ROZDZIAŁ 1 PIPO

Ponieważ nie pogodziliśmy się jeszcze w pełni z ideą, że mieszkańcy sąsiedniej wioski są takimi samymi ludźmi jak my, byłoby w najwyższym stopniu naiwnym przypuszczenie, iż potrafimy kiedyś spojrzeć na społeczne, używające narzędzi istoty i zobaczyć nie bestie, ale braci, pielgrzymujących wspólną drogą do kaplicy inteligencji. A jednak to właśnie widzę, czy też pragnę zobaczyć. Różnica pomiędzy „ramen” i „varelse” tkwi nie w stworzeniu poddanym osądowi, ale w tym, które ten osąd wydaje. Kiedy stwierdzamy, że obcy gatunek jest „ramen”, nie oznacza to, że przekroczył on próg dojrzałości. Oznacza, że to my go przekroczyliśmy.

Demostenes, list do Framlingów


Korzeniak był równocześnie najbardziej kłopotliwym i najbardziej pomocnym z pequeninos. Zawsze na miejscu, gdy Pipo odwiedzał polanę, starał się jak mógł, by odpowiedzieć na pytania, których prawo zabraniało Pipowi zadawać. Pipo uzależnił się od niego — chyba za bardzo — a jednak, choć Korzeniak błaznował i bawił się niczym nieodpowiedzialny młodzik, którym zresztą był, cały czas obserwował, sondował, sprawdzał. Pipo stale musiał uważać na zastawiane przez niego pułapki.

Przed chwilą jeszcze Korzeniak wspinał się na drzewo. Ściskał pień jedynie rogowatymi zgrubieniami na kostkach i wewnętrznych stronach ud. W rękach trzymał dwa patyki — zwane Ojcowskimi Kijami — którymi cały czas bębnił o drzewo w porywającym, zmiennym rytmie. Hałas wywabił z drewnianej chaty Mandachuvę. Krzyknął coś do Korzeniaka w Mowie Mężczyzn, a potem po portugalsku:

— P'ra baixo, bicho!

Kilku prosiaczków w pobliżu głośno potarło jednym udem o drugie, wyrażając w ten sposób podziw dla obcojęzycznej gry słów. Szelest aplauzu ucieszył Mandachuvę, który podskoczył wysoko.

Tymczasem Korzeniak odchylił się do tyłu, jakby miał spaść. Potem odepchnął się rękami, wykręcił w powietrzu salto i wylądował na obie nogi, podskakując kilka razy. Nawet się nie potknął.

— Jesteś więc teraz akrobatą — ocenił Pipo. Korzeniak podszedł kołysząc się na boki. W ten sposób próbował naśladować ludzi, choć zdecydowanie bardziej przypominało to parodię, ponieważ jego płaski, zwrócony ku górze ryjek robił zdecydowanie świniowate wrażenie. Nic dziwnego, że mieszkańcy z innych światów nazywali ich „prosiaczkami”. Nazwa ta padła w pierwszych raportach, jeszcze w '86 roku, a w 1925, gdy powstała lusitańska kolonia, zdążyła się już zakorzenić. Ksenolodzy ze wszystkich Stu Światów pisali o nich jako o „Lusitańskich aborygenach”, choć Pipo doskonale wiedział, że w grę wchodziła jedynie kwestia rangi zawodu. Poza naukowymi artykułami, ksenolodzy także mówili: prosiaczki. Pipo nazywał ich pequeninos, a oni nie protestowali, gdyż teraz sami określali siebie jako „Mały Lud”. Mimo wszystko, mimo „rangi zawodu”, nie dało się zaprzeczyć, że w chwilach takich jak ta, Korzeniak bardzo przypominał świnię chodzącą na tylnych nogach.

— Akrobata — powtórzył Korzeniak, wypróbowując nowe słowo. — Co ja takiego zrobiłem? Macie nazwę dla ludzi, którzy to robią? Są więc ludzie, dla których to jest praca?

Pipo westchnął bezgłośnie, nie zmieniając przy tym przyklejonego do twarzy uśmiechu. W obawie przed skażeniem kultury prosiaczków, prawo surowo zakazywało udzielania informacji o społeczeństwie ludzi. Korzeniak jednak prowadził bezustanną grę, starając się wycisnąć do ostatniej kropli wszelkie implikacje wszystkich wypowiedzi Pipa.

Tym razem Pipo mógł wyłącznie do siebie mieć pretensje o niemądrą uwagę, która niepotrzebnie uchyliła okno na świat ludzi. Czasami czuł się wśród pequeninos tak dobrze, że zaczynał mówić swobodnie. Ciągle ryzykuję. Nie nadaję się do tej gry, w której trzeba zdobywać informacje, nie dając nic w zamian. Libo, mój małomówny syn, jest w tym lepszy, chociaż jest moim uczniem dopiero… jak dawno skończył trzynaście?… od czterech miesięcy.

— Też bym chciał mieć takie zgrubienia na nogach — stwierdził Pipo. — Pień tego drzewa rozdarłby mi skórę na strzępy.

— Zawstydziłoby to nas wszystkich — Korzeniak przyjął wyczekującą postawę, która według Pipa oznaczała lekkie podenerwowanie, a może też milczące ostrzeżenie dla innych pequeninos, by byli ostrożni. Mogła też być sygnałem najwyższego przerażenia, choć nigdy jeszcze nie widział pequenino odczuwającego przerażenie. Na wszelki wypadek odezwał się pospiesznie, by go uspokoić:

— Nie przejmuj się. Jestem za stary i za słaby, żeby się wspinać na drzewa. Zostawiam to takim młodzikom jak ty. Udało się. Ciało Korzeniaka znowu się poruszyło.

— Lubię wchodzić na drzewa. Widzę wtedy wszystko — Korzeniak przykucnął przed Pipem i pochylił się. — Czy przyprowadzisz tu zwierzę, które biegnie po trawie nie dotykając gruntu? Nie wierzą, że je widziałem.

Kolejna pułapka. I co, Pipo, ksenologu, czy zdecydujesz się poniżyć przedstawiciela społeczności, którą badasz? Czy raczej będziesz się trzymał sztywnych praw, jakie ustanowił Gwiezdny Kongres, by rządziły tym spotkaniem? Historia nie znała zbyt wielu precedensów. Jedynymi inteligentnymi obcymi, jakich napotkała ludzkość, były robale, trzy tysiące lat temu, a w rezultacie spotkania wszystkie robale zginęły. Tym razem Gwiezdny Kongres zdecydował, że jeśli ludzkość popełni błąd, to raczej z przeciwnym skutkiem. Minimum informacji, minimum kontaktu. Korzeniak zauważył wahanie Pipa, jego niepewne milczenie.

— Nigdy nam nic nie mówicie — stwierdził. — Obserwujecie nas i badacie, ale nie wpuszczacie za ogrodzenie, żebyśmy także mogli was obserwować i badać.

Pipo odpowiedział tak uczciwie, jak tylko mógł w sytuacji, gdy ostrożność była ważniejsza od uczciwości.

— Jeśli dowiadujecie się tak mało, a my tak dużo, to czemu znasz stark i portugalski, a ja wciąż się uczę waszej mowy?

— Jesteśmy mądrzejsi. Korzeniak odwrócił się na pośladkach tak, że siedział teraz plecami do Pipa.

— Wracaj za swoje ogrodzenie — powiedział.

Pipo wstał natychmiast. W pobliżu Libo przyglądał się trójce pequeninos, próbując dociec, w jaki sposób splatają suche pnącza merdony na pokrycie dachu. Spojrzał na ojca i natychmiast stanął przy nim, gotów by odejść. Oddalili się bez słowa. Pequeninos tak dobrze opanowali język, że ludzie nigdy nie omawiali tego, czego się dowiedzieli, póki nie znaleźli się wewnątrz ogrodzenia.

Pół godziny zajęła droga do domu. Rozpadało się, kiedy przechodzili przez bramę i szli obok wzgórza do Stacji Zenadora. Zenadora? Pipo zastanawiał się nad tym, patrząc na zawieszoną nad drzwiami tabliczkę, na której słowo KSENOLOG wypisano w starku. To właśnie ja, myślał. Przynajmniej dla obcych. Ale portugalski tytuł ZENADOR jest tak prosty do wymówienia, że na Lusitanii mało kto używa nazwy „ksenolog”, nawet gdy mówi w starku. Tak zmienia się mowa. Gdyby nie ansibl, gwarantujący Natychmiastową komunikację wśród Stu Światów, nie udałoby się chyba zachować wspólnego języka. Podróże międzygwiezdne są zbyt rzadkie i powolne. W przeciągu stulecia stark rozpadłby się na dziesięć tysięcy dialektów. Ciekawie byłoby sprawdzić na komputerze projekcję zmian lingwistycznych na Lusitanii w przypadku, gdyby dopuścić do rozkładu starku i absorpcji portugalskiego…

— Tato — odezwał się Libo.

