Andrzej Pilipiuk Największa tajemnica ludzkości

Część 1

Prolog

W ciemnościach zajęczał rozdzierająco uszkodzony układ hydrauliczny. Pokryte wielocentymetrową warstwą kurzu wieko sarkofagu drgnęło i powolutku odsunęło się w bok. Słabo rozżarzyła się zakurzona, zmatowiała żarówka. Wieko znieruchomiało w połowie drogi. Szyny prowadnicy były dalej zardzewiałe. Układ ponownie zawył, po czym puściła sparciała uszczelka i zgęstniały płyn wyciekł na zewnątrz. Wnętrze sarkofagu było ciemne, tylko w szczelinie, między unieruchomionym wiekiem a ścianą, błyszczało słabo światełko, odbite od gładkiej powierzchni czarnego lodu. A potem uniosła się delikatna mgiełka i światło przestało się odbijać.

I

Stacja orbitalna wisiała w czarnej otchłani kosmosu. Kolosalny walec, sześćdziesięcio kilometrowej długości, przy średnicy dwudziestu kilometrów. Zewnętrzna powłoka powleczona została chemicznie czystym srebrem i wypolerowana. Co kilometr gładką, lustrzaną powierzchnię, przecinał stumetrowej szerokości, pas ogniw fotoelektrycznych. Stację otulała delikatna żarząca się mgiełka. Pole ochronne niszczyło pył kosmiczny i wszystkie inne ciała, którym zdarzyło się tu zabłąkać. W dole drzemała Ziemia. Stacja była jak wymarła. Jej właściciel, a przy okazji właściciel planety, człowiek zwany Starym Prezydentem, siedział na wygodnym fotelu, ustawionym w pomieszczeniu znajdującym się przy ścianie zewnętrznej. Takie umiejscowienie pomieszczenia, nie miało najmniejszego znaczenia, bowiem na całej stacji za wyjątkiem wydzielonych stref panowała sztuczna grawitacja wytwarzana przez specjalne generatory. Stary Prezydent wcale nie był taki stary. Miał na oko około trzydziestki. Taki też w przybliżeniu był jego wiek biologiczny. Jego podłą, choć inteligentną twarz, zdobił sarkastyczny uśmieszek. Nie zasłaniały go nawet idiotyczne wąsiki wyglądające jak dżungarski chomik przyklejony nad górną wargą. Na nosie tkwiły mu druciane okulary, sam szczyt mody z roku 1890-tego. Grzywa włosów nieokreślonego koloru zleżałej słomy, wymykała się spod czapki, która przed wieloma setkami lat stanowiła główny eksponat muzeum Lenina w Poroninie i opadała na jego genialne czoło. Na palcu miał złoty sygnet z wygrawerowanym cudzym herbem. Fotel posiadał pokrycie z prawdziwej skóry, jakiegoś od dawna wymarłego zwierzęcia, a w środku pod pokryciem przedwojenne stalowe angielskie sprężyny. Stary Prezydent zawsze podkreślał z dumą że są przedwojenne. Nie precyzował, o którą wojną mu chodzi ale założyć możemy ostrożnie, że o trzecią światową. Później już takich nie robili. Na niedużym stoliku koło fotela stał antyczny samowar na węgiel drzewny. Na wypolerowanym mosiężnym brzuścu delikatną ciemniejszą kreską odznaczały się gmerki:

Aleksiej i Iwan Bataszewy

Tuła

Obok w wiaderku z lodem tkwiła antyczna butelka szampana Sowietskoje Igristoje, rocznik 1987-my. Nogi prezydenta spoczywały na niewysokim stołeczku. Przez dziurawe skarpetki sterczały palce z krzywo obgryzionymi paznokciami. Srebrne meksykańskie ostrogi utrzymywały się na piętach dzięki gumce, wyglądajacej jak wyszarpana ze starych majtek. Wygodne kapcie ciśnięte kopniakiem leżały gdzieś dalej. Żyrandol z weneckiego kryształu wisiał w górze rzucając nieduży krąg światła na fotel i siedzącego w nim człowieka. Żyrandol wyglądał całkowicie naturalnie, czego nie można powiedzieć o kablu na którym był zawieszony. Kabel miał dwa metry długości i zaczynał się po prostu w powietrzu. Właściwie nie było w tym nic dziwnego, bo przecież gdzieś musiał się zaczynać a sufit sali znajdował się dobre sto pięćdziesiąt metrów ponad jej podłogą. Sala była duża nawet jak na stację. Miała kształt z grubsza elipsy o dłuższej przekątnej długości pięciu kilometrów a krótszej około trzech. Jej podłogę tak jak podłogi większości pomieszczeń wyłożono mozaiką z osiemnastu gatunków drewna. Stary Prezydent sięgnął dłonią po leżącego obok fotela pilota i od niechcenia pstryknął przełącznikiem. Jedna ściana rozbłysła stając się gigantycznym ekranem. Patrzył nań przez chwilę. Jego oczom ukazała się Ziemia. Skierował swoje spojrzenie na środkową Europę. Pstryknął przełącznikiem uruchamiając wydawanie poleceń głosem.

— Zbliżenie — polecił.

Obraz zaczął się powiększać aż wreszcie dostrzec mógł słabo świecące punkciki. Miasta.

— Zatrzymać.

Jego głos był miękki i łagodny. To myliło wielu jego wrogów... w czasach gdy jeszcze miał takowych. Obecnie wszyscy oni rozsypali się w proch. A z niektórymi porobiły się znacznie gorsze rzeczy.

Patrzył. Kraj pomiędzy Odrą a Bugiem był ciemny. Martwy. Bezludny. Jedyną jaśniejszą plamką był Gdańsk. Skrzywił się lekko. Nigdy nie lubił Gdańska. Tyle wojen wybuchło o to zakichane miasto. Zresztą zatruł się tam kiedyś lodami zanim jeszcze został prezydentem. Powiększył obraz tak aby widzieć siatkę ulic wyznaczoną palącymi się latarniami. Domy były ciemne. Ludzie spali. Jego pamięć podsunęła mu fragment z książki którą czytał setki lat wcześniej. Naród może spać spokojnie bo jest ktoś kto czuwa nad jego snem. Uśmiechnął się. Tamten czuwał na Kremlu, on, w nieco bardziej komfortowych warunkach i nie czuwał nad jednym narodem, czy jedną klasą społeczną, ale nad całą ludzkością. Ale były analogie. Obaj na przykład byli zbrodniarzami. Zgasił okno i wyjął z torby leżącej koło fotela swojego laptopa. Otworzył go i zadumie przesunął opuszkami palców po klawiszach. Następnie wystukał krótkie polecenie i wcisnął enter. W pomieszczeniu bezgłośnie zmaterializował się kominek naładowany solidną porcją płonących drzewek. Prezydent odkorkował szampana. Pił prosto z butelki. Nie musiał przejmować się zwyczajami cywilizowanego społeczeństwa. Był u siebie. Cisnął opróżnioną butelkę do tyłu przez lewe ramię. Na szczęście. Sądząc po odgłosie jaki wydała, trafiła w którąś z poprzednich butelek i roztrzaskała się. Było mu to obojętne. Ciskał je tak od dziesięcioleci. Zresztą nie musiał się obawiać, że wdepnie w szkło. Na fotel zawsze przenosił się za pomocą teleportacji. Samowar śpiewał cichutko swoją pieśń gorącej pary i wibrującej blachy. Uśmiechnął się lekko. Zawsze używał samowara niezgodnie z zasadami. Nie chciało mu się. Zamiast parzyć esencję w czajniczku nalewał do samowara wody a potem wrzucał cegiełkę herbaty i zagotowywał to wszystko razem. Groziło to oczywiście zatkaniem kurka i zabrudzeniem wnętrza, ale nie przejmował się tym specjalnie. Podczepił lewą ręką kawałek plastikowej rurki do kranika, drugi jej koniec umieścił w ustach i przekręcił kurek. Złocisto brązowa strużka popłynęła leniwie do jego żołądka. Ziewnął. Właściwie to myślenie o ludziach tam na dole nie było ani specjalnie ciekawe ani specjalnie absorbujące, a nic innego nie miał do roboty. Na razie...

