CZĘŚĆ PIERWSZA Pałac

1. Kalidasa

Z każdym rokiem korona dążyła mu coraz bardziej. Gdy czcigodny Bodhidharma Mahanayake Thero nałożył ją po raz pierwszy na skronie, zdumiony był lekkością tego symbolu godności. Jak niechętnie go wówczas przyjmował! Teraz, po dwudziestu latach, król Kalidasa korzystał z każdej stwarzanej przez dworską etykietę okazji, by odkładać na bok wysadzaną klejnotami złotą obręcz.

Okazji tych miał zresztą całkiem sporo. Z rzadka tylko zdarzało się, że jakiś wysłannik czy petent prosił o posłuchanie. Mało kto docierał na smagany wiatrami wierzchołek, gdzie wzniesiono skalną fortecę; większość podróżników zdążających do Yakkagali cofała się w ostatniej chwili, tuż przed stromym podejściem przez paszczę zastygłego w gotowości do skoku kamiennego lwa. Stary król mógłby równie dobrze nigdy nie zasiadać na swym podniebnym tronie. Któregoś dnia będzie zresztą zbyt słaby, by wdrapać się do własnego pałacu, oczywiście o ile liczni wrogowie dadzą mu poznać trudy starczego zniedołężnienia.

Owi wrogowie zbierali już siły. Król spojrzał na północ, skąd miała nadciągnąć armia jego przyrodniego brata pragnącego objąć skąpany w świeżej krwi tron Taprobane. Zagrożenie było wciąż odległe, oddzielone smaganym monsunowymi deszczami morzem, jednak istniało. Król z zadowoleniem przyjął do wiadomości, że zarówno szpiegowie, którym ufał, jak i astrologowie, nie zawsze godni wiary, w tym wypadku doszli do identycznych wniosków.

Malgara czekał prawie dwadzieścia lat, snując plany i zabiegając o wsparcie obcych królów. Tuż obok jednak czaił się wróg jeszcze cierpliwszy i skłonny do sięgania po znacznie subtelniejsze metody walki. Idealny w proporcjach wierzchołek Sri Kandy, Świętej Góry, rysował się dzisiaj wyjątkowo wyraziście na tle południowego nieba. Zdawał się ciemnieć bardzo blisko, na wyciągniecie ręki, majestatycznie panując nad centralną równiną. Od zarania dziejów sylwetka Świętej Góry napełniała lękiem serca wszystkich, którym dane było ją ujrzeć. Kalidasa ani na chwilę nie potrafił zapomnieć o jej przytłaczającym ogromie i o władzy, której była symbolem.

Mahanayake Thero nie posiadał armii, trąbiących rozgłośnie słoni z brązowymi nakładkami na kły, zdolnych zaszarżować w bitwie. Pierwszy Kapłan był tylko starcem odzianym w pomarańczową szatę, a całym jego majątkiem była miseczka żebracza i liść palmowy chroniący od słońca. Kiedy pomniejsi mnichowie i akolici gromadzili się kręgiem wokół niego i zawodzili święte pieśni, on siadał w milczeniu, krzyżując nogi… A jednak miał dość mocy, by wtrącać się w sprawy królów. Bardzo dziwne…

Powietrze było tego dnia tak czyste, że dawało się dostrzec nawet świątynię, maleńką z tej odlegości, biały grot strzały wyrastający na wierzchołku Sri Kandy. Budowla w ogóle nie wyglądała na dzieło człowieka i kojarzyła się królowi z naprawdę potężnymi górami, które widział w młodości, kiedy to jako na poły gość, a na poły zakładnik przebywał na dworze Mahindy Wielkiego. Na wierzchołkach tamtych gór spoczywała biała krystaliczna substancja, nie mająca nawet swej nazwy w językach używanych na Taprobane. Hindusi twierdzili, że to magicznie przemieniona woda, jednak Kalidasa śmiał się zawsze z takich przesądów.

Lśniąca niczym kość słoniowa świątynia odległa była ledwie o trzy dni marszu, najpierw królewską drogą przez puszczę i pola ryżowe, potem krętymi schodami, których pokonanie pochłaniało aż dwie trzecie czasu podróży. Król wiedział, że zapewne nigdy już nie wdrapie się na sam szczyt, bowiem u krańca tej drogi czekał jedyny nieprzyjaciel, którego Kalidasa bał się naprawdę, a którego pokonać nie potrafił. Czasem z zawiścią spoglądał na szereg pochodni niesionych przez pielgrzymów, powoli sunących po stoku góry. Najnędzniejszy żebrak mógł ujrzeć świt na świętym wierzchołku i uzyskać błogosławieństwo bogów, a władcy całej tej krainy nie dane było dostąpić podobnego zaszczytu.

Pozostawało mu wszakże to i owo na pocieszenie. Tuż obok rozciągały się otoczone fosami i wałami obronnymi baseny i fontanny Ogrodów Rozkoszy. Jeśli tylko czas pozwalał, król odwiedzał miejsca, gdzie zgromadzono największe bogactwa jego krainy. Gdy i to go męczyło, były jeszcze dziewczyny, zwane kamiennymi, chociaż w rzeczywistości nad wyraz cielesne. Jednak władca wzywał je coraz rzadziej. No i były jeszcze dwie setki nieśmiertelnych, z którymi Kalidasa często dzielił się myślami, nikomu więcej nie mogąc zaufać.

Błyskawica przecięła niebo na zachodzie, przetoczył się łoskot gromu. Kalidasa odwrócił oczy od ponurego ogromu góry i spojrzał z nadzieją, że może ten piorun zwiastuje deszcz. Monsun opóźniał się w tym roku, sztuczne jeziora ożywiające system nawadniający wyspy wyschły już niemal do cna. O tej porze największe z nich powinno lśnić już gładkim lustrem wody. Król wiedział, że ten najrozleglejszy zbiornik poddani nazywają wciąż od imienia jego ojca, Paravany Samudry, Morzem Paravany. Praca nad nim trwała przez życie kilku pokoleń, a ukończono ją ledwo trzydzieści lat temu. W owym szczęśliwym dniu, kiedy po raz pierwszy otwarto przepusty, młody książę Kalidasa prężył się dumnie u boku swego ojca. Życiodajna woda popłynęła przez spragniony kraj. W całym królestwie nie można było znaleźć widoku piękniejszego, niż odbicie wież i gmachów Ranapury w tafli zwierciadła wód uczynionego ludzką ręką. Ranapura, Złote Miasto, pradawna stolica, którą król porzucił, by zrealizować swe marzenia…

Kolejny grzmot przetoczył się po niebie, jednak Kalidasa wiedział już, że deszczu z tego nie będzie. Powietrze nad wierzchołkiem Skały Demona trwało w bezruchu, nie czuło się tego charakterystycznego, raptownego podmuchu poprzedzającego nadejście monsunu. Nim deszcz nadejdzie, głód zajrzy w oczy ludowi, przysparzając władcy dodatkowych trosk.

— Wasza Wysokość — rozległ się spokojny głos dworzanina, cierpliwego Adigara. — Wysłannicy zaraz wyjeżdżają. Pragną się jeszcze pożegnać. Ach tak, tych dwóch ambasadorów o bladych obliczach, którzy przybyli zza zachodniego oceanu! Szkoda, że odchodzą, bo przywieźli wiele nowin na obrzydłą już królowi wyspę. Opowiadali niejedno o cudach dalekiego świata, jednak sami przyznawali, że żaden nie mógł się równać z podniebną fortecą i pałacem.

Kalidasa odwrócił się od zwieńczonej bielą Świętej Góry i łaciatej szachownicy zalanych słonecznym blaskiem pól. Po granitowych stopniach ruszył do sali audiencyjnej. Za nim szambelan z pomocnikami dźwigali skarby z kości słoniowej i drogocennych kamieni, dary dla wysokich i dumnych mężczyzn, którzy przyszli złożyć uszanowanie i pożegnać gospodarza. Już niebawem opuszczą Taprobane i popłyną za morze, do miasta młodszego o całe wieki od Ranapury. Dary wezmą ze sobą, by przekazać je swojemu władcy. Możliwe, że widok tych cudów chociaż na chwilę rozjaśni ponure myśli cesarza Hadriana.

Pobłyskując jasnopomarańczową szatą na tle białego muru, Mahanayake Thero podszedł powoli do jego północnej krawędzi. Daleko w dole ciągnęła się po horyzont pstrokata szachownica pól ryżowych obrysowanych ciemnymi liniami kanałów nawadniających, lśniło błękitem jezioro, Morze Paravany, za nim zaś widniały ogromne nawet z tej odległości budowle Ranapury. Od trzydziestu lat mnich wciąż podziwiał wiecznie zmienną panoramę, wiedział jednak, że nigdy nie uchwyci, nie zapamięta wszystkich szczegółów tego krajobrazu. Jego kolory i faktura zmieniały się wraz z porami roku, ba, z każdą przepływającą chmurą. Ja także kiedyś odpłynę jak chmura, pomyślał Bodhidharma, i nawet wtedy ujrzę coś nowego…

Jedno tylko mąciło doskonały w proporcjach krajobraz: szary głaz Skały Demona sterczącej niby intruz z równiny. Zgodnie z legendą skała ta miała zostać przyniesiona tu przez małpiego boga, Hanumana, z Himalajów. Bóg porwał wówczas porośnięty ziołami wierzchołek niewysokiej góry i poniósł całość, nie chcąc zwlekać z lekami dla swych rannych towarzyszy. Miało się to dziać zaraz po zakończeniu bitew Ramayany.

Z tej odległości trudno było, rzecz jasna, odróżnić jakiekolwiek szczegóły siedziby Kalidasy prócz linii fosy i wałów otaczających Ogrody Rozkoszy. Jednak Skała Demona wywierała na każdym widzu wrażenie na tyle silne, że trudno było zapomnieć jej widok. Mahanayake Thero wciąż miał przed oczami widziane niegdyś łapy lwa wystające ze skalnej ściany sporo poniżej blanków. Tam w górze przechadzał się przeklęty król. Niegdyś, a może i dzisiaj…

Grom runął nagle i zdało się, że huk wstrząsnął samymi podstawami góry. Grzmot przemknął przez niebo i zginął gdzieś na wschodzie, a jego echo długo jeszcze błąkało się między horyzontami. Ten odgłos nie zapowiadał deszczu i nikt nie dałby się już na to nabrać. Zgodnie z decyzją Urzędu Kontroli Monsunów, opady miały nadejść dopiero za trzy tygodnie, a Urząd nie mylił się nigdy o więcej niż dwadzieścia cztery godziny. Gdy huk ucichł wreszcie, Mahanayake odwrócił się do swego towarzysza.

— I to by było na tyle, jeśli chodzi o drogę lądowania — rzekł, okazując o wiele więcej wzburzenia niż przystoi przedstawicielowi Dharmy. — Jak odczyty?

Młodszy mnich powiedział kilka słów do naręcznego mikrofonu i poczekał na odpowiedź.

— Szczyt sto dwadzieścia. Pięć decybeli więcej, niż przy poprzednim zapisie.

— Wysłać zwykły protest do Centrum Kennedy’ego lub Centrum Gagarina, które tam jest za to odpowiedzialne. Albo do obu. Chociaż to i tak nic nie da.

Spojrzał na rozpraszającą się z wolna białą smugę kondensacyjną przecinającą niebo na dwoje. Bodhidharma Mahanayake Thero, osiemdziesiąty piąty tego imienia, pomyślał nagle o czymś, co powinno być obce mnichowi. Kalidasa z pewnością znalazłby jakiś sposób na tych fachowców od kosmosu, którzy myśleli tylko o tym, ile dolarów kosztuje wysłanie kilograma masy na orbitę… Może by ich wbił na pal, może rzucił na pastwę obutych w metalowe łapcie słoni, może skąpał we wrzącym oleju…

Ale cóż, wiadomo, że dwa tysiące lat temu życie było o wiele łatwiejsze.

2. Inżynier

Przyjaciele, których liczba topniała z każdym rokiem, zwali go Johan. Reszta świata znała go pod imieniem Raja, jednak świat z rzadka sobie o nim przypominał. Całe zaś jego miano zawierało w sobie ślady pięciuset lat historii: Johan Oliver de Alwis Sri Rajasinghe.

Był czas, że odwiedzający Skałę turyści szukali go z kamerami i magnetofonami, jednak obecne pokolenia nie poznawały już jego oblicza, niegdyś najpopularniejszej twarzy w Układzie Słonecznym. Nie żałował, że dni chwały już minęły, bowiem zaznał wdzięczności ze strony całego rodzaju ludzkiego. Czas przyniósł jednak również rozważania nad popełnionymi błędami i żal za tymi, którzy zginęli za sprawą zwykłego braku cierpliwości i nieumiejętności przewidywania. Oczywiście teraz, z perspektywy lat, wszystko zdawało się łatwe. Teraz wiedział, jak można było zażegnać kryzys auklandzki czy przekonać niechętnych do porozumienia sygnatariuszy paktu szykowanego w Samarkandzie. Obwinianie siebie za niegdysiejsze błędy niczemu nie służyło, było wręcz głupotą, jednak czasem sumienie dokuczało mu bardziej niż stara rana, którą odniósł, gdy postrzelono go w Patagonii.

Nikt nie wierzył, że wytrzyma długo na emeryturze.

— Wrócisz za pół roku — powiedział mu Prezydent Świata, Chu. — Władza jest jak narkotyk.

— Nie dla mnie — odparł wówczas szczerze. Władza bowiem sama weszła mu w ręce, nigdy się o nią nie starał. Zawsze też dysponował tylko ograniczoną władzą, doradczą raczej niż wykonawczą. Był asystentem do spraw specjalnych (w randze ambasadora), a polem jego działania była polityka. Za to co robił, odpowiadał bezpośrednio przed Prezydentem i Radą, która nigdy nie liczyła więcej niż dziesięciu członków; no, jedenastu, jeśli doliczyć Arystotelesa (jego domowy komputer miał wciąż swobodny dostęp do banków pamięci i procesorów Arystotelesa i kilka razy do roku zdarzało im się uciąć małą pogawędkę). Jednak przez cały czas Rada niezmiennie przyjmowała jego rady i świat darzył go wielkim zaufaniem i wdzięcznością. Lwia część tych odczuć należała się w rzeczywistości nie jemu, ale bezimiennej i nie zaszczycanej pochwałami armii urzędników Komitetu Pokoju.

Tak zatem, jako Ambasador Świata, Rajasinghe zdobywał popularność przemierzając Ziemię od jednego do drugiego zapalnego miejsca, tutaj wzmacniając czyjeś ego, gdzie indziej oddalając groźbę kryzysu, z niedościgłą wprawą manipulując kategoriami prawdy. Nigdy, rzecz jasna, nie skalał się kłamstwem, to mogłoby mieć fatalne skutki. Bez niezawodnej pamięci Arystotelesa nigdy nie zdołałby powiązać wątków tych wszystkich spraw, z którymi przyszło mu się zmierzyć, aby ludzkość mogła żyć w pokoju. W końcu rozgrywka sama w sobie zaczęła sprawiać mu satysfakcję i to był znak, że pora się wycofać.

Rzecz miała miejsce dwadzieścia lat temu i nigdy nie zdarzyło się, by pożałował owej decyzji. Ci, którzy przewidywali, że nuda pokona tego, kto oparł się pokusom władzy, albo go nie znali, albo nie rozumieli kultury otaczającej Johana od dzieciństwa. Wrócił między pola i lasy młodości i zamieszkał o kilometr od wielkiej ponurej skały, obecnej we wszystkich wspomnieniach ze szczenięcych lat. Sama willa została wzniesiona wewnątrz niegdysiejszej szerokiej fosy otaczającej dawniej Ogrody Rozkoszy, a zbudowane przez architekta króla Kalidasy fontanny tryskały teraz na podwórku domu Johana, znów szemrały po dwóch tysiącach lat milczenia. Woda dopływała niezmiennie oryginalnymi, kamiennymi akweduktami, wszystko pozostało takie samo i tylko cysterny na szczycie skały napełniały się obecnie dzięki pracy pomp elektrycznych, a nie mozołowi spoconych niewolników. Zdobycie tego przesiąkniętego historią spłachetka ziemi pod emerycką siedzibę sprawiło Johanowi więcej satysfakcji, niż cala dotychczasowa kariera; oto spełniło się marzenie uznawane dotąd za nieziszczalne. Aby dopiąć swego, musiał sięgnąć po cały kunszt wprawnego dyplomaty i po cichu zaszantażować nawet Ministerstwo Archeologii. Później pojawiło się wprawdzie kilka interpelacji w parlamencie, ale wszyscy zbyli je milczeniem.