Dopiero wtedy Pipo zauważył, że zatrzymał się dziesięć metrów od stacji. Styczne. Większa część mojej umysłowej aktywności przebiega po stycznych, na zewnątrz obszaru moich badań. Zapewne dlatego, że w obszarze moich badań narzucone przepisy uniemożliwiają poznanie i zrozumienie czegokolwiek. Nauka ksenologii w większym stopniu opiera się na tajemnicach, niż nauka Kościoła.

Dotknięcie dłoni wystarczyło, by otworzyć zamek. Wchodząc za próg Pipo wiedział, jak spędzą resztę wieczoru. Zanim przygotują raport z dzisiejszego spotkania, muszą spędzić kilka godzin nad terminalami komputera. Wtedy przeczytają nawzajem swoje notatki, a jeśli będą zadowoleni, Pipo napisze krótkie streszczenie i pozwoli komputerom zająć się resztą, uzupełnić informacje i przekazać je natychmiast do ksenologów pozostałych Stu Światów. Ponad tysiąc uczonych studiuje jedyną obcą rasę, jaką poznaliśmy. I poza tymi drobiazgami, jakie wykrywają satelity, moi koledzy dysponują jedynie informacjami, które posyłam im ja i Libo. To z pewnością minimalna interwencja.

Gdy jednak Pipo znalazł się w stacji, od razu spostrzegł, że dzisiejszego wieczoru nie wypełni wytężona, spokojna praca. Wewnątrz czekała Dona Crista, ubrana w swój klasztorny habit. Czyżby któreś z dzieci miało kłopoty w szkole?

— Nie, nie — odezwała się Dona Crista. — Twoje dzieci radzą sobie doskonale, z wyjątkiem tego, które jest moim zdaniem za małe, by opuszczać szkołę i pracować tutaj, nawet jako uczeń. Libo milczał. Mądra decyzja, uznał Pipo. Dona Crista była inteligentną i ujmującą, może nawet piękną młodą kobietą. Jednak przede wszystkim i nade wszystko była mniszką zakonu Filhos da Mente de Cristo, Dzieci Umysłu Chrystusa, i nie jej uroda budziła podziw, gdy gniewała się na ignorancję i głupotę. Zdumiewało to wielu całkiem rozsądnych ludzi, których ignorancja topniała nieco w ogniu jej pogardy. Milczenie, Libo, to polityka, która przyniesie ci korzyści.

— Nie przyszłam tu w sprawie twoich dzieci — wyjaśniła Dona Crista. — Chodzi o Novinhę. Dona Crista nie musiała wymieniać nazwiska — wszyscy znali Novinhę. Straszliwa Descolada minęła ledwie osiem lat temu. Zdawało się, że zaraza zniszczy kolonię, zanim ta zacznie w ogóle funkcjonować. Rodzice Novinhy, para ksenobiologów, Gusto i Cida, wynaleźli szczepionkę. Tragiczna ironia losu sprawiła, że odkryli przyczynę choroby i lekarstwo na nią zbyt późno, by uratować samych siebie. Pochowano ich jako ostatnie ofiary Descolady. Pipo dokładnie pamiętał małą Novinhę, jak stała trzymając dłoń burmistrz Bosquinhy, gdy biskup Peregrino osobiście celebrował nabożeństwo żałobne. Nie, nie trzymała burmistrz za rękę. Obraz tamtego dnia pojawił się przed oczami, a wraz z nim wspomnienie tego, co wtedy odczuwał. Jak ona to zapamięta? — pytał wtedy sam siebie. To przecież pogrzeb jej rodziców; z całej rodziny tylko ona pozostała żywa. A mimo to widzi wokół radość mieszkańców kolonii. Czy potrafi w tym wieku zrozumieć, że ta radość jest największym hołdem dla jej matki i ojca? Walczyli i zwyciężyli, zdobyli dla nas zbawienie w tych odartych z nadziei dniach poprzedzających śmierć; zebraliśmy się tutaj, by podziękować za wspaniały dar, jaki nam ofiarowali. Ale dla ciebie, Novinho, twoi rodzice umarli, tak samo jak przedtem bracia. Pięćset ofiar, ponad sto mszy żałobnych w ostatnich sześciu miesiącach, a wszystkie odprawiane w atmosferze lęku, żalu i rozpaczy. I teraz, po śmierci twoich rodziców, ten lęk, żal i rozpacz są dla ciebie równie wielkie — nikt jednak nie dzieli z tobą bólu. Ulga i radość goszczą w naszych myślach.

Obserwując ją, próbując pojąć jej uczucia, Pipo na nowo rozbudził w sobie żal po śmierci swej siedmioletniej Marii, zmiecionej wichrem zagłady, który pokrył jej skórę rakowatymi naroślami i gwałtownie rosnącą grzybnią. Ciało puchło lub gniło, schodząc ze stóp i głowy, i odsłaniając kości, podczas gdy nowa kończyna, nie ręka ani noga, wyrastała z biodra. Jej słodkie, piękne ciałko ginęło na ich oczach, umysł zaś pozostawał bezlitośnie przytomny, zdolny do rozumienia tego, co się dzieje. Pod koniec błagała Boga, by zesłał jej śmierć. Pipo wspominał to wszystko, a potem mszę za jej duszę, wspólną dla niej i pięciu innych ofiar. Gdy siedział wtedy, stał, klęczał obok swej żony i ocalałych dzieci, wyczuwał doskonałą jedność wszystkich zebranych w katedrze. Wiedział, że jego cierpienie jest ich cierpieniem, że strata najstarszej córki połączyła go ze społecznością nierozerwalnymi więzami żalu. To przynosiło ulgę, w tym znajdywał uspokojenie. Powszechna żałoba koiła jego ból.

Mała Novinha nie miała tego pocieszenia. Jej ból był — jeśli to możliwe — jeszcze gorszy niż Pipa. Pipo przynajmniej nie został zupełnie pozbawiony rodziny i był dorosłym mężczyzną, nie dzieckiem przerażonym nagłą utratą fundamentów swego istnienia. Rozpacz nie wiązała jej ze społecznością, a raczej oddzielała. Tego dnia wszyscy się cieszyli — prócz niej. Wszyscy wychwalali jej rodziców — ona jedna za nimi tęskniła; wolałaby pewnie, by nie wynajdywali lekarstwa dla innych, byle sami pozostali żywi.

Izolacja dziewczynki była tak wyraźna, że Pipo dostrzegał jej objawy nawet ze swego dalekiego miejsca. Novinha szybko zabrała rękę z dłoni burmistrz. Łzy jej obeschły, nim msza dobiegła końca. Siedziała milcząca, jak więzień odmawiający swym strażnikom współpracy. Pipo czuł, że pęka mu serce. Wiedział jednak, że choćby się starał, nie potrafi ukryć swego zadowolenia z końca Descolady, radości, że żadne z pozostałych dzieci nie zostało mu odebrane. Zauważy to natychmiast; próba pocieszenia zamieni się w drwinę i odepchnie ją jeszcze bardziej.

Po nabożeństwie szła pełna goryczy wśród tłumów ludzi pełnych dobrej woli, którzy z nieświadomym okrucieństwem powtarzali, że jej rodzice z pewnością byli świętymi, że siedzą po prawicy Boga. Cóż to za pocieszenie dla dziecka?

— Nigdy nam nie wybaczy dzisiejszego dnia — szepnął Pipo do żony.

— Wybaczy? — Conceićao nie należała do kobiet, które natychmiast podchwytują tor myśli męża. — Przecież to nie my zabiliśmy jej rodziców…

— Ale wszyscy dziś świętujemy, prawda? Tego nam nie wybaczy.

— Bzdura. Zresztą, i tak nie rozumie. Jest za mała.

Rozumie, pomyślał Pipo. Czy Maria nie rozumiała wielu spraw, gdy była nawet młodsza od Novinhy?

Mijały lata — w tym roku już osiem — i widywał ją czasem. Była w wieku jego syna, Liba, a to oznaczało, że razem chodzili na lekcje. Słuchał jej wystąpień i referatów, które wygłaszały często wszystkie dzieci. Cechowała ją pewna elegancja myśli, precyzja analizy, która silnie do niego przemawiała. Jednocześnie dziewczynka robiła wrażenie całkowicie chłodnej, obojętnej wobec wszystkich. Chłopak Pipa, Libo, był nieśmiały, a przecież miał kilku przyjaciół i zdobył sympatię nauczycieli. Novinha nie miała przyjaciół, nie miała nikogo, czyjego spojrzenia szukałaby wzrokiem w chwili tryumfu. Nie było nauczyciela, który by ją szczerze lubił, ponieważ nie reagowała, nie okazywała wzajemności.

— Jest emocjonalnie sparaliżowana — powiedziała kiedyś Dona Crista, gdy Pipo o nią spytał. — Nie można sięgnąć do jej wnętrza. Twierdzi, że jest absolutnie szczęśliwa i nie widzi potrzeby zmian.

A teraz Dona Crista przyszła do Stacji Zenadora, by porozmawiać z Pipem. Dlaczego właśnie do niego? Potrafił wymyślić tylko jeden powód, by dyrektorka szkoły zjawiła się tutaj w sprawie pewnej osieroconej dziewczynki.

— Czy mam wierzyć, że przez te wszystkie lata, kiedy Novinha uczyła się w szkole, tylko ja o nią pytałem?

