stał i patrzył na nie przez chwilę.

II

Był wtedy młodszy. Wspomnienia nadal miał świeże. Czasami rozmawiał o nich z zamrożonymi, pozornie śpiącymi ludźmi, podczas wędrówek przez zimny, ciemny, cichy statek; zastanawiał się wtedy, czy nie stracił zmysłów.

Zamrażanie, a potem budzenie w żadnym stopniu nie stępiły jego wspomnień — pozostawały wyraziste i jasne. Raczej miał nadzieję, że to, co mówią o zamrażaniu, jest zbyt optymistyczne i że mózg rzeczywiście traci przynajmniej trochę zgromadzonych informacji. W duchu życzył sobie tych ubytków, lecz się rozczarował. Proces ogrzewania i ożywiania był mniej traumatyczny i powodował mniejsze oszołomienie niż powrót świadomości po silnym ciosie, co zdarzało mu się już kilka razy w życiu. Ożywianie przebiegało gładziej, trwało dłużej i było dość przyjemne. Tak naprawdę przypominało to przebudzenie po dobrze przespanej nocy.

Kiedy już wykonali mu badania medyczne i oznajmili, że jest zdrowy i sprawny, przez parę godzin zostawili go w spokoju. Siedział na łóżku zawinięty w wielki gruby ręcznik i jak ktoś, kto sprawdza chory ząb językiem lub palcem — i stale się upewnia, że ząb naprawdę od czasu do czasu pobolewa — przywoływał swoje wspomnienia, kolejno starych i nowych wrogów, których miał nadzieję stracić gdzieś w ciemnościach zimnego kosmosu.

Cała jego przeszłość była obecna i wszystkie rzeczy złe też były obecne i przedstawione dokładnie.

Statek nazywał się „Nieobecni Przyjaciele”. Podróż miała trwać przeszło stulecie. W pewnym sensie była to podróż z litości: przewóz zapewniali właściciele statku — kosmici. Pomagali w ten sposób w złagodzeniu skutków okropnej wojny. W zasadzie nie należało mu się miejsce na pokładzie i użył fałszywych papierów i fałszywego nazwiska, by skorzystać z możliwości ucieczki. Zgłosił się na ochotnika — chciał być rozbudzony w połowie podróży i włączony do ludzkiej załogi, gdyż, jak sądził, szkoda byłoby podróżować w kosmosie i nigdy naprawdę go nie poznać, nigdy nie docenić, nigdy nie popatrzeć w tę pustkę. Ci, którzy nie chcieli być załogą, mieli zostać uśpieni na planecie, nieprzytomni zabrani w przestrzeń, zamrożeni, wreszcie rozbudzeni na drugiej planecie.

Uważał, że to poniżej jego godności, by potraktowano go jak ładunek.

Gdy go rozbudzono, obowiązki pełniło dwóch ludzi, Ky i Erens.

Erens po kilku miesiącach pracy na statku, już przed pięciu laty, miał powrócić w szeregi ludzi zamrożonych, lecz postanowił pozostać przytomny aż do końca podróży. Ky został ożywiony trzy lata później, powinien również zostać uśpiony i zastąpiony po kilku miesiącach przez następną osobę w rozkładzie służby, lecz w tym czasie Erens i Ky zaczęli się kłócić i żaden nie chciał pierwszy powrócić do zmrożonego zastoju. Pat trwał dwa i pół roku, a wielki wolny statek mknął, cichy i zimny na tle świetlnych gwiezdnych pryszczy. W końcu zbudzili właśnie jego, gdyż był następny w kolejności, a chcieli mieć dodatkowego partnera do rozmowy. Zazwyczaj siedział w sekcji załogi i słuchał kłótni tamtych dwóch.

— Przed nami jeszcze pięćdziesiąt lat lotu — przypomniał Ky Erensowi.

Erens zamachał butelką.

— Poczekam. To nie wieczność.

Ky wskazał butelkę ruchem głowy.

— Zabije cię ta ciecz i całe to barachło, które zażywasz. Nigdy nie dolecisz. Nigdy już nie zobaczysz prawdziwego słonecznego światła, nie spróbujesz, jak smakuje deszcz. Nie przetrwasz roku, a co dopiero pięćdziesięciu lat. Powinieneś wracać do snu.

— To nie sen.

— Nieważne, jak to nazwiesz, ale powinieneś do tego wrócić. Powinieneś znowu dać się zamrozić.

— I nie jest to w zasadzie… zamrażanie — dziwił się Erens z irytacją.

Słuchał tamtych dwóch i zastanawiał się, ile razy przerabiali tę właśnie kłótnię.

— Powinieneś wracać do swej zimnej kabinki pięć lat temu, jak należało, i kazać im, by wyleczyli cię z nałogów po ożywieniu — stwierdził Ky.

— Statek już mnie leczy — oświadczył Erens z powolną, pijacką godnością. — Jestem w stanie łaski z moim entuzjazmem. W stanie bezwiednie napiętej łaski. — Przechylił butelkę i wysuszył ją.

— Zabijesz się.

— To moje życie.

— Możesz zabić nas wszystkich. Wszystkich na statku, łącznie ze śpiącymi.

— Statek o siebie zadba — westchnął Erens, rozglądając się po kokpicie, jedynym zapuszczonym pomieszczeniu na statku. Wszędzie indziej sprzątały roboty, ale Erensowi udało się usunąć kokpit z pamięci statku, dzięki temu było tu brudno i przyjemnie. Erens wyciągnął się, skopując ze stołu parę małych recyklowalnych kubków.

— A jeśli uszkodzisz statek tym swoim bałaganieniem? — powiedział Ky.

— Nie „bałaganię” — odparł Erens z szyderczym uśmieszkiem. — Zmieniłem tylko kilka programów gospodarskich: statek już do nas nie gada i pozwala, żeby kokpit wyglądał na zamieszkany, to wszystko. Nie zawędruje do wnętrza gwiazdy, nie pomyśli, że jest człowiekiem i co te owsiki robią tam wewnątrz. Ale ty tego nie zrozumiesz. Nie masz przygotowania. O, tamten może to zrozumieć. Co, Livu? — Erens ślizgał się po brudnym siedzeniu, tarł buciorami po ubabranym blacie stołu. — Rozumiesz to, prawda, Darac?

— Nie wiem — przyznał (do tej pory przyzwyczaił się do reagowania na „Daraca”, „pana Livu” lub po prostu „Livu”). — Przypuszczam, że jeśli rozumiesz, co robisz, to nie ma problemu — stwierdził. Erens wyglądał na zadowolonego. — Z drugiej strony, mnóstwo katastrof spowodowali ludzie, którym wydawało się, że wiedzą, co robią.

— Amen — rzekł Ky triumfująco i nachylił się z agresywną miną ku Erensowi. — Widzisz?

— Nasz przyjaciel przyznał — zauważył Erens, sięgając po następną butelkę — że nie wie.

— Powinieneś dołączyć do śpiących — powtórzył Ky.

— Oni nie śpią.

— Nie powinieneś być teraz na nogach. W każdym momencie podróży ma być jedynie dwóch czuwających.

— Więc wracaj spać.

— To nie moja kolejka. Ciebie pierwszego rozbudzili.

Zostawił ich, niech się kłócą.

Czasami wkładał skafander i szedł przez śluzę do sekcji składowania, gdzie była próżnia. Sekcje składowania zajmowały prawie cały statek, przeszło dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Na jednym końcu statku znajdowała się malutka jednostka napędowa, na drugim jeszcze mniejsza jednostka mieszkalna, a pomiędzy nimi — wybrzuszony kadłub zapakowany nieumarłymi.

Spacerował zimnymi, ciemnymi korytarzami, spoglądając na umieszczone po bokach moduły ze śpiącymi. Wyglądały jak szuflady w segregatorze, każdy stanowił wezgłowie czegoś w rodzaju trumny.

Na każdym żarzyła się słaba czerwona lampka, więc gdy stał w jednym z łagodnie skręcających w spiralę korytarzy z wyłączonymi światłami swego skafandra, widział, jak te małe stabilne iskierki tworzą zakrzywioną kratę, owiniętą na ciemność. Wyglądało to jak nieskończony korytarz gwiazd — czerwonych olbrzymów, skonstruowany przez bóstwo ogarnięte obsesją porządku.

Poruszał się stopniowo w górę po spirali, oddalał od jednostki mieszkalnej, którą zawsze uważał za głowę statku, szedł przez cichy, ciemny kadłub. Zazwyczaj wybierał najbardziej zewnętrzny korytarz, by docenić rozmiary okrętu. W miarę wchodzenia siła fałszywej grawitacji statku malała, aż spacer zmieniał się w ślizgające susy, podczas których łatwiej było uderzyć w sufit, niż posunąć się w przód. Gdy marsz stawał się mało skuteczny, sięgał do uchwytów znajdujących się na trumiennych szufladach. Podciągał się stopniowo do środkowej części okrętu, gdzie jedna ściana takich szuflad zmieniała się gdzieniegdzie w podłogę, a druga w sufit. Stojąc pod odchodzącym po promieniu korytarzem, dawał susa w górę, leciał ku czemuś, co było teraz sufitem — korytarz tworzył w nim komin. Łapał rączkę szuflady i używając kolejnych uchwytów jako szczebli, piął się ku środkowi statku.

Tam znajdował się szyb windy, prowadzącej od jednostki mieszkalnej do jednostki silnikowej. W samym centrum całego statku wzywał windę, jeśli już tam jej nie zostawił podczas ostatnich odwiedzin.

Unosił się potem we wnętrzu krępego, żółto oświetlonego cylindra.

Wyjmował pióro lub małą latarkę i umieszczał je w centrum kabiny windy, następnie dryfował, obserwując pióro lub latarkę, by się przekonać, czy ustawił te przedmioty dokładnie w środku masy powoli obracającego się statku i czy pozostaną tam, gdzie je umieścił. Doszedł w tym do wielkiej wprawy i godzinami mógł siedzieć przy światłach windy i skafandra czasami włączonych (jeśli to było pióro) lub wyłączonych (jeśli to była latarka), obserwując tę lewitację, sprawdzając, czy jego zręczność okaże się większa od cierpliwości, innymi słowy, czekając — jak sam się w duchu do tego przyznawał — aż jedna jego obsesja zwycięży drugą.

Jeśli pióro lub latarka poruszyły się i w końcu dotknęły podłogi, ścian lub sufitu windy, lub też wypłynęły otwartymi drzwiami, wtedy musiał podlecieć, zejść, a następnie wciągnąć się i iść z powrotem drogą, którą poprzednio przebył. Jeśli przedmioty te pozostawały bez ruchu, wolno mu było wrócić windą do jednostki mieszkalnej.

— Posłuchaj, Darac — rzekł Erens, zapalając fajkę. — Co cię skłoniło do podjęcia tej przejażdżki w jedną stronę?

— Nie chcę o tym rozmawiać.

Włączył wentylację, by usunąć narkotyczne dymy Erensa. Znajdowali się w karuzeli widokowej, jedynym miejscu na statku, skąd można było bezpośrednio zobaczyć gwiazdy. Przychodził tu od czasu do czasu, otwierał okiennice i obserwował, jak nad głową wolno obracają się gwiazdy. Czasami próbował czytać poezję.

Również Erens często samotnie odwiedzał karuzelę, ale Ky już tego nie robił. Erens uważał, że Ky ogarnia nostalgia na widok milczącej nicości na zewnątrz i samotnych cętek, które były innymi słońcami.

— Czemuż to? — spytał Erens.

Potrząsnął głową i znowu usiadł na kanapie, patrząc w ciemność.

— To nie twój interes.

— Ja ci powiem, dlaczego wyruszyłem, jeśli ty mi opowiesz, dlaczego to zrobiłeś. — Erens uśmiechnął się szeroko, sprawiając, że jego słowa brzmiały dziecinnie, konspiracyjnie.

— Spadaj, Erens.

— Moja historia jest interesująca. Byłbyś zafascynowany.

— Na pewno — westchnął.

— Ale nie opowiem ci jej, jeśli ty nie opowiesz mi pierwszy. Ogromnie dużo tracisz.

— Trudno, będę się musiał bez tego obejść — odpowiedział.

Ściemniał oświetlenie w karuzeli, aż najjaśniejszym obiektem stała się twarz Erensa, żarząca się czerwono odbitym światłem przy każdym pociągnięciu z fajki. Pokręcił głową, gdy Erens ofiarował mu narkotyk.

— Musisz się odprężyć, przyjacielu. — Erens klapnął na drugie siedzenie. — Strzel sobie, podziel się problemami.

— Jakimi problemami?

Zobaczył, że Erens potrząsa głową.

— Na statku wszyscy mają problemy, przyjacielu. Wszyscy od czegoś uciekają.

— Ach, więc mam przyjemność ze statkowym psychiatrą?

— Posłuchaj. Nikt nie wróci, prawda? Nikt stąd nigdy nie wróci do domu. Połowa naszych znajomych prawdopodobnie już zmarła, a ci, którzy jeszcze nie zmarli, umrą, zanim dotrzemy do celu. Więc jeśli mamy nigdy nie widzieć ludzi, których znaliśmy, i prawdopodobnie nigdy nie zobaczymy rodzinnych domów, musi istnieć coś cholernie ważnego i cholernie niedobrego, coś cholernie złego, co nas skłoniło do ruszenia tyłków i wyjazdu. Wszyscy musimy od czegoś uciekać. Od czegoś, co zrobiliśmy, lub od czegoś, co nam zrobiono.

— Może niektórzy po prostu lubią podróżować.

— Bzdura. Nikt aż tak bardzo nie lubi podróży.

— Jeśli tak twierdzisz. — Wzruszył ramionami.

— Dalej, Darac, dyskutuj, do cholery.

— Nie wierzę w sens dyskusji — oznajmił. Wyjrzał w ciemność, widział piętrzący się statek, wspaniały statek, otulony wielowarstwowymi poziomami pancerza i uzbrojenia, ciemny na tle przyćmionego światła, lecz nie martwy.

— Nie wierzysz? — powtórzył Erens ze szczerym zdziwieniem. — A niech to! Myślałem, że to ja jestem cynikiem.