II

7 czerwca wczesnym rankiem.

Nie wiedział kim jest ani skąd wziął się wewnątrz czegoś co wyglądało jak szafa. Pomieszczenie było bardzo ciasne ciemne i niskie. Czuł pod palcami drewniane ścianki. W ramię uciskał go drążek na którym wisiało kilka drewnianych wieszaków. Kiedyś w dzieciństwie czytał jakąś książkę o starej szafie, z której było przejście do innego świata. Pomacał dłonią dookoła. Szafa była ciasna i lita. Z pewnością nie miała innych wyjść niż przez drzwiczki. Usiłował wysilić pamięć, ale nic nie mógł sobie przypomnieć. Jego umysł był pusty. Nie wiedział jak się nazywa. Nie wiedział kim jest.

— Pewnie wyjdę z tej szafy i wpadnę prosto na męża jakiejś kobiety która mnie tu schowała — powiedział sam do siebie.

Cóż nie było to takie wykluczone. Ucieszył się że pamięta co to jest mąż, kobieta i szafa. Uczepił się tej myśli, ale nie przypomniał sobie nic innego. Pchnął drzwi. Człowiek o wyglądzie męża siedział na krześle koło leżanki. Na leżance nie było śladu pościeli, zresztą gołej kobiety też nigdzie nie było widać. Wychodzący z szafy stwierdził, że ma na sobie garnitur i wygodne półbuty.

Głosu człowieka siedzącego na krześle też nie pamiętał.

— Zastanawiasz się kim jesteś i nie możesz uzyskać odpowiedniego poziomu samoświadomości — domyślił się siedzący. — To zupełnie naturalny stan. Twoja pamięć została wyczyszczona.

Poruszył ustami i za którymś razem zdołał wykrztusić z siebie pytanie.

— Dlaczego?

— Ach. Czujesz się pokrzywdzony? Raczej powinieneś się cieszyć. Zrobiłeś duże kuku naszemu społeczeństwu, ale dano ci drugą szansę.

— Nie...

— Nie rozumiesz. Poczekaj.

Siedzący podał mu białą tabletkę i szklankę z wodą. Woda była źródlana. Skądś znał ten smak. Ucieszył się, że jednak coś mu się w głowie kołata.

— Po kolei — powiedział siedzący. — Byłeś wielokrotnym maniakalnym mordercą. Zabiłeś kilkanaście kobiet i dzieci o mężczyznach nie wspominając.

Brwi człowieka z szafy uniosły się do góry.

— Ja?

—Źródłem osobności są wspomnienia. Byłeś mordercą na skutek tego co zapisało ci się w mózgu. Można powiedzieć, że zostałeś wyleczony, ale oczywiście coś za coś. Musisz spłacić dług. Zostałeś wybrany spośród wielu przestępców. Twoi kumple po fachu gryzą ziemię.

Kropelki potu zrosiły jego skronie.

— Co mam robić?

— Zajmiesz się śledzeniem pewnego człowieka, którego poczynania mogą zagrozić społeczeństwu.

Człowiek z szafy usiadł na leżance i przypatrzył się uważnie siedzącemu. Tamten wyglądał zwyczajnie, mężczyzna w średnim wieku z niewielkim wąsikiem i w okularach o grubej oprawie. Na czole mężczyzny mienił się sinobłękitny napis «Niagara Ognia» i numer 224. Na ścianie wisiał kalendarz. Przybysz z szafy wpatrywał się w abstrakcyjny rząd cyfr stanowiący datę roczną. Nie mówił mu nic. Nie miał pojęcia kiedy został wzięty na pranie mózgu, ani jaką datę powinien zobaczyć. Po prostu zanotował w pamięci to co ujrzał.

— Widzę, że umysł już działa. To dobrze. Parę słów dla większej jasności. Wtłoczono ci pod hipnozą wszystko, co powinien wiedzieć student trzeciego roku geologii. To ci się powoli przypomni, musisz tylko nad tym popracować. Jesteś Polakiem, masz dwadzieścia jeden lat i nazywasz się obecnie Artur Kładkowski. Nie wstawaj jeszcze, niech środek wzmacniający dobrze się wchłonie. Jesteś jednym z siedmiu agentów Starego Prezydenta działających w PNTK.

Człowiek z szafy złapał się za głowę.

— Kto to jest Stary Prezydent?

— Z grubsza to facet, który załatwił ci nowe życie. A poza tym władca tej planety. Być jego agentem to zaszczyt. Oczywiście musimy to trzymać w ścisłej tajemnicy.

— A co to jest PNTK?

— To nazwa naszego kraju. Północne Niezależne Terytorium Koncesyjne.

— Co oznacza ta nazwa?

Tym razem zdziwił się agent. Poprawił okulary.

— Jak to co znaczy? Kraj leżący na północy, jest niezależny od sąsiadów, zajmuje pewien obszar i podlega koncesji osiedleńczej.

— Co to jest koncesja?

Siedzący westchnął.

— Doczytasz sobie później. Wróćmy do tematu. Twój pseudonim brzmi Wielki Mur. Będziesz go używał w kontaktach z innymi agentami. Ja mam pseudonim Niagara Ognia. Pseudonimy wypisane są na naszych czołach tak samo jak numery. Widoczne są dopiero po oświetleniu ultrafioletem. Nasze oczy są na niego uwrażliwione, my widzimy to i tak. Otrzymasz niezbędne papiery. Jutro wieczorem zgłosisz się na szkolenie pod tym adresem — podał mu kartkę pocztową na której zapisano abstrakcyjny ciąg liczb.

— Jak mam tam trafić?

— Przy pasie masz urządzenie teleportacyjne. Wystukujesz ten kod. Czerwonego guzika używać wolno tylko w razie zagrożenia. Powoduje on wyskoczenie do nadprzestrzeni nieciągłej.

— Co to jest nadprzestrzeń nieciągła?

Po twarzy Niagary Ognia przebiegł skórcz zniecierpliwienia.

— Miejsce powstałe na skutek odkładania się fal energii nieklauzualnych w sześciowymiarowej strukturze wszechświata. Oczywiście to wulgaryzacja zagadnienia. Fizyk wyjaśniłby ci to lepiej. Zielony guzik powoduje powrót na miejsce skąd zaczęto wędrówkę. To chyba proste?

— A energie nieklauzu....

— Ach, to zupełnie proste. Jeśli rozszczepisz dwunastowymiarowy wszechświat to na styku będącym rzutem tego dwunastowymiarowego na rzeczywistość pięciowymiarową powstaje odbicie i zachodzą całkowicie nieprzewidywalne zjawiska fizyczne. Z kolei po przebiegunowaniu takiego rzutu w stronę antymaterii lub bezmaterii można je nieco uporządkować. Wówczas niektórych da się używać do produkcji urządzeń, które zakłócają samą strukturę wszechświata. Oczywiście z naszego punktu widzenia, z naszych trzech wymiarów, na których rzutem są wyniki dość przypadkowe tych zdarzeń, a punktu widzenia hipotetycznych osobników żyjących w dwunastu wymiarach jest to próba uporządkowania ich cieni na niższych poziomach odbić w...