— Nie tylko — odparła. — Wielu ludzi interesowało się nią kilka lat temu, gdy Papież beatyfikował jej rodziców. Wszyscy pytali, czy córka Gusta i Cidy, Os Venerados, zauważyła kiedyś jakieś cudowne zdarzenia związane z jej rodzicami, dostrzeżone przez tak wiele osób.

— Naprawdę ją o to pytali?

— Krążyły różne plotki i biskup Peregrino musiał zbadać sprawę — Dona Crista zaciskała wargi mówiąc o młodym przywódcy duchowym kolonii. Ale wiadomo było, że stosunki między hierarchią a zakonem Filhos da Mente de Cristo nigdy nie były dobre. — Udzieliła bardzo pouczającej odpowiedzi.

— Wyobrażam sobie.

— Powiedziała, mniej więcej, że gdyby rodzice istotnie słuchali modłów i mieli w niebie jakiekolwiek możliwości ich spełnienia, to czemu nie odpowiedzieli na jej prośby i nie wstali z grobu? To byłby pożyteczny cud, oświadczyła. I były już precedensy. Jeżeli Os Venerados posiadają moc sprawiania cudów, musi to oznaczać, że nie kochają jej na tyle, by odpowiedzieć na modły. Woli więc wierzyć, że rodzice nadal ją kochają i po prostu nie mają możliwości działania.

— Urodzona sofistka — mruknął Pipo.

— Sofistka i ekspert od poczucia winy. Powiedziała biskupowi, że jeśli Papież uznał rodziców za błogosławionych, to tak, jakby Kościół oświadczył, że jej nienawidzili. Petycja o kanonizację jest dowodem, że Łuskania nią pogardza; jeśli zaś zostanie wysłuchana, to sam Kościół okaże się nikczemny. Biskup Peregrino był wściekły.

— Zauważyłem, że mimo to wysłał petycję.

— Dla dobra społeczności. Poza tym, cuda zdarzały się przecież naprawdę.

— Ktoś dotyka grobowca i ból głowy przechodzi, więc krzyczy „Milagre! Os santos me abencoaram!” — Cud! Święci mnie pobłogosławili!

— Wiesz dobrze, że Rzym wymaga lepiej udokumentowanych cudów. Ale to nieistotne. Papież łaskawie zezwolił, byśmy nazwali nasze miasteczko „Milagre”. Wyobrażam sobie, że za każdym razem, gdy Novinha słyszy tę nazwę, rozpala się goręcej w swym sekretnym gniewie.

— Albo staje się zimniejsza. Nie wiadomo, jaką temperaturę mają takie uczucia.

— W każdym razie, Pipo, nie jesteś jedynym, który o nią pytał, ale jedynym, który pytał ze względu na nią samą, nie z powodu jej Świątobliwych i Błogosławionych rodziców. To smutne, że poza Filhos, prowadzącymi szkoły na Lusitanii, nie zainteresował się dziewczynką nikt prócz Pipa, który przez te wszystkie lata poświęcił jej tylko okruchy swej uwagi.

— Ma jednego przyjaciela — wtrącił nagle Libo.

Pipo zapomniał o obecności syna — Libo był tak cichy, że nie było to trudne. Dona Crista także sprawiała wrażenie zaskoczonej.

— Libo — oświadczyła. — Byliśmy niedyskretni, rozmawiając w ten sposób o twojej szkolnej koleżance.

— Jestem asystentem Zenadora — przypomniał jej Libo. Miało to znaczyć, że nie chodzi już do szkoły.

— Kto jest tym przyjacielem? — spytał Pipo.

— Marcao.

— Marcos Ribeira — wyjaśniła Dona Crista. — Wysoki chłopak…

— Ach, tak. Ten, który jest zbudowany jak cabra.

— To prawda, jest silny — przyznała. — Ale nie zauważyłam między nimi żadnych oznak przyjaźni.

— Kiedyś oskarżono o coś Marcao, a ona to widziała i wstawiła się za nim.

— Twoja interpretacja, Libo, jest dość dowolna. Należałoby raczej powiedzieć, że oskarżyła chłopców, którzy naprawdę to zrobili i próbowali zrzucić winę na niego.

— Marcao pojmuje to inaczej — stwierdził Libo. — Widziałem parę razy, jak na nią patrzył. Nie jest to wiele, ale przynajmniej ktoś ją lubi.

— A czy ty ją lubisz? — spytał Pipo.

Libo zamilkł na chwilę, Pipo wiedział, co to oznacza: Bada sam siebie w poszukiwaniu odpowiedzi. Nie takiej, która zadowoli dorosłych, ani takiej, która ich zirytuje — dzieci w jego wieku uwielbiały tego typu drobne oszustwa. Chłopiec jednak oceniał własne uczucia, szukając prawdy.

— Wydaje mi się — powiedział w końcu — że dawała do zrozumienia, że nie chce być lubiana. Jakby była gościem, który lada dzień ma wrócić do domu. Dona Crista pokiwała głową.

— Otóż to. Takie właśnie sprawia wrażenie. Ale teraz, Libo, dla zachowania dyskrecji musimy cię prosić, żebyś wyszedł, gdy będziemy…

Zniknął, zanim skończyła zdanie. Skinął głową i uśmiechnął się, jakby mówił: Tak, rozumiem. Pewny krok bardziej wymownie świadczył o jego dyskrecji, niż ewentualne zapewnienia i prośba, by mógł zostać. Potrafił sprawić, by porównując się z nim dorośli mieli niewyraźne poczucie własnej niedojrzałości.

— Pipo — rzekła dyrektorka. — Ona złożyła prośbę o przedterminowy egzamin na ksenobiologa. Chce zająć miejsce swych rodziców. Pipo uniósł brwi.

— Twierdzi, że studiowała tę dziedzinę jeszcze jako dziecko. Jest gotowa podjąć pracę natychmiast, bez stażu.

— Ma trzynaście lat, prawda?

— Istnieją precedensy. Wielu ludzi przystępowało do takich egzaminów równie wcześnie. Raz zdał je nawet ktoś jeszcze młodszy. Zdarzyło się to dwa tysiące lat temu, ale to dozwolone. Naturalnie, biskup Peregrino jest przeciwny, ale burmistrz Bosquinha, niech Bóg błogosławi jej praktyczną duszę, twierdzi, że Łuskania bardzo potrzebuje ksenobiologa. Trzeba się zająć stworzeniem nowych szczepów roślinnych, żebyśmy wreszcie mieli bardziej urozmaicone pożywienie i lepsze plony z lusitańskiej gleby. Cytując jej słowa: „Może być nawet niemowlakiem, byle była ksenobiologiem”.

— I chcesz, żebym przeprowadził ten egzamin?

— Gdybyś był tak uprzejmy…

— Z przyjemnością.

— Powiedziałam im, że się zgodzisz.

— Muszę wyznać, że mam pewne ukryte motywy.

— Doprawdy?

— Powinienem zrobić dla niej więcej, niż zrobiłem. Chcę się przekonać, czy nie jest za późno, by zacząć. Dona Crista roześmiała się.

— Pipo, cieszę się, że postanowiłeś spróbować. Ale wierz mi, drogi przyjacielu, że dotknięcie jej serca jest jak kąpiel w lodzie.

— Domyślam się. Wyobrażam sobie, że to jak lód dla tego, kto jej dotyka. Ale co ona wtedy czuje? Jest tak zimna, że dotknięcie musi ją parzyć jak ogień.

— Cóż za poetyka — rzekła Dona Crista. W jej głosie nie było ironii. Mówiła poważnie. — Czy prosiaczki rozumieją, że wysłaliśmy im jako ambasadora najlepszego z nas?

— Próbuję ich przekonać, ale są raczej sceptyczni.

— myślę ci ją jutro. I ostrzegam — chce zdać ten egzamin na zimno. Nie zgodzi się na żadne pytania spoza dziedziny.

— Bardziej mnie martwi, co się stanie potem — uśmiechnął się Pipo. — Jeśli nie zda, będzie miała nowe problemy. Jeśli zda, wtedy ja zacznę je mieć.

— Dlaczego?

— Libo zacznie mnie męczyć, żebym pozwolił mu przedterminowo zdać egzamin na Zenadora. A kiedy mu się uda, będę mógł wrócić do domu, zwinąć się w kłębek i umrzeć.

— Jesteś zwariowanym romantykiem, Pipo. Jeśli w Milagre jest ktoś zdolny do uznania swego trzynastoletniego syna za kolegę, to tylko ty.

Kiedy odeszła, Pipo i Libo pracowali razem, jak zwykle. Pipo porównywał wyniki Liba, jego sposób myślenia, domysły i podejście z tym, co prezentowali studenci, których znał na uniwersytecie, zanim przyłączył się do Kolonii Lusitanii. Chłopiec był mały, musiał opanować jeszcze sporo wiedzy i teorii, ale był już prawdziwym uczonym w metodyce i humanistą w sercu. Nim skończyli i pod wielkim, oślepiająco jasnym księżycem ruszyli razem w stronę domu, Pipo uznał, że syn zasługuje, by traktować go jak kolegę. Nieważne, czy przystąpi do egzaminu, czy nie. Testy i tak nie potrafią zmierzyć tego, co naprawdę się liczy.