— To nie cynizm — rzekł bezbarwnym głosem. — Myślę po prostu, że ludzie przeceniają dyskusje, ponieważ lubią słuchać swego głosu.

— Och, tak, dziękuję.

— Sądzę, że to pocieszające. — Obserwował gwiazdy poruszające się po łukach niczym absurdalnie powolne pociski widziane w nocy: wznoszenie, punkt szczytowy, opadanie… (I przypomniał sobie, że gwiazdy mogą także pewnego dnia wybuchnąć.) — Większość ludzi nie zamierza zmieniać swych opinii. Wiedzą w głębi duszy, że inni są dokładnie tacy sami. Dlatego ludzie są wściekli podczas ostrych dyskusji, gdyż sobie to uświadamiają, mieląc w kółko swoje usprawiedliwienia.

— „Usprawiedliwienia”? I twierdzisz, że to nie cynizm — parsknął Erens.

— Tak, usprawiedliwienia — powtórzył tonem, w którym Erens mógłby wyczuć ślady goryczy. — Poważnie podejrzewam, że ludzie po prostu wierzą w to, co uważają za słuszne instynktownie; usprawiedliwienia, uzasadnienia, argumenty, które są sporne, przychodzą później. Właśnie dlatego możesz ich zniszczyć, górować w kłótni, udowodnić, że druga osoba myliła się, a ona nadal wierzy w to, w co wierzyła przedtem. — Spojrzał na Erensa. — Zaatakowałeś niewłaściwy obiekt.

— Więc co pan proponuje robić, profesorze, jeśli mamy nie dogadzać sobie jałowymi… dyskusjami?

— Zgodzić się na niezgodę — wyjaśnił. — Lub walczyć.

— Walczyć?

Wzruszył ramionami.

— Cóż innego pozostaje?

— Negocjować?

— Negocjacje to sposób dochodzenia do rozwiązań, a ja właśnie mówię o pewnego typu rozwiązaniach.

— Które sprowadzają się, w gruncie rzeczy, do niezgadzania się lub walki?

— Jeśli już do tego dojdzie.

Erens milczał chwilę. Pociągnął z fajki, aż przygasł jej czerwony żar.

— Czy masz w ogóle jakieś przygotowanie wojskowe? — zapytał Erens.

— Myślę, że wojna wszystkich nas przygotowała wojskowo, prawda? — odpowiedział Erensowi po chwili milczenia.

Erens się zadumał. Obydwaj obserwowali wolno płynące morze gwiazd.

Dwukrotnie w głębiach śpiącego statku omal nie zabił jakiegoś człowieka. Raz był nim nie on sam, lecz ktoś inny.

Zatrzymał się w długim, spiralnym zewnętrznym korytarzu, mniej więcej w połowie drogi do środkowej części statku. Nogi niosły go lekko. Twarz poczerwieniała mu nieco od nabiegłej krwi przepływającej pod normalnym ciśnieniem w warunkach zmniejszonego ciążenia. Nie zamierzał spoglądać na zmagazynowanych ludzi — zawsze traktował ich w sposób wysoce abstrakcyjny — lecz nagle zapragnął zobaczyć śpiącego pełniej niż tylko jako czerwone światełko. Zatrzymał się przy jednej z trumiennych szuflad.

Poinstruowano go, jak się z nimi obchodzić, gdy zgłosił się na ochotnika do załogi, a także tuż po ożywieniu dość pobieżnie przegoniono go przez te procedury. Włączył światła skafandra, wyciągnął blok sterowania szuflady i krępym urękawicznionym palcem starannie wystukał kod, który według Erensa wyłączał system nadzorczy statku.

Zapaliło się niebieskie światełko. Czerwone nadal płonęło nieprzerwanie — gdyby migało, statek wiedziałby, że dzieje się coś niedobrego.

Odemknął szafkę, wysunął na zewnątrz całe urządzenie.

Spojrzał na nazwisko kobiety wydrukowane na kawałku plastiku.

Nic mu to nazwisko nie mówiło. Otworzył wewnętrzną pokrywę.

Zobaczył spokojną, śmiertelnie bladą twarz. Światła skafandra dawały refleksy na pomarszczonym plastikowym zawoju, który okrywał kobietę, jakby była sklepowym pakunkiem. Z nosa i ust wychodziły rurki i prowadziły gdzieś pod nią. Nad jej zawiązanymi wysoko włosami migotał mały ekran. Jak na kogoś prawie zupełnie martwego, wydawała się w dobrej formie. Ręce skrzyżowała na piersiach papierowej tuniki. Jak doradził mu Erens, obejrzał jej paznokcie. Dość długie, lecz widywał ludzi, którzy wyhodowali dłuższe.

Znowu spojrzał na blok sterowania, wprowadził inny kod. Światła zamrugały na całej płycie sterowniczej; prawie wszystko zaczęło migać, poza czerwonym światełkiem. Otworzył maleńkie czerwono-zielone drzwiczki wmontowane w jednostkę przy głowie. Wyjął stamtąd małą kulę — wyglądała jak siateczka zielonych drucików spowijających lodowoniebieski sześcian. We wgłębieniu obok odsłoniła się pokrywka wyłącznika. Odepchnął pokrywkę do tyłu, położył palec na wyłączniku.

Trzymał w ręce nagrane wzory mózgowe kobiety, zarchiwizowane w niebieskim sześcianiku. Łatwo można go było zgnieść. Drugą ręką, leżącą na małym wyłączniku, mógł odłączyć jej życie.

Zastanawiał się, czy to zrobi, i zwlekał chwilę, jakby oczekując, że jakaś część jego umysłu przejmie nad nim sterowanie. Kilka razy już sądził, że rodzi się w nim impuls, by przerzucić wyłącznik, i w chwilę później mógłby to zrobić, ale za każdym razem tłumił ten popęd. Nie przesuwał palca, patrzył na sześcianik wewnątrz ochronnej klatki. Zastanawiał się: jakie to zadziwiające i jak smutne jednocześnie, że całość ludzkiego umysłu można pomieścić w czymś tak małym. Potem uświadomił sobie, że przecież ludzki mózg jest niewiele większy od niebieskiej sześciennej bryły, a jego budowa korzysta z materiałów i technik o wiele starszych, więc było to równie zadziwiające, choć jednak smutne.

Zamknął ponownie kobietę w jej zimnym śnie i wznowił powolny spacer do środka statku.

— Nie znam żadnych historii.

— Wszyscy znają jakieś historie — stwierdził Ky.

— Ja nie. Przynajmniej nie są to należyte historie.

— Co to znaczy „należyta” historia? — spytał szyderczo Ky.

Siedzieli w kokpicie wśród śmieci.

— Ciekawa. Taka, której ludzie chcą słuchać. — Wzruszył ramionami.

— Ludzie chcą słuchać różnych rzeczy. To, co jedna osoba nazwie należytą historią, może nie zadowolić kogoś innego — argumentował Ky.

— Kieruję się więc własnymi pojęciami o tym, co to jest należyta historia, i nie znam żadnej. Przynajmniej żadnej historii, którą chciałbym opowiedzieć. — Uśmiechnął się zimno do Ky.

— A, to co innego — skinął głową Ky.

— W rzeczy samej.

— W takim razie powiedz mi, w co wierzysz — zaproponował Ky, pochylając się ku niemu.

— Czemuż miałbym to mówić?

— Czemu nie? Powiedz, ponieważ cię proszę.

— Nie.

— Nie bądź taki sztywny. W promieniu miliardów kilometrów jest tylko nas trzech, a statek to nudziarz. I co tu gadać.

— Nic.

— Właśnie. Nic i z nikim. — Ky miał zadowoloną minę.

— Nie, odpowiadałem ci na pytanie, w co wierzę. W nic.

— W ogóle?

Potaknął. Ky siadł na krześle głębiej, kiwając głową.

— Musiał cię mocno zranić.

— Kto taki?

— Ten, kto pozbawił cię tego, w co wierzyłeś.

— Nikt mnie nigdy niczego nie pozbawiał. — Pokręcił wolno głową. Ky milczał przez chwilę, więc westchnął i dodał: — A ty w co wierzysz?

Ky spojrzał na ciemny ekran, zajmujący prawie całą ścianę kajuty.

— W coś innego niż nic.

— Wszystko, co ma nazwę, jest czym innym niż „nic” — zauważył.

— Wierzę w to, co nas otacza — rzekł Ky. Ramiona skrzyżował, głębiej usiadł w fotelu. — Wierzę w to, co można zobaczyć z karuzeli, w to, co widzielibyśmy, gdybyśmy włączyli ten ekran, choć to, co byśmy zobaczyli, nie byłoby jedynym rodzajem rzeczy, w które wierzę, że wierzę.

— Powiedz to zwięźle, Ky.

— Pustka — odparł Ky z nerwowym śmiechem. — Wierzę w pustkę.

— To coś bardzo bliskiego pojęciu „nic” — zaśmiał się.

— Nie tak bardzo — odparł Ky.

— Większość jednak uznałaby te pojęcia za równoważne.

— Pozwól, że opowiem ci pewną historię.

— Musisz?

— Tak jak ty musisz słuchać.

— No, dobrze. Dla zabicia czasu.

— Oto historia — zaczął Ky. — Nawiasem mówiąc, historia prawdziwa, ale nie ma to znaczenia. Jest takie miejsce, gdzie istnienie lub nieistnienie dusz traktują bardzo poważnie. Wielu ludzi, całe seminaria duchowne, kolegia, uniwersytety, wielkie miasta, a nawet państwa poświęcają prawie cały swój czas rozmyślaniom i dyskusji nad tym problemem oraz nad pokrewnymi zagadnieniami.

Około tysiąca lat temu mądry król filozof, którego uważano za najmądrzejszego człowieka na świecie, ogłosił, że ludzie spędzają zbyt wiele czasu na dyskusjach i gdyby wreszcie uzgodniono stanowiska, mogliby wykorzystać swoją energię do spraw bardziej praktycznych, co wszystkim przyniosłoby korzyść. Sam więc postanowił natychmiast rozstrzygnąć spory na zawsze.

Zawezwał największych mędrców, by zagadnienie to przedyskutowali.

Zebranie wszystkich pragnących wziąć udział w imprezie trwało wiele lat, a powstałe w wyniku debaty, artykuły, traktaty, intrygi, a nawet walki i morderstwa trwały jeszcze dłużej.

Król filozof udał się w góry; spędził ten czas w samotności i czyścił swój umysł, by po powrocie, gdy cała dyskusja się zakończy, móc ogłosić ostateczną decyzję.

Po wielu latach posłano po króla, a kiedy ten doszedł do wniosku, że jest gotów, wysłuchał wszystkich, którzy sądzili, że mają coś do powiedzenia na temat istnienia dusz. Kiedy wygłosili swoje kwestie, król oddalił się na medytacje.

Po roku ogłosił, że podjął decyzję. Oświadczył, że odpowiedź nie jest tak prosta, jak wszyscy myśleli, i że opublikuje kilkutomową książkę, by uzasadnić swe stanowisko.

Założył dwa wydawnictwa, każde z nich wydało opasły tom. W jednym powtarzały się na przemian zdania: „Dusze istnieją. Dusze nie istnieją”, wiersz po wierszu, strona po stronie, rozdział po rozdziale, księga po księdze. Drugi zawierał zdania: „Dusze nie istnieją. Dusze istnieją”, w ten sam sposób. Muszę dodać, że w języku tego królestwa oba zdania miały tę samą liczbę słów, nawet tę samą liczbę liter. Poza tytułem tylko te stwierdzenia znajdowały się na kartach każdego tysiącstronicowego tomu.

Król postarał się, by książki zaczęto i skończono drukować jednocześnie, i by w tym samym czasie opublikowano dokładnie taką samą liczbę egzemplarzy. Żadne z wydawnictw nie było ani lepsze, ani ważniejsze od drugiego.

Ludzie przeczesywali tomy, szukając aluzji; szukali pojedynczej repetycji, zagrzebanej głęboko w tomach, sprawdzali, czy zdanie lub choćby litera nie zostały opuszczone czy zmienione, lecz nie znaleźli nic. Zwrócili się do samego króla, on jednak złożył śluby milczenia.

Nadal kiwał lub kręcił głową, odpowiadając na pytania dotyczące zarządzania królestwem, ale na temat obu tomów i problemu dusz nie dawał żadnego znaku, nic też nie napisał.

Rozpoczęły się zaciekłe dyskusje, wydano wiele książek. Powstały nowe kulty.

A potem, dwa lata po edycji obu tomów, pojawiły się dwa dalsze, i tym razem wydawnictwo, które opublikowało tom zaczynający się od słów „Dusze nie istnieją”, wydało księgę zaczynającą się od „Dusze istnieją”. Drugie wydawnictwo poszło za jego przykładem — ich tom zaczynał się teraz od „Dusze nie istnieją”. I w przyszłości postępowano według tego schematu.

Król dożył bardzo późnego wieku i zobaczył wydane kilkadziesiąt tomów. Gdy leżał na łożu śmierci, nadworny filozof umieścił egzemplarze książki po obu jego stronach, mając nadzieję, że wraz z ostatnim oddechem głowa króla opadnie na tę czy inną stronę, wskazując w ten sposób pierwsze zdanie właściwego tomu, konkluzję, do której monarcha naprawdę doszedł… ale król umarł, trzymając głowę sztywno na poduszce, a oczy pod powiekami patrzyły na wprost.

Zdarzyło się to tysiąc lat temu — ciągnął Ky. — Książki są nadal wydawane; stały się podstawą całego przemysłu, całą filozofią, źródłem nie kończących się kłótni i…

— Czy ta opowieść w ogóle się kończy? — zapytał, unosząc do góry dłoń.

— Nie. — Ky uśmiechnął się zadowolony z siebie. — Nie kończy się. I o to właśnie chodzi.

Potrząsnął głową, wstał i wyszedł z kokpitu.

— Ale nawet z historii bez zakończenia — krzyknął Ky za nim — można wysnuć jakiś…

Jednak on już zamknął drzwi windy na zewnątrz w korytarzu; Ky wychylił się w fotelu i patrzył, jak wskaźnik położenia windy przesuwa się ku środkowi statku.