— Dziękuję, nic nie rozumiem.

— Och to proste. Wiesz które guziki możesz naciskać a których nie.

— Tak jest.

— Resztę może wyjaśnią ci na kursach. Będziemy w kontakcie. Na razie przeczytaj to. I zapamiętaj bo dla ciebie nie będzie już drugiej szansy.

Artur wyciągnął dłoń i wziął do ręki podany mu papier. Dokument ozdobiony był wybitnie dziwnym, choć jednocześnie całkowicie zrozumiałym, tytułem:

REGULAMIN POBYTU NA PLANECIE ZIEMIA

III

W ciemności rozległ się dziwny chrapliwy dźwięk. Ktoś nabrał u płuca powietrza i zaraz z obrzydzeniem je wypuścił. Odczekał chwilę i nabrał ponownie. Ze sterczącej z lodu wewnątrz sarkofagu rurki, wydobył się niewielki, biały obłoczek pary. Pod centymetrową już teraz warstwą lodu poruszyły się jakieś cienie. Coś uderzyło od spodu w taflę, była jednak zbyt gruba by mogło ją rozbić.

IV

7 czerwca godzina 8:45

Ruiny miasta Warszawa,

Północne Niezależne Terytorium Koncesyjne

Profesor Janusz Seleźniecki stał w zadumie wpatrując się w sunące tuż nad horyzontem chmury. Były nieco ciemniejsze niż by chciał, ale na deszcz raczej się nie zanosiło. Miecz samurajski w pochwie oblanej czerwoną laką ciążył mu na plecach. Rzemień na którym wisiał nieco ocierał jego szyję. Ozdobna pozłacana grubo tsuba ugniatała go w kark. Zdjął z głowy czapkę z daszkiem i wachlował się nią przez kilka chwil. Dzień był słoneczny, a na tej obrzydliwej pustyni upał dawał się we znaki. Otarł czoło z potu. Czapką. Pozostał na niej ciemny zaciek. Wkrótce wyschnie. W zadumie obracał ją przez chwilę w dłoniach, a potem haftowanym rękawem koszuli przetarł umieszczony na niej nieduży emblemat. Spod białego pyłu błysnęło złotem godło uniwersytetu. Popluł na palec i polerował je przez chwilę aż nabrało odpowiednio okazałego wyglądu. Przedstawiało człowieka z trójzębem w dłoni oraz otwartą książkę. Wokoło biegł napis wykonany cyrylicą:

Uniwersytet Narodowy w Gdańsku

Po bokach czapki wykonano prostym sitodrukiem rysunek szpachelki skrzyżowanej z laserowym miernikiem grubości warstw kulturowych, oraz skromną informację.

Ekspedycja Archeologiczna Warszawa 2486r.

Założył ją na głowę. Poprawił okulary przeciwsłoneczne z filtrem chroniącym oczy przed promieniowaniem ultrafioletowym. (właściwie od dobrych dwudziestu lat filtry takie nie były potrzebne, ale okulary nadal profilaktycznie produkowano wedle starej technologii). Popatrzył w zadumie na swoje skórzane kamaszki. Były pokryte jak wszystko wokół pyłem zerodowanego betonu, ale porzucił myśl, aby doczyścić je poślinioną chustką do nosa. I tak po minucie nie widać było by żadnej różnicy. Westchnął i z kieszeni szortów wydobył złoty zegarek kieszonkowy. Otworzył kopertę i wsłuchując się w pierwsze tony Mazurka Dąbrowskiego wygrywane przez ukrytą pozytywkę śledził skaczące arabskie cyfry. Wreszcie zatrzasnął go. Miał jeszcze chwilę czasu. Poprawił główkę wiecznego pióra wystającą mu z kieszeni i wolnym niemal spacerowym krokiem ruszył w stronę wykopu. Najbliższą godzinę musiał poświęcić gościom i należało wydać dyspozycje studentom.

To był dobry wykop. Koparka usunęła zaledwie czterometrową warstwę zerodowanego miału betonowego, gdy odsłoniło się coś ciekawszego. Sądząc po wyglądzie trafili na kawałek ulicy z lat dwudziestych dwudziestego wieku pokrytej kocimi łbami. Profesor pochylił się nad wykopem. Przez chwilę lustrował go spokojnie wzrokiem. Studenci odłożyli narzędzia i stanęli tak, aby odsłonić mu widok. Wykop przygotowany był po partacku. Najwyraźniej nie nadążali, ale jeszcze dwa czy trzy sezony i doszkolą się. Czerwono połyskiwała siatka laserowych promieni tnąca dno na kwadraty o boku jednego metra. Za wcześnie ją ustawili. Nie miał specjalnej ochoty na nich krzyczeć. Lepiej było wyjaśnić błędy. Będzie na to czas wieczorem. Uśmiechnął się do nich i zaczął wydawać polecenia jasnym spokojnym rzeczowym tonem.

— Zwińcie siatkę. Szkoda marnować baterii. Zabezpieczcie ściany wykopu za wyjątkiem najniższej części. Zdejmijcie niwelację w co najmniej osiemdziesięciu punktach. Doczyśćcie nawierzchnię, dotnijcie dół profili i przygotujcie wszystko do rysowania i fotografowania a ja zajmę się naszymi gośćmi.

— Wybrać ziemię z pomiędzy bruku? — zapytała jedna ze studentek.

Miała rude włosy. Endemiczna cecha. Jeszcze rzadsza niż niebieskie oczy.

— Tylko wymiećcie. Chcę, żeby wyglądało to jak w chwili użytkowania a nie bezpośrednio po ułożeniu.

Studenci kiwnęli głowami.

— Dobrze. Czy macie jakieś pytania?

— Profil od północnej strony strasznie pyli — powiedział Jakub Wilkowski. — Może polać go wodą?

Profesor zamyślił się na chwilę.

— Ile zostało z porannej przerwy?

— Jeszcze około stu osiemdziesięciu galonów.

— Nie zapominajcie że przed wieczorem trzeba będzie jeszcze raz moczyć dno do zdejmowania rysunków.

Kiwnęli głowami, ale w ich oczach wyczytał prośbę. Faktycznie, tam na dole musiało być gorzej niż tu na górze. Brakowało przewiewu. Czarne włosy dziewcząt były niemal siwe od ciągłego osiadania cementu.

— Dobrze, polejcie — zmiękł. — I nakryjcie folią po polaniu. Tylko nie tą nową. Weźcie tą w którą zawijaliśmy tamtą framugę drzwi.

— Ale one jeszcze nie zostały przepakowane — protestowała Damao. — Miał to zrobić Arkadij, ale odwieźli go wczoraj do domu po przytruciu destrutoxem.

Profesor westchnął. Studenci mieli swoje wady, a on zobowiązany był je wyplenić. Banda leni i cwaniaków. Wiedział, dlaczego odezwała się Damao. Wiedzieli, że ją lubi.

— Wykonać natychmiast — polecił. — To ma jutro świtem jechać do muzeum. Gdybyście wiedzieli ile kosztuje transport nie robili byście mi wstydu.

Kiwnęli głowami.

— Jeszcze jakieś pytania?

— Możemy uruchomić sondę ultradźwiękową po południu — zapytał jeden ze studentów. — Chcielibyśmy wiedzieć co jest pod nami... To niezbędne dla lepszej inspiracji.

Uśmiechnął się. Inspiracja. Poszukiwacze skarbów od siedmiu boleści.

— Dobrze. Możecie. Tylko uważajcie bo potencjometr siada. I oszczędnie z agregatem. Przypominam o naradzie dziś wieczorem. O dwudziestej pierwszej chcę was widzieć przed namiotem. Z dokumentacją.