Odizolował się od świata poszerzając fosę. Tylko najbardziej zdeterminowani turyści i studenci gotowi byli pokonać taką przeszkodę. Przed wścibskimi spojrzeniami chroniła go zwarta ściana zmutowanych drzew ashoka, przez cały rok okrytych kwiatami. Na drzewach tych przemieszkiwało także kilka rodzin małp, stworzeń zabawnych, jednak skłonnych co jakiś czas urządzać najazdy na dom i przywłaszczać sobie całe mienie ruchome, które wzbudziło ich zainteresowanie. Ostatecznie doszło do kilku kampanii międzygatunkowych z użyciem petard i odtwarzanych z taśmy krzyków ostrzegających o zagrożeniu, co okazało się bardziej stresujące dla ludzi niż dla małpiatek, które zresztą rychło wracały. Bestie już dawno nauczyły się, że tak naprawdę nikt nie czyni im tu krzywdy.

Niebo nad Taprobane rozjaśniał właśnie jeden z najwspanialszych w dziejach zachodów słońca, gdy niewielki elektryczny trójkołowiec podjechał cicho między drzewami i przystanął obok granitowych kolumn portyku (prawdziwy genueński Chola z późnego okresu Ranapury, i tym samym kompletny anachronizm w takim otoczeniu, wszelako jedynie profesor Sarath zauważył to niegdyś i skomentował głośno; oczywiście nie miało to żadnego wpływu na gust gospodarza).

Doświadczywszy wielu gorzkich pomyłek, Rajasinghe przywykł nie oceniać nigdy nikogo na podstawie pierwszego wrażenia, wiedział jednak, że nie należy również takich wrażeń ignorować. Oczekiwał poniekąd, że Vannevar Morgan będzie w jakiś sposób przypominał wyglądem swe monumentalne dzieła, jednak inżynier okazał się wzrostu mniej niż średniego, wręcz wątły. Niemniej smukła sylwetka emanowała siłą, a okolona kruczoczarnymi włosami twarz należała z pozoru do osoby o wiele młodszej niż pięćdziesięciojednoletni mężczyzna. Przechowywane w pamięci Arystotelesa nagranie było mylące: ten człowiek winien zostać skłonnym do romantycznych uniesień poetą lub pianistą, albo aktorem zdolnym jednym gestem hipnotyzować tłumy widzów. Rajasinghe znał ten rodzaj władzy, nie raz stawiał mu czoło w karierze dyplomaty i oto przyszło mu się zmierzyć z kimś takim ponownie. Nie wolno nie doceniać ludzi niewielkich wzrostem, ostrzegł się w myślach, tacy jak oni zdolni są ruszyć z posad bryłę świata.

Wraz z tąmyślą pojawił się cień niepokoju. Niemal co tydzień zdarzało się, że zaglądali tu dawni przyjaciele lub niegdysiejsi adwersarze, by podzielić się najnowszymi ploteczkami, poradzić się, powspominać przeszłość. Gospodarz mile witał takich gości, bowiem dodawali kolorytu jego obecnemu życiu, jednak zawsze potrafił precyzyjnie określić zakamuflowany cel podobnej wizyty i przyjęty sposób maskowania. Wszelako wedle najlepszej wiedzy Rajasingha Morgan był kimś odmiennym. Nigdy dotąd się nie spotkali, nie zamienili ani słowa, nie łączyły ich żadne wspólne zainteresowania (prócz tych zwyczajnych, charakterystycznych dla mężczyzn w pewnym wieku), Johan ledwo pamiętał jak brzmi imię gościa. Tym niezwyklejsza wydawała się prośba inżyniera, by fakt ich spotkania utrzymać w tajemnicy.

Rajasinghe był niechętny takiej zabawie w sekrety. Dość miał wszelkich tajności, nie pragnął ich, tocząc spokojne i dobrze zorganizowane życie emeryta. Raz na zawsze skończył z wszystkimi wymogami bezpieczeństwa i tajnymi służbami. Dziesięć lat temu, a może jeszcze wcześniej, sam odprawił swoją ochronę. Jednak najbardziej niepokoiła go nie tyle prośba o dyskrecję, ale kompletna niewiedza, czemu właściwie ma służyć owa wizyta. Naczelny inżynier (do spraw budownictwa lądowego) Terran Construction Corporation nie zwykł raczej przemierzać paru tysięcy kilometrów po to jedynie, by poprosić o autograf czy złożyć wyrazy szacunku, jak zdarzało się to turystom. Musiał mieć konkretny cel, nader istotny i ważki zapewne. Jaki wszakże, tego Rajasinghe nie potrafił sobie wyobrazić.

Nawet w czasach aktywnej działalności Johanowi Rajasinghe nie zdarzyło się nigdy zetknąć z TCC, z żadną z trzech jej agend: Budownictwa Lądowego, Działalności Podmorskiej i Konstrukcji Kosmicznych. Chociaż każda była nad wyraz potężną instytucją, nie przysparzały zmartwień wyspecjalizowanym agendom Światowej Federacji. Chyba że zdarzała się jakaś obfitująca w poważne konsekwencje katastrofa budowlana lub obrońcy środowiska czy innych wartości, na przykład historycznych, podnosili krzyk przeciwko jakiejś inwestycji, wyciągając przy tej okazji TCC z cienia. Ostatnia z takich konfrontacji dotyczyła rurociągu antarktycznego, prawdziwego cudu inżynierii dwudziestego pierwszego wieku, przesyłającego na cały świat uwodniony węgiel z bogatych złóż polarnych. Popadając w ekologiczny zapał, TCC zaproponowało rozebranie ostatniej sekcji rurociągu i przekazanie krainy z powrotem we władanie pingwinom. Przerażeni perspektywą takiego aktu wandalizmu, archeolodzy przemysłu natychmiast podnieśli wrzask. Zaprotestowali też ekolodzy-naturaliści dowodząc, że pingwiny już dawno ukochały nieczynny i opuszczony rurociąg. Urządziły sobie tam wspaniałe siedziby o standardzie przewyższającym wszystko, co poznał dotąd ród pingwini, i mnożyły się dzięki temu tak efektywnie, że orki ledwie dawały sobie radę z ograniczaniem ich populacji. Ostatecznie TCC poddało się bez walki.

Rajasinghe nie miał pojęcia, czy Morgan był w jakikolwiek sposób zaangażowany w tę drugorzędną debatę. Zresztą to nieważne, skoro imię jego kojarzono z największym triumfem TCC…

Ochrzczono to arcydzieło Mostem Mostów i zapewne trafnie wybrano tę nazwę. Razem z połową mieszkańców świata Rajasinghe przyglądał się wówczas, jak ostatnia sekcja mostu uniosła się lekko w przestworza podczepiona pod brzuchem Grafa Zeppelina, sterowca, który sam w sobie był jeszcze jednym z cudów epoki. Na tę okazję usunięto całe luksusowe wyposażenie ogromnego statku powietrznego, opróżniono słynny basen pływacki, a reaktory dodatkowo podgrzały powietrze w zbiornikach wypornościowych. Po raz pierwszy zdarzyło się, że upiorny ciężar ponad trzech tysięcy ton został dźwignięty na wysokość trzech kilometrów i wszystko (bez wątpienia ku pewnemu zawodowi milionów widzów) poszło jak z płatka.

Odtąd żaden statek mijający Słupy Herkulesa nie przepływał pod mostem bez oddania honorów tej największej budowli stworzonej ręką człowieka. Bliźniacze wieże wznoszące się na granicy wód Morza Śródziemnego i Atlantyku były najwyższymi konstrukcjami świata, a pomiędzy nimi rozciągał się misterny łuk Mostu Gibraltarskiego — piętnaście kilometrów zawieszonej jakby w powietrzu jezdni. Spojrzenie w twarz człowieka, który to zaprojektował, można było spokojnie uznać za przywilej. Nawet jeśli człowiek ten spóźnił się o godzinę.

— Proszę przyjąć moje przeprosiny, panie ambasadorze — powiedział Morgan, schodząc z trójkołowca. — Mam nadzieję, że nie pokrzyżowałem panu żadnych planów moim spóźnieniem.

— W żadnym razie, jestem panem mojego czasu. Mam nadzieję, że zdążył pan już coś przekąsić?

— Tak. Jakby w nagrodę za odwołanie spotkania w Rzymie uraczono mnie wspaniałym lunchem.

— Zapewne był on o wiele lepszy niż to, co mógłby pan dostać w hotelu Yakkagala. Zarezerwowałem tam dla pana nocleg. To ledwie kilometr stąd. Obawiam się, że będziemy musieli odłożyć naszą rozmowę do jutrzejszego śniadania.

Morgan nie zdołał ukryć rozczarowania, ale ostatecznie wzruszył ramionami z rezygnacją.

— Cóż, mam wiele pracy, ale rozumiem, że hotel dysponuje standardowym wyposażeniem, a przynajmniej funkcjonującym w sieci terminalem.

Rajasinghe roześmiał się.

— Nie sądzę, by mieli tam cokolwiek więcej ponad wynalazek telefonu. Jednak chciałbym panu coś zaproponować. Za pół godziny wybieram się z grupką przyjaciół na szczyt skały, by podziwiać przedstawienie typu sonet-lumiere. Panu też jestem skłonny je polecić. Proszę się z nami zabrać.

Morgan wyraźnie zawahał się i zacząć szukać uprzejmej wymówki.

— To bardzo miło z pana strony, ale muszę skontaktować się z moim biurem…

— Może pan skorzystać z mojego komputera. Zapewniam, że widowisko pana zachwyci, a potrwa tylko godzinę. Och, zapomniałbym, że nie chce pan ujawniać swojej obecności na wyspie… Przedstawię pana jako doktora Smitha z Uniwersytetu Tasmanii. Pewien jestem, że moi przyjaciele pana nie rozpoznają. Rajasinghe nie miał w żadnym przypadku zamiaru urazić Morgana, ale ten najwyraźniej lekko się zirytował. W gospodarzu obudził się momentalnie duch byłego dyplomaty, który zapisał taką a nie inną reakcję gościa w pamięci. Kto wie, co jeszcze może się przydać?

— Z pewnością mnie nie rozpoznają — odparł Morgan, a Rajasinghe uchwycił gorzką nutę pobrzmiewającą w jego głosie. — Niech będzie doktor Smith. Muszę tylko skorzystać z pańskiego terminalu.

Ciekawe, chociaż najpewniej bez większego znaczenia, pomyślał Rajasinghe, prowadząc gościa do wnętrza willi i wysnuwając wstępną hipotezę na temat Morgana: to człowiek sfrustrowany, może nawet nieszczęśliwy. Czemu? Trudno powiedzieć, bowiem jest jednym z najlepszych w swej profesji. Czegóż jeszcze może pragnąć? Istniała jedna oczywista odpowiedź; Rajasinghe dobrze znał te symptomy… Chociaż w jego własnym przypadku sprawa już dawno się wypaliła.

Sława to ostroga, przypomniał sobie w myślach. Jak to szło dalej? To ostatnia słabość szlachetnego umysłu… By zbierać zaszczyty i pracowicie spędzać dni…

Tak, to by wyjaśniało owo wrażenie dyskomfortu wychwycone przez wyczulone zmysły Rajasingha, który przypomniał sobie most rozpięty niczym łuk tęczy między Europą a Afryką. Niemal zawsze zwano go po prostu mostem, rzadziej Mostem Gibraltarskim, ale nigdy Mostem Morgana.

Tak, pomyślał Rajasinghe, jeśli szuka pan sławy, panie Morgan, tutaj jej pan nie znajdzie. Ale jeśli tak, to po jakie licho właściwie przybył pan na niewielką cichą wyspę Taprobane?

3. Fontanny

Przez wiele dni słonie i niewolnicy trudzili się pod palącymi promieniami słońca, wnosząc na szczyt klifu niezliczone wiadra pełne wody.

— Czy już? — pytał nieustannie król.

— Jeszcze nie, Wasza Wysokość — odpowiadał zarządzający robotami mistrz. — Zbiornik nie jest jeszcze pełen. Ale może już jutro…

W końcu przyszło to właściwe jutro i cały dwór zebrał się w Ogrodach Rozkoszy, pod baldachimami z jasno farbowanego płótna. Sam król zażywał ochłody w podmuchach wielkich wachlarzy obsługiwanych przez ochotników, którzy uzyskali ten ryzykowny przywilej dzięki łapówkom wręczanym szambelanowi. Takie machanie wachlarzem mogło równie dobrze przywieść do majątku, jak i do śmierci.

Jednak teraz wszystkie oczy wpatrywały się w Skałę Demona i drobne postaci poruszające się na wierzchołku. Załopotała flaga, w dole odpowiedziało jej krótkie granie rogu. Robotnicy u szczytu urwiska zaczęli manipulować gwałtownie jakimiś lewarami, ciągnąć jakieś liny… Jednak przez dłuższą chwilę nic się nie działo.

Król zmarszczył brwi i cały dwór zadrżał. Nawet wachlarze zamarły na chwilę, po czym ruszyły szybciej, jakby machającym wróciła pamięć o tym, co grozi za niedbałe wykonywanie tego zadania. Potem robotnicy u stóp Yakkagali krzyknęli rozgłoś — nie, a był to krzyk radości i triumfu, który niósł się coraz bliżej, podejmowany przez kolejnych ludzi zgromadzonych na obsadzonych kwiatami ścieżkach. Po chwili dołączył doń jeszcze jeden dźwięk, nie tak głośny, jednak bardziej natarczywy. Odgłos uwolnionych wreszcie, niepowstrzymanych sił natury.

Jak za sprawą magii, jedna po drugiej, z ziemi trysnęły ku bezchmurnemu niebu kolumny wody. Każda czterokrotnie przewyższała wzrost dorosłego człowieka, każda rozkwitała na końcu, siejąc tęczową kurzawę. Promienie słońca zabarwiały wodne słupy kolorami, a wodna mgiełka dodawała urokliwości całej scenie. Nigdy jeszcze w historii Taprobane nie dane było ludzkim oczom oglądać takiego cudu.

Król uśmiechnął się i dwór poważył się wreszcie znów zaczerpnąć powietrza. Tym razem zakopane w ziemi rury wytrzymały ciśnienie i nie rozpękły się pod naporem wody. W odróżnieniu od swych pechowych poprzedników, obecni budowniczowie mieli szansę dożyć sędziwego wieku, jak wszyscy pozostający w służbie Kalidasy.

Słupy wody były coraz niższe, gasły równie nieuchronnie jak promienie zachodzącego słońca. Nie wyrastały już powyżej ludzkiej głowy, zbiorniki musiały być niemal puste. Król jednak nie krył zadowolenia. Uniósł dłoń i fontanny opadły, by raz jeszcze trysnąć żywiej, jakby z szacunku dla majestatu tronu, po czym cicho usnęły. Powierzchnie stawów marszczyły się przez kilka chwil, aż zamarły w końcu i poczęły znów gładko odbijać obraz prawiecznej skały.

— Robotnicy dobrze się sprawili — powiedział Kalidasa. — Obdarować ich wolnością.

Oczywiście nikt nigdy nie zrozumie, jak dobrze się sprawili, bowiem współcześni nie potrafili docenić wizji osamotnionego króla-artysty. Podziwiając pieczołowicie utrzymane ogrody otaczające Yakkagalę, król przeżywał najpiękniejsze chwile swego życia.

Udało mu się stworzyć u stóp skały prawdziwy raj. Teraz pozostało jedynie przemienić jej wierzchołek w boskie niebo.

4. Skała Demona

Starannie zaplanowane widowisko typu światło i dźwięk robiło niezmiennie na Rajasinghu silne wrażenie, chociaż widział je już z tuzin razy i znał na pamięć wszystkie punkty programu. Każdy, kto przybywał aby ujrzeć skałę, musiał wziąć udział także i w przedstawieniu, chociaż krytycy w rodzaju profesora Saratha zwykli sarkać, że to tylko uproszczony na użytek turystów esktrakt historii. Jednak nawet taka namiastka była lepsza niż brak jakiejkolwiek informacji, szczególnie że środowisko, które reprezentował Sarath, wciąż nie mogło dojść do porozumienia, jaka właściwie była precyzyjna chronologia wszystkich tych zdarzeń sprzed dwóch tysięcy lat.