— …wniosek — rzekł cicho Ky.

Już prawie pół roku przebywał na statku ożywiony, kiedy omal nie zabił się sam.

Był w kabinie windy i obserwował wolno wirującą w środku latarkę. Lampkę zostawił włączoną, natomiast wyłączył wszystkie pozostałe światła. Obserwował, jak mała świetlna plama sunie powoli po okrągłej ścianie windy ślamazarniej od godzinowej wskazówki zegara.

Wspomniał reflektory szperające „Staberinde” i zastanawiał się, jak bardzo się od niego oddalili. Tak daleko, że nawet samo słońce musi być słabsze niż reflektor oglądany z kosmosu.

Nie wiedział, jaki wewnętrzny głos nakazał mu zdjęcie hełmu ot tak sobie, niemniej jednak zaczął to robić.

Zatrzymał się. Otwieranie skafandra w próżni było procedurą dość złożoną. Znał wszystkie etapy, zajmowały trochę czasu. Spojrzał na białą plamę światła, którą latarka rzucała na ścianę windy w pobliżu jego głowy. Plama stopniowo przybliżała się w miarę obrotu latarki. Zaczął przygotowywać skafander do odpięcia hełmu; jeśli świetlna plamka trafi go w oko — nie, w twarz, w dowolną część głowy — hełm nie zostanie przez niego rozhermetyzowany, jak gdyby nic się nie stało. Jeśli natomiast nie trafiłaby go w twarz na czas, hełm zostanie zdjęty, a to oznacza śmierć.

Zatopił się w luksusie wspomnień, jego dłonie powoli rozpoczęły sekwencję, która — jeśli będzie kontynuowana — zakończy się zerwaniem hełmu z ramion przez ciśnienie powietrza.

„Staberinde”, wielki metalowy statek uwięzły w kamieniu (i kamienny statek, budowla, uwięzła w wodzie), dwie siostry — Darckense, Livueta (uświadomił sobie w tym momencie, że posłużył się ich imionami lub słowami zbliżonymi do ich imion, tworząc to, pod którym skrywał się obecnie). Także Zakalwe i Elethiomel. Elethiomel Groźny, Elethiomel Krzesłorób…

Skafander zabuczał na niego, ostrzegał, że dzieje się coś bardzo niebezpiecznego. Świetlna plamka znajdowała się kilka centymetrów od hełmu.

Zakalwe. Pytał siebie, co znaczyło dla niego to imię. Co znaczyło dla innych? Spytaj wszystkich w domu: co to imię znaczy dla ciebie?

Wojnę, czasy zaraz po niej; wielką rodzinę, jeśli miałeś dostatecznie długą pamięć; pewną tragedię. Jeśli znałeś tę historię.

Znowu zobaczył krzesło. Małe i białe. Zamknął oczy. W ustach miał gorzki posmak.

Otworzył oczy. Zostały trzy ostatnie klamry, jeden szybki obrót… spojrzał na świetlną plamkę. Była teraz niewidzialna, tak bliska hełmu, tak bliska głowy. Z centrum kabiny windy latarka patrzyła prawie prosto na niego, jej soczewki świeciły jaskrawo. Odpiął jeden z trzech ostatnich zacisków hełmu. Rozległ się cichy syk, ledwie zauważalny.

Trup, pomyślał, wspominając bladą twarz dziewczyny. Odpiął następny zacisk. Syk się wzmocnił.

Z boku hełmu pojawiła się jasność, tam gdzie błyszczałoby światło.

Metalowy statek, kamienny statek i niekonwencjonalne krzesło.

Czuł, jak do oczu podchodzą mu łzy, i jedną ręką — tą, którą nie odpinał zacisku przy hełmie — sięgnął do piersi, gdzie pod wielu syntetycznymi warstwami skafandra, pod wyściełającą go tkaniną znajdowała się mała wypukła blizna, dokładnie nad sercem; blizna dwudziestoletnia lub siedemdziesięcioletnia, zależnie od tego, jak mierzyło się czas.

Dokładnie w chwili gdy została odpięta ostatnia klamra, a świetlna plamka zaczęła opuszczać wewnętrzną krawędź skafandra, latarka zamigotała i zgasła.

Wytężał wzrok. Panowała niemal całkowita ciemność. Spoza kabiny windy dochodziła wątła poświata, słabiutkie czerwone żarzenie modułów z prawie nieżywymi ludźmi i spokojne wyposażenie nadzorujące.

Zgasła. Latarka zgasła; popsuła się lub wyczerpały się baterie, nie miało to znaczenia. Zgasła. Nie zaświeciła mu w twarz. Usłyszał ponownie niskie buczenie skafandra, zagłuszające syk powietrza.

Spojrzał w dół na dłoń spoczywającą na piersi.

Podniósł znowu wzrok ku miejscu, gdzie musiała znajdować się latarka, niewidoczna teraz w środku kabiny, w środku statku, w środku jego podróży.

Jak mógłbym teraz umrzeć? — pomyślał.

Po roku powrócił do chłodnego snu. Erens i Ky, których na zawsze dzieliły seksualne preferencje, choć z drugiej strony wyglądali na dobrze dobraną parę, nadal kłócili się, gdy ich opuszczał.

Trafił na następną niskotechnologiczną wojnę, nauczył się latać (ponieważ teraz wiedział, że samolot zawsze wygra z okrętem wojennym) i szybował w mroźnych powietrznych wirach nad rozległymi białymi wyspami, które w rzeczywistości były zderzającymi się płytowymi górami lodowymi.

Trzynaście

Szaty wyglądały jak zrzucona przed chwilą skóra jakiejś egzotycznej jaszczurki. Miał zamiar je włożyć, ale zmienił zdanie. Włoży ubranie, w którym tutaj przybył.

Stał w łazience wśród oparów i woni. Znowu zatrzymał brzytwę, a potem przesunął ją do głowy, powoli i staranie, jakby w zwolnionym tempie przeczesywał włosy grzebieniem. Ostrze zgarniało pianę na skórze, łapiąc kilka ostatnich włosków. Przeciągnął brzytwę przy uszach, po czym wziął ręcznik, wytarł błyszczącą skórę czaszki i oglądał w lustrze niemowlęco gładki krajobraz. Długie ciemne włosy leżały rozrzucone na podłodze, jak pióra wydarte podczas ptasiej walki.

Wyjrzał na majdan, gdzie żarzyło się kilka słabych ognisk. Nad górami niebo właśnie zaczynało jaśnieć.

Przez okno widział urwiste kondygnacje muru cytadeli i strzeliste wieże. W zaostrzającym kontury przedmiotów świetle cytadela wydawała mu się — choć starał się powściągnąć tanie sentymenty — dostojna, nawet wzruszająca, kiedy już wiedział, że jest skazana na zagładę.

Odwrócił się od okna. W dziwny sposób czuł powietrze owiewające wygoloną czaszkę. Brakowało mu łaskotania włosów na karku. Usiadł na łóżku, wciągnął i zapiął buty, a potem sięgnął do nocnego stolika po telefon.

Przypomniał sobie, jak zeszłej nocy, po wyjeździe Smy i Skaffen-Amtiskawa, skontaktował się z portem kosmicznym. Czuł się wtedy źle, jakby był daleki i wyłączony, i teraz wcale nie miał pewności, czy naprawdę rozmawiał z tamtejszymi technikami. Chyba jednak rozmawiał. Polecił, by przygotowali stary statek kosmiczny do uderzenia dekapitującego na dziś rano. Może jednak tam nie dzwonił. Tak albo owak. Może to wszystko mu się śniło.

Z centralki telefonicznej zapytano go, z kim połączyć. Poprosił o port kosmiczny.

Porozmawiał z technikami. Pojazd przygotowano, mówił naczelny inżynier lotów z podnieceniem, zaopatrzono w paliwo, współrzędne lotu wprowadzono. Na hasło wystrzelą statek w ciągu kilku minut.

Kiwał głową, słuchając raportu. Naczelny inżynier lotów przerwał — pytanie nie padło, zawisło jednak w powietrzu.

Popatrzył na niebo, które stąd, z wnętrza pokoju, nadal wydawało się ciemne.

— Proszę pana? — odezwał się inżynier. — Panie Zakalwe? Jakie są rozkazy, proszę pana?

Zobaczył mały niebieski sześcian, klawisz. Usłyszał szum uchodzącego powietrza. I akurat w tym momencie przeszło go drżenie. Pomyślał, że to jego własne ciało reaguje mimowolnie, ale się mylił. Zadygotała cytadela, ściany pokoju, łóżko, na którym siedział. Zabrzęczało szkło. Odgłos wybuchu huknął w powietrzu za grubymi oknami, niski i niepokojący.

— Proszę pana, czy pan mnie słyszy? — dopytywał się inżynier.

Prawdopodobnie przejmą statek kosmiczny; sama Kultura — prawdopodobnie „Ksenofob” — wykorzysta przy tym swoje efektory… uderzenie dekapitujące jest skazane na niepowodzenie…

— Co mamy robić, proszę pana?

Ale w każdym wypadku istniała możliwość…

— Halo? Halo, proszę pana?

Następna eksplozja wstrząsnęła cytadelą. Spojrzał na trzymaną w ręku słuchawkę.

— Proszę pana, czy mamy kontynuować? — usłyszał albo też wspomniał słowa wypowiadane bardzo dawno i bardzo daleko… I odpowiedział wtedy „tak”, i wziął straszne brzemię wspomnień i wszystkie imiona, które mogły go pogrzebać…

— Bądźcie w pogotowiu — poprosił cicho. — Nie musimy w tej chwili uderzać.

Odłożył słuchawkę i szybko opuścił pokój, tylnymi schodami, z dala od głównego wejścia do swoich apartamentów, gdzie już słyszał narastające zamieszanie.

Eksplozje wstrząsały cytadelą, wzbijając pył. W wielu miejscach waliła się skarpa. Zastanawiał się, jak wygląda położenie w sztabach regionalnych, jak przebiegnie kapitulacja i czy aresztowanie najwyższych kapłanów będzie tak bezkrwawe, jak przewidywała Sma. Uświadomił sobie jednak, że nawet teraz, gdy o tym myśli, tak naprawdę jest mu to już obojętne.

Opuścił cytadelę boczną bramą i wszedł na wielki majdan. Przed namiotami uchodźców nadal płonęły niewielkie ogniska. W dali, nad murem osłonowym, ku szaremu niebu wczesnego poranka unosiły się wielkie obłoki pyłu i dymu. Ze swego miejsca widział kilka wyrw w przyporze. Przebudzeni ludzie zaczęli wychodzić z namiotów. Z góry, od murów cytadeli dochodził grzechot ognia karabinowego.

Z wyszczerbionego nadszańca odezwało się cięższe działo. Podłożem wstrząsnął wielki wybuch, wyrywając ogromną dziurę w skale, która tworzyła cytadelę. Lawina kamieni zeszła z hukiem na majdan, grzebiąc kilkanaście namiotów. Zastanawiał się, jakiej amunicji używają czołgiści; podejrzewał, że nie posiadali takiej aż do dzisiejszego ranka.

Szedł dalej wśród namiotów, z których wychodzili zaspani ludzie.

Z bastionów nadal dobiegał rozproszony ogień. Po majdanie przetoczył się kłąb kurzu z olbrzymiej wyrwy w wypiętrzonych murach.

Strzały ze ścian osłonowych; wstrząsające gruntem detonacje, które zburzyły całą flankę. Kamienie wypryskiwały z muru jakby z ulgą, spadały i toczyły się w kłębach pyłu. Uwolnione, wracały wreszcie do ziemi.

Ogień z ławek strzeleckich osłabł. Kurz odpływał, niebo przejaśniało; przy namiotach przerażeni ludzie przywierali do siebie. Z wyszczerbionych machikułów, z majdanu, z namiotowego miasteczka dochodziły dalsze strzały.

Szedł, nikt go nie zatrzymywał. Zdawało się, że zauważa go niewielu ludzi. Dostrzegł spadające z muru ciało w mundurze. W dali zobaczył czołg i żołnierzy Armii Cesarskiej.

Między namiotami unikał zderzenia z biegnącymi we wszystkich kierunkach ludźmi; przekraczał tlące się ogniska. Z ogromnych wyrw w murze kurtynowym i w samej cytadeli leciał dym. Szarówka z wolna nabierała barw, gdy niebo rozpalało się błękitem i różem.

Ludzie mrowili się i przemykali wokół niego, biegli z niemowlętami w ramionach, wlekli dzieci. Wydawało mu się, że dostrzega znajome twarze, i kilka razy już miał się obrócić, by zagadać, wyciągnąć dłoń, zatrzymać mknący tłum. Chciał krzyczeć…

Usłyszał nagle w górze terkot samolotu. Maszyna przedarła się nad skarpą, zrzuciła na namioty długie pojemniki wybuchające płomieniem i czarnym dymem. Zobaczył płonących ludzi, słyszał wrzaski, czuł zapach palonych ciał.

Przerażeni ludzie wpadali na niego, potrącali, raz go przewrócili; podniósł się, otrzepywał wśród przepychanek, wrzasków i przekleństw.

Z nieba znów ostrzeliwano cytadelę i tylko on jeden szedł wyprostowany, inni padali na ziemię; obserwował fontanny pyłu i widział niekiedy, jak czyjeś ubranie nagle drga nerwowo i łopocze — to kula trafiła w cel.

Jaśniało, gdy napotkał pierwsze oddziały. Jeden z żołnierzy wystrzelił do niego, ale on dał nura za namiot i przetoczył się po ziemi. Podniósł się na nogi, obiegł namiot i omal nie wpadł na innego żołnierza, który za późno wykonał zamach karabinem. Broń jednak została mu wytrącona kopniakiem. Żołnierz wyjął nóż, przygotował się do pchnięcia, lecz przeciwnik przejął nóż i rzucił napastnika na ziemię. Potrząsnął głową — odrzucił nóż i spoglądając na powalonego przerażonego żołnierza, wzruszył ramionami i odszedł.