I nieważne, jak zareaguje Novinha, ale Pipo zamierzał się przekonać, czy posiada ona te niewymierne cechy naukowca. Jeśli nie, postara się, by nie zdawała egzaminu, choćby zapamiętała nie wiedzieć ile faktów.

Pipo nie zamierzał jej niczego ułatwiać. Novinha wiedziała, jak zachowują się dorośli, gdy planują się jej przeciwstawić, ale nie chciała się kłócić, czy nawet być złośliwa. Oczywiście, oczywiście, możesz przystąpić do testów. Ale nie ma powodów do pośpiechu. Odczekajmy chwilę, upewnijmy się, że zdasz za pierwszym podejściem. Novinha nie chciała czekać. Novinha była gotowa.

— Przeskoczę przez wszystkie poprzeczki, obojętnie, jak wysoko je ustawisz — oświadczyła. Jego twarz zesztywniała. Jak zawsze ich twarze. Wszystko w porządku, ten chłód jej nie przeszkadza, sama może zamrozić ich na śmierć.

— Nie chcę, żebyś skakała przez poprzeczki — powiedział.

— Proszę tylko, żebyś zestawił je razem. Żebym mogła załatwić to szybko. Nie chcę czekać całymi dniami. Zamyślił się.

— Tak bardzo ci się spieszy?

— Jestem gotowa. Gwiezdny Kodeks zezwala mi przystąpić do testu. To sprawa między mną. a Gwiezdnym Kongresem. Nigdzie nie jest napisane, że to ksenolog ma podejmować decyzje, zamiast Międzyplanetarnej Komisji Egzaminacyjnej.

— Nie przeczytałaś dokładnie.

— Żeby zdawać, zanim skończę szesnaście lat, potrzebuję jedynie zgody mojego prawnego opiekuna. Nie mam prawnego opiekuna.

— Wręcz przeciwnie — stwierdził Pipo. — Od dnia śmierci rodziców twoim opiekunem jest burmistrz Bosquinha.

— I zgodziła się na ten egzamin.

— Pod warunkiem, że najpierw porozmawiasz ze mną.

Novinha dostrzegła, że przygląda się jej w skupieniu. Nie znała Pipa; pomyślała więc, że jego spojrzenie oznacza to, co spotkała już u tak wielu ludzi: pragnienie dominacji, zawładnięcia nią, chęć przełamania determinacji i niezależności, zmuszenia jej do poddania. W jednej chwili jej chłód zmienił się w płomień.

— Co możesz wiedzieć o ksenobiologii? Chodzisz tylko i rozmawiasz z prosiaczkami! Nie domyślasz się nawet, jak funkcjonują geny! Kim jesteś, że chcesz mnie osądzić? Lusitania potrzebuje ksenobiologa, nie mieli go już od ośmiu lat! A ty chcesz, żeby czekali jeszcze dłużej tylko dlatego, żebyś się poczuł ważny!

Ku jej zdumieniu, nie zdenerwował się, nie próbował bronić, nie rozgniewał. Jakby w ogóle się nie odzywała.

— Rozumiem — stwierdził cicho. — To miłość dla mieszkańców Lusitanii pchnęła cię do ksenobiologii. Widząc, jak bardzo tego potrzebują, drogą wielu poświęceń przygotowałaś się do wczesnego wejścia w życie oddane altruistycznej służbie społeczeństwu. W jego ustach brzmiało to absurdalnie. I wcale nie opisywało jej uczuć.

— Czy to nie wystarczające powody?

— Gdyby były prawdziwe, wystarczyłyby aż nadto.

— Zarzucasz mi kłamstwo?

— Twoje własne słowa cię oskarżają. Mówiłaś, jak bardzo oni, mieszkańcy Lusitanii, cię potrzebują. A przecież żyjesz wśród nas. Żyjesz tu od dnia swych urodzin. Gotowa się dla nas poświęcić. I mimo to nie czujesz się członkiem tej społeczności.

Nie był jak inni dorośli. Ci zawsze wierzyli w kłamstwa, jeśli tylko sprawiały, że wydawała się dzieckiem, jakim chcieli ją widzieć.

— Dlaczego mam się czuć członkiem społeczności? Nie należę do niej. Ze smutkiem pokiwał głową, jakby zastanawiając się nad jej odpowiedzią.

— A do jakiej społeczności należysz?

— Jest jeszcze tylko jedna: społeczność prosiaczków. Z pewnością nie spotkałeś mnie wśród tych czcicieli drzew.

— Na Lusitanii istnieje wiele społeczności. Na przykład studentów.

— Nie dla mnie.

— Wiem. Nie masz przyjaciół ani bliskich koleżanek, uczęszczasz na msze, ale nie chodzisz do spowiedzi. Trzymasz się od nas z daleka. O ile to możliwe, nie stykasz się wcale z życiem tej kolonii, nie stykasz się z życiem ludzkiej rasy. Istniejesz w całkowitej izolacji. Novinha nie była na to przygotowana. Pipo nazwał właśnie najbardziej ukryte cierpienie jej życia, a ona nie zaplanowała strategii obrony.

— Jeśli nawet, to nie z mojej winy.

— Wiem. I wiem także, kiedy to się zaczęło i czyja to wina, że trwa po dziś dzień.

— Moja?

— Moja. I wszystkich pozostałych. Ale przede wszystkim moja, ponieważ widziałem, co się z tobą dzieje i nie zrobiłem nic, by to zmienić. Aż do dzisiaj.

— I właśnie dzisiaj chcesz mi odebrać jedyną rzecz, jaka ma dla mnie znaczenie! Dziękuję za takie współczucie.

Raz jeszcze kiwnął głową, jakby przyjmował i dziękował jej za te ironiczne wyrazy wdzięczności.

— W pewnym sensie, Novinho, nie ma znaczenia, że to nie twoja wina. Ponieważ miasto Milagre istotnie jest społecznością i czy traktowało cię gorzej czy lepiej, musi działać tak, jak wszystkie społeczności, by zapewnić możliwie najwięcej szczęścia wszystkim swoim członkom.

— To znaczy wszystkim na Lusitanii, oprócz mnie… i prosiaczków.

— Ksenobiolog jest bardzo potrzebny w każdej kolonii, a zwłaszcza takiej jak ta, otoczonej murem, który na zawsze ogranicza jej rozrost. Nasz ksenobiolog musi znaleźć sposób, by zbierać więcej białka i węglowodanów z hektara. To oznacza genetyczne zmiany w ziemskiej kukurydzy i ziemniakach, by potrafiły…

— By potrafiły w maksymalnym stopniu wykorzystać składniki odżywcze istniejące w lusitańskim środowisku. Nie sądzisz chyba, że chcę przystąpić do egzaminu nie wiedząc, na czym ma polegać praca mojego życia.

— Ma polegać na poprawianiu życia ludziom, którymi gardzisz. Novinha dostrzegła pułapkę, którą dla niej zastawił. Było jednak za późno; potrzask zamknął się.

— Uważasz, że ksenobiolog nie może wykonywać swej pracy, jeśli nie kocha ludzi, korzystających z jej wytworów?

— Nie obchodzi mnie, czy nas kochasz. Muszę wiedzieć, czego chcesz naprawdę. Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy.

— To proste. Moi rodzice zginęli przy takiej pracy i chcę zająć ich miejsce.

— Może — mruknął Pipo. — A może nie. Ale chcę wiedzieć, Novinho, muszę wiedzieć, zanim wyrażę zgodę na egzamin, do jakiej należysz społeczności.

— Sam przecież powiedziałeś! Do żadnej!

— Niemożliwe. Każdego z nas określają społeczności, do jakich należy i do jakich nie należy. Jestem tym, tym i tym, ale na pewno nie tamtym, tamtym ani tamtym. Twoje określenia są wyłącznie negatywne. Mógłbym spisać nieskończoną listę osób, którymi nie jesteś. Jednak ktoś, kto nie poczuwa się do przynależności do żadnej grupy społecznej, zawsze w końcu popełnia samobójstwo. Albo zabijając ciało, albo rezygnując z osobowości i wpadając w obłęd.

— To właśnie ja. Szalona do szpiku kości.

— Wcale nie szalona. Raczej popychana przerażającą świadomością celu życia. Jeśli przystąpisz do testów, zdasz je. Ale zanim ci na to pozwolę, muszę wiedzieć: czym się staniesz, gdy zdasz? W co wierzysz, czego jesteś częścią, na czym ci zależy, co kochasz?

— Nikogo na tym ani na żadnym ze światów.

— Nie wierzę ci.

— Nigdy nie spotkałam dobrego mężczyzny ani kobiety, oprócz moich rodziców, a oni nie żyją! Zresztą, nawet oni… nikt niczego nie pojmuje.

— To znaczy: ciebie.

— Jestem częścią wszystkiego, prawda? Ale nikt nie rozumie nikogo, nawet ty, chociaż udajesz, że jesteś taki mądry i pełen współczucia. A naprawdę zmuszasz mnie tylko do płaczu, ponieważ jesteś w stanie uniemożliwić mi to, co chcę robić…

— I to nie jest ksenobiologia.