Nic więcej nie musiał mówić. Wiedzieli wszystko. To byli jego studenci. Przeszedł do wykopu H. W tym wykopie wszystko zostało wykonane z pedantyczną dokładnością. Nie odmówił sobie przyjemności zejścia na dół. Na dnie siedział Tomasz Miszczuk. Profesor nie lubił go specjalnie. Było w nim coś dziwnego. Jakaś twardość rysów. Może sprawiał to jego wygląd, ale w każdym budził mimowolny szacunek. Miszczuk był o głowę od nich wyższy. Skórę miał znacznie bardziej białą niż ktokolwiek z nich. Włosy wprawdzie miał czarne, ale profesor wiedział, że je farbuje, aby upodobnić się do kolegów. Tylko jego jasne oczy których błękit widział nawet przez przeciwsłoneczne okulary wskazywały na rzadkie nagromadzenie w jego genotypie szeregu cech recesywnych jednocześnie. Wyglądał na nieco zmęczonego, ale tryskał optymizmem. I zdążył już się uwinąć. Profesor uśmiechnął się.

— Ja któregoś dnia wyśledzę gdzie trzymasz tego cyborga, który odwala za ciebie robotę gdy tylko spuszczę cię z oka — zażartował.

Miszczuk uśmiechnął się z fałszywą niewinnością.

— Ależ panie profesorze, przecież w miejscu tak zapylonym żaden robot nie pociągnąłby długo.

— Skąd wiesz jak długo pociągają roboty? — zaciekawił się profesor. — No dobrze, żarty żartami. Masz jakieś problemy?

—Żadnych. Wszystko idzie jak po maśle.

— Poproszę cię po wieczornej naradzie o kilka słów na osobności.

— To będzie dzisiaj ta narada?

— Tak. To niestety niezbędne. Ale nie przejmuj się. Twoje plany i opisy warstw jak zwykle okażą się bez zarzutu. Prawda?

— Staram się.

Profesor podniósł rysownicę i oglądał przypięty do niej plan wykonań na papierze milimetrowym cienkim piórkiem maczanym w tuszu.

— Masz dobre oko i dobrą rękę — powiedział w zadumie. — Może trzeba było zdawać na grafikę?

— Archeologia dostarcza mi więcej satysfakcji.

Twarz dziwnego studenta była całkowice wyprana z emocji.

— Dobrze. Jakieś problemy?

—Żadnych. Dyspozycje?

— Skończ rysować i do wieczora masz wolne. Tylko, żeby inni nie widzieli. Nie należy wprowadzać niezdrowego fermentu.

Usta studenta wygięły się w porozumiwawczym uśmiechu. Reszta jego twarzy pozostała nieruchoma. Żaden cień uśmiechu nie dotarł do oczu, które pozostały objętne jak porcelanowe kulki.

— Powiem, że polecił mi pan przeprowadzić rekonesans na wzgórzach.

— Dobrze. Weź sondę to będzie bardziej prawdopodobnie wyglądało.

— To może od razu zrobię ten rekonesans... Tak dźwigać sodę bez pożytku...

Profesor uśmiechnął się szeroko.

— Jaka to przyjemność widzieć studenta któremu chce się pracować. Pamiętaj. Po naradzie.

— Dobrze.

Profesor wygramolił się po drabince na górę. Otworzył zegarek. Powiał leciutki wiatr. Obłok pyłu osiadł na nim jak popiół. Przetarł szkiełko skajem rękawa. Biały nalot zniknął bez śladu. Został za to na rękawie. Czas.

V

Uderzenie pogruchotało lód. Ludzka dłoń, ciągnąc za sobą nitki czarnego śluzu wynurzyła się na powierzchnię. Jej palce z wysiłkiem zacisnęły się w pięść, a potem ponownie opadła w dół kryjąc się spowrotem w czarnym oleistym roztworze.

VI

Profesor Janusz Seleźniecki wszedł na szczyt pagórka i oparł się o maszt. Nad jego głową powiewał sztandar wydziału Archeologii. Godło, szpachelka i miernik, połyskiwały na nim złotą nicią. Goście już się toczyli drogą. Ruszył na ich spotkanie. Na lądowisku opodal słupa zatrzymał się szkolny poduszkowiec. Wysypała się z niego gromadka dzieci. Mrużąc oczy w ostrym wiosennym słońcu rozglądali się ciekawie po okolicy. Uśmiechnął się. Pamiętał jak był w ich wieku i po raz pierwszy oglądał takie widoki. Szaro białawą glebę tworzącą garby, poprzecinaną niewielkimi śladami cieków wodnych. Z tym uśmiechem na ustach ruszył w ich stronę. Z luku bagażowego wyjmowali właśnie krzesełka. Ustawili je w krąg. Dla niego i dla nauczycielki przygotowali obite czerwonym aksamitem. To była oznaka godności pedagogicznej. Dzieci wydobyły notatniki, niektóre noteboki i dyktafony. Nauczycielka była młoda i ładna. Miała na sobie jedwabne kimono od Stankowskiego ręcznie malowane w chryzantemy. Gdy podszedł bliżej wykonała ceremonialny ukłon. Odpowiedział takim samym. Dzieci także się ukłoniły.

— Witam panią. Witajcie dzieci — powiedział.

— Dzień dobry profesorze.

Chóralna odpowiedź była dokładnie taka jak powinna. Uśmiechnął się. Przemówiła nauczycielka. Znali się już wcześniej. Wiedział, że nazywa się Yoko Pawłowska. Z jej bratem astronomem chodził do jednej klasy.

— Drogie dzieci oto światowej sławy profesor Janusz Seleźniecki. Pan profesor jest archeologiem badającym to i wiele innych miast naszych przodków i zgodził się poświęcić nieco swojego cennego czasu i opowiedzieć nam to i owo.

Popatrzył na nich. Trzynaście, może czternaście lat. Ciemne proste włosy i skośne oczy. Ubrani byli w większości normalnie, tylko grupka tradycjonalistów założyła kimona lub kontusze z pasami. Przypomniał sobie aktualnie przerabiany program szkół wstępnych. Miał ochotę na początek powiedzieć coś od siebie, ale poczuł ogarniające go zażenowanie i dlatego zaczął bez wstępów.

— To na czym obecnie siedzicie to warstwa zerodowanego betonu. Zapewne w ramach lekcji geografii zwiedzaliście góry, które przeszły proces krasowienia?

Kiwnęli poważnie głowami.

— To samo niemal zjawisko zachodzi tutaj. Pozostałości starego betonu wystawione na działanie deszczu i wiatru stopniowo rozpuszczają się. Oczywiście warstwa węglanów, siarczanów i innych związków wapnia jest tu zbyt cienka aby zjawiska te mogły rozwinąć się w naprawdę poważny sposób, ale tam w dolinie — machnął ręką na pobliską niemal zupełnie płaską powierzchnię — Tam są znacznie bardziej czytelne. Powstały tam nawet niewielkie jaskinie.

Jakaś dziewczynka podniosła palce do góry.

— Mam pytanie, można?

— Proszę. Jestem tu po to żeby odpowiedzieć na wszystkie wasze pytania.

— Dlaczego powiedział pan panie profesorze że tam jest dolina.

— Znajdujemy się teraz w najwyższym punkcie starego miasta. Pierwotnie znajdowała się w tamtym kierunku dolina Wisły. Obecnie rzeka ta toczy wody dwadzieścia kilometrów stąd w kierunku wschodnim. Wodę musimy dowozić cysterną, ta pustynia jest doskonale sucha. Warstwa na której stoimy ma w tym miejscu od dwu do sześciu metrów grubości. Tam — ponownie machnął ręką — ma przeszło dwadzieścia.