Nadal mijali go pędzący ludzie. Żołnierze krzyczeli. Zobaczył skierowany na siebie karabin, nie dostrzegł jednak miejsca, gdzie mógłby uskoczyć. Podniósł dłoń, by wyjaśnić, że to bez sensu, lecz i tak do niego wypalono.

Niezbyt dobry strzał z tej odległości, myślał, gdy odrzuciła go siła uderzenia.

Klatka piersiowa blisko ramienia, ale płuco nie naruszone, a prawdopodobnie nie uszkodzone nawet żebro, pomyślał. Zawładnęły nim szok i ból. Upadł.

Leżał nieruchomo w kurzu, obok martwego strażnika miejskiego.

Gdy obrócił się, zobaczył moduł Kultury — wyraźną sylwetkę wiszącą bezużytecznie nad jego zburzonym apartamentem w zrujnowanej cytadeli.

Obrócono go kopniakiem, łamiąc żebro. Próbował nie reagować na dźgnięcie bólu, lecz zerknął uszkodzonymi oczyma. Czekał na coup de grace, ale cios nie nadchodził.

Górująca nad nim ciemna na tle światła sylwetka oddaliła się.

Leżał jeszcze chwilę, potem wstał. Z początku szedł bez przeszkód, ale potem samoloty wróciły. Nie trafiła go kula, lecz coś się rozłupało, gdy przechodził obok namiotów, które — trafione pociskami — zatrzęsły się i rozerwały na strzępy. Zastanawiał się, czy przeszywający ból w udzie spowodowało dźgnięcie drewnianej drzazgi, odłamek kamienia czy też może kości jakiejś osoby z namiotu.

— Nie — mamrotał do siebie, kuśtykając ku największej wyrwie w ścianie. — Nie, to nie jest zabawne. Tylko nie kość. Nic w tym zabawnego.

Siła wybuchu zbiła go z nóg, wtłoczyła do namiotu, a potem znowu na zewnątrz. Wstał, w głowie mu szumiało. Spojrzał w górę po cytadeli — pinakle błyszczały w pierwszych promieniach słońca. Nie dostrzegł modułu. Wziął połamany maszt namiotu i zastosował jak laskę; noga mu dokuczała.

Osaczyły go pył, ryki silników, samolotów i ludzkie głosy; dokuczały swąd spalenizny, zapachy kamiennego pyłu i duszące spaliny. Rany przemawiały do niego językiem bólu, a on musiał ich słuchać, lecz w zasadzie nie zwracał na nie uwagi. Był wstrząśnięty, poobijany i całkowicie pozbawiony sił. Potknął się, upadł na kolana, myślał, że trafiły go dalsze kule.

Przy wyłomie wreszcie się przewrócił i uznał, że może tam po prostu przez chwilę poleżeć. Światło złagodniało; był zmęczony. Pyły płynęły bladymi całunami. Spojrzał w bladoniebieskie niebo i uznał, że jest piękne nawet widziane poprzez ten kurz; słuchał czołgów nacierających zboczem i trzaskania miażdżonych kamieni. Pomyślał, że, jak wszędzie, czołgi bardziej piszczą, niż ryczą.

— Panowie — szeptał do intensywnie niebieskiego nieba — pamiętam teraz coś, co czcigodna Sma powiedziała raz na temat bohaterstwa. Brzmiało to mniej więcej tak: „Zakalwe, we wszystkich ludzkich społeczeństwach, które kiedykolwiek odwiedzaliśmy, w każdej epoce i w każdym państwie, nigdy nie brak młodych samców gotowych zabijać i umierać w obronie bezpieczeństwa, wygody i przesądów starszych współziomków, a to, co nazywacie bohaterstwem, jest jedynie przejawem następującego prostego faktu: idiotów nigdy nie brakuje”. — Westchnął. — Cóż, bez wątpienia nie powiedziała „w każdej epoce i w każdym państwie”, ponieważ Kultura wręcz uwielbia doszukiwać się we wszystkim wyjątków, ale… na tym polegało sedno… myślę…

Poturlał się, by nie widzieć niebieskiego aż do bólu nieba, i patrzył teraz na rozmazany pył.

W końcu, niechętnie, przewrócił się na drugi bok, potem dźwignął do półsiadu, potem na kolana, wreszcie ścisnął prowizoryczną kulę z namiotowego masztu i z całej siły oparł się na niej, wstał na nogi, ignorując dotkliwy ból i cierpienia, po czym zatoczył się ku zrujnowanym murom, podciągnął się i wdrapał na ich szczyt, gdzie na pewnym odcinku ganki biegły gładko jak szeroka szosa do nieba i gdzie leżały ociekające krwią ciała żołnierzy, a blanki były pokaleczone kulami i szare od pyłu.

Zatoczył się, jakby chciał czym prędzej dołączyć do pobojowiska.

Przebiegł wzrokiem niebo w poszukiwaniu modułu.

Nie od razu znaleźli znak Z, który ułożył z ciał na szczycie murów, lecz w tamtym alfabecie była to skomplikowana litera, a on wciąż się mylił przy jej konstrukcji.

I

Na „Staberinde” nie paliły się żadne światła. Obramowany szarym, fałszywym świtem okręt przycupnął nieruchomo, a jego niewyraźna sylwetka w kształcie stożka sugerowała jedynie, że są tam jeszcze spiralne linie pokładów oraz baterie dział. Bagienne mgły zasłaniające ziggurat okrętu wywoływały u patrzącego złudzenie, że jego ciemny kształt unosi się w powietrzu niczym groźna ciemna chmura, nie mająca żadnego połączenia z ziemią.

Oglądał to zmęczonymi oczyma, stał na zmęczonych nogach. Z tak niewielkiej odległości od miasta i statku, mając mury bunkra tuż pod nosem, czuł zapachy morza zmieszane z gorzko-kwaśną wonią wapna.

Spróbował przypomnieć sobie ogród i zapach kwiatów; robił to czasami, gdy walka stawała się jałowa, okrutna i traciła jakikolwiek sens.

Tym razem jednak nie mógł wyczarować tych ledwo pamiętanych, uwodzicielskich aromatów ani przywołać miłych obrazów związanych z ogrodem. (Natomiast widział znowu opalone ręce na bladych biodrach siostry, śmiesznie małe krzesełko, które wybrali do swej rozpusty… i wspomniał, jak ostatni raz widział ogród i ostatni raz z oddziałem czołgów był w posiadłości. Oglądał wtedy chaos i ruinę, którą Elethiomel sprowadził na to miejsce, gdzie przecież razem się wychowali: wielki dom wypatroszony, kamienna łódź rozbita, lasy spalone… Przypomniał sobie, jak po raz ostatni spojrzał na nienawistny letni domek, tam gdzie ich znalazł, gdy prowadził własną akcję odwetową przeciwko tyranii pamięci; przypomniał sobie rozkołysany czołg, polanę pobielałą w jaskrawym świetle flary, rozdzierający dźwięk, który nie był dźwiękiem, i mały domek… nadal tam był; kula przebiła drewnianą chatkę na wylot, eksplodowała w lasach, a on miał ochotę łkać, wrzeszczeć, zburzyć ten domek własnymi rękoma… ale wtedy uświadomił sobie, że obok niego stoi podwładny, więc tylko usiłował się roześmiać i kazał kanonierowi celować w ganek. Zobaczył, jak chata wznosi się i pęka w powietrzu. Gruz opadł wokół czołgu, posypały się grudy ziemi, kawałki drewna i wyrwane kępy strzechy).

Na zewnątrz bunkra panowała noc ciepła i ciężka. Nawisłe chmury uwięziły i przygniotły do gruntu dzienną spiekotę, która przylgnęła do ziemi jak mokra od potu koszula. Wiatr właśnie się zmieniał, gdyż w powietrzu wyczuwało się zapachy siana i trawy; musiały wraz z podmuchem przebyć setki kilometrów z wielkich prerii w głębi lądu, woń roślin była bowiem już nieco zatęchła. Zamknął oczy i oparł czoło o szorstki betonowy mur bunkra, poniżej okienka, przez które przed chwilą wyglądał. Rozłożył lekko palce na ziarnistej ścianie, czuł na dłoni nacisk ciepłej, twardej powierzchni.

Czasami pragnął, by to wszystko się skończyło, nieważne w jaki sposób. Aby się tylko urwało — prosta i kusząca perspektywa, warta prawie każdej ceny. Te natrętne myśli wracały, kiedy przypominała mu się Darckense, złapana na statku, więziona przez Elethiomela. Wiedział, że przestała kochać kuzyna; tamten przelotny i dziecinny kaprys miał być zemstą na rodzinie za jakieś wyimaginowane poniżenie, za to, że jakoby Livuetę obdarzono kiedyś większymi względami. Uczucie mogło się wówczas zdawać miłością, lecz podejrzewał, że nawet ona sama w to nie wierzyła. Jak sądził, Darckense była w gruncie rzeczy mimowolnym zakładnikiem: wielu ludzi złapano, gdy Elethiomel niespodziewanie zaatakował miasto i zablokował połowę ludności, Darckense zaś miała pecha, że Elethiomel wysłał agentów i mimo chaosu odkryto ją na lotnisku, gdy próbowała się wydostać.

Dla niej więc musiał kontynuować walkę, nawet jeśli zbladła jego nienawiść do Elethiomela, nienawiść, która przez te wszystkie lata pobudzała go do walki. Teraz jednak uczucie to przygasło, rozładowało podczas długotrwałej wojny.

Jak Elethiomel mógł coś takiego zrobić? Nawet jeśli już jej nie kochał (a ten potwór utrzymywał, że jego prawdziwym obiektem pożądań jest Livueta), jak mógł ją wykorzystywać niczym pocisk zmagazynowany w przepastnych ładowniach okrętu?

A jak on sam miał na to zareagować? Wykorzystać Livuetę przeciw Elethiomelowi? Dać dowód takiego samego przebiegłego okrucieństwa?

Livueta i tak za wszystko winiła jego, a nie Elethiomela. Co miał zrobić? Poddać się? Przehandlować siostrę za siostrę? Przedsięwziąć jakąś szaleńczą, z góry skazaną na niepowodzenie próbę odzyskania dziewczyny? Po prostu zaatakować?

Usiłował przekonywać, że tylko długie oblężenie gwarantuje sukces, ale tak wiele o tym dyskutował, że już sam się zastanawiał, czy naprawdę ma rację.

— Panie generale?

Obrócił się i zobaczył niewyraźne sylwetki dowódców.

— Co się stało? — warknął.

— Panie generale — to mówił Swaels — panie generale, może powinniśmy się już wycofać do sztabu. Od wschodu chmury się przecierają, wkrótce nastąpi świt… nie można ugrzęznąć na linii ognia.

— Wiem o tym — odpowiedział.

Wyjrzał na ciemną sylwetę „Staberinde” i drgnął nieznacznie, jak gdyby oczekiwał, że właśnie teraz wielkie działa statku bluzną płomieniem, prosto na niego. Opuścił metalowe żaluzje na betonową szparę.

Przez sekundę w bunkrze panowała ciemność, potem jednak ktoś włączył ostre żółte światła i wszyscy zaczęli mrugać.

Opuścili bunkier. W mroku oczekiwał ich długi opancerzony samochód sztabowy. Rozmaici adiutanci i młodsi oficerowie poderwali się do postawy zasadniczej, zasalutowali i otworzyli drzwiczki. Wsiadł na tylne, pokryte futrem siedzenie i patrzył, jak trzej inni dowódcy sadowią się naprzeciw niego. Opancerzone drzwi zatrzasnęły się ze szczęknięciem. Samochód zawarczał i ruszył. Podskakiwał na nierównym podłożu, jechał do lasu, oddalając się od ciemniejącego w nocy okrętu.

— Panie generale — rzekł Swaels, wymieniając spojrzenia z pozostałymi dwoma oficerami. — Omawialiśmy z innymi dowódcami…

— Chcecie mi powiedzieć, że powinniśmy atakować. Bombardować i ostrzeliwać „Staberinde”, zamienić go w płonący kadłub, a potem podjąć szturm poduszkowcami piechoty — oznajmił, przerywając Swaelsowi gestem dłoni. — Wiem, o czym dyskutowaliście; wydaje się wam… żeście podjęli jakieś decyzje… One mnie nie interesują.

— Panie generale, wszyscy zdajemy sobie sprawę, że uwięzienie pańskiej siostry na okręcie jest dla pana przyczyną wielkiego stresu, ale…

— To nie ma nic do rzeczy, Swaels. Obraża mnie pan samą sugestią, jakobym brał to pod uwagę, powstrzymując się od działań. Za moimi decyzjami przemawiają racjonalne militarne argumenty. Po pierwsze, wrogowi udało się stworzyć fortecę, która w tej chwili jest niemal nie do zdobycia. Musimy poczekać na zimowe powodzie, kiedy flota będzie mogła zająć kanał i ujście rzeki, wtedy wyrównają się szansę walki ze „Staberinde”. Wysyłanie samolotów lub podjęcie pojedynku artyleryjskiego teraz byłoby szczytem szaleństwa.

— Panie generale, choć bardzo nas boli fakt, że się z panem nie zgadzamy, niemniej jednak…

— Niech pan milczy, komandorze Swaels — rzekł lodowato. Tamten przełknął ślinę. — Mam wystarczająco dużo spraw na głowie bez zajmowania się bzdurami, które moi starsi oficerowie uważają za wojskową strategię. Nie mam też czasu zajmować się wymianą swoich starszych oficerów.

Przez chwilę rozlegał się tylko stłumiony warkot silnika samochodu. Dwaj dowódcy patrzyli w podłogę. Swaels był zaszokowany. Twarz mu błyszczała od potu. Znów przełknął. Odgłosy ciężko pracującej maszyny tylko podkreślały ciszę w tylnej kabinie. Samochód trząsł i podrzucał czterema mężczyznami, wreszcie dotarł do wyłożonej metalowymi płytami drogi i ruszył z rykiem; na chwilę generał został wgnieciony w oparcie, inni oficerowie zmuszeni byli nachylić się ku niemu.