— Właśnie, że jest! Przynajmniej częściowo.

— A reszta?

— To, kim ty jesteś. I co robisz. Ale robisz to źle, robisz głupio…

— A więc ksenobiolog i ksenolog.

— Popełnili idiotyczną pomyłkę stwarzając nową dziedzinę nauki, by studiować prosiaczków. To była zwykła banda starych antropologów, którzy tylko zmienili kapelusze i nazwali się ksenologami. Ale przecież nie możesz zrozumieć prosiaczków obserwując tylko, jak się zachowują! Są rezultatem zupełnie innej ewolucji. Trzeba poznać ich geny, to, co się dzieje we wnętrzu ich komórek. I komórek innych zwierząt, bo przecież nie można ograniczać badań! Nikt nie żyje w izolacji…

Nie rób mi wykładu, pomyślał Pipo. Powiedz raczej, co czujesz. I, by ją sprowokować, zmusić do okazania emocji, szepnął:

— Oprócz ciebie. Udało się. Chłodna, pogardliwa poza zniknęła. Novinha była teraz podniecona i pełna zapału.

— Nigdy ich nie zrozumiesz! A ja tak!

— Dlaczego tak się nimi przejmujesz? Czym są dla ciebie prosiaczki?

— Nigdy nie zdołasz pojąć. Jesteś przecież dobrym katolikiem — ostatnie słowo wypowiedziała z głęboką pogardą. — To książka, która jest na indeksie. Nagłe zrozumienie rozjaśniło twarz Pipa.

— Królowa Kopca i Hegemon.

— Trzy tysiące lat temu żył ten, który nazwał siebie Mówcą Umarłych. I rozumiał robali. Zniszczyliśmy ich, jedyną obcą rasę, jaką spotkaliśmy, zabiliśmy ich wszystkich, ale on rozumiał.

— I chcesz napisać historię prosiaczków tak jak pierwszy Mówca napisał historię robali?

— Mówisz, jakby było to tak proste, jak naukowy artykuł. Nie wiesz, jak trudno było stworzyć Królową Kopca i Hegemona. Jak cierpiał, gdy… gdy musiał sobie wyobrazić siebie we wnętrzu obcego umysłu… i wyszedł stamtąd przepełniony miłością dla tego wspaniałego stworzenia, które zabiliśmy. Żył w tym samym okresie, co najgorsza z ludzkich istot w całej historii, Ender Ksenobójca, który zniszczył robali… i zrobił, co tylko mógł, by odkupić zbrodnię Endera, ożywić martwych…

— Ale nie mógł.

— Przecież ich ożywił! Dzięki niemu żyją znowu. Wiedziałbyś o tym, gdybyś przeczytał tę książkę. Nie wiem, co potrafił Jezus. Słucham biskupa Peregrino i nie sądzę, żeby kapłani mieli moc zmieniania opłatków w ciało albo odpuszczenia choćby miligrama grzechu. Ale Mówca Umarłych przywrócił życie Królowej Kopca.

— Więc gdzie ona jest?

— Tutaj! We mnie! Pokiwał głową.

— Jest w tobie jeszcze ktoś inny: Mówca Umarłych. To nim chciałabyś zostać.

— To jedyna prawdziwa historia, jaką znam — odparła. — Jedyna, która mnie obchodzi. Czy to właśnie chciałeś usłyszeć? Że jestem heretykiem? Że praca mojego życia ma dodać jeszcze jedną księgę do indeksu prawd, których dobremu katolikowi nie wolno czytać?

— Chciałem poznać — rzekł cichym głosem Pipo — imię tego, czym jesteś, zamiast imion wszystkiego, czym nie jesteś. Jesteś Królową Kopca. Jesteś Mówcą Umarłych. To niewielka społeczność, niewielka liczbą, lecz ogromna sercem. Postanowiłaś nie przyłączać się do tych dziecięcych grup, których jedynym celem istnienia jest izolacja osób do nich nie należących. I ludzie patrzą na ciebie i mówią: biedne dziecko, jest taka samotna. Ty jednak znasz tajemnicę, wiesz, kim jesteś naprawdę. Jesteś jedyną ludzką istotą, zdolną zrozumieć obcy umysł, ponieważ jesteś obcym umysłem; wiesz, co oznacza nie być człowiekiem, gdyż nie istniała nigdy grupa ludzi, która wystawiłaby ci świadectwo rzeczywistej przynależności do homo sapiens.

— Teraz twierdzisz, że nie jestem nawet człowiekiem? Przez ciebie płakałam jak dziecko, bo nie chciałeś mnie dopuścić do egzaminu, przez ciebie się poniżałam, a teraz mówisz, że nie jestem człowiekiem?

— Możesz przystąpić do testów. Jego słowa zawisły w powietrzu.

— Kiedy? — szepnęła.

— Dziś wieczór. Jutro. Kiedy tylko zechcesz. Przerwę pracę, żeby ci pomóc jak najszybciej je zakończyć.

— Dziękuję! Dziękuję! Ja…

— Stań się Mówcą Umarłych. Postaram się ci pomóc. Prawo zakazuje mi zabierać kogokolwiek prócz mojego ucznia, mojego syna Libo, na spotkania z pequeninos. Ale udostępnimy ci nasze notatki. Pokażemy wszystko, czego się dowiemy. Nasze domysły i teorie. W zamian ty także pokażesz nam wyniki swojej pracy, rezultaty badań wzorców genetycznych tego świata, które mogą nam pomóc zrozumieć pequeninos. A kiedy już dowiemy się wystarczająco dużo, razem, wtedy możesz napisać swoją książkę, zostać Mówcą. Ale nie Mówcą Umarłych. Pequeninos nie są martwi. Uśmiechnęła się mimowolnie.

— Mówcą Żyjących?

— Ja też czytałem Królową Kopca i Hegemona — wyznał. — Nie wyobrażam sobie lepszego miejsca, w którym mogłabyś odnaleźć swe imię. Jednak nie ufała mu jeszcze, nie chciała uwierzyć w pozorne obietnice.

— Będę tu często przychodzić. Przez cały czas.

— Zamykamy wszystko, kiedy wracamy do domu, do łóżek.

— Ale przez resztę dnia. Będziesz miał mnie dosyć. Powiesz, żebym się wynosiła. Będziesz miał przede mną tajemnice. Każesz siedzieć cicho i nie wspominać o moich pomysłach.

— Dopiero się zaprzyjaźniliśmy, a już uważasz mnie za kłamcę i oszusta, niecierpliwego ofermę?

— Tak będzie; zawsze tak jest. Wszyscy mają mnie dość… Pipo wzruszył ramionami.

— I co z tego? Zdarza się, że chcemy, by ktoś sobie poszedł. Może się zdarzyć, że zechcę, byś ty też sobie poszła. Ale mówię ci teraz, że nawet wtedy, nawet jeśli ci powiem, żebyś się wynosiła, nie musisz odchodzić. To była najbardziej szokująca, najwspanialsza rzecz, jaką w życiu słyszała.

— To wariactwo.

— Jedna sprawa. Obiecaj, że nigdy me spróbujesz wyjść do pequeninos. Ponieważ nie będę mógł ci na to pozwolić, a jeśli dokonasz tego mimo wszystko, Gwiezdny Kongres przerwie wszystkie nasze badania i zakaże wszelkich z nimi kontaktów. Obiecujesz? Inaczej wszystko: moja praca, twoja praca — wszystko pójdzie na marne.

— Obiecuję.

— Kiedy zaczniesz testy?

— Natychmiast! Czy mogę zacząć zaraz?

Roześmiał się cicho, po czym wyciągnął rękę i nie patrząc dotknął klawiatury. Ekran ożył nagle i pierwsze modele genetyczne pojawiły się w powietrzu nad terminalem.

— Przygotowałeś egzamin — stwierdziła. — Mogliśmy zaczynać w każdej chwili. Od samego początku wiedziałeś, że się zgodzisz. Pokręcił głową.

— Miałem nadzieję — wyjaśnił. — Wierzyłem w ciebie. Chciałem ci pomóc osiągnąć to, o czym marzysz. Jeśli to coś dobrego. Nie byłaby Novinhą, gdyby powstrzymała się od ostatniej jadowitej uwagi.

— Rozumiem — powiedziała. — Jesteś sędzią marzeń. Może Pipo nie wiedział, że to obraza. Uśmiechnął się tylko.

— Wiara, nadzieja i miłość, to wspaniała trójca — odparł. — Miłość jest z nich najpotężniejsza.

— Ale ty mnie nie kochasz — stwierdziła.

— Coś takiego… ja jestem sędzią marzeń, a ty sędzią miłości. W takim razie uznaję cię winną dobrych marzeń i skazuję na życie wypełnione pracą i cierpieniem dla ich realizacji. Mam tylko nadzieję, że nie uniewinnisz mnie kiedyś w sprawie o zbrodnię miłości do ciebie. Zamyślił się.

— W czasie Descolady straciłem córkę, Marię. Byłaby teraz o kilka lat starsza od ciebie.

— Przypominam ci ją?