Niewielki amfiteatr na dwieście miejsc otwierał się na zachodnią ścianę Yakkagali, przy czym siedziska zostały tak rozplanowane, by wszyscy mogli w jednakim stopniu podziwiać laserowe przedstawienie. Niezależnie od pory roku zaczynało się zawsze o dziewiętnastej, kiedy ostatnie promienie równikowego słońca znikały z nieboskłonu.

Skała ginęła już w mroku, trwając jedynie jako czarny zarys na tle bladych jeszcze gwiazd. Nagle gdzieś z ciemności dobiegł przytłumiony i powolny rytm bębnów i spokojny, stonowany głos:

Oto opowieść o królu, który zamordował swego ojca i zginął z ręki brata. Oto fragment krwawej historii rodzaju ludzkiego, w sumie nic szczególnego, nic nowego. Jednak ten właśnie król zostawił po sobie niezwykły pomnik, jak i legendę, która przetrwała stulecia…

Rajasinghe zerknął na Vannevara Morgana, który siedział w mroku po jego prawej stronie. Chociaż dojrzał tylko profil gościa, poznał, że inżynier poddał się nastrojowi. Po lewej miał dwóch innych gości, starych przyjaciół z czasów kariery dyplomatycznej, równie pochłoniętych. Zgodnie z przewidywaniami nie rozpoznali „pana Smitha”, a jeśli nawet, to uprzejmie zgodzili się podtrzymać fikcję.

Nazywał się Kalidasa i urodził się w sto lat po Chrystusie. Działo się to w Ranapurze, Złotym Mieście, przez wieki stolicy królów Taprobane. Od początku cień legł na jego narodzinach…

Muzyka nabrała mocy, do bębnów dołączyły flety i gitary. Hipnotyczna melodia płynęła przez noc. Na skalnej ścianie zapłonął świetlisty punkt, który nagle rozwinął się, niby magiczne okno w czas miniony, ukazując obraz bardziej żywy i kolorowy niż sama rzeczywistość.

Idealne wyczucie dramaturgii, pomyślał Morgan, i w jednej chwili odrzucił wszystkie wahania, czy dobrze zrobił pozwalając, by chęć zażycia odrobiny rozrywki wygrała z obowiązkami. Patrzył na radość króla Paravany, gdy ulubiona konkubina pokazała mu pierworodnego syna, i zrozumiał jego smutek i rozterkę, kiedy ledwie dwadzieścia cztery godziny później królowa zrodziła prawowitego dziedzica. Chociaż Kalidasa pierwszy przybył na świat, to nie miał zostać następcą tronu, co legło u podstaw późniejszej tragedii.

Wszelako we wczesnym dzieciństwie obaj chłopcy byli najlepszymi przyjaciółmi. Kalidasa i Malgara rośli razem nieświadomi tego, że w gruncie rzeczy są rywalami, i nic nie wiedzieli o kłębiących się wkoło ich osób intrygach. Pierwsza niesnaska nie miała nic wspólnego z fatum urodzenia, wynikła z ofiarowanego w dobrej wierze, niewinnego prezentu.

Na dwór króla Paravany napływały wówczas dary z całego świata: jedwab z Chin, złoto z Hindustanu, lśniące zbroje z cesarskiego Rzymu. Pewnego dnia przywędrował do miasta prosty myśliwy z dżungli i przyniósł coś, czym miał nadzieję ucieszyć rodzinę królewską…

Wszędzie wokół Morgana rozległy się mimowolne ochy i achy. Chociaż sam inżynier nie był nigdy miłośnikiem żadnej zwierzyny, to musiał przyznać, że drobna i śnieżnobiała postać małpki, która umościła się ufnie w objęciach młodego księcia Kalidasy, robiła wrażenie. Z pomarszczonej twarzyczki dwoje wielkich oczu patrzyło poprzez stulecia — i poprzez tę tajemniczą, ale pokonywałną w znacznej mierze przestrzeń oddzielającą ludzi od zwierząt.

Wedle Kronik nigdy dotąd nie widziano jeszcze podobnego zjawiska. Jej sierść była biała jak mleko, a oczy czerwone jak rubiny. Niektórzy poczytali to za dobry znak, inni za zły omen, bowiem biel jest kolorem śmierci i żałoby. Niestety, właśnie obawy tych drugich okazały się słuszne.

Książę Kalidasa pokochał swego ulubieńca i nazwał go Hanuman od imienia dzielnego małpiego boga opisywanego w Ramayanie. Królewski złotnik zbudował mały złoty wózek, w którym Hanumah bywał obwożony po całym dworze, ku wielkiej zresztą uciesze wszystkich widzów.

Hanuman też na swój sposób pokochał Kalidasę i tylko jemu pozwalał się brać na ręce. Szczególnie zazdrosny zaś było księcia Malgarę, zupełnie jakby wyczuwał w nim przyszłego konkurenta. Pewnego dnia zdarzyło się, że ugryzł nawet następcę tronu.

Chociaż ukąszenie było drobne, to konsekwencje znaczące. Kilka dni później Hanuman został otruty, bez wątpienia na rozkaz królowej. Tak dobiegło końca dzieciństwo Kalidasy. Powiada się, że od tamtego dnia nie pokochał już żadnej ludzkiej istoty, nikomu nie zaufał, cała zaś jego przyjaźń wobec Malgary zmieniła się w zawziętą wrogość.

Śmierć małej małpki miała jeszcze inne konsekwencje. Na rozkaz króla zbudowano Hanumanowi specjalny grobowiec na wzór kapliczek w kształcie dzwonu lub dagoby. Było to na tyle niezwykłe posunięcie, że z miejsca spotkało się z gniewną reakcją mnichów. Dagoby zwyczajowo związane były z kultem Buddy i postanowienie króla uznane zostało za świętokradztwo. W rzeczy samej możliwe, że takie też były intencje władcy, król Paravana bowiem ulegał wówczas wpływom hinduistycznego kultu swami i coraz dalszy był od buddyzmu. Wprawdzie książę Kalidasa nie mógł być, z racji młodego wieku, zamieszany w konflikt, to jednak spora część nienawiści duchowieństwa spadla i na niego. Tak zaczął się spór, który w późniejszych latach miał zadecydować o rozpadzie królestwa.

Jak wiele legend, tak i opowieść o Hanumanie i księciu Kalidasie zdawała się przez wiele lat być jedynie bajką, aż w roku 2015 zespół archeologów z Harvardu odkrył na terenie dawnego pałacu Ranapury fundamenty niewielkiego grobowca. Wszystko wskazywało na to, że budowla została rozmyślnie zburzona, bowiem nie trafiono nawet na ślad ścian czy zadaszenia.

Komora grobowa była pusta, bez wątpienia przed wiekami zrabowano z niej wszystko, co było warte uwagi. Jednak badacze mieli urządzenia, o których nie śniło się nawet dawnym poszukiwaczom skarbów. Z ich pomocą, wykorzystując wiązki neutrino, odkryli pod spodem drugą komorę grobową. Ta wierzchnia musiała powstać dla zmylenia rabusiów i złoczyńców. Dobrze spełniła swe zadanie, bowiem dolne pomieszczenie przechowało w nietkniętym stanie cały bagaż miłości i nienawiści, zamknięty w nim przed tysiącami lat. Wszystko to zostało następnie umieszczone w Muzeum Ranapury.

Morgan zawsze uważał się za mężczyznę opanowanego, rzeczowego, nieskłonnego do wzruszeń i trzeba przyznać, że było w tym sporo prawdy. Teraz jednak, ku własnemu zakłopotaniu, poczuł niespodziewanie drobiny wilgoci w kącikach oczu. Byle tylko siedzący obok tego nie dostrzegli… Co u licha, pomyślał ze złością, czemu właściwie przejmuję się tą przesłodzoną melodyjką i sentymentalną narracją? Żeby widok zabawek jakiegoś dziecka skłaniać miał do płaczu?

Nagle przypomniał sobie chwilę sprzed ponad czterdziestu lat i zrozumiał, skąd wzięło się jego nagłe wzruszenie. Oto jego wpaniały i wypieszczony latawiec unoszący się w podmuchach wiatru nad Sydney, a dokładnie nad parkiem, w którym Morgan spędził znaczną część swego dzieciństwa. Znów poczuł ciepło słonecznych promieni i wietrzyk chłodzący nagie plecy. Był to wietrzyk zdradliwy, w pewnej chwili bowiem ustał nagle i latawiec zanurkował ku ziemi, osiadając na gałęziach gigantycznego dębu bardziej zapewne wiekowego, niż sam kraj zwany Australią. Chłopak nierozważnie pociągnął za sznurek, by uwolnić latawiec. Przy okazji odebrał pierwszą lekcję w zakresie wytrzymałości materiałów. Lekcję wręcz niezapomnianą.

Sznurek zerwał się przy samym mocowaniu i latawiec poszybował przez letnie niebo, z wolna tracąc wysokość. Morgan pogonił na skraj wody, maj ąc jeszcze nadzieję, że dzieło jego rąk spadnie na plażę, ale wiatr nie chciał wysłuchać modlitw małego chłopca.

Długo stał potem i łkał, odprowadzając spojrzeniem połamane szczątki, które fale unosiły przez olbrzymią zatokę na pełne morze. W końcu przypominający pozbawioną masztu łódź zarys zniknął z oczu. Oto był pierwszy z tych małych dramatów, które kształtują przyszłego mężczyznę, choćby nawet, będąc dzieckiem, rychło o nich zapominał.

Jednak Morgan stracił tylko zabawkę, przedmiot nieożywiony, płakał z bezsilnej złości raczej, niż z prawdziwego żalu. Książę Kalidasa miał rzeczywisty powód do łez. Wewnątrz złotego wózka, który wyglądał wciąż tak samo jak w dniu, gdy opuścił warsztat rzemieślnika, spoczywała kupka drobnych białych kości.

W zamyśleniu Morgan przestał zwracać uwagę na tok opowieści. Nim oczy mu obeschły, na ekranie minęło kilkadziesiąt lat i waść rodzinna była już w pełnym rozkwicie. Włączywszy się ponownie, inżynier miał kłopoty z ustaleniem, kto kogo właściwie morduje. Po ostatniej bitwie i zatopieniu w cudzym ciele ostatniego sztyletu, książę Malgara i królowa matka uciekli do Indu, a Kalidasa objął tron, swojego ojca zaś wtrącił do więzienia.

Uzurpator oszczędził Paravanę nie tyle za sprawą synowskiego afektu, ale przekonania, że stary król wciąż chowa gdzieś jakieś skarby przeznaczone dla Malgary. Paravana dobrze wiedział, że jak długo syn myśli o złocie, tak długo nie zrobi ojcu krzywdy. W końcu poczuł się zmęczony tą zwodniczą grą.

— Pokażę ci mój prawdziwy skarb — powiedział pewnego dnia. — Każ przyprowadzić rydwan, a wskażę drogę. Jednak swą ostatnią podróż stary król odbył nie w wystawnym pojeździe jak Hanuman, ale w wózku ciągnionym przez woły. Zapiski podają, że oś była uszkodzona i piszczała przez cały czas. To ostatnie musiało być prawdą, bowiem kronikarze zwykłe nie trudzą się wymyślaniem takich detali.

Ku zdziwieniu Kalidasy ojciec kazał zawieźć się nad wielkie sztuczne jezioro, dostarczające wody całej centralnej części królestwa, jezioro, którego budowa była głównym zadaniem Paravany w czasach jego panowania. Podszedł do brzegu i spojrzał na swój własny posąg, dwakroć odeń większy i wpatrujący się nieustannie w obszar wód.

— Żegnaj, przyjacielu — powiedział do kamiennej postaci symbolizującej minioną już świetność. W dłoniach posągu spoczywała mapa wewnętrznego morza. — Strzeż mego dziedzictwa.

Potem, wciąż pod czujnym spojrzeniem Kalidasy i strażników, zszedł po stopniach wykutych w obramowaniu przelewu. Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy woda sięgała mu do pasa. Tamże, zmoczywszy głowę, krzyknął dumnie do syna:

— Patrz, oto moje bogactwo! — i skinął ręką na wielki zbiornik życiodajnej wody. — Oto całe moje bogactwo!

— Zabić go! — wrzasnął wściekły i rozczarowany Kalidasa. A strażnicy posłuchali.

Tak zatem Kalidasa został władcą Taprobane, jednak za cenę, którą niewielu zgodziłoby się zapłacić. Jak podają Kroniki, zawsze odtąd żył „w strachu przed śmiercią, lękając się brata”. Oczywistym było, że wcześniej czy później Malgara upomni się o należny mu zgodnie z prawem tron.

Przez kilka lat Kalidasa, tak jak wielu innych królów przed nim, mieszkał w Ranapurze. Potem, z przyczyn o których historia milczy, porzucił stolicę na rzecz skalnego monolitu Yakkagali, izolowanej fortecy w dżungli, czterdzieści kilometrów od miasta. Niektórzy sugerowali, że szukał tam schronienia przed zemstą brata, jednak ostatecznie Kalidasa porzucił ten zakątek. Poza tym, skoro miałaby to być jedynie cytadela, czemu otoczona została tak niezwykłymi ogrodami, których stworzenie wymagało niewątpliwie równie wiele pracy, jak budowa wałów obronnych i fos. A przede wszystkim, czemu kazał ozdobić swą siedzibę freskami?

Zadawszy to ostatnie pytanie narrator zawiesił głos, a widzowie ujrzeli nagle cały zachodni stok skały — nie takim, jaki jawił się obecnie, ale w postaci sprzed dwóch tysięcy lat. Około stu metrów nad ziemią biegł otaczający skałę pas wygładzonego kamienia, tu i ówdzie wyrównany zaprawą. Na nim zaś widniały wymalowane postacie pięknych kobiet. Wszystkie w naturalnych wymiarach, ukazane tylko od pasa w górę, niektóre z profilu, inne en face, wszystkie zaś powielały jeden podstawowy wzór.

Skórę miały w barwie ochry, piersi pełne, odziane jedynie w klejnoty lub przejrzyste szaty. Niektóre nosiły wysoko upięte włosy, inne coś jakby korony. W dłoniach trzymały naręcza kwiatów lub pojedyncze kwiatki, ostrożnie ujęte miedzy kciukiem a palcem wskazującym. Niektóre miały nieco ciemniejszą skórę i wyglądały na służące, jednak i ich postacie odtworzone zostały z tym samym pietyzmem.

Niegdyś było tych postaci ponad dwieście, jednak deszcze i wiatry starły przez stulecia niemal wszystkie, aż zostało ledwie dwadzieścia chronionych przez skalne nawisy…

Z ciemności wypłynęły obrazy ostatnich ocalałych tworów wyobraźni króla Kalidasy. W tle pojawiły się delikatne tony Tańca Anitry. Mimo tortury wody i powietrza, mimo uporu wandali, panny nie straciły nic ze swej urody. Niezmiennie jasne barwy nie uległy nawet słońcu, które już ponad pół miliona razy zalewało je przedwieczorną patoką. Boginie czy kobiety, wciąż ożywiały legendę skały.

Nikt nie wie, kim były, kogo przedstawiały ani czemu tak misterne wizerunki pojawiły się w podobnie niedostępnym miejscu. Najczęściej cytowana teoria powiada, że miały to być istoty niebiańskie i że Kalidasa zamierzał stworzyć królestwo niebieskie na ziemi. Być może sam uważał się za boga, podobnie jak egipscy faraonowie. Może dlatego zapożyczył od nich symbol sfinksa strzegącego wejścia do pałacu. Na ekranie pojawiła się panorama skały ze zwierciadłem niewielkiego jeziorka u podstawy. Obraz rozmył się, zafalował, by ukazać Yakkagalę zwieńczoną blankami i wieżami. Mury otaczały cały wierzchołek. Trudno było skupić na nich spojrzenie, zdawały się lekko rozmyte jak senna wizja. Nie zachował się żaden opis podniebnego pałacu Kalidasy, sama budowla została zaś zburzona przez tych, którzy pragnęli zatrzeć wszelką pamięć królewskiego imienia.

Mieszkał tu przez niemal dwadzieścia lat, oczekując aż spełni się nieuniknione przeznaczenie. Szpiegowie musieli uprzedzić go, że korzystając z pomocy królów południowego Hindustanu, Maigara zbiera cierpliwie wojska.