— Panie generale, jestem gotów opu…

— Czy trzeba to jeszcze wałkować? — narzekał, mając nadzieję, że powstrzyma Swaelsa. — Nie możecie uwolnić mnie od najmniejszego choćby brzemienia? Proszę tylko, byście robili, co do was należy. Nie kłóćmy się, walczmy z wrogiem, nie między sobą.

— …opuścić pański sztab, jeśli pan sobie życzy — dokończył Swaels.

Teraz zdawało się, że hałas silnika zupełnie nie dociera do wnętrza kabiny pasażerskiej; zapanowała mroźna cisza, lecz nie w powietrzu, ogarnęła jakby całą czwórkę niczym przedwczesny oddech zimy, mającej nadejść dopiero za pół roku. Pragnął przymknąć oczy, lecz nie mógł okazać takiej słabości. Zawiesił wzrok na oficerze siedzącym naprzeciw.

— Panie generale, muszę panu powiedzieć, że nie zgadzam się z pańskim planem działania. Nie ja jeden. Proszę mi wierzyć, że zarówno ja, jak i inni dowódcy kochamy pana, tak jak kochamy nasz kraj: całym sercem. Ale nie możemy pozostać bierni, kiedy pan, próbując bronić błędnej decyzji, odrzuca wszystko, co pan symbolizuje i w co wszyscy wierzymy.

Swaels splótł dłonie w błagalnym geście. Nie ma wychowania dżentelmena, pomyślał generał sennie. Musiał zacząć zdanie od tego nieszczęsnego „ale”.

— Panie generale, niech pan mi wierzy, chciałbym się mylić. Zarówno ja, jak i inni dowódcy zrobiliśmy wszystko, by zaakceptować pańskie poglądy, ale nie zdołaliśmy. Jeśli choć trochę kocha pan swoich dowódców, błagamy o przemyślenie tej sprawy jeszcze raz. Niech mnie pan usunie, jeśli uważa to pan za konieczne. Niech mnie pan postawi przed sądem wojennym, zdegraduje, każe rozstrzelać, zabroni wspominać me imię, ale niech pan ponownie rozważy sprawę, póki jeszcze jest czas.

Samochód jechał drogą, pobrzękiwał, przechylał się, gdy omijał leje po bombach. Wszyscy siedzieli w milczeniu i… ale musimy wyglądać, pomyślał, gdy tak tu tkwimy, zamrożeni w słabym, żółtym świetle, jak sztywniejący nieboszczycy.

— Zatrzymać samochód — polecił, wciskając klawisz interkomu.

Usłyszał, jak silnik z łoskotem przechodzi przez niższe biegi i staje.

Otworzył drzwi.

— Wynoś się — rozkazał Swaelsowi, który siedział z zamkniętymi oczyma.

Swaels wyglądał teraz jak starzec uderzony pierwszym z wielu ciosów — skurczony, zapadnięty. Ciepły poryw wiatru mógł zamknąć drzwi, więc generał przytrzymywał je dłonią.

Swaels pochylił się do przodu i powoli wysiadł. Stał chwilę na poboczu ciemnej drogi. Stożek światła z wnętrza samochodu sztabowego przepłynął przez jego twarz, a potem zniknął.

Generał starannie zamknął drzwi.

— Jedź dalej — rozkazał kierowcy.

Pędzili, oddalając się od świtu i od „Staberinde”, zanim armaty statku mogłyby ich zniszczyć.

Wydawało im się, że zwyciężyli. Na wiosnę dostali więcej ludzi, więcej sprzętu, mieli cięższe armaty. Na morzu czyhał „Staberinde”, lecz nie był już potęgą — brakowało mu paliwa i nie mógł skutecznie atakować ich jednostek i konwojów, więc tracił przewagę. Potem jednak Elethiomel kazał przeholować wielki statek, przeciągnąć go przez okresowo czynne kanały, przez wciąż zmieniające się brzegi do pustego suchego doku, gdzie materiałami wybuchowymi wykuli dodatkową przestrzeń i wpakowali okręt do środka, zamknęli śluzy, wypompowali wodę i wpompowali beton; między metalem a betonem umieścili prawdopodobnie jakąś pochłaniającą drgania wykładzinę — bez niej statek rozleciałby się od wstrząsów własnych dział półmetrowego kalibru.

Tak przynajmniej sądzili doradcy generała. Podejrzewali również, że Elethiomel obłożył boki swej zaimprowizowanej fortecy śmieciami i odpadami.

Generał uważał, że to niemal zabawne.

„Staberinde” nie był niezwyciężony (choć obecnie był dosłownie niezatapialny); można by go zdobyć, lecz kosztem ogromnych ofiar.

I oczywiście, jednostki wokół statku i z miasta, mając czas na przezbrojenie, wyrwą się z okrążenia. Tę możliwość również brano pod uwagę, Elethiomel był w pełni do tego zdolny.

Lecz mimo medytacji, dyskusji i wielostronnych rozważań, generał nie znalazł odpowiedzi na podstawowe pytanie. Ludzie zrobią to, o co ich poprosi; dowódcy również, a jeśli nie, wymieni ich; politycy i kler dali mu wolną rękę i poprą go, cokolwiek zrobi. Tego był pewien; żaden dowódca nigdy nie miał pod tym względem pewniejszej sytuacji.

Ale co właściwie miał robić?

Kiedyś spodziewał się odziedziczyć doskonale wyćwiczoną pokojową armię, wspaniałą i budzącą respekt. Po pewnym czasie przekazałby ją jakiemuś innemu młodemu arystokracie na dworze w tym samym doskonałym stanie, co pozwoliłoby kontynuować tradycje honoru, posłuszeństwa i obowiązku. On tymczasem stał na czele armii we wściekłej wojnie przeciw wrogom, własnym rodakom, dowodzonym przez człowieka, którego kiedyś traktował jak przyjaciela, niemal brata.

Musiał więc wydawać rozkazy, a ludzie umierali. Czasami poświęcał setki, nawet tysiące osób, z całą świadomością wysyłając je na niemal pewną śmierć, tylko po to, by zabezpieczyć jakiś ważny cel lub chronić ważną pozycję. I zawsze cierpieli również cywile. Ci sami ludzie, za których jakoby obie strony walczyły, stanowili większość ofiar.

Od samego początku próbował to powstrzymać, negocjować, lecz obie strony chciały pokoju wyłącznie na własnych warunkach, a on nie miał prawdziwej władzy politycznej, musiał więc walczyć. Odnosił sukcesy, które go zdumiewały — innych również, łącznie prawdopodobnie z Elethiomelem — lecz obecnie, bliski zwycięstwa, nie wiedział po prostu, co robić.

Teraz zależało mu przede wszystkim na uratowaniu Darckense. Widział zbyt wiele martwych oczodołów, zbyt wiele zakrzepłej krwi, zbyt wiele ciał napęczniałych od larw much i nie wiązał tych przerażających obrazów z mglistymi ideami honoru i tradycji, o które — według oficjalnej propagandy — walczono; tylko dobro jednej kochanej osoby wydawało mu się teraz naprawdę istotnym, godnym celem walki. W tym, co się tutaj działo, splatały się interesy milionów ludzi. Nie akceptował tego, gdyż byłoby to zbyt wielkie brzemię, oznaczałoby w konsekwencji przyznanie się do częściowej odpowiedzialności za śmierć setek tysięcy osób, nawet jeśli nikt inny nie potrafiłby prowadzić walki w sposób bardziej humanitarny.

Czekał więc. Powstrzymywał sztab oraz dowódców szwadronów i czekał, aż Elethiomel odpowie na sygnały.

Dwaj inni oficerowie nic nie mówili. Wyłączył światło w samochodzie, rozsunął żaluzje w drzwiach i wyjrzał na zewnątrz: pod ciężkim stalowoszarym niebem poranka przemykała ciemna ścianą lasu.

Widział przyciemnione bunkry, czarne okopy, nieruchome postaci, zatrzymane ciężarówki, zatopione czołgi, zaklejone taśmą okna, przykryte karabiny, podniesione słupy, zburzone budynki przysłonięte lampy: typowy sztafaż wokół obozu kwatery głównej. Obserwował to wszystko, gdy zbliżali się do centrum, do starego zamku, który w ciągu ostatnich kilku miesięcy praktycznie stał się jego domem. Ach, żeby tak się nie zatrzymywać, jechać przez cały świt, dzień i noc, już zawsze, rozgarniać sprężynujące gałęzie drzew; jechać donikąd, nawet jeśli byłaby to jazda w lodowatej ciszy; mieć poczucie bezpieczeństwa w apogeum własnych cierpień, perwersyjnego zadowolenia, że przynajmniej teraz nie może być gorzej; tylko jechać przed siebie coraz dalej i nigdy się nie zatrzymywać, nie podejmować decyzji — pilnych i niezbędnych, lecz grożących błędami, których nigdy nie zapomni i nigdy sobie nie wybaczy…

Samochód dotarł do dziedzińca zamku; generał wysiadł. Otoczony przez adiutantów, wkroczył do wielkiego starego domu, kiedyś mieszczącego kwaterę główną Elethiomela.

Zasypali go setką szczegółowych meldunków z logistyki, wywiadu, z małych potyczek, w wyniku których stracono lub zyskano niewielkie obszary terenu. Prasa zagraniczna i cywile prosili go o rozmaite rzeczy.

Wszystko odsunął, kazał załatwić młodszym dowódcom. Przeskakując po dwa stopnie, pobiegł do swego biura, wręczył kurtkę i czapkę adiutantowi, po czym zamknął się w zaciemnionym gabinecie. Oczy przymknął, plecami oparł się o podwójne drzwi — ich mosiężne gałki nadal ściskał w dłoniach, złożonych z tyłu, na krzyżu. Cisza ciemnego pokoju działała jak balsam.

— Wychodziłeś popatrzeć na bestię, prawda?

Wzdrygnął się, a potem rozpoznał głos Livuety. Jej ciemną sylwetkę zobaczył przy oknie. Odprężył się.

— Tak — odrzekł. — Zaciągnij zasłony.

Włączył światło.

— Co zrobisz? — spytała. Podeszła powoli bliżej. Ramiona miała skrzyżowane, włosy upięte wysoko, minę zmartwioną.

— Nie wiem — przyznał. Usiadł przy biurku. Potarł twarz dłońmi. — A co według ciebie mam zrobić?

— Porozmawiać z nim.

Usiadła na rogu biurka ze skrzyżowanymi nadal ramionami. Miała na sobie długą ciemną spódnicę i ciemny żakiet. Ostatnio nosiła się na ciemno.

— Nie będzie ze mną rozmawiał — powiedział. Odchylił się w rzeźbionym fotelu. Młodsi oficerowie nazywali ten mebel tronem. — Nie mogę go zmusić do odpowiedzi.

— Pewnie nieodpowiednio z nim rozmawiasz — odparła.

— W takim razie nie wiem, co mam powiedzieć. — Zamknął ponownie oczy. — Może byś ułożyła następną wiadomość?

— Nie pozwoliłbyś mi powiedzieć tego, co bym chciała. A gdybyś nawet pozwolił, nie poparłbyś tego.

— Nie możemy po prostu wszyscy odłożyć broni, Liwy, i sądzę, że nic innego go nie interesuje.

— Możecie się spotkać twarzą w twarz. To załatwiłoby sprawę.

— Liwy, pierwszy nasz posłaniec powrócił obdarty ze skóry!!!

Ostatnie słowo wywrzeszczał, tracąc nagle panowanie nad sobą. Livueta drgnęła i cofnęła się od biurka. Usiadła na bogato zdobionej kanapie. Długimi palcami tarła złotą nić w podłokietniku.

— Przepraszam — powiedział. — Nie chciałem krzyczeć.

— To nasza siostra, Cheradenine. Z pewnością da się zrobić coś więcej.

Rozejrzał się po pokoju, jakby szukając świeżego pomysłu.

— Liwy, wielokrotnie o tym rozmawialiśmy. Czy nie rozu… nie jest to jasne? — Uderzył dłońmi w blat biurka. — Robię, co mogę. Zależy mi na jej wydostaniu równie mocno jak tobie, ale dopóki on ją przetrzymuje, mógłbym jedynie atakować, a to prawdopodobnie oznaczałoby jej śmierć.

Potrząsnęła głową.

— Co się dzieje między wami dwoma? — zapytała. — Dlaczego nie porozmawiacie? Zapomnieliście o wspólnym dzieciństwie?

Potrząsnął głową, dźwignął się zza biurka, obrócił do ściany, obstawionej półkami na książki. Przebiegał wzrokiem setki tytułów, nie widząc ich naprawdę.

— Nie zapomniałem tego, Livueto — powiedział znużonym tonem.

Poczuł ogromny smutek, jak gdyby ta wielka strata stała się realna dopiero wówczas, gdy potwierdzała ją inna osoba. — Niczego nie zapomniałem.

— Na pewno możesz coś zrobić — nalegała.

— Livueto, uwierz mi, proszę. Sytuacja jest bez wyjścia.

— Uwierzyłam, gdy mi powiedziałeś, że jest bezpieczna i ma się dobrze. — Spojrzała na podłokietnik, z którego długimi paznokciami wydłubywała cenną nić. Usta zacisnęła w wąską linię.

— Byłaś chora — westchnął.

— A jakie to ma znaczenie?

— Mogłaś umrzeć! — Podszedł do okna i zaczął wygładzać zasłony. — Livueto, nie mogłem ci powiedzieć, że trzymają Darckle. Szok…

— Szok dla biednej, słabej kobiety. — Livueta potrząsnęła głową. Szarpała nici z oparcia kanapy. — Byłoby lepiej, gdybyś wtedy oszczędził mi tych obelżywych nonsensów i powiedział prawdę o mej rodzonej siostrze.

— Próbowałem postępować jak najlepiej — oświadczył. Ruszył ku niej, potem zatrzymał się przy rogu biurka, gdzie przedtem siedziała Livueta.

— Jestem tego pewna. Branie na siebie odpowiedzialności związane jest zapewne z twoją prominentną pozycją. Bez wątpienia oczekujesz, że będę wdzięczna.

— Liwy, proszę, czy musisz…?