— Co było przyczyną takich zniszczeń? — podpowiedziała pytanie nauczycielka.

Zaczynała się część zasadnicza wykładu. Uśmiechnął się. Uśmiech zawsze pomaga przełamać nieufność.

— Słyszeliście zapewne o okresie wielkiego krachu cywilizacji? Być może opowiadano wam o tym w domach. Być może zaczęliście już realizować tą część programu? — popatrzył pytająco na nauczycielkę.

— Zaczęliśmy — potwierdziła.

Był tego pewien, ale wolał się upewnić .

— Tak więc cywilizacja naszych przodków w dwudziestym pierwszym wieku rozwijała się bardzo żywiołowo. Postęp techniczny gdybyśmy chcieli ukazać go za pomocą wykresu wyglądałby w ten sposób — kawałkiem antycznej cegły narysował na podłożu.

Rys I!!!!!!!!

— Jak zapewne się domyślacie na tej linii należy dokładać czas a na tej ilość nowych osiągnięć technicznych. To było więcej niż postęp geometryczny. Jednocześnie nie nadążały za tym rozwojem konieczne przemiany społeczne. Okres stu lat, właściwie cały wiek dwudziesty pierwszy to okres nieustannych wojen i chaosu. W ich trakcie stosowano najpierw broń jądrową, a gdy okazało się, że nie wystarcza dla eliminacji wrogów sięgnięto po antymaterię i na samym końcu destrutox.

— Z czego składał się ten związek chemiczny i do czego służył? — zapytała dziewczynka z jasnymi warkoczykami.

Endemiczna cecha, jeszcze jeden przypadek , profesor uśmiechnął się do niej.

— Och, wzoru chemicznego nie jest w stanie podać nikt żyjący obecnie. Może jedynie Stary Prezydent go zna — popatrzył w zadumie na niebo.

Dzień był zbyt jasny, nie mógł dojrzeć wiszącej gdzieś tam stacji orbitalnej.

— Ale nie liczcie na to że podzieli się z nami tą wiedzą. Był to środek który z grubsza rozkładał materię redukując ją do postaci prostych związków chemicznych takich jak węglan wapnia.

Podniósł cienki płat betonu i przełamał go w dłoniach. Ukazała się smolista warstewka trochę jakiegoś połyskliwego proszku oraz cienka żółta nitka.

— To co tu widzicie mogło być dachem budynku. Mamy tu oczywiście wapień z dawnego betonu. Ta odrobina węgla może być pozostałością pokrycia dachowego wykonanego ze smoły lub podobnej substancji bitumicznej. Ta żółtawa warstewka to zapewne kaolinit pochodzący z rozłożonego aluminium, czyli glinu. Ten pył to tlenek kwarcu z szyb. Po zniszczeniu masa ta przez długi czas znajdowała się w stanie półpłynnym i dopiero potem zestaliła się, a dziś ulega rozmywaniu przez deszcze. Oczywiście jest całkowicie jałowa stąd też miejsca po dawnych miastach widzimy z powietrza w postaci niedużych białych placków.

— Czy archeologia bada tę warstwę?

— Nie, nie ma takiej potrzeby. Ani nawet specjalnych możliwości. Te warstwy nic nam nie powiedzą. Wyobraźcie sobie że jesteście w ciepły letni poranek na plaży. Budujecie zamek z piasku. A potem przychodzi fala i rozmywa go. Powstaje górka. Ten piasek jest tam nadal. Ale nie odtworzycie już swojego zamku. Ziarna piasku przemieszały się. Co więcej nie pozostaną w tym żadne artefakty dawnych cywilizacji. Wszystko zostało zniszczone. Przeżarte jak kwasem. Aby uprzedzić następne pytanie. My archeolodzy zdejmujemy tę warstwę mechanicznie aż osiągniemy miejsce gdzie destrutox przegryzłszy się przez taką ilość cementu stracił swoją zjadliwość. Jest to warstwa kilkunasto, zazwyczaj, centymetrowa. Poniżej mamy już warstwy, które nie zostały zniszczone.

— Jakie były następstwa wielkiego załamania? — zapytała jakaś dziewczynka o czarnych włosach i skośnych błękitnych oczach.

Zamknął na chwilę oczy. Wolałby mówić im o swojej pracy i warstwach kulturowych z okresu carskiej Rosji, które ostatnio odkryto.

— W końcu dwudziestego wieku zakończyła się tak zwana zimna wojna. Nastąpiła jesień ludów i wiele narodów uzyskało niepodległość. W tym samym czasie grupa związków przestępczych zaczęła przejmować władzę. Sądzono, że okres wielkich wojen należy już do przeszłości, ale popełniono pewien błąd. Wielkie wojny w których operowały milionowe armie i wielomilionowe związki taktyczne rzeczywiście skończył się. Zaczęły się jednak wojny mniejsze, a za to równie krwawe. Nie mamy specjalnie dużo wiadomości o tym okresie. Większość z nich znamy tylko nazw. Wojny Kaukaskie trwały do drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Wojna Mafijna o Ural. Druga Wojna Mafijna, Secesja Syberii, rozbiory Białorusi, Krymu, potem także Ukrainy. A na tych ziemiach secesja Niezależnego Terytorium Koncesyjnego Pomorze. Wojna Mafijna o Terytorium Powiernicze Konigsberg. Wojna Mafijna o Wolną Strefę Ekonomiczną Posen. Najazdy wojowniczych księstw i terytori ekonomicznych z Niemiec. Wojna celna ze Skandynawią, gdy po raz pierwszy w obronie interesów korporacji Vandersyfta użyto prywatnej bomby wodorowej. Ten wstępny okres chaosu udało się opanować w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego. Opanować tylko groźbą użycia broni opartej na antymaterii. Mafie częściowo zalegalizowały się jako korporacje, częściowo zbiegły na wschód, gdzie panował stan permamentnej wojny. W latach pięćdziesiątych dwudziestego pierwszego sytuacja powtórzyła się. Interesy walczących o rynki potężnych korporacji liczących setki tysięcy członków i pracowników stały się punktem zapalnym. Wybuchła wojna, która w ciągu dwudziestu godzin ogarnęła cały świat. Wszystkie praktycznie archiwa zostały zniszczone toteż nie wiemy ani dokładnie kiedy wybuchła ani o co poszło. Skończyła się po stu latach. Wygasła z braku paliwa amunicji i rezerw ludzkich. W dwudziestym pierwszym wieku żyło na ziemi czternaście miliardów ludzi. W dwudziestym trzecim gdy powrócił Stary Prezydent na ziemi zamieszkiwało dwanaście tysięcy istot gatunku Homo Sapiens. Bytowali w niewielkich grupkach. Od nich to pochodzimy. Popatrzcie na siebie. Jesteśmy Polakami.

Kiwnęli poważnie głowami.