W końcu Maigara przybył. Ze szczytu skały Kalidasa dojrzał najeźdźców maszerujących od północy. Być może uważał swoją fortecę za niezdobytą, ale miast schronić się w niej, wyruszył na spotkanie brata. Doszło do tego na neutralnym gruncie pomiędzy dwiema armiami. Niejeden wiele by dał, by poznać treść ich rozmowy. Niektórzy twierdzili, że bracia objęli się przy rozstaniu, może to i prawda.

Potem wojska zderzyły się jak morskie fale. Kalidasa walczył na własnym terenie, jego ludzie dobrze znali okolicę i z początku zwycięstwo zaczęło przechylać się na jego korzyść. Czysty przypadek zrządził jednak, że bitwa skończyła się. Takie właśnie przypadki nie raz decydują o losach całych państw i narodów.

Wielki słoń Kalidasy, niosący na grzbiecie królewskie proporce, skręcił w pewnej chwili, by ominąć podmokły grunt i wojsko pomyślało, że król się wycofuje. W jednej chwili morale legło w gruzach i, jak podają kroniki, królewscy rzucili się do ucieczki.

Kalidasę znaleziono potem na polu bitwy. Sam zadał sobie śmierć. Maigara objął tron. Yakkagala została zapomniana pośród dżungli, aż odkryto ją ponownie tysiąc siedemset łat później.

5. Przez teleskop

— To mój sekretny nałóg — mawiał Rajasinghe z niejakim rozbawieniem, ale i z żalem. Całe lata minęły już od chwili, gdy po raz ostatni wspiął się na szczyt Yakkagali. Wprawdzie mógł w każdej chwili zażyczyć sobie transportu powietrznego do dowolnego zakątka świata, to jednak w tym przypadku nic nie mogło zastąpić jego własnych nóg. Tylko zwykła wspinaczka dawała szansę ujrzenia wielu istotnych detali architektonicznych, a nie można było liczyć na zrozumienie idei Kalidasy, o ile nie przemierzyło się jego szlaku z Ogrodów Rozkoszy do podniebnego pałacu.

Niejaką rekompensatą dla coraz starszego pana była możliwość korzystania ze zdobytego już wiele lat temu zmodernizowanego, dwudziestocentymetrowego teleskopu. Pozwalał on prześledzić całą ścieżkę biegnącą przez zachodni stok skały, tylekroć w dawnych dniach przemierzaną aż do wierzchołka. Spoglądając w lornetę wyobrażał sobie, że unosi się w powietrzu, granitową ścianę mając na wyciągnięcie ręki.

Późnym popołudniem, gdy promienie słońca zaglądały pod skalne nawisy, Rajasinghe zerkał czasem na freski, by złożyć wyrazy uszanowania damom dworu. Chociaż uwielbiał je wszystkie, to kilka umiłował szczególnie; niekiedy przemawiał do nich używając najbardziej archaicznych spośród znanych mu form miejscowego języka, wszakże dobrze wiedział, że najdalsza dostępna jego doświadczeniu przeszłość Taprobane leżała daleko w ich przyszłości. Bawiła go też obserwacja żywych ludzi i poznawanie ich reakcji na widok skały, kiedy fotografowali się na wierzchołku lub podziwiali freski. Nie mieli wówczas najbledszego pojęcia, że towarzyszy im ktoś niewidoczny i pełen zazdrości, ktoś bez wysiłku i cicho jak duch przemieszczający się tuż obok, zdolny dojrzeć dowolny grymas twarzy i każdy szczegół stroju. Gdyby Rajasinghe potrafił czytać z ruchów warg, mógłby z pomocą tego teleskopu podsłuchiwać nawet rozmowy turystów.

Jeśli była to jakaś postać podglądactwa, to niegroźna, niewiele było też w tym „nałogu” tajemnicy, gdyż gospodarz z przyjemnością udostępniał teleskop wszystkim gościom. Przydawał się też i do innych celów. Kilkakrotnie już Rajasinghe alarmował strażników, dojrzawszy nadgorliwych łowców pamiątek, i niejeden zaskoczony turysta musiał tłumaczyć się z próby wyrycia swoich inicjałów na skalnej ścianie.

Rajasinghe rzadko sięgał po teleskop z rana, bowiem słońce świeciło wówczas z drugiej strony skały i zachodni stok Yakkagali był ledwo widoczny w półmroku. Jak sięgał pamięcią, nigdy nie zdarzyło mu się podjąć obserwacji wczesnym świtem, kiedy to wolał zwykle kultywować lokalny zwyczaj polegający na sączeniu podawanej do łóżka herbaty (zaszczepiony trzysta lat temu przez europejskich plantatorów). Tego dnia jednak, spojrzawszy w panoramiczne okno, zdumiał się niepomiernie, dostrzegając na tle nieba drobną postać wędrującą po grani. Turyści nigdy nie wspinali się tak wysoko o tak wczesnej porze, a strażnicy mieli uruchomić dowożącą do fresków windę dopiero za godzinę. Co to za ranny ptaszek?

Leniwie zwlókł się z łóżka, włożył pastelowy, batystowy sarong i boso wyszedł na werandę, gdzie stał betonowy słupek dźwigaj ący teleskop. Odnotowując w myślach (po raz piętnasty chyba), że trzeba tu sprawić nowy pokrowiec, skierował instrument na skałę.

— Mogłem się domyślić — mruknął pod nosem wyraźnie usatysfakcjonowany, przełączywszy teleskop na maksymalne powiększenie. Zatem nocny pokaz zrobił należyte wrażenie na Morganie i inżynier korzystał teraz z wolnej chwili, by samemu wybadać, w jaki to sposób architekci Kalidasy wywiązali się z narzuconego im zadania.

Nagle Rajasinghe dostrzegł coś niepokojącego. Morgan krążył tuż przy samej krawędzi platformy na wierzchołku, ledwie o centymetry od przepaści. Mało który turysta ryzykował taki spacer, z rzadka ktoś znajdował w sobie dość odwagi, by zasiąść na Tronie Słonia, z nogami dyndającymi nad otchłanią. Inżynier wszakże już przyklęknął przy siedzisku, jedną ręką obejmując rzeźbiony kamień, i pochylał się nad pustką, chcąc obejrzeć skalną ścianę poniżej. Rajasinghe, który nigdy nie zdołał przywyknąć do wysokości Yakkagali, poczuł się dziwnie nieswojo i o mało nie odwrócił spojrzenia.

Po paru minutach obserwacji uznał, że widocznie Morgan należy do tych nielicznych ludzi, na których żadne wysokości nie robią najmniejszego wrażenia. Z pamięci wypłynęło coś jeszcze (pamięć Rajasinghe wciąż miał doskonałą, tylko czasem lubiła płatać mu brzydkie figle). Zdaje się, że był kiedyś pewien Francuz, który nie tylko przeszedł po linie nad wodospadami Niagary, ale jeszcze przystanął po drodze, by przyrządzić sobie jakąś ciepłą przekąskę na turystycznej kuchence… Gdyby nie nakręcony wówczas film i zgodne relacje świadków, Rajasinghe nigdy by w taki wyczyn nie uwierzył.

I jeszcze coś… Coś związanego z samym Morganem. Ale co? Morgan… Morgan… jeszcze tydzień temu Rajasinghe nie kojarzył bliżej tej postaci…

A tak, właśnie. Przez jeden dzień było o tym głośno w dziennikach. To wtedy po raz pierwszy usłyszał o Morganie.

Główny projektant Mostu Gibraltarskiego zaproponował wówczas coś naprawdę nowego. Dowodził, że skoro wszystkie pojazdy i tak będą prowadzone po jezdni komputerowo, to budowanie barierek jest bezcelowe, a ta jedna oszczędność pozwoli odchudzić konstrukcję o tysiące ton. Oczywiście wszyscy uznali ten pomysł za wręcz upiorny, bo co by się stało, gdyby zdalne sterowanie w pewnej chwili zawiodło? Pojazd przetoczy się gładko przez krawędź i… Projektant miał już gotową odpowiedź, właściwie szereg gotowych odpowiedzi, miał ich aż za wiele.

Gdyby sterowanie zawiodło, to jak wszyscy wiedzą, automatycznie włączą się hamulce i pojazd zatrzyma się na przestrzeni góra stu metrów. Tylko zewnętrzne pasma ruchu byłyby wówczas narażone na jakiekolwiek ryzyko. Jednak prawdopodobieństwo, aby zawiodły jednocześnie i sterowniki, i sensory, i hamulce jest tak małe, że jeden taki wypadek może zajść raz na dwadzieścia lat. Morgan nie poprzestał na tym, pozwalając sobie jeszcze na żart, który zapewne nie był przeznaczony do publikacji, jednak dotarł do nader wielu uszu, wzbudzając żywe poruszenie. Inżynier stwierdził mianowicie, że gdyby już doszło do czegoś podobnego, to może lepiej, żeby taki zbuntowany samochód czym prędzej spadł z jezdni, nie uszkadzając wspaniałego mostu, bowiem to ostatnie mocno by go, to znaczy Morgana, zmartwiło.

Nie trzeba chyba dodawać, że po takim dictum most został wyposażony w tym solidniejsze barierki i odbijacze, niemniej jak dotąd nikt nie próbował ćwiczyć skoków z wysokości do Morza Śródziemnego. Wszelako tym razem Morgan zdawał się zdradzać zamiar chwalebnego polegnięcia w walce z grawitacją. W każdym razie trudno było inaczej wytłumaczyć jego działania.

Co takiego robił? Klęczał przy Tronie Słonia z małym pudełkiem w dłoni, niedużym, rozmiarów dawnej książki. Ścianki pudełka wyraźnie odbijały słońce, ale Rajasinghe nijak nie mógł pojąć, co to może być za przyrząd. Wydawało mu się, że Morgan bada z jego pomocą geologiczną strukturę samej skały, ale po co właściwie?

Czyżby chciał tu coś zbudować? Oczywiście nikt by mu na to nie pozwolił, a Rajasinghe nie mógł sobie wyobrazić niczego, co musiałoby być zlokalizowane właśnie na tej skale zamiast gdziekolwiek indziej. Szczęśliwie dotknięci megalomanią królowie byli już gatunkiem na wymarciu. Tak czy inaczej, obecne zachowanie inżyniera pozwalało mniemać, że Morgan nigdy dotąd nie słyszał nawet o Yakkagali.

Nagle Rajasinghe, który uważał się za człowieka opanowanego i zdolnego zachować kamienną twarz w najbardziej nawet zaskakujących i dramatycznych okolicznościach, odruchowo krzyknął z przestrachu, kiedy Vannevar Morgan uczynił spokojnie krok nad przepaścią, tracąc oparcie pod nogami.

6. Artysta

— Przyprowadzić Persa — powiedział Kalidasa, kiedy już odzyskał dech w piersi. Wspinaczka od fresków na Tron Słonia nie była trudna ani niebezpieczna, przynajmniej od czasu gdy schody zostały obudowane solidnym murem, jednak potrafiła zmęczyć. Przez ile jeszcze lat, zadumał się Kalidasa, będę miał siły odbyć tę drogę samodzielnie? Owszem, niewolnicy mogli go ponieść, ale korzystanie z takich wygód podkopywało zawsze dostojność króla. Nie można też dopuścić, aby czyjekolwiek obce oczy oglądały setki cudnych postaci tworzących jego niebieski dwór.

Od dzisiaj dzień i noc strażnik będzie czuwać przy schodach, tych jedynych prowadzących w dół, do prywatnego raju stworzonego przez Kalidasę. Po dziesięciu latach mozołu ziścił się wreszcie jego wielki sen. Mnisi na sąsiedniej górze mogli sądzić co innego, ale Kalidasa wiedział, że oto został bogiem.

Mimo wielu lat spędzonych pod gorącym słońcem Taprobane, Firdaz miał wciąż skórę jasną jak Rzymianin. Tego dnia, gdy skłonił się przed królem, był jeszcze bledszy, zupełnie jakby chorował. Kalidasa przywitał go w zamyśleniu i uraczył jednym ze swych rzadkich uśmiechów aprobaty.

— Dobrze się spisałeś, Persie — powiedział. — Czy jest w świecie jakiś inny artysta, który uczyniłby rzecz piękniejszą?

Duma zaczęła w widoczny sposób walczyć w Firdazie z ostrożnością. W końcu zdecydował się na asekurancką odpowiedź. — Ja o takim nie słyszałem, Wasza Wysokość.

— Czy dobrze ci zapłaciłem?

— Jestem w pełni usatysfakcjonowany.

Ta ostatnia odpowiedź nie była do końca szczera i Kalidasa dobrze o tym wiedział. Wciąż napływały przecież prośby o więcej pieniędzy, więcej niewolników, nowe kosztowne materiały, które trzeba było sprowadzić z odległych krain. Ale artysta nie musiał mieć pojęcia o ekonomii. Nie było też potrzeby informować go, jak bardzo budowa pałacu i ogrodów nadwerężyła królewski skarb.

— A teraz, gdy praca już ukończona, czego pragniesz?

— Jeśli Wasza Wysokość pozwoli, pragnąłbym wrócić do Ishfahanu, by móc ujrzeć znowu moich pobratymców.

Kalidasa oczekiwał takiej właśnie odpowiedzi i szczerze pożałował decyzji, którą musiał teraz podjąć. Jednak daleka była droga do Persji i wielu było innych władców gotowych za wszelką cenę pojmać tego, kto stworzył Yakkagalę. A boginie na zachodniej ścianie muszą pozostać na zawsze jedynymi takimi na całym świecie.

— Z tym jest pewien problem — powiedział obojętnie Kalidasa i Firdaz pobladł jeszcze bardziej, garbiąc ramiona. Król nie musiał niczego wyjaśniać, oto jeden artysta rozmawiał teraz z drugim. — Pomogłeś mi zostać bogiem. Ta wieść dotrze rychło do wielu innych krajów. Gdy tylko przestanę cię chronić, zaraz pojawią się inni, którzy zażądają od ciebie tego samego.

Artysta milczał przez chwilę. Słychać było jedynie szum wiatru pojękującego w spotkaniu z niespodziewaną przeszkodą, jaką stanowiła skała. Gdy Firdaz znów się odezwał, uczynił to ledwie słyszalnym szeptem.

— Czy zatem nie będzie mi dozwolone odejść?

— Możesz odejść wraz z bogactwem, które wystarczy ci na resztę życia. Ale pod warunkiem, że nigdy już nie podejmiesz żadnej pracy. Za żadną cenę.

— Gotów jestem to obiecać — odparł aż nazbyt gorliwie Firdaz.

Kalidasa pokręcił ze smutkiem głową.

— Nauczyłem się nie ufać słowom artystów, szczególnie gdy wymykają się spod mojej władzy. Zatem będę musiał ułatwić ci dotrzymanie obietnicy. Ku zdumieniu Kalidasy, Firdaz jakby przestał się wahać. Uspokoił się, najwidoczniej podejmując ostatecznie niełatwą decyzję.

— Rozumiem — powiedział prostując się. Następnie odwrócił się plecami do króla, traktując nagle Jego Wysokość jak powietrze, i spojrzał wprost w zachodzące słońce.

Kalidasa wiedział, że słońce było dla Persów istotą boską. Bez wątpienia te słowa, które Firdaz mamrotał z cicha, musiały być jakąś modlitwą w jego mowie. Cóż, zdarza się, że ludzie czczą gorszych bogów. Artysta wpatrywał się w oślepiającą tarczę jakby wiedział, że to ostatni obraz, jaki dane mu jest oglądać…

— Trzymajcie go! — krzyknął król.

Strażnicy rzucili się wypełnić rozkaz, ale za późno. Wprawdzie chwilowo oślepiony, Pers zdołał jednak trzema szybkimi krokami dojść do obramowania i skoczyć w przepaść. Spadał w milczeniu, niemal bezgłośnie roztrzaskując się w ogrodach, które przez tyle lat planował.

Kalidasa przez wiele dni trwał pogrążony w żałobie, która wszakże zmieniła się w okrutny gniew, gdy przechwycono list wysłany przez artystę do Ishfahanu. Ktoś ostrzegł Firdaza, że po zakończeniu pracy zostanie oślepiony, co było jawnym kłamstwem. Król nigdy nie wykrył, kto posiał ową plotkę, chociaż niejeden sługa umarł powoli, dowodząc w ten sposób swej niewinności. Smutkiem napełniało Kalidasę, że Pers uwierzył w to oszustwo, powinien przecież wiedzieć, że obdarzony duszą artysty władca nigdy nie pozbawiłby go wzroku.