— Czy co muszę? — Jej oczy ciskały iskry. — Czy muszę utrudniać ci życie, tak?

— Chcę tylko — powiedział wolno, starając się panować nad sobą — żebyś spróbowała… i zrozumiała. Właśnie teraz musimy… trzymać się razem, popierać.

— Chcesz powiedzieć, że muszę popierać ciebie, nawet jeśli nie będziesz popierał Darckle — powiedziała Livueta.

— Do cholery, Liwy! — krzyknął. — Robię, co mogę! Nie chodzi tylko o nią; jest masa innych ludzi, o których muszę dbać. Moi żołnierze, cywile w mieście, ten cały cholerny kraj! — Podszedł do niej, ukląkł, położył dłoń na oparciu, które skubała długimi paznokciami. — Livueto, proszę. Robię wszystko, co można zrobić. Pomóż mi w tym. Wspieraj mnie. Inni dowódcy chcą atakować. Tylko ja stoję między Darckense i…

— Może powinieneś zaatakować — powiedziała nagle. — Może on właśnie tego jednego się nie spodziewa.

Potrząsnął głową.

— Darckle przetrzymywana jest w statku. Musielibyśmy go zniszczyć przed zajęciem miasta. Czy wierzysz, że on jej nie zabije?

— Tak — oznajmiła Livueta. — Wierzę.

Przez chwilę patrzył jej w oczy, pewien, że to odwoła lub przynajmniej odwróci wzrok, lecz spoglądała prosto na niego.

— Nie mogę tak ryzykować — powiedział w końcu. Westchnął, zamknął oczy, złożył głowę na oparciu kanapy. — Wywierają na mnie… tak wielki nacisk. — Próbował ująć jej dłoń, lecz ją cofnęła. — Livueto, czy sądzisz, że nic nie czuję? Czy sądzisz, że nie dbam o to, co się stanie z Darckle? Czy sądzisz, że gdy zrobili ze mnie żołnierza, przestałem być bratem, którego znałaś? Czy sądzisz, że mając armię na rozkazy, adiutantów i młodszych oficerów spełniających każdy mój kaprys, nie czuję się samotny?

Wstała nagle.

— Tak — powiedziała, spoglądając na niego z góry. — Jesteś samotny, ja jestem samotna, Darckense jest samotna, on jest samotny i wszyscy są samotni!

Odwróciła się szybko — jej spódnica lekko się przy tym wydęła — i wyszła. Usłyszał trzaśniecie drzwi; nadal klęczał przed opuszczoną kanapą jak odrzucony zalotnik. Włożył mały palec w złotą pętlę, którą Livueta wyciągnęła z obicia, i pociągnął nić, aż pękła.

Podniósł się z wolna, podszedł do okna, wślizgnął za zasłony i stał tam, oglądając szary świt. Ludzie i maszyny poruszali się wśród niewyraźnej przędzy mgiełki, wśród szarych motków, jakby okryci naturalną muślinową siatką kamuflażową.

Zazdrościł tym żołnierzom. Był pewien, że oni też mu zazdroszczą: miał władzę, miękkie łóżko i nie musiał człapać w błotnistych okopach ani też celowo rozbijać palców u nóg o kamienie, by nie zasnąć podczas pełnienia warty… Jednak mimo wszystko zazdrościł im, gdyż robili tylko to, co im kazano. I — przyznał w duchu — zazdrościł Elethiomelowi.

Żebym był taki jak on, myślał sobie aż nazbyt często. Gdybym posiadał jego bezlitosną przebiegłość, jego spontaniczną chytrość. Pragnął tego.

Wyszedł zza zasłony. Miał wyrzuty sumienia z powodu takich myśli.

Przy biurku wyłączył światła w pokoju i siadł w fotelu. Mój tron, pomyślał i zaśmiał się cicho, ponieważ był to symbol potęgi i siły, a on czul się tak całkowicie bezsilny.

Usłyszał, że tuż za oknem zatrzymuje się ciężarówka, której nie powinno tam być. Siedział cicho, myśląc: może to potężna bomba, obok, za oknem… i nagle poczuł strach. Usłyszał warknięcia sierżanta, jakieś rozmowy, a potem ciężarówka odjechała, lecz niedaleko, bo nadal słyszał jej silnik.

Po chwili na klatce schodowej w hallu rozległy się podniesione głosy. Coś go w ich tonie zmroziło. Powiedział sobie, że jest głupi, i znowu włączył światła. Nagle dobiegł go urwany krzyk. Zadrżał. Wyjął pistolet z kabury, żałując, że nie ma innej broni, jedynie ten paradny pistolecik. Podszedł do drzwi. Słyszał dziwne głosy: wołanie i stłumione rozmowy. Wyszedł. Jego adiutant patrzył w dół.

Włożył pistolet z powrotem do kabury, podszedł do adiutanta. Zobaczył w dole Livuetę — patrzyła na niego szeroko rozwartymi oczyma.

Jeden z wyższych dowódców oraz żołnierze stali wokół małego białego krzesełka. Zmarszczył brwi. Livueta była przerażona. Zszedł szybko po schodach, a ona już biegła ku niemu, spódnicę unosił podmuch. Obiema dłońmi pchnęła go w pierś. Cofnął się zdumiony.

— Nie — powiedziała. Jej błyszczące oczy patrzyły przenikliwie, twarz miała trupio bladą. — Wracaj — powiedziała ochrypłym, zmienionym głosem.

— Livueta… — Zirytowany odepchnął się od ściany, próbując zobaczyć, co się dzieje wokół białego krzesełka.

Znowu go pchnęła.

— Wracaj — powiedział ochrypły, obcy głos.

Ujął ją za przeguby.

— Livueta — rzekł cicho, lecz z naciskiem. Oczyma wskazał na ludzi stojących w hallu poniżej.

— Wracaj — powtórzył obcy, przerażający głos.

Odepchnął ją; zirytowany, próbował ją obejść. Starała się uchwycić go z tyłu.

— Wracaj! — wydyszała.

— Dosyć tego! — strząsnął ją, teraz już zażenowany. Zbiegł hałaśliwie po schodach, zanim znowu zdołała go schwycić.

Mimo to rzuciła się za nim, uchwyciła go w pasie.

— Wracaj! — jęknęła.

Obrócił się.

— Odczep się ode mnie! Chcę zobaczyć, co się dzieje!

Był od niej silniejszy. Uwolnił ręce, zrzucił ją ze schodów. Zszedł, ruszył do milczącej grupy mężczyzn stojących wokół krzesełka.

Było bardzo małe, delikatne, załamałoby się pod człowiekiem dorosłym. Małe, białe; posunął się kilka kroków naprzód, a reszta ludzi, hali, zamek, świat i wszechświat znikły w ciemności i ciszy, on zaś podchodził do krzesła bliżej, bliżej i zobaczył, że wykonano je z kości Darckense Zakalwe.

Kości udowe wykorzystano na tylne nogi, piszczele i kilka innych kości — na przód. Kości ramion tworzyły ramę siedzenia, żebra — oparcie. Poniżej znajdowała się miednica; miednica potrzaskana przed laty, na kamiennej łodzi, fragmenty kości połączone ponownie. Ciemniejszy materiał, zastosowany podczas operacji chirurgicznej, był dobrze widoczny. Ponad żebrami znajdował się obojczyk, też złamany i zaleczony, pamiątka po wypadku podczas konnej jazdy.

Wygarbowaną skórą wyłożono siedzenie; drobny, zwykły guzik umieszczono w pępku; a w jednym rogu tylko aluzja — smużka jakichś ciemnych, lekko rudawych włosów.

Pomiędzy tutaj a tam znajdowały się schody, Livueta, adiutant, gabinet adiutanta; teraz stał znowu przy swym biurku pogrążony w myślach.

Poczuł krew w ustach, spojrzał na prawą dłoń. Pamiętał, chyba uderzył Livuetę, gdy wbiegał na schody. To okropne zrobić coś takiego własnej siostrze.

Rozejrzał się przez chwilę zdezorientowany. Wszystko wydawało się zamazane.

Chcąc przetrzeć oczy, podniósł dłoń i zobaczył, że ma w niej pistolet.

Uniósł go do prawej skroni.

Uświadomił sobie, że robi dokładnie to, czego chciał Elethiomel.

Czy są jednak jakieś szansę przeciw takiemu potworowi? Przecież człowiek nie może znieść więcej niż może.

Uśmiechnął się do drzwi (ktoś w nie walił, wykrzykując słowo, które mogło być jego nazwiskiem; teraz tego nie pamiętał). Takie głupie.

„Postąpić jak należy”. „Wybrać jedyną drogę wyjścia”. „Wycofać się z honorem”. Co za kupa bzdur! To po prostu rozpacz, po prostu chęć zaśmiania się jako ostatni, otwarcie w kościach czaszki dodatkowych ust, by stawić czoło światu bezpośrednio. Tu i natychmiast.

A Elethiomel! Co za wspaniałe kwalifikacje, co za zdolności! Jakież obezwładniające przeciwników okrucieństwo, takie wykorzystanie broni, gdy już wszystko może stać się bronią…

Ręka mu drżała. Widział, że drzwi zaczynają ustępować: ktoś walił w nie bardzo mocno. Przypuszczał, że on sam zamknął je na klucz, w pokoju nie było nikogo więcej. Uświadomił sobie, że powinien wybrać większy pistolet — ten może nie spełnić zadania.

Usta miał bardzo suche.

Przycisnął lufę do skroni i pociągnął za spust.

Oblężone siły wokół „Staberinde” wyrwały się w ciągu następnej godziny, podczas gdy chirurdzy ciągle walczyli o jego życie.

To była niezła bitwa i prawie ją wygrali.

Czternaście

— Zakalwe…

— Nie.

Ciągle ta sama odmowa. Stali w parku na skraju dużej, starannie przystrzyżonej murawy, pod grupą kilku wysokich, ogłowionych drzew. Ciepła bryza szumiąca w zaroślach przynosiła zapach oceanu z posmakiem kwiatów. Rozwiewająca się poranna mgiełka nadal zasłaniała oba słońca. Sma rozdrażniona pokręciła głową i oddaliła się nieco.

Stał oparty o drzewo. Trzymał się za serce i ciężko dyszał. W pobliżu wisiał Skaffen-Amtiskaw, który go obserwował, choć równocześnie bawił się owadem na pniu pobliskiego drzewa.

Drona uważał, że ten człowiek zwariował, postępował dziwacznie.

Nigdy do końca nie wyjaśnił, dlaczego dał się poranić w szturmie na cytadelę. Gdy Sma z droną znaleźli go podziurawionego kulami, półżywego i majaczącego i zabrali z zewnętrznego muru, uparł się, by ustabilizowali jego stan — tylko tyle. Nie chciał, by go wyleczyli. Nie słuchał głosu rozsądku, a jednak statek „Ksenofob” — gdy już wszyscy wsiedli na pokład — odmówił uznania tego człowieka za szaleńca niezdolnego do podejmowania decyzji. Posłusznie ułożyli go więc do spowalniającego metabolizm snu podczas piętnastodniowej podróży na planetę, gdzie żyła kobieta o nazwisku Livueta Zakalwe.

Opuszczał zimny sen równie chory jak wtedy, gdy do niego wchodził. Ten człowiek był istną packą, wewnątrz miał nadal dwie kule, jednak odmawiał przyjęcia pomocy, dopóki nie zobaczy tej kobiety. To dziwaczne, myślał Skaffen-Amtiskaw i wyciągniętym polem zagrodził drogę małemu owadowi, który spadł i wdrapywał się po pniu. Owad zmienił kierunek, machając czułkami. Wyżej na pniu siedział insekt innego gatunku i Skaffen-Amtiskaw próbował zmusić ich do spotkania, by zobaczyć, co z tego wyniknie.

To dziwactwo, a nawet perwersja.

— Dobrze. — Zwrócił się do drony. Kaszlnął (jedno płuco, Skaffen-Amtiskaw wiedział o tym, wypełniała krew). — Chodźmy. — Odepchnął się od drzewa.

Skaffen-Amtiskaw z żalem porzucił zabawę z dwoma insektami.

Drona czuł się dziwnie na tej planecie, znanej, lecz jeszcze nie zbadanej przez Służbę Kontaktu, odkrytej raczej dzięki analizie teoretycznej niż fizycznej eksploracji; na samej planecie nie rzucała się w oczy szczególna egzotyka, przeprowadzono dość pobieżne rozpoznanie, ale ściśle biorąc była to nadal terra incognita i Skaffen-Amtiskaw znajdował się w stanie podwyższonej czujności, na wypadek gdyby to miejsce kryło jakieś brzydkie niespodzianki.

Sma podeszła do łysego człowieka i podtrzymała go, obejmując w pasie. Razem poszli po niewielkim trawiastym zboczu ku grzbietowi niskiego wzgórza. Skaffen-Amtiskaw, osłonięty szczytami drzew, obserwował idących, a gdy dotarli na łagodny wierzchołek, zanurkował ku nim.

Mężczyzna zatoczył się, zobaczywszy, co znajduje się w dali, z drugiej strony wzniesienia. Bez podtrzymującej go Smy upadłby na trawę.

— Cholera! — wydyszał i próbował się wyprostować, mrugając w ukośnej wiązce słonecznego światła, która nagle przebiła się przez znikające mgiełki.

Pokuśtykał jeszcze parę kroków, odsunął Smę, po czym obrócił się i przez chwilę chłonął oczyma park: poprzycinane drzewa, wypielęgnowane trawniki, ozdobne mury, delikatne pergole, obudowane kamieniem stawki i cieniste ścieżki przez spokojne zagajniki, a w dali, osadzoną wśród starych drzew, poszarpaną czarną sylwetkę „Staberinde”.

— Zrobili z tego pieprzony park… — Kołysał się lekko, zgięty w talii, wpatrzony w potrzaskany stary okręt.

Sma stanęła obok rannego, który zdawał się nieco obsuwać, więc znowu podtrzymała go ramieniem. Skrzywił się z bólu. Schodzili ku ścieżce wiodącej do statku. Drona unosił się w górze, nieco z tyłu.