— Czy wiecie że jeszcze w początkach dwudziestego wieku Polacy byli w przeważającej masie ciemnymi lub jasnymi blondynami? I należeli zdecydowanie do rasy białej. Obecnie jesteśmy rasą żółtą. Wzięło się to zapewne z czasów gdy Chińczycy najechali Europę, ale brak dowodów takiego najazdu. Rasa żółta okazała się też najodporniejsza. Moi uczeni koledzy kwestionują fakt najazdu Chińczyków. Wskazują raczej na japońskie kryty naszej kultury oraz niektóre zapożyczenia językowe które funkcjonowały u nas przed reformą i oczyszczeniem języka sprzed około stu dwudziestu lat. Na podstawie starych książek udało się kosztem poważnych obciążeń społecznych odtworzyć nasz pierwotny narodowy język. I utrzymujemy go w stanie nieskażonej czystości. Choć na przykład do zapisu używamy cyrylicy, jako jedyni obecnie na świecie, ten alfabet okazał się wygodniejszy. Natomiast nasza kultura... Cóż nie jest czysto polska: nosimy kimona hodujemy jedwabniki. Dziewczęta wplatają sobie szpilki we włosy. Obowiązuje nas kodeks honorowy Bushido. Stare rody samurajskie przekazują z pokolenia na pokolenie miecze. Sam mam jeden — poprawił uwierającą go broń. — Ale nasz klimat jest zbyt surowy abyśmy mogli hodować herbatę i sadzić ryż, więc dieta jest niemal doskonałą rekonstrukcją diety dawnych Polaków. Jemy dużo przetworów z mąki i sporo mięsa. Natomiast powszechne używanie samowarów jest niewątpliwie rytem rosyjskim. Wprawdzie Rosjanie gotowali w nich wodę na herbatę, a my używamy ich do grzania piwa na rodzinne uroczystości ale na przykład mosiężne lub srebrne czarki z których je pijemy pochodzą ze średniowiecznej Norwegii.

Roześmieli się.

— Tak więc starożytny Polak gdyby znalazł się wśród nas z całą pewnością byłby mocno zdziwiony. Dla odmiany Rosjanie, którzy wcale nie używają już samowarów, występują obecnie w dwu bardzo różnych grupach rasowych. Łączy je tylko język, choć już dość silnie się zróżnicował i mają kłopoty z porozumieniem się. Za Uralem żyją Rosjanie rasy żółtej i to jest ta stara grupa. Więcej Rosjan żyje w Afryce, ale są oni niemal zupełnie czarni i tylko nieliczne przypadki wskazują na niewielką domieszkę rasy białej wiele pokoleń wstecz. Prawdopodobnie są pozostałością, dużej grupy migracyjnej z końca dwudziestego wieku która osiedliła się w rosyjskich koloniach wojskowych w Angoli. Z kolei Rosjanie rasy białej bez domieszek wyginęli zupełnie. Jeszcze zabawniejszą sprawą są religie. My jesteśmy katolikami jednocześnie składamy ofiary duszom zmarłych z ryżu i otaczamy naszych przodków kultem zaczerpniętym z Shinto. Rosjanie z Afryki z kolei wierzą w religię zwaną komunizmem, czy też jak to oni wymawiają leninizmem. Wierzą że przechowywane przez nich ciało białego człowieka zmumifikowane nieznaną naszej nauce metodą pewnego dnia zmartwychwstanie by przywrócić na ziemi pokój, co już osiągnęliśmy i powszechną sprawiedliwość, co też już osiągnęliśmy. Tymczasem z naszych archiwów wynika, że komunizm kiedyś wcale nie był religią, ale silnym ruchem filozoficznym. Ale o tym z pewnością uczyliście się.

— Czy możliwe jest że ten biały człowiek przechowywany w Afryce i Lenin o którym wiadomo że przechowywany był w stanie zmumifikowanym w Moskwie to ta sama osoba?

— Raczej to samo ciało. Trudno powiedzieć. W okresie między jednym załamaniem a drugim z całą pewnością mumia byłego wodza tam się znajdowała, ale czy uległa zniszczeniu w stolicy? Była z pewnością relikwią dla tych który w to wierzyli i wydaje mi się mało prawdopodobne, aby mogła się znaleźć na innej półkuli. Tak czy siak w Moskwie przez najbliższe stulecia raczej nikt nie przeprowadzi wykopalisk. Mamy to szczęście, ze wojna jądrowa toczyła się daleko od naszych terenów, ale oni tego szczęścia nie mieli. Zanim będzie można bezpiecznie kopać w Moskwie upłynąć musi co najmniej osiemset lat. A dla pewności należało by poczekać dwa tysiące.

— Może użyć automatów? — zaproponował ktoś.

— Niestety. Używania robotów w archeologii zabrania prawo Starego Prezydenta. Archeologia jest nauką bardzo młodą. Rekonstruowaną dopiero przed stu laty. Stary Prezydent obwarował swoja zgodę setkami dziwnych niekiedy zakazów, niemniej jednak ufamy, że wiedział co robi. Rosjanie z Azji żyją dopiero w górach Jabłonowych i w większości odrzucili całą naukę i technikę.

— Co nowego wnoszą archiwalia starego Prezydenta?

— No cóż. Stary Prezydent w okresie załamania przebywał w podróży do gwiazdy Proksima Centauri. Powrócił gdy dogasały zgliszcza a dwanaście tysięcy ludzi rozsianych po całej planecie budowało cywilizację startując znowu z poziomu epoki kamienia łupanego. Dał maszyny, technologie, lekarstwa. Ludzie trochę się otrząsnęli i zaczęli budować od podstaw. A on wyznaczał kierunki rozwoju cywilizacji by nie dopuścić do powtórzenia się historii. Miał ze sobą to co zabrał na ewentualną wymianę z mieszkańcami tamtego układu. Odtworzono metodami inżynierii genetycznej stada zwierząt. Nigdy już nie zagrozi nam głód. Wyleczono uszkodzenia genów będące rezultatem wojny jądrowej. A archiwa? Cóż nie są takie wspaniałe. To co nam przekazał odnosi się od okresu przed jego odlotem. Mamy z nich na przykład fotografie tego miejsca i mapy miasta. Bez tego w ogóle nasza praca nie miałaby sensu. A co do samego Prezydenta, siedzi w polu czasu stojącego z którego wynurza się raz na czterdzieści osiem godzin. Sprawdza czy wszystko jest w porządku i wraca tam. Czas dla niego stoi. Będzie nas tak pilnował do siódmej nieskończoności. Parę ruchów religijnych już ogłosiło go Bogiem.

— Czy jeśli zaczniemy robić coś nie tak ukarze nas? — zaciekawił się chłopiec siedzący w tylnym rzędzie.

— Ma namiernik i megawatowy laser. Teoretycznie może zesłać śmierć na każdego i w dowolnie wybranym momencie i czasami tak robi. Co więcej podarował nam pole czasu stojącego. Czy ktoś mi może podać przykład gdzie się takie pole stosuje?

— W lodówkach — pisnął ktoś schowany za plecami kolegów.

— Słuszna uwaga. Umieszczamy żywność w polu czasu stojącego i może tam leżeć w nieskończoność. To znaczy dopóki nie wyczerpie się zasilanie. Czy zastanawialiście się kiedyś skąd pochodzi słowo lodówka?

— Chyba od lodu — zauważyła dziewczynka w okularach z jasnymi kuckami. — Ale to może być przypadkowa zbieżność nazw.

Uśmiechnął się rozbawiony.

— W dwudziestym wieku kiedy to odkryto lodówki te pierwsze działały w taki sposób, że pożywienie umieszczane było w pobliżu generatora zimna w dość ściśle izolowanej skrzyni.

Roześmieli się.

— Oczywiście żywność zamarzając traciła witaminy, do tego rozwijały się w niej bakterie. Lodówki służyły także do czegoś innego. Niektórzy ludzie chorzy na nieuleczalne wówczas choroby kazali zamrażać się w tak zwanych kriotoriach aby w przyszłości gdy wymyślone zostaną lekarstwa na ich dolegliwości zostać przywróconymi do zdrowia i życia. Parokrotnie udawało się znaleźć takie ludzkie mrożonki. Niestety nie mamy chwilowo możliwości nic dla nich zrobić. Są martwi.