Kalidasa bowiem nie był okrutnikiem. Nie był też niewdzięczny. Obsypałby Firdaza złotem (lub przynajmniej srebrem) i odesłałby go wraz z niewolnikami mającymi troszczyć się o Persa przez resztę jego życia. Ich podopieczny nie musiałby nawet palcem ruszać, by zapokoić swe potrzeby i rychło przestałby odczuwać dotkliwie brak dłoni.

7. Pałac boskiego króla

Vannevar Morgan spał źle, co było dlań osobliwym doświadczeniem. Zawsze był dumny z tego, że świetnie panuje nad swoimi odruchami i emocjami. Skoro już nie mógł zasnąć, to chciał przynajmniej wiedzieć czemu.

Obserwując pierwsze promyki wschodzącego słońca i nasłuchując przypominających dzwonienie śpiewów egzotycznych ptaków, zaczął z wolna zbierać myśli. Nie zostałby nigdy naczelnym inżynierem Terran Construction wiodąc życie spokojne, bez niespodzianek. Jednak nikt nie jest odporny na uderzenia losu, przypadki chodzą po ludziach, zatem uczynił wszystko, co w jego mocy, aby ustrzec się przed niespodziewanymi zwrotami kariery, szczególnie silnie chroniąc cenną reputację. Na ile to było możliwe, zabezpieczył się na przyszłość. Nawet gdyby zdarzyło mu się zginąć tragicznie, zgromadzone w pamięci komputerów wszystkie programy i projekty pozwoliłyby na pośmiertną realizację jego z dawna wymarzonych zamiarów.

Aż do wczoraj nie słyszał nigdy o Yakkagali. W rzeczy samej, ledwie kilka tygodni temu miał jedynie mgliste pojecie, że istnieje taka wyspa jak Taprobane. Na jej ślad trafił w trakcie realizacji jednego z projektów. Teraz winien już stąd wyjeżdżać — nie cierpiał najmniejszych nawet zmian w rozkładzie zajęć — a tu proszę, nawet nie zaczął jeszcze pracy. Odnosił dziwne wrażenie, że znalazł się w sferze wpływów sił, których nie pojmował. Zdumiewało go to, przecież pamiętał już coś podobnego. Gdy jako dziecko puszczał latawiec w parku Kiribilli, przy granitowych monolitach, niegdyś filarach zniszczonego już dawno mostu nad Zatoką Sydney…

Dwie bliźniacze wieże legły cieniem nad jego dzieciństwem, zdecydowały o jego przyszłości. Zapewne i tak zostałby inżynierem, ale takie akurat, a nie inne miejsce urodzenia zaważyło na tym, że wykształcił się na budowniczego mostów. Dlatego właśnie jako pierwszy człowiek suchą stopą przeszedł z Maroka do Hiszpanii, pokonując kotłujące się trzy kilometry w dole fale Morza Śródziemnego. Nie sądził wówczas, w owej chwili triumfu, że największe wyzwanie jego życia dopiero nadejdzie.

Jeśli sprosta temu, co czekało go obecnie, zapisze swoje imię w pamięci dziesiątek przyszłych pokoleń. Już teraz podporządkował całe swe siły i wolę nowemu celowi, i nie miał czasu na borykanie się z trywialnymi przeszkodami. Jednak dokonanie inżyniera-architekta sprzed dwóch tysięcy lat, kogoś należącego do zupełnie odmiennej kultury, jakoś go zafascynowało. Sam Kalidasa też zdawał się być postacią tajemniczą. Po co właściwie kazał zbudować Yakkagalę? Może i był ten król bardziej potworem niż człowiekiem, ale miał w sobie coś, co pruszyło Morgana do głębi.

Do wschodu słońca zostało trzydzieści minut. Założenie spodenek i swetra zajęło niecałe sześćdziesiąt sekund, jednak staranne sprawdzenie stanu obuwia potrwało nieco dłużej. Od lat nie wspinał się już tak naprawdę po górach, ale zawsze pamiętał o tym, by wozić ze sobą parę mocnych a lekkich butów. W tej profesji przydawały się nadzwyczaj często. Zamknął już drzwi pokoju, gdy pomyślał jeszcze o jednym. Przez chwilę wahał się, stojąc na korytarzu, ale w końcu uśmiechnął się i wzruszył ramionami. Nie zaszkodzi, w końcu nigdy nic nie wiadomo…

Wrócił do pokoju, otworzył walizkę i wyjął nieduże płaskie pudełko przypominające kieszonkowy kalkulator. Sprawdził baterie, postukał na próbę w kontrolki i przypiął urządzenie stalową klamrą do mocnego pasa z syntetycznej skóry. Teraz był już gotów do ujrzenia nawiedzonego królestwa Kalidasy i nie musiał bać się żadnych demonów. Wschodzące słońce miło przygrzewało w plecy, gdy Morgan minął przejście w masywnych, zewnętrznych wałach obronnych. Przed nim ukazał się kamienny most rozpięty nad wodami fosy biegnącej idealnie prostą linią. Pół kilometra rowu z każdej strony mostu… Mała flotylla łabędzi ruszyła poprzez lilie z nadzieją na poczęstunek, po czym odpłynęła strosząc pióra, gdy okazało się, że nie będzie ani kąska. Po drugiej stronie mostu Morgan dotarł do następnej linii obronnej i wspiął się wąskimi schodami na szczyt muru. Przed nim rozciągały się Ogrody Rozkoszy, a dalej widniała ściana samej skały.

Fontanny pulsowały leniwie, jakby w rytm powolnego oddechu, ich linie przecinały ogrody w różnych kierunkach. Morgan miał całą Yakkagalę tylko dla siebie, w polu widzenia nie było żadnego innego człowieka. Miasto-forteca trwało przed nim niemal równie osamotnione, jak przez siedemnaście stuleci spędzonych pod osłoną dżungli, od dnia śmierci Kalidasy po czas odkrycia przez dziewiętnastowiecznych archeologów.

Morgan przeszedł powoli wzdłuż szeregu fontann, dobne krople wody osiadały mu na gołej skórze. Przystanął przed wspaniale rzeźbioną rynną odpływową, podziwiając niewątpliwie oryginalny fragment dawnych ogrodów. Zastanowił się, jak właściwie pradawni inżynierowie rozwiązali sprawę dostarczania wody do zbiornika na górze i jakie ciśnienie zdołali wytworzyć. Tryskające wysoko wodne słupy musiały zaiste zdumiewać ówczesnych widzów.

Dotarł do podnóża schodów o stopniach tak wąskich, że podeszwy jego butów ledwo się na nich mieściły. Czy budowniczowie tego miejsca mieli tak drobne stopy, czy może architekt wymyślił sobie takie rozwiązanie, aby zbić nieco z pantałyku nieproszonych gości? Bez wątpienia nie byłoby łatwo żołnierzom pokonać sześćdziesięciostopniową stromiznę po schodach zrobionych, jak się zdawało, dla karłów.

Niewielka platforma, potem kolejne stopnie, aż wreszcie Morgan dotarł do długiej, wznoszącej się z wolna galerii wyciosanej w niższych partiach skały. Od ziemi dzieliło go już ponad pięćdziesiąt stóp, ale widok w dół zasłaniał mur pokryty gładkim żółtym tynkiem. Skała powyżej nawisała tak potężnie, że miejscami galeria zmieniała się w tunel i ledwie wąska wstążka nieba widoczna była w szczelinie.

Tynk wyglądał na całkiem nowy, żadnych pęknięć czy ubytków… Aż trudno uwierzyć, że murarze zakończyli tu pracę dwa tysiące lat temu. Gdzieniegdzie mur szpeciły typowe dla wszystkich zabytków świadectwa obecności turystów, pragnących unieśmiertelnić swoje imiona. Nieliczne z tych napisów powstały w znajomych Morganowi alfabetach, zaś najpóźniejszą datą, jaką udało mu się odczytać, był rok 1931. Potem władze najwidoczniej zaczęły zapobiegać podobnym aktom wandalizmu. Większość graffiti powstało w pełnym krągłości piśmie stosowanym na Taprobane. Morgan przypomniał sobie wczorajsze przedstawienie, urozmaicane licznymi wierszami pochodzącymi z drugiego czy trzeciego wieku. Przez szereg lat po śmierci Kalidasy Yakkagala pełniła rolę atrakcji turystycznej, przyciągającej gości za sprawą wciąż popularnej legendy o przeklętym królu.

W połowie długości kamiennej galerii Morgan dotarł do zamkniętych drzwi windy dowożącej do słynnych fresków widniejących dwadzieścia metrów powyżej. Wyciągnął głowę, by dojrzeć malowidła, ale platforma klatki dla widzów, przyczepiona do skalnej ściany niczym metalowe gniazdo, zasłaniała skutecznie widok. Rajasinghe wspominał, jak to niektórzy turyści, ujrzawszy umiejscowienie fresków, woleli poszukać albumu z ich fotografiami.

Po raz pierwszy Morgan zadumał się nad jedną z największych zagadek Yakkagali. Domyślał się, jak namalowano te freski, do tego wystarczyć mogło potężne rusztowanie z bambusowych drągów, ale nie miał pojęcia, po co to zrobiono. Przecież od chwili demontażu rusztowania nikt nie miał szans należycie docenić kunsztu artysty. Z galerii poniżej mało co było widać, zaś z miejsca u podstawy skały wyobrażone sylwetki rysowały się jako drobne, nierozpoznawalne kolorowe plamy. Może faktycznie, jak sugerowali niektórzy, rzecz miała charakter czysto religijny czy magiczny, podobnie jak pochodzące z epoki kamienia rysunki, odnalezione w głębi niemal niedostępnych jaskiń.

Freski musiały poczekać, aż obsługa windy stawi się do pracy, na razie było wiele innych rzeczy do obejrzenia. Morgan dotarł dopiero do jednej trzeciej wysokości, a galeria wciąż biegła w górę.

Mur ustąpił miejsca niskiemu parapetowi i Morgan znów mógł spojrzeć w dół, gdzie rozciągały się Ogrody Rozkoszy. Po raz pierwszy mógł oszacować nie tylko ich wielkość (czy Wersal na pewno jest większy?), ale i misterne ich rozplanowanie a także sposób, w jaki fosy i wały miały izolować je od otaczającej wszystko puszczy.

Nikt już nie wiedział, jakie krzewy i kwiaty rosły tu za dni Kalidasy, ale sztuczne jeziorka, kanały i ścieżki były wciąż w tych samych miejscach. Spoglądając na słupy wody Morgan przypomniał sobie nagle cytat ze wspomnianego w nocnym przedstawieniu tekstu:

Z Taprobane do Raju jest czterdzieści mil; stamtąd usłyszeć już można Fontanny Raju.

Powtórzył sobie to zdanie w myślach. Fontanny Raju. Czyżby Kalidasa pragnął stworzyć na tym padole ogród bogów, coś mogącego wesprzeć jego pretensje do boskości? Jeśli tak, to nie dziwota, że kapłani oskarżyli go o bluźnierstwo i nałożyli klątwę na całe dzieło.

Galeria zakończyła się wreszcie kolejnymi stromymi schodami, chociaż tym razem stopnie były o wiele obszerniejsze. Pałac wszakże wznosił się wciąż daleko w górze, schody zaś kończyły się na sporej półce, niewątpliwie sztucznie stworzonej. Trwały tu szczątki gigantycznej podobizny lwa, niegdyś dominującej nad okolicą i budzącej grozę w sercu każdego, kto ośmielił się spojrzeć na bestię. Teraz ze skały wystawały jedynie dwie łapy warującego monstrum, każda z nich połowy wysokości człowieka.

Dalej widniały następne granitowe schody i kamienne rumowisko, zapewne jedyna pozostałość po głowie lwa. Nawet ta ruina budziła podziw — ktokolwiek ośmielał się ruszyć ku warowni króla, musiał najpierw stawić czoło bestii.

Ostatni etap wspinaczki po nawisającej tuż przy wierzchołku skale tworzyło kilka żelaznych drabin ze stosownym zabezpieczeniem na użytek co bardziej lękliwych wspinaczy. Jednak najgroźniejsza w tym miejscu była nie wysokość ale, jak wcześniej już ostrzeżono Morgana, roje zazwyczaj pokojowo nastawionych szerszeni zamieszkujących jamy i zagłębienia. Niektórzy nazbyt hałaśliwi turyści bywali przez nie dość radykalnie uciszani.

Dwa tysiące lat temu północna ściana Yakkagali pokryta była murami i blankami tworzącymi stosowne tło dla postaci monstrualnego lwa, za nimi zaś musiały zapewne znajdować się schody dające łatwiejszy przystęp na szczyt. Jednak czas, deszcze i mściwe ludzkie ręce wymiotły wszystko do gołej skały, upstrzonej teraz tysiącami wyżłobień i wąskich półeczek, dających niegdyś podporę murarce.

Niespodziewanie wspinaczka dobiegła końca. Morgan stanął na skrawku gładkiego kamienia, wysepce wydźwigniętej dwieście metrów ponad dywan drzew i pól ciągnących się płaskim krajobrazem we wszystkie strony prócz północy, gdzie rysowały się na horyzoncie góry centralnego łańcucha. Inżynier znalazł się w całkowitej izolacji od świata, jednak nie stracił go z oczu, wręcz przeciwnie, poczuł się przez chwilę panem wszystkiego, co mógł dojrzeć. Nie zdarzyło mu się to od tamtej chwili, gdy w osłonie chmur przekraczał pomost między Europą a Afryką. Zaiste, boskiego króla była ta góra siedzibą. Ruiny jego pałacu zalegały wszędzie wokoło. Labirynt na wpół zburzonych murów wyrastał ledwie do pasa, sterty potłuczonych cegieł i wyłożone granitowymi płytami ścieżki biegły przez cały obszar aż do krawędzi. Widać było też wielką cysternę wyciosaną w żywej skale, zapewne zbiornik na wodę. Mając dość zaopatrzenia, garstka zdeterminowanych ludzi mogłaby się tu bronić przez długie lata, ale jeśli Yakkagala została rzeczywiście pomyślana jako forteca, to Kalidasa nigdy nie wystawił warowni na próbę. Jego ostatnie spotkanie z bratem miało miejsce daleko poza zewnętrznymi umocnieniami.

Straciwszy niemal zupełnie poczucie czasu, Morgan zaczął błądzić między fundamentami pałacu. Patrząc na ruiny, próbował odtworzyć sposób myślenia dawnego architekta. A skąd ta ścieżka? A czy to był wspornik schodów wiodących na wyższe piętra? Czy ten kamienny zbiornik w kształcie trumny pełnił rolę wanny? A jeśli tak, to jak doprowadzano wodę i jak ją później odprowadzano? To szczególne śledztwo pochłonęło Morgana na tyle, że nie zwrócił nawet uwagi na coraz silniej płonące na bezchmurnym niebie słońce. Daleko w dole szmaragdowy krajobraz budził się z wolna do życia. Niczym kolorowe żuki całe roje automatycznych traktorów i maszyn rolniczych kierowały się ku ryżowym polom. Gdzie indziej poczciwy, całkiem prawdziwy słoń pomagał postawić z powrotem na koła autobus, który wyraźnie zbyt szybko wszedł w zakręt i wyleciał z szosy. Do uszu Morgana dobiegały nawet chrapliwe krzyki opiekuna słonia usadowionego na karku zwierzaka. Niczym armia mrówek rzesze nadciągających od hotelu Yakkagala turystów wlewały się niespiesznie do Ogrodów Rozkoszy. Z wolna kończył się czas samotności na skale.

Morgan w zasadzie przebadał już ruiny, chociaż, rzecz jasna, szczegółowe poznanie wszystkiego musiałoby trwać wiele lat. Odpoczął chwilę na cudnie rzeźbionej granitowej ławie na skraju dwustumetrowej przepaści u południowego krańca tarasu.

Inżynier pobiegł spojrzeniem ku horyzontowi, ku rysującym się tam mgliście górom. Wschodzące słońce nie rozproszyło jeszcze wszystkich oparów. Błądząc wzrokiem między szczytami nagle pojął, że to, co z początku brał za wyjątkowo rozległy, kopulasty tabun mgły, jest w istocie zupełnie czym innym. Tworem idealnie symetrycznym, górującym ponad niższymi wzniesieniami.