— Czemu chciałeś to zobaczyć, Cheradenine? — spytała cicho Sma, gdy szli po chrzęszczącym żwirze.

— Hmmm? — spytał, na sekundę odrywając oczy od statku.

— Czemu chciałeś tu przyjść, Cheradenine? Nie ma jej tu.

— Wiem — wydyszał. — Wiem o tym.

— Więc dlaczego chcesz obejrzeć ten wrak?

Milczał, jakby nie usłyszał pytania, a potem wziął głęboki oddech — wzdrygał się przy tym z bólu — i potrząsnął błyszczącą od potu głową.

— Och, to tylko… ze względu na dawne czasy… — Przeszli następny zagajnik. Gdy wyszli z zarośli i zobaczyli statek dokładniej, znowu potrząsnął głową. — Po prostu nie sądziłem… że mu to zrobią — rzekł.

— Co zrobią? — spytała Sma.

— To. — Wzrokiem wskazał poczerniały kadłub.

— Co takiego zrobili, Cheradenine? — pytała cierpliwie Sma.

— Zrobili z niego… — kaszlnął, ciało napięło mu się od bólu — zrobili… ozdóbkę. Zachowali go.

— Co takiego, statek?

Spojrzał na nią, jakby była szalona.

— Tak. Tak, statek.

Skaffen-Amtiskaw doszedł do wniosku, że to prawdopodobnie kadłub okrętu wojennego zacementowany w doku. Skontaktował się z „Ksenofobem”, który właśnie wykonywał szczegółową mapę planety.

— Halo, statek. Wrak okrętu w parku; Zakalwe wydaje się tym bardzo zainteresowany. Ciekaw jestem dlaczego. Mógłbyś zrobić jakiś wywiad?

— Momencik. Mam jeszcze do opracowania jeden kontynent, głębokie dna oceanów i warstwę tuż pod powierzchnią.

— Oceany mogą poczekać. W tej chwili ta druga sprawa jest interesująca.

— Cierpliwości, Skaffen-Amtiskaw.

Co za pedant, pomyślał drona, wyłączając się. Patrzył, jak dwoje ludzi idzie krętymi ścieżkami obok koszy na śmiecie, ławek, stołów piknikowych i punktów informacyjnych. Uruchomił informator. Wolna i skrzypiąca taśma zaczęła: „Statek, który widzicie przed sobą…” To zajmie wieki, pomyślał Skaffen-Amtiskaw. Zastosował swój efektor, by przyśpieszyć maszynę, podkręcając głos do wysokiego trelu. Taśma się zerwała. Skaffen-Amtiskaw wymierzył maszynie efektorowy ekwiwalent zirytowanego klapsa i zostawił ją — dymiła i kapała stopionym plastikiem. W tym czasie dwoje ludzi weszło w cień pancernika.

Statku nie wyremontowano. Był zbombardowany, ostrzelany z ziemi i z powietrza, porozrywany pociskami, lecz nie całkiem unicestwiony. Miejsca, gdzie nie sięgały ręce, gdzie nie docierały deszcze, nadal pokrywała autentyczna sadza sprzed dwustu lat. Wieżyczki dział leżały rozkrojone jak blaszane puszki. Lufy i celowniki jeżyły się ukośnie na wszystkich poziomach pokładu; stelaże i wywrócone anteny leżały bezładnie na porozbijanych reflektorach i pogiętych czaszach radaru; jedyny wielki komin, przechylony i osiadły, był podziurawiony i poobijany.

Przykryte daszkiem schodki wiodły na główny pokład statku. Poszli za dwójką małych dzieci. Skaffen-Amtiskaw szybował prawie niewidoczny, dziesięć metrów z tyłu i wznosił się z nimi powoli. Dziewczynka krzyknęła, gdy ujrzała za sobą kulejącego łysego mężczyznę z rozwartymi szeroko oczyma. Matka wzięła ją na ręce i odeszła.

Na pokładzie musiał zatrzymać się i odpocząć. Sma doprowadziła go do ławki. Siedział przez chwilę zgięty wpół, rozglądał się po poczerniałym, zardzewiałym wraku. Potrząsnął ogoloną głową, powiedział coś cicho do siebie, roześmiał się bezgłośnie i trzymając się za pierś, zakasłał.

— Muzeum — rzekł. — Jakieś muzeum.

Sma położyła dłoń na jego wilgotnym czole. Pomyślała, że wygląda strasznie i bez włosów nie jest mu do twarzy. Proste ciemne ubranie, w którym go znaleźli na murze cytadeli, było porwane i sztywne od zaschniętej krwi. Uprano je i zreperowano na „Ksenofobie”, lecz wydawało się nie na miejscu tutaj, gdzie wszyscy nosili jaskrawą odzież. Nawet spódnica-spodnie i żakiet Smy wyglądały posępnie w porównaniu z wesołymi barwnymi sukienkami i bluzami tutejszych mieszkańców.

— Czy właśnie to cię prześladowało, Cheradenine? — spytała.

Skinął głową.

— Tak — wydyszał, spoglądając w górę na ostatnie macki mgiełki, które falowały jak gazowe proporce na przechylonym głównym maszcie. — Tak — powtórzył.

Sma rozejrzała się po parku i skierowała wzrok ku miastu, nieco z boku.

— Czy właśnie stąd pochodzisz?

Zdawał się nie słyszeć. Po chwili wstał powoli i spojrzał w oczy Smy. Zadrżała i próbowała przypomnieć sobie jego wiek.

— Chodźmy Da… Diziet. — Uśmiechnął się bezbarwnie. — Proszę, zaprowadź mnie do niej.

— Drono? — powiedziała do sprzączki na klapie.

— No?

— Czy nasza dama jest nadal tam, gdzie była?

— W rzeczy samej — odpowiedział głos drony. — Chcesz polecieć modułem?

— Nie — rzekł. Potknął się na schodach i Sma go pochwyciła. — Pojedźmy… pociągiem, taksówką albo…

— Jesteś pewien? — spytała Sma.

— Tak. Pewien.

— Zakalwe — westchnęła Sma. — Proszę cię, poddaj się drobnej kuracji.

— Nie — odpowiedział, gdy zeszli na dół.

— Na prawo i jeszcze raz na prawo mamy stację kolei podziemnej — informował drona Smę. — Dworzec Centralny Alight; z peronu ósmego odjeżdżają pociągi do Couraz.

— Dobrze — zgodziła się niechętnie Sma, zerkając na rannego. Patrzył w dół na żwirowaną ścieżkę, jakby skoncentrowany na problemie, którą stopę postawić najpierw. Gdy przechodzili pod wysokim wygiętym dziobem okrętu, rzucił głową, i spojrzał w górę z podziwem? niewiarą? trwogą? — tego Sma nie potrafiła określić, patrząc na jego spoconą twarz.

Podziemna kolej przerzuciła ich betonowymi tunelami do centrum miasta. Na dworcu, wysokim i czystym, rozbrzmiewało echo gwaru czynionego przez tłum pasażerów. Słońce iskrzyło się na szklanej kopule dachu. Skaffen-Amtiskaw przybrał postać walizki i lekko leżał w lewej dłoni Smy. Ranny stanowił dla prawej ręki brzemię o wiele większe.

Na peron wjechał pociąg na poduszce magnetycznej. Wsiedli do niego z kilkoma innymi podróżnymi.

— Dotrwasz, Cheradenine? — zapytała Sma.

Osunął się na siedzenie i położył ramiona na stoliku w taki sposób, że robiły wrażenie połamanych lub sparaliżowanych. Patrzył tępo na ławki, nie zwracał uwagi na przemykający za oknem miejski krajobraz; pociąg przyśpieszał po wiadukcie ku przedmieściom.

— Jakoś przeżyję. — Skinął głową.

— Owszem, ale jak długo? — powiedział drona leżący na stole przed Smą. — Jesteś w strasznej formie, Zakalwe.

— To lepsze niż forma walizki — odparł, zerkając na maszynę.

— Och, zrywam boki ze śmiechu — ripostowała maszyna. …”Czy skończyłeś już swe szkice?” — spytała „Ksenofoba”.

…”Nie”.

…”Nie możesz poświęcić choćby odrobinki swego rzekomo zawrotnie szybkiego Umysłu, by dowiedzieć się, dlaczego on był tak zainteresowany tamtym statkiem?”

…”Och, przypuszczam, że tak, ale…”

…”Chwileczkę; o czym rozmawiają? Posłuchaj…”

— …dowiesz się, jak przypuszczam. To przeszłość, tak jak mówiłem. — Wyglądał oknem, lecz zwracał się do Smy. Wielkie miasto sunęło obok, jaskrawe w promieniach słońca. Oczy miał otwarte, źrenice rozszerzone i Sma odniosła wrażenie, że on patrzy na jedno miasto, ale widzi inne — to samo, ale dawno temu, w jakimś spolaryzowanym przez czas świetle, dostrzegalnym jedynie dla jego rozgorączkowanych, pełnych niepokoju oczu.

— Czy stąd właśnie pochodzisz?

— Bardzo dawno temu… — Zakaszlał, zgiął się wpół, trzymając rękę przy boku. Zrobił głęboki, powolny wdech. — Urodziłem się tutaj.

Drona słuchał. Statek słuchał. Sma słuchała.

A on opowiadał im historię o wielkim domu, który leżał w połowie drogi między górami a morzem, w górę rzeki od wielkiego miasta. Powiedział im o posiadłości otaczającej dom, o pięknych ogrodach i o trójce, a później czwórce dzieci, które wychowały się w domu i bawiły w ogrodzie. Opowiedział im o letnich domkach, kamiennej łodzi, labiryncie, fontannach, murawach, ruinach i leśnych zwierzętach.

O dwu chłopcach i dwu dziewczętach, o dwóch matkach, o surowym ojcu i o nieobecnym ojcu, uwięzionym w stolicy. Opowiedział im o wyprawach do miasta, które według dzieci zawsze trwały za długo, i o tym, jak nie pozwalano im już chodzić do ogrodu bez zbrojnej eskorty, i o tym, jak pewnego dnia ukradli karabin i chcieli sobie z niego postrzelać na terenie posiadłości, ale dotarli tylko do kamiennej łodzi i zaskoczyli szwadron zabójców, zamierzających wymordować całą rodzinę, i jak dzieci zmieniły występek w cnotę, alarmując dom. Opowiedział im o kuli, która trafiła Darckense, i odłamku kości, który przebił mu pierś nad sercem.

W gardle mu zaschło, skrzeczał. Sma zobaczyła stewarda pchającego wózek na koniec wagonu. Kupiła parę bezalkoholowych napojów; jej towarzysz łyknął duży haust, ale rozkaszlał się z bólu, a potem już tylko powoli sączył swój napój.

— I rozpoczęła się wojna. — Patrzył na przesuwające się za oknami ostatnie przedmieścia, lecz ich nie widział. Przyśpieszyli i tereny wiejskie stały się zieloną plamą. — I dwóch chłopców, którzy stali się mężczyznami… znalazło się po różnych stronach.

…”Fascynujące — przesłał statek Skaffen-Amtiskawowi. — Zrobię szybki wywiad”.

…”Czas najwyższy” — odparł drona, słuchając jednocześnie opowieści człowieka.

A ten mówił o wojnie, o oblężeniu, w którym dużą rolę odegrał „Staberinde”, ale oblężone oddziały wyrwały się… opowiedział im o mężczyźnie — chłopcu, wcześniej bawiącym się w ogrodzie — który pewnej przerażającej nocy kazał zrobić pewien przedmiot, przez co nadano mu przydomek Krzesłorób, i o tym, jak rodzeństwo Darckense odkryło, co zrobił Elethiomel, i jak brat targnął się na swoje życie, z egoistycznej rozpaczy porzucając swój generalski stan, opuszczając armię i własną siostrę.

Opowiedział im także o Livuecie, która nigdy mu nie wybaczyła i — choć wówczas o tym nie wiedział — innym zimnym statkiem wyruszyła za nim w stuletnią podróż przez trudną do pokonania powolność rzeczywistej przestrzeni, do miejsca gdzie góry lodowe krążąc wokół kontynentalnego bieguna, wiecznie się rozpadały, zderzały i kurczyły…

Ale wtedy go zgubiła, ślad ostygł, a ona tam została, szukając przez lata, bo nie mogła wiedzieć, że stamtąd wyjechał i rozpoczął zupełnie nowe życie, zabrany przez wysoką damę, która jakby w pełni lata szła przez zadymkę, a mały statek kosmiczny niczym wierne zwierzątko podążał za jej plecami.

I tak Livueta Zakalwe zrezygnowała, udała się w następną długą podróż, by uciec od brzemienia wspomnień, i dotarła tam — (statek zapytał dronę o to miejsce; Skaffen-Amtiskaw podał nazwę planety i systemu oddalonego o kilka dziesięcioleci) — gdzie w końcu ją znaleźli po tym, jak wykonał dla nich ostatnią pracę.

Skaffen-Amtiskaw przypomniał sobie. Siwowłosa kobieta, we wczesnych latach podeszłego wieku; pracowała w klinice w slumsach, w mizernych fawelach, ciągnących się jak śmiecie w błotach i między lesistymi wzgórzami ponad tropikalnym miastem, zerkającym na fale rozległego oceanu przez pobłyskujące laguny i złociste ławice piasku. Chuda, z podkrążonymi oczyma, z wygłodzonym krągłobrzuchym malcem na każdym biodrze. Tak ją zobaczyli po raz pierwszy. Stała w zatłoczonym pokoju, lamentujące dzieci ciągnęły ją za ubranie.

Drona potrafił ocenić całą gamę ogólnoludzkich wyrazów twarzy; pomyślał, że wyraz twarzy Livuety Zakalwe, gdy zobaczyła wtedy Zakalwego, był czymś niespotykanym. Takie zaskoczenie i taka nienawiść!

— Cheradenine… — rzekła czule Sma. Gładziła go po karku, gdy zwiesił głowę niżej nad stołem. Obrócił się i patrzył na przemykającą niczym morze złota prerię.

Podniósł dłoń i przesunął ją zwolna nad czołem i po ogolonej czaszce, jakby znajdowały się tam długie włosy.