— Co się z nimi robi? — jedna z dziewcząt pobladła ze strachu.

— Och jesteśmy humanitarni. Może kiedyś znaleziona zostanie metoda. Zbudowaliśmy własne kriotorium. Oni przebywają nadal w stanie zamrożonym, a w dodatku w polu czasu stałego i dzięki czemu w każdej chwili można ich rozmrozić i podjąć próby ożywiania. My także w niektórych przypadkach stosujemy te pola. Na przykład w przypadku ugryzienia przez węża rozpina się namiot z pola i dzwoni po surowicę a ugryziony człowiek może czekać na jej dostarczenie nawet rok.

— Czy nie można by założyć pola tylko na nogę albo rękę? Wówczas jad nie rozejdzie się.

— W polu czasu stojącego nie zachodzi żaden ruch nawet drgania atomowe. Krew trafia na krew zatrzymaną w czasie... Można to porównać do potwornego zatoru w żyłach całej kończyny. To wywołało by komplikacje z krążeniem. Lepiej zatrzymać całość Pozwolicie teraz, że wracając do tematu pokażę wam kilka naszych wcześniejszych wykopów.

VII

Czarny olej zafalował. W końcu sarkofagu wynurzyła się z niego bosa stopa. Zamrożone palce sterczały sztywno we wszystkich kierunkach. Drganie skóry świadczyło, że mięśnie podjęły już swoją pracę. Dźwięk wydostający się z rurki stał się bardziej chrapliwy. Właściciel stopy prawdopodobnie żył, ale sądząc po oddechu jego szanse były nikłe.

VIII

Laptop zapiszczał cicho. Stary Prezydent przerwał rozmyślania o dupie Maryni, (właściwie to nie miała na imię Marynia, tylko Zina, i rozmyślał nie o jej dupie tylko o strefach nieco ciekawszych), sięgnął dłonią i położył sobie maszynę na kolanach. Otworzył. Ekran zalśnił błękitnym blaskiem. Pośrodku ekranu czerwono jarzył się napis: CZEKA POCZTA.

Palce dyktatora przebiegły po klawiszach. Przełączył maszynę na łączność bezpośrednią.

— Mówi agent numer 236, Hans Klops, odnotowaliśmy nielegalną teleportację poza strefę pierwszą.

— Czy obiekt opuścił orbitę księżyca? — zagadnął.

— Nie. W każdym razie nie wystąpiły smugi dublujące na czaszy pola. Prawdopodobnie wylądował na stacji. Czy przysłać oddział celem przeszukania?

Prezydent zamyślił się na chwilę. Stacja była dziełem genialnych konstruktorów rasy Tarani. Miała sześć tysięcy poziomów, każdy o powierzchni ponad trzystu kilometrów kwadratowych. Odszukanie igły w stogu siana było milion razy łatwiejsze.

— Nie trzeba. Sam się tym zajmę. Bez odbioru.

Zatrzasnął laptopa i powrócił do swoich rozważań. Wyobraził sobie jak ściąga Zinie zębami czarną pończoszkę...

Tajemniczego intruza w ogóle nie zamierzał szukać.

IX

Wykop miał dobre pięć metrów głębokości. Był doskonale sześcienny, krawędzie, idealnie równe, a dno płaskie, z wyjątkiem części w której wyrastały z niego dobrze zachowane fundamenty budynku wzniesionego z cegły.

— Tu widzicie jedno z największych odkryć ostatniego sezonu — powiedział profesor. — To relikty zabudowy z początków dziewiętnastego wieku. Wydobyliśmy z nich sporą ilość zabytków które możecie podziwiać w Muzeum Narodowym Terytorium.

— Jest to z pewnością ważne i ciekawe znalezisko — odezwał się jeden z chłopców, — ale właściwie to tego typu relikty powinny zachować się pod każdym miastem...

— Powinny teoretycznie i tego właśnie szukamy za pomocą wierceń. Jednak stan zachowania warstw niższych zależy tylko i wyłącznie od stężenia destrutoxu który działał na dane miejsce. W większości przypadków przegryzł się aż do głębokości kanałów podmiejskich. Mamy tam ślady cegły w postaci warstwy czerwonego piasku.

— Czy destrutox tam w dole nie jest już aktywny?

— Już nie, choć zdarzają się przykre wypadki. Mierzymy aktywność warstw zanim wejdziemy tam ze szpachelkami.

— Dlaczego nadal używa się w archeologii tak, wybaczy pan wyrażenie, zacofane metody.

Profesor roześmiał się.

— Można oczywiście ustawić roboty do kopania, ziemię wywozić na przenośniku taśmowym, plany robić za pomocą kamery sprzężonej z komputerem. Tyle tylko, że my wolimy tradycyjne metody. Tak jak niektórzy z was robią notatki w laptopach, a inni wolą tradycyjny papier. Archeologia w przeciwieństwie do wszystkich innych dziedzin wiedzy jest nauką elitarną. Obowiązuje nas specjalny kodeks postępowania zatwierdzony przez samego Starego Prezydenta. On sam w młodości był archeologiem. Można powiedzieć, że czerpiemy z najczystszych źródeł. A niektóre metody badawcze dopiero rekonstruujemy.

— Czy to znaczy że nie powiedział wszystkiego?

— Może nie o wszystkim wiedział. Nikt nie zna całej wiedzy dostępnej ludzkości. Nawet on.

— Jakie są plany na przyszłość? — jeden z uczniów wykonał ręką półokrągły gest dla podkreślenia, że pyta o dalsze wykopaliska.

— W przyszłym roku zdejmiemy warstwę betonu z czterdziestu hektarów tego terenu. Częściowo zrekonstruujemy zabudowę i urządzimy tu wielkie muzeum na wolnym powietrzu. Podobno w okresie przed wielkim załamaniem były bardzo popularne. Zobaczymy czy nadal coś z mentalności naszych przodków nam zostało.

Odprowadził dzieci i nauczycielkę do poduszkowca. Podczas gdy uczniowie sadowili się w środku Yoko została na chwilę.

— Dziękuję za interesujący wykład — powiedziała.

— To drobiazg.

— Mam dla pana zaproszenie. Mój czcigodny brat prosił abym przekazała panu, że z przyjemnością będzie gościł pana z okazji święta w dzień przesilenia letniego.

Brwi profesora uniosły się lekko w zdziwieniu.

— Przyjdę. O której godzinie?

— O zachodzie słońca. Tak jak każe tradycja. Tu jest adres — podała mu sztywną wizytówkę

Pocałował ją w rękę na pożegnanie i patrzył jak znika w brzuchu maszyny. Dolny rąbek jej kimona pokrył się cementowym pyłem w trakcie tej wycieczki. Tak jak on miał nim powalane nogi do kolan. Z westchnieniem ulgi zdjął z pleców miecz.

X

Maź w tężała powoli. Była obecnie gęsta jak serek homogenizowany. Dwie dłonie wystrzeliły z breji i wczepiły w dwa specjalne uchwyty przyspawane do ścian sarkofagu. Nie wszystkie palce zdołały zgiąć się do końca, ale te które to uczyniły zapewniły leżącemu wystarczająco dobry zaczep. Ciecz zadrżała i powoli wynurzyło się z niej, pokryte szarym śluzem, ciało. Oddech stał się szybszy i bardziej rzężący. Nogi wykonały kilka nieskoordynowanych ruchów, pogłębiając wrażenie agonii.

XI

W wykopie trwała gorączkowa praca, ale na dobrą sprawę wszystkie jego polecenia były już wykonane. Obejrzał kilka planów. Uśmiechnął się lekko. Z politowaniem. Wdrapał się na pobliski pagórek i dał znak ręką. Odsunęli się. Wykonał zdjęcie.