Przez chwilę zastygł w niemal przesądnym podziwie, zaskoczony własnym odkryciem. Nie miał pojęcia, że z Yakkagali widać Świętą Górę aż tak dobrze. A jednak wyłaniała się oto z wolna spośród nocnych cieni, stawiając czoło blaskowi nowego dnia. A być może i nowej przyszłości. O ile się uda, oczywiście.

Znał dobrze wszystkie jej wymiary, całą historię geologiczną. Sporządził już jej mapy, posługując się przy tym stereofotografiami i danymi dostarczanymi przez satelity, jednak na własne oczy widział to miejsce po raz pierwszy. Nagle teoretyczne rozważania znalazły odniesienie w rzeczywistości. A przecież nawet te rozważania zawisały niejednokrotnie na krawędzi. Nie raz i nie dwa, najczęściej w szarych godzinach przedświtu, Morgana budziły upiorne sny, w których cały projekt jawił się jako utopijna mrzonka, mogąca nie tyle zapewnić mu sławę, co raczej wystawić na pośmiewisko. Już kiedyś niektórzy z jego adwersarzy nazywali sławny most „szaleństwem Morgana”. A co powiedzą tym razem?

Jednak przeszkody stawiane przez ludzi nigdy dotąd go nie powstrzymały. Jego prawdziwym przeciwnikiem były siły samej przyrody i był to przeciwnik wręcz przyjazny, który nigdy nie oszukiwał i zawsze stosował się do reguł gry, niemniej wykorzystywał natychmiast najmniejsze nawet niedopatrzenie czy pomyłkę budowniczego. Wszystkie te moce przyrody uosabiał obecnie ten odległy, kopulasty kształt, który Morgan znał niemal na pamięć, chociaż nigdy jeszcze nie postawił tam stopy.

Tak jak niegdyś czynił to Kalidasa, Morgan zapatrzył się na zieloną równię, zastanawiając się czy podoła wyzwaniu, i rozważając strategię. W oczach Kalidasy Sri Kanda reprezentowała zarówno ziemską władzę kapłanów, jak i boską potęgę, jedno i drugie wrogie władcy. Dla Morgana bogowie byli już przeszłością, kapłani jednak pozostali. Pobudek kierujących tymi ostatnimi inżynier nigdy nie pojmował, toteż wolał traktować podobnych im ludzi z ostrożnym dystansem.

Pora schodzić z góry. Nie wolno spóźnić się ponownie, szczególnie z własnej winy. Wstał z bloku kamienia i pojął wreszcie, co go intrygowało przez kilka ostatnich minut. Dziwne miejsce, by ustawić tak zdobne, wsparte na postaciach słoni siedzisko. Tuż nad krawędzią urwiska…

Morgan nie mógł zostawić tego, nie próbując wyjaśnić sprawy. Pochylił się nad otchłanią, by raz jeszcze spróbować odgadnąć zamysły pradawnego kolegi po fachu.

8. Malgara

Nawet najbliżsi towarzysze nie potrafili wyczytać niczego z twarzy księcia Malgary, gdy ten po raz ostatni spojrzał na martwe ciało brata, kompana z dzieciństwa. Na polu bitwy zaległa już cisza, nawet krzyki rannych umilkły za sprawą kojących cierpienie ziół lub ciosu jeszcze skuteczniej uśmierzającego wszelką boleść miecza.

Po długiej chwili książę odwrócił się do stojącej w pobliżu, odzianej z żółtą szatę postaci.

— Ty nałożyłeś mu koronę na skronie, czcigodny Bodhidharmo. Teraz możesz oddać mu jeszcze jedną przysługę. Dopilnujesz, by pochowano go jak króla.

Dostojnik milczał przez chwilę, w końcu odezwał się cicho:

— Zniszczył nasze świątynie i zgładził kapłanów. Jeśli czcił jakiegokolwiek boga, to był to Siwa.

Malgara odsłonił zęby w złowrogim uśmiechu. Mahanayakemu nie zostało już wiele lat życia, ale miał jeszcze poznać ten uśmiech aż za dobrze.

— Czcigodny panie — powiedział książę jadowitym głosem — to on był pierworodnym synem Paravany Wielkiego, zasiadał na tronie Taprobane, a zło, które uczynił, odchodzi wraz z nim. Po całopaleniu dopilnujesz, by stosownie pochowano prochy. Dopiero później wrócisz do Sri Kandy.

Mahanayake Thero skłonił się lekko, wymuszenie.

— Stanie się zgodnie z twymi życzeniami. — I jeszcze jedno — powiedział Malgara, tym razem do swych towarzyszy. — Opowieść o sławnych fontannach Kalidasy dosięgła nas nawet w Hindustanie. Chcemy zerknąć na nie, nim wyruszymy do Ranapury…

Dym stosu pogrzebowego Kalidasy wzbił się z samego środka Ogrodów Rozkoszy, wadząc krążącym po bezchmurnym niebie drapieżnym ptakom, jak i padlinożercom, które zleciały się z całej wyspy nad pobojowisko. Z ponurym zadowoleniem Malgara wpatrywał się w znak swego triumfu, spiralą wznoszący się coraz wyżej. Oto kraj dowiadywał się, że ma nowego władcę. Ale wspomnienia i tak niepokojąco wracały…

Nie ustając w odwiecznej rywalizacji, tryskająca z fontann woda wydała walkę płomieniom, ale zbiornik wyczerpał się, nim jeszcze ogień dokończył dzieła. Fontanny zamarły. Zanim ponownie odżyją upadnie cesarski Rzym, armie islamu przemaszerują przez Afrykę, Kopernik usunie Ziemię z centrum wszechświata, złożone zostaną podpisy pod Deklaracją Niepodległości, ludzie staną na Księżycu…

Malgara poczekał, aż stos po raz ostatni buchnie iskrami i zgaśnie, a resztki dymu odpłyną ku Yakkagali. Wówczas podniósł oczy i stał długi czas nieruchomo, wpatrzony w pałac na szczycie.

— Żaden człowiek nie powinien nigdy rzucać wyzwania bogom — powiedział w końcu. — Trzeba to zburzyć.

9. Nić

— O mały figiel, a przyprawiłby mnie pan o atak serca — powiedział Rajasinghe oskarżycielskim tonem i nalał porannej kawy. — W pierwszej chwili pomyślałem, że ma pan jakieś urządzenie znoszące działanie siły ciążenia, chociaż wiem, że to niemożliwe. Jak pan to zrobił?

— Proszę o wybaczenie — odparł z uśmiechem Morgan. — Gdybym wiedział, że pan mnie obserwuje, ostrzegłbym pana. Chociaż wcale nie planowałem podobnych wyczynów. Chciałem tylko pobuszować trochę po wierzchołku skały, ale potem zaintrygowała mnie ta kamienna ława. Chciałem wiedzieć, czemu stoi na samym skraju urwiska i zacząłem badać sprawę.

— To żadna tajemnica. Kiedyś była tam podłoga, zapewne drewniana, wybiegająca ponad przepaść. Od niej wiodły schody do galerii fresków. Wciąż można dostrzec w skale zagłębienia, dawne miejsca mocowania konstrukcji.

— Też do tego doszedłem — odparł Morgan z niejakim smutkiem. — Mogłem się domyślić, że ktoś już to wszystko opisał.

Dwieście pięćdziesiąt lat temu, pomyślał Rajasinghe. Zrobił to szalenie energiczny, wręcz lekko stuknięty na punkcie archeologii Anglik, Arnold Lethbridge. Tak samo opuścił się w dół urwiska. No, niezupełnie tak samo…

Morgan pokazał metalowe pudełko, które umożliwiło mu ten nadprzyrodzony, zdałoby się, manewr. Urządzenie miało tylko kilka przycisków i prosty ekranik z paroma odczytami. Wyglądało jak najzwyklejszy pod słońcem telefon.

— No i właśnie — powiedział z dumą inżynier. — Skoro widział pan już, jak pokonuję sto metrów pionowej skały, to ma pan przynajmniej ogólne pojecie o możliwościach tej maszynki.

— Zdrowy rozsądek podpowiada tylko jedno, ale nawet mój doskonały teleskop nie chce potwierdzić moich domysłów. Nie widziałem, by cokolwiek pana utrzymywało.

— To nie była zamierzona demonstracja, ale z pewnością skuteczna. Pora na ciąg dalszy. Proszę zahaczyć palec o ten pierścień.

Rajasinghe zawahał się. Morgan trzymał w dłoni nieduży, metalowy torus, dwukrotnie większy niż zwykła obrączka ślubna. Trzymał go tak, jakby przedmiot był naelektryzowany.

— Kopnie mnie? — spytał gospodarz.

— W żadnym przypadku. Niemniej zapewne zadziwi. Proszę spróbować go ode mnie odciągnąć.

Rajasinghe energicznie chwycił pierścień i o mało go nie upuścił, bowiem przedmiot zachował się jak żywe stworzenie. Ciągnął w kierunku Morgana, czy też raczej w kierunku trzymanego przezeń pudełka, które zawarczało z cicha i nagle palce gospodarza mimowolnie podążyły za torusem ku urządzeniu, przyciągnięte tajemniczą siłą. Pole magnetyczne? Nie, żaden magnes tak się nie zachowuje. Wstępna teoria była zatem słuszna, rzeczywiście nie znał wyjaśnienia dla całego zjawiska. Oto inżynier bawił się z nim w przeciąganie liny. Niewidzialnej liny.

Nawet wytężając oczy, Rajasinghe nie mógł dostrzec żadnej nitki ani drutu łączącego pierścień z pudełkiem. Morgan manewrował teraz urządzeniem niczym rybak wybierający zdobycz. Rajasinghe sięgnął wolną ręką w przestrzeń między nimi, ale Morgan szybko go powstrzymał.

— Przepraszam, wszyscy tego próbują, gdy przestają już cokolwiek rozumieć, ale można sobie brzydko poharatać palce.

— A zatem to jednak niewidzialna nić. Sprytne. Ale jaki z tego użytek, cyrkowych sztuczek nie licząc?

Morgan uśmiechnął się szeroko.

— Trudno żywić do pana pretensje za dojście do takiego, a nie innego wniosku. To też zwykła reakcja. Ale myli się pan. Nie widzi pan tej nici, ponieważ ma grubość ledwie kilku mikronów. Jest o wiele cieńsza niż pajęczyna.

Chociaż raz to nadużywane porównanie zostało trafnie zastosowane, pomyślał Rąjasinghe.

— Niesamowite. Co to jest?

— Wynik około dwustu lat rozwoju fizyki ciała stałego. Do czego się przyda, to jeszcze zobaczymy. Nić tworzy nieprzerywalny, quasijednowymiarowy kryształ diamentu, chociaż w tym wypadku nie jest to czysty węgiel. Jest tu jeszcze kilka pierwiastków śladowych, dodanych w starannie odmierzonych proporcjach. Masowa produkcja takiego diamentu możliwa jest tylko w fabrykach orbitalnych, gdzie grawitacja nie zakłóca procesu wzrostu kryształu.

— Fascynujące — wyszeptał pod nosem Rąjasinghe. Pociągnął lekko za pierścień, by sprawdzić czy nić jest wciąż napięta. Nie, to nie była halucynacja. — Przypuszczam, że to może mieć mnóstwo zastosowań. Na przykład w niezawodnej krajarce do sera…

Morgan roześmiał się.

— Tym można ściąć drzewo, i to w parę minut. Ale taka nić jest trudna w użyciu, wręcz niebezpieczna. Trzeba jeszcze zaprojektować specjalne urządzenia rozwijające i zwijające ją wedle potrzeby; narazić nazywany je „wyciągarkami”. To tutaj to egzemplarz eksperymentalny, zmontowany dla potrzeb demonstracji. Silniczekmoże unieść tylko kilkaset kilogramów, a i tak znajduję wciąż nowe zastosowania dla tej maszynki. Nie po raz pierwszy dzisiaj po nią sięgnąłem.

Rąjasinghe niechętnie puścił pierścień, który opadł i zaczął kołysać się niczym pozbawione wsparcia wahadło. W końcu wyciągarka zawarczała z cicha.

— Ale nie przybył pan tu tylko po to, aby zademonstrować mi ostatnie cuda nauki, chociaż przyznaję, że jestem pod wrażeniem. Chciałbym jeszcze wiedzieć, co to wszystko ma wspólnego ze mną.

— To wielka sprawa, panie ambasadorze — odparł inżynier, raptownie zmieniając ton na oficjalny. — Ma pan rację, że ten materiał może mieć multum zastosowań, niektórych zaczynamy się dopiero domyślać. Dzięki jednemu z nich ta cicha wyspa może stać się centrum współczesnego świata, chociaż trudno powiedzieć czy na dobre, czy na złe się to dla niej obróci. Właściwie nie tylko świata, ale całego Systemu Słonecznego. Dzięki tej nici Taprobane stanie się bramą wiodącą do wszystkich planet. A pewnego dnia może nawet początkiem drogi do gwiazd.

10. Most Mostów

Paul i Maxine byli dwojgiem najlepszych i najdawniejszych przyjaciół Rajasinghego, ale do tej pory nigdy jeszcze się nie spotkali, nawet nie rozmawiali ze sobą. Bo i czemu mieliby to robić? Mało kto poza Taprobane słyszał kiedykolwiek o istnieniu profesora Saratha, zaś cały System Słoneczny znał oblicze i barwę głosu Maxine Duval.

Tych dwoje gości zasiadało teraz w komfortowych fotelach biblioteki, Rajasinghe zaś tkwił przy głównej konsoli swego komputera. Wszyscy wpatrywali się w czwartą, stojącą w bezruchu postać.

Postać ta wyglądała wręcz sztucznie. Przybysz z przeszłości czy ktoś nie obeznany z elektronicznymi cudeńkami nowej ery uznałby na pierwszy rzut oka, że patrzy na woskową kukłę. Po chwili musiałby jednak dostrzec, że postać jest po części przejrzysta i widać przez nią co silniejsze światła, ponadto że rozmywa się kilka centymetrów nad dywanem.

— Poznajecie go? — spytał Rajasinghe.

— Nigdy go nie widziałem — odparł natychmiast Sarath. — Lepiej żeby to był ktoś ważny, bo oderwałeś mnie od prac w Maharambie. Właśnie zaczęliśmy otwierać komnatę grobową.

— A ja musiałam zostawić mój trimaran na samym początku wyścigów na jeziorze Saladin — wtrąciła Maxine Duval. W jej głosie (słynnym kontralcie) było tyle irytacji, że ktoś mniej gruboskórny niż profesor Sarath zapewne schowałby się za fotel. — Oczywiście, że go znam. A co, zamierza zbudować most z Taprobane do Hindustanu? Rajasinghe roześmiał się.

— Nie, takie połączenie istnieje już od dwustu lat. Przepraszam, że ściągnąłem was tutaj, chociaż muszę przypomnieć, Maxine, że przez ostatnie dwadzieścia lat wciąż zapowiadałaś, że mnie odwiedzisz, i na obietnicach się kończyło.

— Zaiste — westchnęła. — Ale tyle czasu spędzam w studiu, że czasem zapominam o świecie. I o tych pięciu tysiącach drogich przyjaciół i pięćdziesięciu milionach wielbicieli.

— A do której z tych kategorii zaliczyłabyś doktora Morgana?

— Spotkałam go trzy, może cztery razy. Przeprowadziliśmy z nim wywiad zaraz po ukończeniu mostu. Charakternik. Robi wrażenie.

W ustach Maxine Duval to był prawdziwy komplement. Od ponad trzydziestu lat była gwiazdą w swojej profesji, zdobyła zapewne wszystko, co może zdobyć dziennikarz. Nagroda Pulitzera, nagroda Global Times’a, nagroda Davida Prosta — to były tylko niektóre. Niedawno wróciła do pracy po dwuletniej przerwie, kiedy to wcieliła się w postać Waltera Cronkite’a, profesora, specjalisty od elektronicznych mediów na uczelni w Columbii.