Couraz był kiedyś wszystkim: lodem i ogniem, lądem i morzem.

Szeroki niegdyś półwysep był krainą skał i lodowców, później, gdy świat i kontynenty się przesunęły, a klimat uległ zmianie, stał się krainą lasów. Potem przerodził się w pustynię, lecz wtedy spotkało go doświadczenie, którego sama planeta nie mogła mu dostarczyć. W półwysep trafiła asteroida wielkości góry, jak kula uderzająca ciało.

Wbiła się w granitowe serce krainy, dzwoniąc planetą jak dzwonem.

Po raz pierwszy dwa oceany się połączyły; pył gigantycznego wybuchu zasłonił słońce, spowodował małą epokę lodową, zlikwidował tysiące gatunków. Przodkowie gatunku, który później zawładnął planetą, wykorzystali ten kataklizm jako swą pierwszą okazję.

Po tysiącach lat aktywności planety krater stał się kopułą. W wielkiej skali czasu i przestrzeni nawet te na pozór sztywne warstwy płyną i wyginają się i skały wychynęły z powrotem, rozdzielając znowu oceany, jak spóźniony o eony guz powstały na skórze świata.

Sma znalazła w kieszeni fotela broszurę informacyjną. Podniosła na chwilę wzrok na siedzącego obok mężczyznę. Zasnął. Twarz miał wycieńczoną, szarą i starą. Nie pamiętała, żeby go kiedyś widziała w takim stanie. Do cholery, wyglądał zdrowiej, gdy obcięto mu łeb.

— Zakalwe — wyszeptała — co się z tobą dzieje?

— Pragnienie śmierci — rzekł cicho drona. — Z powikłaniami ekstrawertycznymi.

Sma pokręciła głową i powróciła do lektury. Ranny spał niespokojnie, a drona monitorował jego stan.

Czytając o Couraz, Sma przypomniała sobie nagle wielką fortecę, skąd tamtego słonecznego dnia zabrał ją moduł „Ksenofoba”; to wydarzenie wydawało się teraz równie odległe w czasie, jak było w przestrzeni. Westchnęła, podniosła wzrok znad fotografii satelitarnej półwyspu, pomyślała o budynku pod tamą i zatęskniła za domem.

Couraz był już ufortyfikowanym miasteczkiem, więzieniem, fortecą, wielkim miastem, celem. Teraz — może słusznie, pomyślała Sma, patrząc na rannego, drżącego mężczyznę — wielka skalna kopuła podtrzymywała spore miasto, tworzone głównie przez największy na tym świecie szpital.

Pociąg wpadł w tunel wydrążony w litej skale.

Przeszli przez stację, wsiedli do windy i wjechali na jeden z poziomów recepcyjnych szpitala. Usiedli na kanapie wśród roślin doniczkowych, otoczeni łagodną muzyką, a drona, leżąc u ich stóp na podłodze, łupił z informacji najbliższą stację roboczą.

— Mam ją — ogłosił ze spokojem. — Idź do recepcjonistki i podaj jej nazwisko; zamówiłem dla ciebie przepustkę. Nie wymaga się potwierdzenia tożsamości.

— Chodź, Zakalwe. — Sma wzięła swoją przepustkę i pomogła mu wstać. Zatoczył się. — Cheradenine, pozwól mi przy…

— Po prostu mnie do niej zaprowadźcie.

— Niech ja najpierw z nią pomówię — zaproponowała Sma.

— Nie. Zaprowadźcie mnie do niej. Natychmiast — zażądał.

Sala szpitalna, znajdująca się jeszcze kilka poziomów wyżej, była skąpana w słońcu. Światło wpadało przez czyste, wysokie okna. Na zewnątrz, po białym niebie pędziły gnane wiatrem obłoki, a daleko za pstrymi polami i lasami, niczym niebieska mgiełka, rozciągał się ocean.

W szerokiej, podzielonej na sekcje sali leżeli spokojnie staruszkowie.

Sma pomogła rannemu dojść do odległego końca pomieszczenia, gdzie, jak powiedział drona, powinna znajdować się Livueta. Weszli do krótkiego, szerokiego korytarza. Livueta wyszła z bocznego pokoju. Zatrzymała się na ich widok.

Livueta Zakalwe wyglądała starzej: siwowłosa, o skórze miękkiej i pomarszczonej wiekiem. Oczy błyszczały jej nadal. Wyprostowała się nieco. Niosła tacę pełną pudełeczek i fiolek.

Spojrzała na mężczyznę, na kobietę, na małą bladą walizeczkę, która była droną.

Sma patrzyła w bok.

— Zakalwe! — syknęła. Podciągnęła go do postawy bardziej wyprostowanej.

Miał zamknięte oczy. Zamrugał i zerknął niepewnie na stojącą przed nimi kobietę. Początkowo zdawał się jej nie rozpoznawać, ale później powoli zaczynał rozumieć.

— Liwy? — Mrugał szybko, patrzył na nią zmrużonymi oczyma. — Liwy?

— Dzień dobry, pani Zakalwe — powiedziała Sma, kiedy kobieta nie odpowiadała.

Livueta Zakalwe odwróciła pogardliwe spojrzenie od rannego, opartego na ramieniu Smy. Potrząsnęła głową i przez chwilkę Sma myślała, że staruszka ma zamiar powiedzieć, że nie, nie jest Livuetą.

— Dlaczego ciągle to robicie? — spytała cicho Livueta Zakalwe.

Głos nadal ma młody, pomyślał drona akurat w momencie, gdy „Ksenofob” przekazał mu pewną fascynującą informację, którą wydobył z archiwów historycznych.

(— Naprawdę? — przesłał drona. — Nie żyje?)

— Dlaczego to robicie? — zapytała. — Dlaczego to robicie… jemu; mnie… dlaczego? Czy nie możecie zostawić nas wszystkich w spokoju?

Sma wzruszyła ramionami, trochę niezręcznie.

— Liwy… — powiedział ranny.

— Przepraszam, pani Zakalwe — rzekła Sma. — Prosił o to; obiecaliśmy mu.

— Liwy, proszę, porozmawiaj ze mną, pozwól mi wyjaś…

— Nie powinniście tego robić — powiedziała Livueta do Smy. Potem odwróciła się ku rannemu, który z głupim uśmiechem pocierał dłonią swą ogoloną czaszkę. — Wygląda na chorego — rzekła bezbarwnie.

— Jest chory — stwierdziła Sma.

— Dajcie go tutaj.

Livueta Zakalwe otworzyła następne drzwi: pokój z łóżkiem. Skaffen-Amtiskaw rozmyślał nad właśnie otrzymaną od statku informacją i zastanawiał się, co tu się dzieje. Teraz miał czas, by nieco się zdziwić, że kobieta tym razem przyjmuje to tak spokojnie. Ostatnim razem próbowała zabić faceta i musiał szybko interweniować.

— Nie chcę leżeć — zaprotestował, kiedy zobaczył łóżko.

— Więc usiądź, Cheradenine — zaproponowała Sma.

Livueta Zakalwe potrząsnęła głową, wymamrotała coś, czego nawet drona nie mógł zrozumieć. Postawiła tacę z lekarstwami na stole i gdy ranny siadał na łóżku, stała w kącie pokoju ze skrzyżowanymi rękoma.

— Zostawię was samych — powiedziała Sma. — Będziemy tu, za drzwiami.

Wystarczająco blisko, żebym słyszał, pomyślał drona, i bym mógł ją powstrzymać, jeśli spróbuje znów cię zamordować, gdyby się na to zdecydowała.

— Nie. — Kobieta pokręciła głową, patrząc dziwnie bez emocji na rannego. — Nie. Niech pani nie odchodzi. Nie ma nic…

— Ale ja chcę, żeby wyszli — rzekł i kaszlnął, zgiął się wpół i omal nie upadł na podłogę. Sma podeszła, by mu pomóc, i wciągnęła go trochę dalej na łóżko.

— Czego nie możesz mówić przy nich? — spytała Livueta Zakalwe. — Czego nie wiedzą?

— Po prostu chcę… porozmawiać na osobności. Proszę cię, Liwy. — Podniósł na nią wzrok. — Proszę…

— Nie mam ci nic do powiedzenia. I ty również nie możesz mi nic powiedzieć.

Drona usłyszał kogoś w korytarzu na zewnątrz. Rozległo się pukanie, Livueta otwarła drzwi. Młoda pielęgniarka, która nazywała Livuetę siostrą, powiadomiła ją, że nadszedł czas, by przygotować jednego z pacjentów.

Livueta Zakalwe spojrzała na zegarek.

— Muszę iść — oznajmiła.

— Liwy! Liwy, proszę! — Pochylił się na łóżku, łokcie trzymał ciasno przy bokach, obie dłonie miał wyciągnięte, z zagiętymi palcami, dłońmi do góry. — Proszę! — W oczach miał łzy.

— To bezcelowe. — Stara kobieta potrząsnęła głową. — A ty jesteś głupcem. — Spojrzała na Smę. — Nie przyprowadzajcie mi go więcej.

— Liwy!

Skulony opadł na łóżko; drżał. Drona wyczuł gorąco w ogolonej głowie, widział naczynia krwionośne pulsujące na szyi i dłoniach.

— Cheradenine, wszystko w porządku — rzekła Sma. Podeszła do łóżka, przyklęknęła i położyła mu ręce na ramionach.

Rozległ się trzask, gdy Livueta Zakalwe uderzyła dłonią w blat stołu obok łóżka. Ranny łkał i trząsł się. Drona wyczuwał dziwne wzory fal mózgowych. Sma podniosła wzrok na kobietę.

— Niech go pani tak nie nazywa — powiedziała Livueta Zakalwe.

— Jak mam go nie nazywać? — zdziwiła się Sma.

Sma jest czasami dość tępa, pomyślał drona.

— Niech go pani nie nazywa Cheradenine.

— Czemu?

— To nie jest jego imię.

— Nie jego? — Sma wyglądała na zaintrygowaną. Drona kontrolował czynności mózgowe rannego oraz przepływ krwi i pomyślał, że nadciągają kłopoty.

— Nie, nie jego.

— Ale… — zaczęła Sma. Nagle potrząsnęła głową. — To pani brat. To Cheradenine Zakalwe.

— Nie, pani Smo — odrzekła Livueta Zakalwe, biorąc tacę z lekarstwami i otwierając jedną ręką drzwi. — To nie on.

— Tętniak! — oznajmił szybko drona i przemknął przez powietrze obok Smy do łóżka, gdzie ranny trząsł się spazmatycznie. Przeskanował go staranniej. Znalazł spory przeciek z naczynia krwionośnego do mózgu.

Obrócił chorego, zastosował efektor, by odebrać mu świadomość.

Wewnątrz mózgu krew nadal bryzgała przez rozdarcie, zalewała korę.

— Przepraszam za tę niedogodność, moje panie — rzekł Skaffen-Amtiskaw. Wypuścił pole tnące i przeciął ogoloną czaszkę. Zastosował inny aspekt swych pól siłowych, by pobudzić zanikającą respirację — klatka piersiowa poruszyła się, a efektor drony łagodnie skłaniał do pracy mięśnie otwierające płuca. Teraz drona zdjął wierzch czaszki; krótki, małej mocy impuls CREW, wypuszczony innym komponentem pola, przyżegł uszkodzone naczynia krwionośne. Trzymał czaszkę przechyloną na bok. Widać już było krew napływającą przez pofałdowany, szary teren mózgu. Serce stanęło. Drona efektorem zmuszał je do pracy.

Obie kobiety stały zafascynowane i przerażone działaniami maszyny.

A ona odkrywała warstwy mózgu swymi własnymi zmysłami. Kora, układ limbiczny, wzgórze wzrokowe — móżdżek. Drona sunął przez linie obrony i pancerze człowieka, przez jego przejazdy i drogi, przez magazyny i krainy jego wspomnień, szukał, odwzorowywał, rejestrował i przyżegał.

— Co pani chce powiedzieć? — spytała Sma starą kobietę, która już zamierzała wyjść z pokoju. — Co to znaczy „nie”? Co ma pani na myśli, mówiąc, że to nie pani brat?

— Chcę powiedzieć, że to nie jest Cheradenine Zakalwe — westchnęła Livueta, obserwując, jak drona dziwacznie operuje człowieka.

…Ona była… Ona była… Ona była…

Sma mimowolnie się skrzywiła.

— Co takiego? W takim razie…

…Cofnij się; natychmiast się cofnij. Co miałem zrobić? Cofnij się. Chodzi o to, żeby zwyciężyć. Cofnij się! Wszystko trzeba nagiąć do tej prawdy.

— Cheradenine Zakalwe, mój brat, zmarł prawie dwieście lat temu — oznajmiła Livueta Zakalwe. — Umarł niedługo potem, jak przekazano mu kości naszej siostry, z których zrobiono krzesło.

Drona wyssał krew z mózgu człowieka, przesuwając puste w środku pole włóknowe przez rozdartą tkankę, zbierając czerwony płyn w małą przezroczystą bańkę. Drugim polem włóknowym zaszył rozdarcie. Wyssał więcej krwi, by zmniejszyć jej ciśnienie, użył efektora, by zmienić nastawy właściwych gruczołów, tak by jeszcze przez pewien czas utrzymać niskie ciśnienie. Wysunął wąską polową rurkę do małej umywalki pod oknem i wyrzucił zbędną krew do rury kanalizacyjnej. Potem na chwilę odkręcił kran. Krew spłynęła, gulgocząc.

— Mężczyzna, którego znacie jako Cheradenine Zakalwe…

…Stawić temu czoło przez stawienie czoła, zawsze tylko to robiłem; Staberinde, Zakalwe; nazwiska ranią, ale w jakiż inny sposób mogłem…

— Jest człowiekiem, który zabrał imię memu bratu, tak jak zabrał życie mego brata, a także życie mojej siostry…

— Ale ona…

— Był dowódcą „Staberinde”. To Krzesłorób. To Elethiomel.

Livueta Zakalwe wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Sma z papierową twarzą spojrzała na mężczyznę leżącego na łóżku… a Skaffen-Amtiskaw z całym oddaniem walczył o sukces.

Загрузка...