— Miałem nadzieję, że będzie zupełnie do ciebie niepodobna. Zaczęła egzamin. Trwał trzy dni. Zdała z wynikiem lepszym niż wielu studentów uniwersytetu. W jej wspomnieniach jednak test przetrwał dlatego, że był początkiem kariery, końcem dzieciństwa, potwierdzeniem decyzji o celu życia. Miała go pamiętać, ponieważ wtedy rozpoczął się jej czas w Stacji Zenadora, gdzie Pipo, Libo i Novinha tworzyli społeczność, do której należała — pierwszą od dnia, gdy złożono do grobu rodziców.

Nie było to łatwe, zwłaszcza na początku. Novinha nie od razu odzwyczaiła się od prowokowania konfliktów. Pipo rozumiał to i był przygotowany, by uformować ją uderzeniami stów. Dla Liba sytuacja była trudniejsza. Traktował Stację Zenadora jako miejsce, gdzie mogli być z ojcem sami. Teraz, bez pytania go o zgodę, pojawił się ktoś trzeci, osoba zimna i oschła, traktująca go jak dziecko, choć w tym samym wieku. Czuł rozgoryczenie, gdyż miała pełny status ksenobiologa i wszelkie wynikające z tego uprawnienia, przysługujące dorosłym, gdy on wciąż był tylko uczniem.

Starał się znosić to cierpliwie. Był z natury spokojny i przychodziło mu to bez trudu. Rzadko reagował na zaczepki, Pipo jednak, znając swego syna, widział, że chłopiec płonie. Po pewnym czasie Novinha, mimo swej niewrażliwości, dostrzegła, że prowokuje Liba bardziej niż potrafiłby wytrzymać normalny młody człowiek. Zamiast jednak zmienić swe postępowanie, potraktowała sytuację jak wyzwanie. W jaki sposób może wymusić jakąś reakcję tego nienaturalnie cichego, delikatnego chłopca?

— Chcesz powiedzieć, że przez te wszystkie lata nie poznaliście nawet sposobu reprodukcji prosiaczków? — spytała pewnego dnia. — Skąd wiecie, że są samcami?

— Wyjaśniliśmy im, na czym polega różnica płci, kiedy uczyli się naszych języków — odparł spokojnie Libo. — Zdecydowali, by nazywać się mężczyznami. O innych, których nigdy nie widzieliśmy, mówili jako o kobietach.

— Ale z tego co wiecie, mogą się równie dobrze rozmnażać przez pączkowanie! Albo przez podział!

Mówiła tonem pełnym pogardy. Libo milczał przez chwilę. Pipo wyobrażał sobie, jak syn starannie układa w myślach odpowiedź, aż stanie się uprzejma i bezpieczna.

— Chciałbym, by nasza praca bardziej przypominała antropologię fizyczną — stwierdził. — Moglibyśmy wtedy lepiej wykorzystać twoje badania nad systemami wewnątrzkomórkowymi do tego, czego się dowiadujemy o pequeninos. Novinha wydawała się wstrząśnięta.

— To znaczy, że nie pobieracie nawet próbek tkanki?

Libo zarumienił się lekko. Tak pewnie by się zachowywał podczas przesłuchania przez Świętą Inkwizycję, pomyślał Pipo.

— To chyba rzeczywiście głupie — przyznał chłopiec. — Ale obawiamy się, że pequeninos zaczną pytać, po co zabieramy kawałki ich ciała. Gdyby potem któryś przypadkiem zachorował, to czy nie pomyślą, że to my sprowadziliśmy chorobę?

— Możecie przecież zabrać coś, co tracą w sposób naturalny. Ze zwykłego włosa można się wiele dowiedzieć.

Libo kiwnął głową; Pipo, obserwujący wszystko ze swego miejsca przy terminalu po przeciwnej stronie pokoju, rozpoznał ten gest — Libo nauczył się go od ojca.

— Prymitywne plemiona na Ziemi wierzą, że tego typu fragmenty ciała zawierają cząstkę ich siły życiowej. Prosiaczki też mogą uznać, że chcemy na nich rzucić urok.

— Przecież znacie ich język. Zdawało mi się, że kilku z nich opanowało stark — nie starała się ukryć lekceważenia. — Moglibyście wytłumaczyć, do czego potrzebujecie próbek.

— Masz rację — zgodził się spokojnie. — Ale wyjaśniając, moglibyśmy nieświadomie nauczyć ich pewnych pojęć biologicznych, tysiące lat przed naturalnym osiągnięciem tego etapu rozwoju. Dlatego właśnie prawo zabrania udzielania takich informacji. Novinha uznała się w końcu za pokonaną.

— Nie zdawałam sobie sprawy, jak mocno wiąże was doktryna minimalnej ingerencji. Pipo z zadowoleniem przyjął to przyznanie się do porażki. Dziewczynka jednak czuła się teraz upokorzona, a to było jeszcze gorsze. Żyła dotąd w takiej izolacji, że nawet jej wypowiedzi sprawiały wrażenie fragmentów oschle napisanego podręcznika. Pipo nie był pewien, czy już nie jest za późno, by nauczyła się zachowywać jak normalny człowiek. Nie było za późno. Gdy tylko zorientowała się, że obaj są znakomitymi specjalistami, zarzuciła swą agresywną postawę i przyjęła krańcowo przeciwną. Całymi tygodniami prawie się nie odzywała, studiując tylko ich raporty i próbując pojąć cel, jaki przyświecał ich działaniom. Od czasu do czasu zadawała pytania, na które odpowiadali grzecznie i wyczerpująco.

Zażyłość stopniowo zastąpiła grzeczność. Pipo i Libo zaczęli otwarcie dyskutować w jej obecności, głośno relacjonując swoje teorie o przyczynach występowania tych czy innych wzorców zachowań prosiaczków, znaczenia ich dziwnych czasem stwierdzeń i powodów irytującej niedostępności. A że nauka o prosiaczkach była stosunkowo młodą dziedziną wiedzy, Novinha wkrótce zgłębiła jej tajniki, choć tylko z drugiej ręki, i potrafiła sama wysuwać pewne hipotezy.

— W końcu, wszyscy jesteśmy ślepi — mówił Pipo, by ją zachęcić.

Pipo przewidział to, co miało się wydarzyć. Starannie pielęgnowany spokój i opanowanie Liba sprawiały, że nawet gdy ojcu udawało się nakłonić go do towarzyskich kontaktów, wydawał się rówieśnikom zimny i pełen rezerwy. Izolacja Novinhy była bardziej widoczna i równie ścisła. Teraz jednak wspólne zainteresowanie prosiaczkami zbliżyło ich do siebie — z kim jeszcze mogli rozmawiać, gdy nikt prócz Pipa nie rozumiał nawet, o czym mówią?

Wypoczywali razem i często zaśmiewali się do łez z żartów, które nie rozśmieszyłyby żadnego Luso. Na wzór prosiaczków, nadających imiona wszystkim drzewom w lesie, Libo dla zabawy ponazywał meble w Stacji Zenadora i od czasu do czasu informował, że niektóre z nich są w złym nastroju i nie należy ich niepokoić.

— Nie siadaj na Krześle! — mówił. — Znowu miesiączkuje.

Nigdy nie widzieli kobiet prosiaczków, a mężczyźni wypowiadali się o nich z religijnym niemal szacunkiem. Novinha napisała więc serię żartobliwych raportów na temat wymyślonej samicy, zwanej Wielebną Matką, przezabawnie złośliwej i wymagającej.

Nie wszystko jednak było zabawne. Zdarzały się problemy i zmartwienia, a raz nawet prawdziwe przerażenie, że zrobili dokładnie to, do czego Gwiezdny Kongres za wszelką cenę usiłował nie dopuścić: dokonali radykalnych zmian w społeczności prosiaczków. Wszystko zaczęło się, jak zwykle, od Korzeniaka, który uparcie zadawał trudne, niezrozumiałe pytania w rodzaju: „Jeśli nie ma innego miasta ludzi, to jak możecie wyruszać na wojnę? Zabijanie Małego Ludu nie przynosi wam chwały”. Pipo mamrotał coś o tym, że ludzie nigdy nie zabijają pequeninos; wiedział jednak, że Korzeniak nie o to naprawdę pytał. Od lat Pipo wiedział, że prosiaczki znają pojęcie wojny, ale przez długie dni po tej rozmowie Libo spierał się z Novinhą, czy pytanie Korzeniaka dowodzi, iż uznają wojnę za coś pożądanego, czy po prostu nieuniknionego. Korzeniak zresztą dostarczał im wielu informacji, czasem istotnych, czasem nie — i wielu takich, których wagę trudno było ocenić. W pewien sposób był on najlepszym dowodem słuszności polityki, zakazującej ksenologom stawiania pytań, zdradzających ludzkie oczekiwania, a zatem i praktyki społeczne. Pytania Korzeniaka były zawsze bardziej pouczające niż jego odpowiedzi.

Jednak ostatnią informację Korzeniak przekazał im nie w formie pytania, lecz jako swój domysł, wyrażony w rozmowie z Libem. Pipo oddalił się wtedy, by zbadać metodę budowy chaty z drewnianych bali.