Upływające lata nieco złagodziły jej charakter, ale nie spowolniły myślenia. Przestała być zagorzałą szowinistką, wspominającą przy byle okazji, że „skoro kobiety najlepsze są w rodzeniu dzieci, do zapewne mężczyźni dostali od natury jakiś talent kompensujący braki biologiczne. Ale mnie to nie obchodzi”. Niemniej całkiem niedawno zbiła z tropu przewodniczącego na pewnej konferencji, stwierdzając nader głośnym scenicznym szeptem: „Do cholery, jestem dziennikarką, a nie dziennikarzem”.

Jej kobiecość nie budziła najmniejszych wątpliwości. Cztery razy zawierała związki małżeńskie, co przysporzyło jej sporo sławy, jako że zawsze dokonywała wyboru spośród tak zwanych REMów, czyli istot o zaprogramowanym genotypie. Niezależnie od płci, ludzie tacy byli zawsze młodzi i atletyczni, dzięki czemu kolejni mężowie Maxine bez trudu dotrzymywali jej kroku, nawet obciążeni dwudziestoma kilogramami wszelkiego sprzętu reporterskiego. Wszyscy czterej byli też nader męscy i przystojni. Krążył niegdyś żart, że Maxine Duval rozgląda się nie tyle za REMami, co za bykami (w celach wiadomych; poza tym w języku angielskim byka dzieli od REMa tylko jedna litera). Jednakże nie powtarzano tego dowcipu jako złośliwości, bowiem uwielbienie, którym otaczali Maxine jej najbardziej zagorzali konkurenci w zawodzie dziennikarza, było niemal równie silne, jak żywiona wobec sławy zawiść.

— Przykro mi z powodu tych wyścigów — powiedziałRajasin-ghe — ale zauważ proszę, że Marlin III i tak wygrał, chociaż bez ciebie. Zapewne sama przyznasz, że to jest ważniejsze. Zresztą, niech Morgan sam powie, o co chodzi.

Zwolnił przycisk z napisem PAUSE i projekcja ożyła.

— Nazywam się Vannevar Morgan. Jestem głównym inżynierem Terran Construction, Budownictwo Lądowe. Moim ostatnim projektem był Most Gibraltarski, ale teraz chciałbym porozmawiać o czymś znacznie ambitniejszym.

Rajasinghe spojrzał na gości. Zgodnie z przewidywaniami, Morgan już rozbudził ich ciekawość.

Gospodarz oparł się wygodnie w fotelu i poczekał aż inżynier wyłoży znany już, chociaż wciąż niewiarygodnie śmiały projekt. To dziwne, jak szybko przywyka się do trójwymiarowych projekcji i przestaje zauważać wszelkie uchybienia obrazu. Nawet fakt, że Morgan poruszał się, nie opuszczając jednego miejsca, i że perspektywa obrazu wnętrza za nim była mocno zakłócona, nie niweczył wrażenia realności jego postaci.

— Od dwustu lat mamy już erę podboju kosmosu. Przez połowę tego czasu nasza cywilizacja zdążyła uzależnić się od satelitów wiszących na orbicie Ziemi. Globalne sieci łączności, prognozowanie pogody i kontrola nad nią, sprawdzanie stanu zasobów wszelkich bogactw naturalnych, wszelkie usługi informatyczne… Gdyby cokolwiek stało się z systemem orbitalnym, z miejsca wrócilibyśmy do epoki komputera łupanego. Towarzyszące temu katastrofy, klęski i głód zniszczyłyby większość ludzkiej rasy.

Na dodatek mamy już samowystarczalne kolonie na Marsie, Merkurym i na Księżycu. Wydobywamy cenne surowce z aste — roidów, z wolna kiełkuje międzyplanetarny handel. Wprawdzie zajęło to nieco więcej czasu, niż sądzili najbardziej optymistycznie nastawieni futurolodzy, to jednak oczywistym już jest, że długotrwały tak zwany podbój przestworzy był tylko wstępem do podboju kosmosu.

Stanęliśmy jednak obecnie przed zasadniczym problemem. Przed czymś, co może przekreślić cały nasz program kosmiczny. Wprawdzie wysiłki pokoleń badaczy sprawiły, że rakieta jest obecnie najpewniejszym sposobem, by dostać się na orbitę…

(A co, zaproponuje rowery?, mruknął Sarath).

…to jednak takie pojazdy mają wiele zasadniczych wad. Co gorsza, rakietowe silniki mają dewastujący wpływ na środowisko. Pomimo licznych prób wytyczania korytarzy przystępu, hałas towarzyszący startom i lądowaniom zakłóca spokój milionom ludzi. Pozostające w górnych warstwach atmosfery produkty spalania paliwa rakietowego odpowiedzialne są za poważne i niebezpieczne zmiany klimatyczne. Wszyscy pamiętamy nagły wzrost zachorowań na raka skóry w latach dwudziestych, kiedy to warstwa ozonowa stała się niebezpiecznie cienka. I pamiętamy astronomiczne sumy wydane na jej odtworzenie.

Jeśli jednak sprawdzą się nasze prognozy i ruch orbitalny zwiększy się do końca stulecia, zaś ilość wysyłanych w górę ładunków wzrośnie o prawie pięćdziesiąt procent, to będzie musiało odbyć się to kosztem naszego życia. Możemy tego nie przeżyć. To zbyt wysoki koszt, ale specjaliści od silników rakietowych tym razem nam już nie pomogą. Zrobili wszystko, co było możliwe, maksymalnie udoskonalili swoje dzieła, a znane nam prawa fizyki nie dają im żadnej możliwości manewru.

Co zatem zostaje? Przez wieki ludzie marzyli o wynalezieniu napędu antygrawitacyjnego czy innego cudownego sposobu poruszania statków kosmicznych. Nadal nie trafiono na najmniejszy ślad, najmniejszą sugestię, że cokolwiek takiego jest możliwe. Niemniej w tej samej dekadzie, kiedy wystrzelono pierwszego satelitę, pewien rosyjski inżynier zaproponował system, który uczyniłby rakiety atmosferyczne niepotrzebnymi. Wiele lat musiało minąć, nim ktokolwiek potraktował pomysł Jurija Artsutanowa poważnie. Potrzeba było dwóch stuleci, aby pojawiła się możliwość zrealizowania jego wizji. Ilekroć Rajasinghe odtwarzał to nagranie, zawsze nachodziła go myśl, że dopiero teraz Morgan ożywał naprawdę. Łatwo było domyślić się powodu takiej zmiany tonu: inżynier wkraczał na własne poletko, gdzie nie musiał już polegać na ekspertyzach dokonanych przez fachowców z innych dziedzin. Mimo poważnych obaw i sporej rezerwy, Rajasinghe mimowolnie zaczynał podzielać entuzjazm Morgana. Takie stany zdarzały mu się w jesieni życia już nader rzadko.

— Wystarczy wyjść z domu w pogodną noc i spojrzeć w niebo — ciągnął Morgan — by ujrzeć powszednie cuda naszej epoki: gwiazdy, które nigdy nie wschodzą i nigdy nie zachodzą, a tylko tkwią w bezruchu w tym samym punkcie niebios. Już nasi ojcowie, a przed nimi nasi dziadowie, uznali za rzecz zwyczajną istnienie geostacjonarnych satelitów i stacji kosmicznych poruszających się nad równikiem z taką szybkością, by zawsze znajdować się powyżej tego samego punktu na Ziemi.

Artsutanow zadał sobie proste pytanie, aż trywialne w swej genialności. Na to samo mógł wpaść każdy średnio inteligentny człowiek. I niemal wszyscy gotowi byli odrzucić równie prostą odpowiedź jako absurdalną.

Jeśli prawa mechaniki niebieskiej sprawiają, że można zawiesić jakiś obiekt w tym samym punkcie nieba, to może dałoby się poprowadzić od tego obiektu kabel czy linę sięgającą powierzchni Ziemi i stworzyć w ten sposób wyciąg, windę łączącą Ziemię z kosmosem?

Teoria była spójna i nie miała słabych miejsc, jednakże realizacja zdawała się wręcz niemożliwa, tyle trudności technicznych piętrzyło się po drodze. Obliczenia jasno wykazywały, że nie istnieje materiał dość wytrzymały, najlepsza stal musiałaby popękać skutkiem własnej wagi, i to o wiele wcześniej, niż konstrukcja sięgnęłaby pułapu trzydziestu sześciu tysięcy kilometrów, czyli orbity synchronicznej.

Jak wspomniałem, choćby najbardziej wytrzymała stal nie spełniała nawet teoretycznych warunków wytrzymałości. Niemniej udawało się stworzyć odpowiednie materiały w mikroskali. Gdyby dało się produkować je nie w laboratoriach, ale na skalę masową, wówczas marzenie Artsutanowa byłoby ziszczalne, a struktura kosztów transportu orbitalnego zmieniłaby się nie do poznania. Pod koniec dwudziestego stulecia zaczęto w laboratoriach uzyskiwać superwytrzymałe materiały, krystaliczne nici zwane wiskerami. Jednak ich wytwarzanie było upiornie kosztowne, warte były wielokrotność swej wagi w złocie, a do budowy systemu orbitalnego potrzeba by ich było wiele milionów ton, tak zatem marzenie pozostawało wciąż w sferze utopii.

Dopiero kilka miesięcy temu pojawiły się nowe zakłady orbitalne, zdolne wyprodukować praktycznie nieograniczone ilości wiskerów. Budowa kosmicznej windy czy też, jak wolę rzecz nazywać, wieży orbitalnej stała się możliwa. Bo w gruncie rzeczy to jest wieża, sięgająca poprzez atmosferę daleko, aż poza…

Obraz Morgana zbladł jak duch poddany nagle egzorcyzmom i w jego miejsce pojawiła się niebieska kula Ziemi. Była wielkości piłki futbolowej i obracała się z wolna. Palec Morgana wskazał miejsce ponad równikiem, a jasny punkt świetlny zapłonął w miejscu zawieszenia stacji orbitalnej.

— Gdy buduje się most — komentował Morgan zza kadru — zaczyna się zwykle budowę z obu stron, by spotkać się pośrodku. Budując wieżę orbitalną trzeba postąpić dokładnie odwrotnie. Zacząć pośrodku i budować jednocześnie w dół i w górę, korzystając przy tym ze wsparcia satelity geostacjonarnego zawieszonego na starannie wyliczonej orbicie. Cała sztuczka polega na tym, aby nieustannie kontrolować położenie środka ciężkości takiej konstrukcji, bowiem w przeciwnym razie może ona przenieść się na inną orbitę i zacząć z wolna przemieszczać się względem globu.

Cienka linia biegnąca w dół sięgnęła równika, w tej samej chwili górna spotkała się ze stacją.

— Całkowita wysokość musi wynieść przynajmniej czterdzieści tysięcy kilometrów, z czego tylko dolne sto kilometrów pozostanie w obrębie atmosfery. Niemniej właśnie ten odcinek może okazać się najtrudniejszym w realizacji, a to za sprawą huraganowych wiatrów. Stabilność zapewni dopiero trwałe zakotwiczenie w gruncie.

A potem, po raz pierwszy w historii, otrzymamy prawdziwe schody do nieba, most do gwiazd. W zasadzie będzie to najprostsza winda poruszana tanią energią elektryczną; zastąpi kosztowne i hałaśliwe rakiety. Od tej pory rakiety służyć będą już tylko do transportu w obrębie próżni. Oto jeden z wariantów projektu wieży orbitalnej…

Obraz ziemskiego globu zniknął, na jego miejscu pokazała się wieża, a właściwie jej przekrój.

— Jak widzicie, zbudowana jest z czterech identycznych wyciągów rurowych, dwa do ruchu w górę, dwa do ruchu w dół. Można rzecz porównać do pionowej czteropasmowej autostrady. Kapsuły mogą przewozić pasażerów, fracht, paliwo, i to z szybkością kilku tysięcy kilometrów na godzinę. Stacjemocy na granicach sekcji dostarczą potrzebnej energii, z której dziewięćdziesiąt procent podlegać będzie odzyskowi. Koszt netto przewiezienia jednego pasażera wyniesie nie więcej niż kilka dolarów, bowiem kapsuły podążające na dół wykorzystywać będą swe silniki elektryczne jako hamulce magnetyczne, generując tym samym energię i przekazując ją do sieci. Zupełnie inaczej niż wracające statki kosmiczne; nie będą rozgrzewać się w atmosferze, nie będą wywoływać gromów związanych z przekraczaniem bariery dźwięku. Żadnego marnotrawstwa. Można powiedzieć, że kursy w dół dostarczą energii kapsułom podążającym w górę, tak zatem, nawet przy bardzo ostrożnych szacunkach, winda stanie się o wiele bardziej wydajna niż jakakolwiek rakieta.

Zasadniczo nie ma żadnych ograniczeń, jeśli chodzi o natężenie ruchu, bowiem w każdej chwili można dobudować dodatkowe linie. Jeśli zdarzy się kiedyś, że milion ludzi zapragnie pewnego dnia odwiedzić Ziemię lub ją opuścić, wieża orbitalna obsłuży ich wszystkich. Koniec końców, autostrady naszych wielkich miast radziły sobie niegdyś z większymi tłumami…

Rajasinghe musnął przycisk i Morgan umilkł w pół zdania.

— Reszta to już szczegóły techniczne. Wyjaśnia, w jaki sposób można wykorzystać wieżę w roli wyrzutni pozwalającej wysyłać ładunki na Księżyc i inne planety bez użycia jakichkolwiek rakiet. Chyba słyszeliście już dość, by wyrobić sobie przynajmniej ogólne pojecie…

— Jestem pod wrażeniem — powiedział profesor Sarath. — Ale co, u licha, ma to wspólnego ze mną? Albo z tobą?

— Wszystko we właściwym czasie. A co ty powiesz, Maxine?

— Że chyba wybaczę ci to nagłe wezwanie. To może być najlepszy temat całej dekady albo i stulecia. Ale skąd ten pośpiech, że o wymogu dyskrecji nie wspomnę? — Sam wielu rzeczy tu nie rozumiem i mam nadzieję, że mi pomożecie. Podejrzewam, że Morgan wciąż toczy walkę, i to na kilku frontach. Zamierza ogłosić wszystko w niedalekiej przyszłości, niemniej najpierw chce wiedzieć dokładnie, na czym stoi. Dając mi to nagranie zaznaczył, bym nie przesyłał go ogólnodostępną siecią informacyjną. Dlatego poprosiłem was o osobiste przybycie.

— Wie o naszym spotkaniu?

— Oczywiście. Ucieszył się nawet, gdy usłyszał, że chcę porozmawiać o tym z tobą, Maxine. Wyraźnie ci ufa i uznaje twoją osobę za sojusznika. Co do ciebie, Paul, zapewniłem go, że potrafisz dotrzymać tajemnicy przez sześć dni i szlag cię z tego powodu nie trafi.

— Owszem, o ile uznam, że naprawdę trzeba.

— Chyba zaczynam coś rozumieć — powiedziała Maxine Duval. — Kilka rzeczy mnie tu zdumiewa, ale całość zaczyna się z wolna układać. Po pierwsze, to jest projekt kosmiczny, a Morgan jest głównym inżynierem budownictwa lądowego. Mam rację?

— No i?

— Nie rozumiesz, Johan? Pomyśl o tych wszystkich bataliach biurokratycznych. Niech no tylko fachowcy od rakiet i cały przemysł kosmicznych środków transportu dowiedzą się o tym projekcie! Imperia przemysłowe warte tryliony dolarów w jednej chwili pójdą pod młotek! Morgan musi bardzo uważać, w przeciwnym razie usłyszy: „Dziękujemy panu uprzejmie, teraz my się tym zajmiemy. Miło było pana poznać”.

— Rozumiem, ale pozycja Morgana jest całkiem mocna. Ostatecznie wieża to budynek, a nie pojazd.

— Prawnicy szybko udowodnią co innego. Niewiele jest takich budynków, które poruszają się z szybkością dziesięciu kilometrów na sekundę. Mało który nawet skłonny jest oddzielać się od fundamentów.

— Możesz mieć rację. Nawiasem mówiąc, kiedy zaznaczyłem, że trudno jest nazywać wieżą obiekt sięgający dobry kawałek drogi w kierunku Księżyca, Morgan poprosił mnie, bym myślał o wieży nie jako o moście wznoszącym się ponad Ziemią, ale poza Ziemię. Wciąż próbuję, ale bez większych sukcesów.

— Och! — odezwała się nagle Maxine. — I oto mamy jeszcze jeden kawałek układanki! — Jaki niby?

— Czy wiesz, że prezes Terran Construction, niejaki senator Collins, według mnie zwykły nadęty dupek, chciał by nazwano Most Gibraltarski od jego imienia?

— Nie słyszałem, ale to wyjaśnia kilka rzeczy. Niemniej spotkałem Collinsa kilka razy i zrobił na mnie sympatyczne wrażenie. Swego czasu dokonał wiele w dziedzinie inżynierii geotermalnej…

— To było całe wieki temu. Na tobie mógł zrobić całkiem poprawne wrażenie, ale ty w żaden sposób nie zagrażasz jego ambicji. Wobec ciebie mógł być miły.

— Jak uchroniono most przed podłym losem?

— Doszło do małej rewolucji pałacowej, w którą uwikłani byli wszyscy starsi inżynierowie Terran Construction. Doktor Morgan, rzecz jasna, nie był w to nijak zamieszany.

— To dlatego tak pilnuje, by nikt nie zajrzał mu w karty! Mój szacunek dla niego rośnie z każdą chwilą. Teraz jednak trafił na przeszkodę, z którą nie potrafi się uporać. Odkrył to dopiero kilka dni temu i od tego czasu drepcze w miejscu.

— Niech zgadnę — powiedziała Maxine. — To dobry sposób, pozwala wyprzedzać pomysły innych. To jasne, czemu przybył właśnie tutaj. Ziemska stacja musi znajdować się na równiku, w przeciwnym razie wyciągi nie będą przebiegać pionowo i skończą tak, jak wieża w Pizie, która w końcu się zawaliła.

— Nie rozumiem… — mruknął profesor Sarath, machając żywo rękami. — Och, oczywiście…

Na chwilę zapadła cisza.

— Właśnie — podjęła Maxine. — Równik przebiega głównie przez oceany, zatem niewiele zostaje potencjalnych, stosownych miejsc. Taprobane to, rzecz jasna, jedno z takich miejsc. Wprawdzie nie rozumiem, w czym lepsze jest od Afryki czy Ameryki Południowej. A może Morgan i tutaj coś ukrywa?

— Jak zwykle, droga Maxine, pozostaje mi tylko podziwiać twą umiejętność dedukcji. Jesteś na dobrym tropie, ale dalej sama już nie pójdziesz. Wprawdzie Morgan robił co mógł, aby wyjaśnić mi wszystkie złożoności problemu, ale niewiele zrozumiałem ponad to, że Afryka i Ameryka Południowa odpadają w przedbiegach, a to za sprawą niestabilności pola grawitacyjnego w tamtych okolicach. Pozostaje Taprobane, a dokładnie jedno tylko miejsce na wyspie. I tutaj zaczyna się twoja rola, Paul.

Mamada — jęknął profesor, za sprawą wielkiego wzruszenia bezwiednie przechodząc na miejscowy język.

— Tak. Ku swemu wielkiemu zdumieniu doktor Morgan odkrył, że jedyne możliwe miejsce zajął już wcześniej ktoś inny. Chciał mojej rady, jak spokojnie wysiedlić stamtąd pewnego twojego dobrego kumpla imieniem Budda.

— Kogo? — zdumiała się Maxine.

— Czcigodnego Anandatissę Bodhidharmę Mahanayakego Thero, beneficjenta świątyni Sri Kanda — odparł profesor głosem tak monotonnym, jakby recytował litanię. — O to chodzi…

Na chwilę znów zapadła cisza, aż w końcu na twarzy Paula Saratha, profesora-emeryta Wydziału Archeologii Uniwersytetu Taprobane, pojawił się przebiegły uśmieszek.

— Zawsze byłem ciekaw — powiedział z rozmarzeniem — co się stanie, gdy niepowstrzymana siła natrafi na nieusuwalny obiekt.

11. Milcząca księżniczka

Gdy goście wyszli, wciąż zamyślony Rajasinghe zmienił polaryzację szyb w oknach i pogrążył się w podziwianiu drzew wokół domu i skalnych ścian Yakkagali. Nie drgnął nawet, gdy równo z wybiciem czwartej przyniesiono mu popołudniową herbatę.

— Rani — powiedział, wyrwany z zamyślenia — poproś Dravindrę, niech przygotuje moje ciężkie buty. O ile je znajdzie. Wybieram się na skałę.

Rani udała, że gotowa jest upuścić tacę ze zdumienia.

Aiyo, Mahathaya! — zaczęła zawodzić, jakby gospodarz wybierał się na wojnę. — To znak szaleństwa! Proszę przypomnieć sobie, co mówił doktor McPherson…

— To zwykły szarlatan. I jeszcze Szkot na dokładkę. Zawsze czyta mój kardiogram od niewłaściwego końca. Zresztą, kochana, po cóż mi żyć, gdy ty i Dravindra mnie opuścicie?

Był to żart, ale nie do końca. Zaraz też zawstydził się własnych samolubnych słów, bowiem Rani odczytała rzecz dość poważnie i w jej oczach pojawiły się łzy.

Odwróciła się, by je ukryć, i powiedziała po angielsku:

— Zaproponowałam, że zostanę, przynajmniej przez pierwszy rok Dravindry…

— Wiem, ale to byłoby za wiele. O ile Berkeley nie zmieniło się od czasów, kiedy ja tam byłem, to będzie cię potrzebować. (Wszelako nie bardziej niż ja, chociaż inaczej, mruknął pod nosem i uśmiechnął się do siebie). A ty, niezależnie od tego czy zrobisz dyplom, czy nie, nie możesz zostać jedynie żoną rektora. Rani uśmiechnęła się.

— Nie jestem pewna, czy miałabym na to ochotę, biorąc pod uwagę przypadki, które zdarzyło mi się widzieć. — Przeszła na język Taprobane. — Oczywiście nie mówił pan poważnie?

— Całkiem poważnie. Nie wybieram się, oczywista, na sam szczyt, a tylko do fresków. Od pięciu lat już tam nie byłem. Jeśli będę wciąż zwlekał… — Nie musiał kończyć zdania.

Przez chwilę Rani przyglądała mu się w milczeniu, po czym uznała, że żadne przekonywanie nie ma sensu.

— Powiem Dravindrze. I poszukam Jayę. To na wypadek, gdyby trzeba było pana znosić.

— Niech będzie. Chociaż jestem pewien, że sam Dravindra też by wystarczył.

Rani uśmiechnęła się, po części z dumą, po części z zadowoleniem. Ta para, pomyślał gospodarz, to najszczęśliwszy możliwy los na loterii. Miał nadzieję, że te dwa lata służby społecznej upływały im równie miło, jak jemu. W obecnych czasach luksus posiadania osobistej służby był dostępny tylko ludziom uznawanym za naprawdę zasłużonych. Zresztą, Rajasinghe nie słyszał też o nikim innym, kto miałby na własność choć jedno drzewo.

By oszczędzać siły, przez Ogrody Rozkoszy przejechał małym pojazdem na baterie słoneczne. Dravindra i Jaya woleli przechadzkę, twierdzili, że tak będzie szybciej (i mieli rację, ale szli na skróty). Wspinał się nader powoli, robiąc częste przerwy dla nabrania oddechu, aż dotarł do długiego korytarza niższej galerii, gdzie Lustrzany Mur biegł przy samej skale.

Obserwowana przez ciekawych wszystkiego turystów, młoda archeolożka z jednego z krajów afrykańskich poszukiwała na ścianie inskrypcji. Pomagała sobie przy tym potężnym reflektorkiem. Rajasinghe miał ochotę powiedzieć jej, iż szansa na odkrycie czegokolwiek nowego bliska jest zeru. Paul Sarath dwadzieścia lat badał każdy milimetr kwadratowy skały, a wyniki opublikował w trzytomowym dziele Yakkagala Graffiti, pracy monumentalnej i niezastąpionej, nikt inny bowiem nie miał szans na podobną biegłość w odczytywaniu archaicznych inskrypcji w języku Taprobane. Obaj byli wtedy młodzi, gdy Paul zaczynał swoją pracę. Rajasinghe pamiętał dobrze, jak ówczesny asystent archeologii stał niemal w tym samym miejscu, odcyfrowując prawie nieczytelne znaki na żółtym tynku, i jak tłumaczył na współczesną mowę wiersze skierowane niegdyś do piękności wymalowanych na skale powyżej. Nawet po upływie stuleci czuło się, że wiersze te wypływały z potrzeby serca:

Jestem Tissa, kapitan straży,

pięćdziesiąt mil przeszedłem, by ujrzeć ich oblicza

one zaś milczą, słowa mi skąpią.

Jak to tak?

Możesz tu zostać i na tysiąc lat,

jak ten zając, co go bogowie wymalowali na twarzy Księżyca.

One będą nieme. Ja ci to mówię, ja kapłan Mahinda

z vihary w mieście Tuparama.

Ten dawny duchowny po części miał rację, po części niezupełnie. Damy ze skały przetrwały już czas dwukrotnie dłuższy niż podany przez kapłana, chociaż wkoło nich nastała era cudów, o których tamten nie mógł nawet marzyć. Ale jak niewiele tych dam zostało! Niektóre zapiski wspominały o „pięciuset złotoskórych pięknościach”. Nawet biorąc pod uwagę poetycką przesadę, jasnym było, że ledwo jedna dziesiąta malowideł umknęła zagłady z rąk małych duchem ludzi i za sprawą deszczu. Jednak ta dwudziestka, która ocalała, była już bezpieczna. Ich urodę zapisano i powielono na niezliczonych taśmach, w niezliczonych kryształach banków pamięci.

Przetrwały też pewnego skrybę, który samemu pozostając bezimiennym, napisał:


Kazałem drogi oczyścić, tak aby pielgrzymi dojść mogli do piękności stojących na zboczu góry. Jestem Królem.


Przez lata Rajasinghe, takoż noszący królewskie imię i niewątpliwie mający królów wśród przodków, często zastanawiał się nad tymi słowami. Tak dokładnie ukazywały efemeryczność ludzkiej władzy, kruchość ambicji. Jestem Królem. Dobrze, ale którym królem? Monarcha, który tysiąc dziewięćset lat temu stał na tych granitowych płytach, wówczas prawie nowych, był z pewnością człowiekiem inteligentnym i rozsądnym, ale nie pomyślał, że kiedyś pamięć o jego postaci zniknie bez śladu, że on sam stanie się anonimowym poetą, równie nieznanym jak najmarniejszy z jego poddanych.

Nie było szansy ustalić, kim był ów anonim, w grę wchodziło przynajmniej dwunastu królów. Niektórzy panowali przez wiele lat, inni tylko przez kilka tygodni i niewielu z nich umarło własną śmiercią w łożnicach. Nikt nigdy nie dowie się, czy inskrypcja była dziełem Mahatissy Drugiego, czy Bhatikab-hayi, czy może Vijayakumara Trzeciego lub Gajabahukagamaniego, Candamukhasivy, Moggallana Pierwszego, Kittisena, Sirisamghabodhiego… albo i jeszcze innego monarchy, który w ogóle nie zapisał się nigdy w historii Taprobane.

Operator windy ze zdumieniem spojrzał na dostojnego gościa i przywitał Rajasinghego wylewnie. Klatka wyciągu powoli pokonała piętnaście metrów, które niegdyś trzeba było pokonywać spiralnymi schodkami. Schodki zresztą istniały nadal; Dravindra i Jaya maszerowali właśnie po nich dziarsko, ale oni mieli młode nogi.

Winda zatrzymała się ze szczękiem i Rajasinghe wyszedł na niewielką stalową platformę przymocowaną do pionowej skały. Wokół rozpościerała się pustka, jednak mocna druciana osłona stwarzała poczucie bezpieczeństwa. Nawet najbardziej zdeterminowanemu samobójcy nie byłoby łatwo pokonać wszystkie te przeszkody i uciec z mogącej pomieścić tuzin ludzi klatki umocowanej pod skalnym nawisem.

Tutaj właśnie, dzięki występowi skały, powstała płytka jaskinia chroniąca malowidła przed żywiołami. Tutaj trwały ocalone damy niebiańskiego dworu. Rajasinghe przywitał je w milczeniu i opadł ciężko na krzesło podsunięte przez pracującego na skale przewodnika.

— Chciałbym zostać sam na dziesieć minut-powiedział cicho. — Jaya, Dravindra, spróbujcie powstrzymać przez ten czas turystów.

Towarzysze spojrzeli nań niepewnie, przewodnik zaś zastanowił się, jak pogodzić to z zakazem pozostawiania fresków choćby na sekundę bez straży. Jednak ambasador Rajasinghe miał swoje prawa i potrafił je wyegzekwować nie podnosząc nawet głosu.

Ayu bowan — powiedział do milczących sylwetek, gdy wreszcie był już sam. — Przepraszam, że tak was zaniedbałem.

Poczekał uprzejmie na odpowiedź, ale one potraktowały go równie obojętnie jak wszystkich, którzy zaglądali tu przez ostatnie dwa tysiące lat. Rajasinghego to nie zraziło, przywykł do ich wyniosłości. W zasadzie to nawet dodawało im uroku.

— Mam pewien problem, kochane — powiedział. — Widziałyście wszystkich, którzy od czasów Kalidasy najeżdżali Taprobane. Widziałyście, jak potem odchodzili. Widziałyście dżunglę ogarniającą Yakkagalę falą zielonego przypływu, jak potem cofnęła się pod naporem siekier i pił. Ale tak naprawdę nic się przez te lata nie zmieniło. Los łagodnie obszedł się zmałą wyspą Taprobane. Historia też zostawiała ją samą sobie…

A teraz wieki spokoju dobiegają kresu. Nasz kraj może stać się pępkiem świata. Albo i wielu światów. Wielka góra, którą oglądacie od tak dawna na południu, może zmienić się w klucz do wszechświata. Jeśli tak się stanie, to Taprobane, ta wyspa, którą znamy i kochamy, zniknie na zawsze.

Może niewiele mogę uczynić, ale wciąż mam przecież moc doradzania, mogę też odwracać bieg rzeczy. Wciąż mam wielu przyjaciół. Jeśli zapragnę, mogę opóźnić realizację tego marzenia, przynajmniej do chwili, gdy mnie zabraknie. Czy winienem to uczynić? A może moją powinnością jest udzielić pomocy temu człowiekowi, niezależnie od tego, jakie naprawdę motywy nim kierują?

Spojrzał na swą ulubioną damę. Ona jedna nie odwracała oczu, gdy na nią spoglądał. Wszystkie inne wpatrywały się gdzieś w przestrzeń lub zwracały uwagę wyłącznie na trzymane w dłoniach kwiaty. Ta jedna, którą ukochał w młodości, zdawała się odwzajemniać spojrzenie.

— Ach, Karuna! To nieładnie zadawać ci takie pytania. Bo i co ty możesz wiedzieć o prawdziwym świecie, tym poza niebiosami, albo o ludziach, którzy usiłują tam dotrzeć? Bo chociaż byłaś niegdyś boginią, to przecież niebo Kalidasy pozostało tylko iluzją. Cokolwiek dziwnego widzisz w przyszłości, ja już tego nie ujrzę. Długo się znaliśmy, wedle mojej a nie twojej miary, rzecz jasna. Gdy mogę, popatruję na dębie z tarasu mojej willi, ale tak blisko to już pewnie nigdy się nie spotkamy. Zegnaj i dziękuję ci, cudna, za wszystkie miłe chwile, które przez te lata mi darowałaś. Pozdrów ode mnie tych, którzy przyjdą, gdy mnie już nie będzie.

Jednak schodząc po spiralnych schodach (i ignorując windę) Rajasinghe nie czuł wcale przygnębienia, które mogło towarzyszyć ostatniemu pożegnaniu. Wręcz przeciwnie, zdało mu się, że ciężar lat nagle zelżał (ostatecznie, siedemdziesiąt dwa lata to jeszcze nie jest poważny wiek). Po zdumieniu wymalowanym na twarzach Dravindry i Jayi poznał, że musieli dojrzeć jakąś osobliwą sprężystość w jego krokach.

Może zresztą już nazbyt znudziła mu się ta spokojna emerytura. Może i jemu i Taprobane przyda się niejakie przewietrzenie. Takie, co zmiecie pajęczyny. Podobnie jak monsun przynosi nowe życie po miesiącach upałów.

Uda się Morganowi, czy nie, przedsięwzięcie zapowiadało się wspaniale. Kalidasa by pozazdrościł. I przyklasnął.

Загрузка...