— Wiem, wiem — oznajmił. — Dobrze wiem, czemu Pipo jeszcze żyje. Wasze kobiety są zbyt głupie, by dostrzec jego mądrość.

Libo wysilał umysł, by zrozumieć znaczenie tego pozornego non sequitur. Czy Korzeniak uważał, że gdyby ludzkie kobiety były sprytniejsze, zabiłyby Pipa? Rozmowa o zabijaniu budziła niepokój i Libo nie wiedział, jak ma sobie poradzić z tą najwyraźniej ważną kwestią. Nie mógł wezwać na pomoc Pipa, gdyż Korzeniak w oczywisty sposób chciał ją przedyskutować tak, by Pipo tego nie słyszał. Gdy chłopiec nie odpowiadał, Korzeniak naciskał dalej.

— Wasze kobiety są słabe i głupie. Powiedziałem o tym innym, a oni poradzili, by zapytać ciebie. Wasze kobiety nie widzą mądrości Pipa. Czy to prawda?

Korzeniak wydawał się niezwykle podniecony; oddychał ciężko i bez przerwy wyrywał włosy z ramion, po cztery czy pięć na raz. Libo musiał mu jakoś odpowiedzieć.

— Większość kobiet go nie zna — stwierdził.

— Skąd więc będą wiedziały, kiedy powinien umrzeć? — spytał Korzeniak. Potem nagle znieruchomiał i oświadczył bardzo głośno: — Jesteście cabry!

Dopiero wtedy pojawił się Pipo, zaintrygowany powstałym zamieszaniem. Od razu się zorientował, że Libo rozpaczliwie potrzebuje wsparcia. Nie miał jednak pojęcia, czego dotyczyła rozmowa. Jak mógł pomóc? Słyszał tylko Korzeniaka, mówiącego, że ludzie — a przynajmniej Pipo i Libo — są w czymś podobni do wielkich zwierząt, pasących się ogromnymi stadami na prerii. Nie potrafił określić, czy Korzeniak był zagniewany, czy zadowolony.

— Jesteście cabry! To wy decydujecie! — wskazał na Liba, a potem na Pipa. — Wasze kobiety nie wybierają waszego honoru! Wy to robicie! Tak jak w bitwie, ale przez cały czas! Pipo nie wiedział, o czym mówi Korzeniak, lecz zauważył, że wszyscy pequeninos znieruchomieli jak kłody, czekając na jego — lub Liba — odpowiedź. A Libo był najwyraźniej zbyt przerażony niezwykłym zachowaniem prosiaczka, by śmiał cokolwiek odpowiedzieć. Pipo nie widział innego wyjścia, niż wyjawienie prawdy; w końcu była to stosunkowo oczywista i raczej trywialna informacja o społeczeństwie ludzi. Postępował wbrew zasadom ustanowionym przez Gwiezdny Kongres, ale milczenie mogło wyrządzić jeszcze większe szkody. Zaczął więc mówić.

— Kobiety i mężczyźni decydują razem, albo decydują każde za siebie. Nikt nie decyduje za kogoś innego.

Najwyraźniej na to właśnie czekali pequeninos.

— Cabry — powtarzali ciągle. Pohukując i gwiżdżąc podbiegli do Korzeniaka, unieśli go na ramionach i zniknęli w gąszczu. Pipo chciał iść za nimi, ale dwóch prosiaczków zatrzymało go kręcąc głowami. Już dawno nauczyli się tego ludzkiego gestu, jednak dla nich miał on silniejsze znaczenie. Był to absolutny zakaz przejścia. Szli do kobiet — w jedyne miejsce, całkowicie dla ludzi niedostępne. W drodze do domu Libo wyjaśnił, co było początkiem kłopotów.

— Wiesz, co powiedział Korzeniak? Że nasze kobiety są słabe i głupie.

— To dlatego, że nigdy nie spotkał burmistrz Bosquinhy. Albo twojej matki. Libo roześmiał się, gdyż Conceicao rządziła archiwami, jakby były starym estacao wśród dzikiego mato — kto wkraczał na jej terytorium, musiał się całkowicie podporządkować jej prawom. Lecz śmiejąc się chłopiec czuł, że coś mu umyka, jakaś ważna idea… O czym właściwie mówiliśmy?

Rozmowa trwała; Libo zapomniał, a wkrótce potem zapomniał, że zapomniał. Nocą słyszeli dudniący dźwięk, który uznawali za element jakiegoś święta. To walenie ciężkimi kijami w wielkie bębny nie zdarzało się często, dziś jednak ceremonia zdawała się nie mieć końca. Pipo i Libo zastanawiali się, czy idea równouprawnienia płci wśród ludzi nie dała samcom pequeninos nadziei wyzwolenia.

— Można to zakwalifikować jako poważną zmianę zachowań prosiaczków — stwierdził posępnie Pipo. — Jeśli przekonamy się, że to my jesteśmy jej powodem, będę musiał o tym zameldować. Kongres nakaże zapewne zerwanie wszelkich z nimi kontaktów. Na pewien czas. Może na całe lata.

To było smutne — że sumienne traktowanie pracy może doprowadzić do zakazu jej wykonywania.

Rankiem Novinha odprowadziła ich do wysokiego ogrodzenia, oddzielającego miasto ludzi od zalesionych wzgórz, gdzie żyły prosiaczki. Pipo i Libo wciąż starali przekonać sami siebie, że nie mogli postąpić inaczej, więc dziewczynka pobiegła przodem i pierwsza dotarła do bramy. Kiedy ją dogonili, wskazała kwadrat świeżo odsłoniętej, czerwonej ziemi, około trzydziestu metrów za ogrodzeniem.

— To coś nowego — zauważyła. — I coś tam leży.

Pipo otworzył bramę, a Libo, jako młodszy, wyrwał się pierwszy. Zatrzymał się na skraju plamy nagiej ziemi i zesztywniał nagle, wpatrzony w to, co na niej leżało. Widząc to, Pipo także stanął, a Novinha, bojąc się o Liba, zlekceważyła regulamin i wybiegła na zewnątrz. Libo odchylił głowę do tyłu i osunął się na kolana; chwycił się za włosy i zapłakał. Na ziemi leżał rozciągnięty Korzeniak. Został wypatroszony i to bardzo umiejętnie. Rozdzielono starannie wszystkie organy, a mięśnie i ścięgna rozłożono w symetryczny wzór na wysychającej glinie. Wszystko zachowało połączenie z korpusem — niczego nie oderwano zupełnie.

Płacz Liba był niemal histeryczny. Novinha uklękła przy nim, objęła go i kołysała, starając się uspokoić. Pipo wyjął niewielki aparat i metodycznie zaczął robić zdjęcia z różnych kątów, by później komputer mógł przeanalizować wszystko w szczegółach.

— Żył jeszcze, kiedy mu to robili — stwierdził Libo, gdy już uspokoił się na tyle, by mówić. Wypowiadał słowa powoli i starannie, jakby był cudzoziemcem, uczącym się dopiero obcego języka. — Na ziemi jest tyle krwi i tryskała tak daleko, że serce musiało bić, kiedy go rozcinali.

— Później porozmawiamy — uciął Pipo. Myśl, która wczoraj umknęła Libowi, powróciła teraz z okrutną wyrazistością.

— Wczoraj Korzeniak mówił o kobietach. To one decydują, kiedy mężczyźni mają umrzeć. Powiedział mi, a ja…

Przerwał. Oczywiście, że nic nie zrobił. Prawo zakazywało ingerencji. W tej właśnie chwili zdecydował, że nienawidzi prawa. Jeśli oznaczało zgodę, by taki los spotkał Korzeniaka, to znaczy, że było bezduszne. Korzeniak był osobą. Nie można pozwolić, by coś takiego spotkało osobę tylko dlatego, że się ją studiuje.

— Uhonorowali go — zauważyła Novinha. — Jeśli czegokolwiek można być pewnym, to właśnie uczucia, jakim darzą drzewa. Widzicie? Z wnętrza pustej już klatki piersiowej wyrastał niewielki pęd.

— Posadzili drzewo, by oznaczyć miejsce jego spoczynku.

— Teraz wiemy, dlaczego wszystkie drzewa mają imiona — stwierdził z goryczą Libo. — Są nagrobkami prosiaczków, których zamęczyli na śmierć.

— To bardzo wielki las — stwierdził rzeczowo Pipo. — Spróbujcie ograniczyć hipotezy do tego, co jest choćby w minimalnym stopniu prawdopodobne.

Uspokoili się trochę pod wpływem jego spokojnego, chłodnego głosu, jego przekonania, że nawet w tej sytuacji muszą się zachowywać jak naukowcy.

— Co powinniśmy zrobić? — spytała Novinha.

— Powinniśmy jak najszybciej odprowadzić cię za ogrodzenie — odparł Pipo. — Nie wolno ci tu przebywać.

— Ale… co z ciałem? Co zrobimy ze zwłokami?

— Nic. Prosiaczki zrobiły to, co robią prosiaczki, dla własnych, prosiaczkowych powodów. Pomógł Libowi wstać.

Przez chwilę Libo miał trudności z utrzymaniem równowagi; przez pierwszych kilka kroków oboje musieli go podtrzymywać.

— Co ja powiedziałem? — szepnął. — Nie wiem nawet, co takiego powiedziałem, co go potem zabiło.

— To nie ty — oświadczył Pipo. — To ja.

— Czy wam się wydaje, że oni należą do was? — oburzyła się Novinha. — Że jesteście tu najważniejsi? Prosiaczki to zrobiły i miały po temu jakieś powody. Widać, że to nie pierwszy raz. Byli zbyt sprawni przy wiwisekcji, by miała to być pierwsza próba.

— Tracimy rozum, Libo — zauważył z wisielczym humorem Pipo. — Novinha nie powinna nas uczyć ksenologii.

— Masz rację — chłopiec starał się zachować spokój. — Jakakolwiek była przyczyna, z pewnością robili to już wcześniej. Jakiś zwyczaj.

— Ale to przecież jeszcze gorzej — wtrąciła Novinha. — Jeśli mają w zwyczaju żywcem wypruwać z siebie flaki.

Patrzyła na drzewa porastające szczyt wzgórza i zastanawiała się, które z nich mają korzenie skąpane we krwi.

Pipo przesłał raport ansiblem, a komputer nie protestował co do priorytetu połączeń. Rada Nadzorcza musiała zdecydować, czy należy przerwać kontakty z prosiaczkami. Rada nie dopatrzyła się żadnych poważniejszych błędów. „Niemożliwe jest ukrywanie relacji pomiędzy płciami, gdyż pewnego dnia ksenologiem może zostać kobieta”, brzmiała odpowiedź. „Należy uznać, że przez cały czas spotkania zachowywaliście się rozsądnie i rozważnie. Wnioskujemy z raportu, że byliście przypadkowymi świadkami starcia dwóch sił, zakończonego porażką Korzeniaka. Powinniście nadal podtrzymywać kontakty, zachowując przy tym najdalej posuniętą ostrożność”.

Odpowiedź była całkowitym rozgrzeszeniem, choć nadal trudno było się pogodzić ze stratą. Libo znał prosiaczków od wczesnego dzieciństwa, a przynajmniej słyszał o nich od ojca. Znał Korzeniaka lepiej, niż któregokolwiek z ludzi, jeśli nie liczyć rodziny i Novinhy. Dopiero po wielu dniach powrócił do Stacji Zenadora, a minęły tygodnie, nim znowu wyszedł do lasu. Prosiaczki zachowywały się tak, jakby nic się nie stało; były nawet bardziej otwarte i przyjazne niż przedtem. Nikt nie mówił o Korzeniaku, zwłaszcza Pipo i Libo. Byli jednak ostrożniejsi i nigdy nie oddalali się od siebie bardziej, niż na kilka kroków. Ból i żal tamtego dnia jeszcze bardziej zbliżyły do siebie Liba i Novinhę — jakby mrok powiązał ich mocniej niż światło. Prosiaczki wydawały się teraz niebezpieczne i tajemnicze, tak jak dotąd ludzie. W dodatku ojciec i syn, choć często starali wzajemnie się pocieszać, nadal rozważali problem, który z nich zawinił. Dlatego jedyną przyjazną, godną zaufania osobą w życiu Liba stała się Novinha, a w życiu Novinhy — Libo.

Wprawdzie Libo miał matkę i rodzeństwo, i codziennie wracał do nich razem z ojcem, jednak on i Novinha zachowywali się tak, jakby Stacja Zenadora była wyspą, a Pipo kochającym, lecz dalekim Prosperem. Sam Pipo zastanawiał się często, czy prosiaczki są jak Ariel i wiodą młodych kochanków ku szczęściu, czy raczej jak mali Kalibanowie, trudni do kontroli i knujący mord.

Po kilku miesiącach śmierć Korzeniaka zatarła się w pamięci i do stacji znowu powrócił śmiech, choć nie tak beztroski jak dawniej. W wieku siedemnastu lat Libo i Novinha byli tak pewni swych uczuć, że często rozmawiali o tym, co będą robić za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat. Pipo nigdy nie pytał o ich przyszłe małżeństwo. W końcu od rana do wieczora studiowali biologię; w końcu sami się zdecydują na stabilne i społecznie akceptowane strategie reprodukcji. Na razie wystarczało, że bez końca dyskutowali o tym, jak i kiedy rozmnażają się prosiaczki, skoro samce nie posiadają żadnego widocznego organu reprodukcyjnego. Spekulacje na temat metod wymiany materiału genetycznego zawsze kończyły się żartami tak nieprzyzwoitymi, że Pipo z najwyższym wysiłkiem powstrzymywał się od wybuchów śmiechu.

Przez te kilka krótkich lat Stacja Zenadora stała się miejscem, gdzie kwitła prawdziwa przyjaźń dwojga młodych, wybitnie inteligentnych ludzi, w innych okolicznościach skazanych na samotność. Nie podejrzewali nawet, że idylla skończy się nagle, na zawsze i w okolicznościach, które wstrząsną Stu Światami.

Wszystko zaczęło się zupełnie prosto i zwyczajnie. Novinha analizowała strukturę genetyczną zamieszkanej przez stada much nadrzecznej trzciny. Zauważyła, że w jej komórkach obecny jest ten sam subkomórkowy organizm, który stał się przyczyną Descolady. Wyświetliła nad terminalem kilka innych okazów i obróciła je powoli. Nośnik Descolady był wszędzie.

Zawołała Pipa, który sprawdzał transkrypcje zapisu wczorajszej wizyty u prosiaczków. Komputer przeprowadził analizę każdej komórki, jaką badała. Niezależnie od jej funkcji, niezależnie od gatunku, z którego pochodziła, każda z nich zawierała wirusa Descolady, identycznego co do chemicznych proporcji.

Novinha spodziewała się, że Pipo pokiwa głową, stwierdzi, że to ciekawe, może wysunie jakąś hipotezę. On jednak usiadł i raz jeszcze przeprowadził test, pytając przy tym, w jaki sposób komputer dokonuje porównania, a potem, jak właściwie oddziaływuje wirus Descolady.

— Matka i ojciec nigdy nie odkryli, co go uaktywnia, ale w efekcie wirus wytwarza tę proteinę, czy raczej pseudoproteinę, która atakuje plazmę genetyczną. Zaczyna z jednego końca i rozpina dwa łańcuchy genów. Dlatego nazwali go descoladorem — rozkleja DNA, także u ludzi.

— Pokaż, co robi w obcych komórkach. Novinha uruchomiła symulację.

— Nie, nie tylko w materiale genetycznym. Wyświetl całe środowisko komórki.

— To działa tylko w jądrze — odparła. Rozszerzyła pole, by przeanalizować więcej zmiennych. Komputer pracował wolniej, przeliczając w każdej sekundzie miliony losowych układów materiału jądra, w komórce trzemy, kiedy molekuły genetyczne rozpadły się, kilka dużych molekuł białkowych dołączyło się do otwartych łańcuchów.

— U ludzi DNA próbuje rekombinacji, ale te proteiny powodują, że komórki wariują zupełnie. Czasem się dzielą, jak przy raku, czasem giną. Najważniejsze jednak, że u ludzi wirus Descolady mnoży się w szaleńczym tempie i atakuje kolejne komórki. Naturalnie, jest obecny we wszystkich miejscowych organizmach.

Ale Pipo jej nie słuchał. Kiedy descolador zakończył swoje dzieło w trzcinie, Pipo zaczął się przyglądać innym egzemplarzom.

— To nie jest zwyczajnie podobne. Jest takie samo! — oświadczył. — Identyczne! Novinha nie od razu zrozumiała, o czym mówi. Nie miała też czasu, by zapytać. Pipo zerwał się z krzesła, złapał płaszcz i pobiegł do wyjścia. Na zewnątrz padał drobny deszcz. Pipo zatrzymał się na moment.

— Powiedz Libo, żeby nie wychodził — powiedział. — Pokaż mu tę symulację i zobacz, czy uda mu się zgadnąć, zanim wrócę. Będzie wiedział; to rozwiązanie podstawowego problemu. Odpowiedź na wszystko.

— Powiedz!

— Nie oszukuj — zaśmiał się. — Jeśli sama nie widzisz, Libo ci wytłumaczy.

— Gdzie idziesz?

— Spytać prosiaczków, czy mam rację. Ale wiem, że mam, nawet jeśli nie zechcą się przyznać. Jeśli nie wrócę za godzinę, to pośliznąłem się w błocie i złamałem nogę.

Libo nie obejrzał symulacji. Na spotkaniu komisji planowania przeciągnęła się dyskusja nad rozszerzeniem terenu pastwisk. Potem musiał jeszcze odebrać zakupy na cały tydzień. Kiedy się zjawił, Pipo był nieobecny od czterech godzin, zaczynało się ściemniać, a deszcz przechodził w śnieg. Natychmiast wyruszyli go szukać. Obawiali się, że poszukiwania wśród drzew mogą potrwać nawet kilka godzin.

Znaleźli go aż nazbyt szybko. Ciało stygło już pod śniegiem. Prosiaczki nawet nie posadziły w nim drzewa.

Загрузка...