— Dobra. Narysowane i sfotografowane, teraz kilofami to. Pod brukiem będzie warstwa podsypki z piasku, może być prawie czarny a niżej warstwa bruku z końca siedemnastego wieku. Na tym poziomie zakończymy eksplorację a jutro pójdziemy w lewo.

Kiwnęli głowami i zabrali się do pracy. Zajrzał do wykopu Miszczuka. Nie było go. No tak, sam go wysłał na wzgórza. Z obozowiska pożyczył sobie ślizgacz jednego ze studentów i ruszył na poszukiwania. Znalazł go szybko. Tomasz siedział na bryle wapnia i coś szukał w zadmie w laptopie.

— I jak? — zapytał.

— Puste przestrzenie dwadzieścia metrów pod nami — powiedział student. — Porównuję siatkę z planem. Wydaje mi się, że to coś większego niż kanały. Może metro.

— Nie możliwe. Rozpylony destrutox musiał wedrzeć się do wentylacji i rozproszyć po podziemnych pasażach. Metro jeśli tu było to zawaliło się.

Błękitne oczy błysnęły w zadumie znad szkieł.

— Warto by wywiercić małą głęboką dziurkę — powiedział. — Tak z dwadzieścia metrów. Spuścić w nią światłowód z soczewką na końcu i zajrzeć.

— Pomyślimy. Jadę nad rzekę. Chcesz zobaczyć trochę zieleni?

— Z przyjemnością. Ale sonda się nie zmieści.

— Niech sobie poczeka na nas powrót.

Tomasz wsiadł na tylne siodełko i przypiął nogi karabińczykami. Profesor pstryknięciem włączył pole siłowe i wcisnął starter. Pojazd wykonał gwałtowny skok do przodu, aż wgniotło ich w siedzenia i po chwili łagodnie wyhamował na plaży. Dwieście trzydzieści kilometrów na godzinę.

XII

Uchwyt po lewej stronie przeżarty był korozją. Uchwyt po prawej stronie był zupełnie dobry, skorodował tylko spaw. Oba urwały się w tym samym momencie i gramolący się z sarkofagu człowiek wpadł spowrotem w czarną oleistą toń. Ciecz zamknęła się wkoło niego leniwie. Była gęsta jak smoła. Za pół godziny stanie się twarda jak asfalt. Oddech ucichł i tylko obłoczki pary snujące się nad rurką wskazywały, że zatopiony w mazi człowiek jeszcze żyje.

XIII

Kanion nie był specjalnie głęboki, za to jego szerokość wynosiła ponad pół kilometra. Rzeka płynęła meandrami i na jednej z łach znalazło się akurat dość miejsca żeby zaparkować ślizgacz.

— Też będę musiał sobie taki kupić — powiedział profesor uwalniając nogi.

Odpiął obręcze od nadgarstków i pozostawił je dyndające przy kierownicy. Zeskoczyli na mokry piasek. Profesor pochylił analizator nad wodą. Urządzenie zapiszczało cicho.

— U psia krew. Prawie jedna dziesięciotysięczna promila — powiedział. — Nici z pływania.

Tomasz wpatrywał się w zadumie w wodę. Po wierchu przepłynęła ławica zdechłych rybek.

— Jedna dziesięciotysięczna promila — powiedział. — Jedna cześć destrutoxu na milion części wody... Gdzieś musiała się znowu otworzyć kawerna wypełniona tym świństwem. Gdyby tylko dało się to zneutralizować...

Kawałkiem patyka zaczął pisać na piasku skomplikowane równanie chemiczne. Profesor obserwował go przez chwilę spod oka. Było w Tomaszu coś co go niepokoiło. Jakaś ledwo uchwytna fałszywość. Odrobinę inny akcent. Różnice rasowe. I czasami wyskakiwał z wiedzą która wydawała się przerastać poziom studenta.

— Nie znasz wzoru chemicznego destrutoxu — powiedział. — Co piszesz?

Patyk drgnął w dłoni Miszczuka.

— Taki uniwersalny neutralizator na bazie dwuchloramidu teflonu. Gdyby dodać polinadtlenek wodoru...

Profesor poczuł się jeszcze dziwniej. Nadtlenek wodoru? Przecież tego nie może być. Student «odruchowo» zatarł wzór nogą.

— Nie ważne — powiedział. — Mądrzejsi ode mnie zęby sobie połamali. Wracamy?

— Chyba tak — powiedział Profesor. — Wsiadaj.

— Jeśli pan pozwoli przejdę się trochę.

— Do bazy jest stąd dwadzieścia kilometrów.

— Przybiegnę się. To godzina z kawałkiem. Może dwie, po takim terenie.

— Chcesz sobie pobiec pół maraton, ot tak?

— A co w tym dziwnego?

— A jeśli złamiesz nogę, albo utkniesz w jakiejś dziurze?

— Mam namiernik satelitarny. Wywoła mnie pan przez komunikacyjnego delta 3, ale nie sądzę, żebym miał sprawić kłopot. Będę na czas.

Profesor skinął głową i przypiął się do ślizgacza. Pomknął jak strzała w górę rzeki. Dziwny student wyjął z torby laptopa i wprowadził doń jakieś wzory. Potem rozejrzał się w około. Nigdzie ani śladu żywej duszy. Wyciągnął z boku urządzenia antenkę i wcisnął guzik przemyślnie ukryty pod obudową. Na brzegu rzeki zmaterializowało się nieduże pudełko tkwił w nim mały rozpylacz i butelka. Zerwał plombę, wyjął zawleczkę po czym wszedł spokojnie do wody. Wcisnął guzik i z dyszy rozpylacza wytrysnął strumień jasnobłękitnej cieczy. Woda wokoło jego stóp trochę się burzyła i po chwili zaczęła go piec skóra ale nie przerywał swojego zajęcia aż cichnący syk przekonał go że zawartość butli skończyła się. Włączył analizator. Woda przestała być aktywna. Wyszedł na brzeg i podniósł z ziemi podrywkę. Zręcznie brodząc w wodzie pozbierał martwe rybki.

— Biedactwa — powiedział. — Zobaczymy co się da dla was zrobić.

Włożył je do pudełka błękitnego koloru a po chwili wysypał z powrotem do wody. Były żywe i w niczym nie przypomniały tych martwych sprzed kilku chwil. Uśmiechnął się lekko. Wrzucił podrywkę, rozpylacz i pudełko do pudła i przekręcił włącznik. Pudło sapnęło i przestało istnieć. Nie było widać czy rozpadło się na atomy, czy po prostu odleciało tunelem w czasoprzestrzeni. Popatrzył na swoje nogi. Skóra była lekko zaczerwieniona. W kilku miejscach w których destrutox przegryzł się aż do mięśni pojawiły się niewielkie krwawiące rany. Zaczerpnął garścią wodę z rzeki i przemył je spokojnie. Włożył laptopa do swojej torby i przewiesiwszy ją przez ramię pobiegł lekko i swobodnie w strone obozowiska. Dwadzieścia kilometrów. Każdy może. Nawet się specjalnie nie zasapał. Pył z rozmytego betonu pokrył rany. Jutro założy długie spodnie, a po jeszcze kilku dniach nie zostaną po nich żadne ślady.

XIV

Świadomość wracała. Oddychał przez rurkę. Powietrze było duszne, miało trochę zbyt wysokie ciśnienie i brakowało w nim tlenu. Uniósł dłonie do góry i niebawem trafiły na wieko. Zacięło się. Pchnął je dokładnie tak jak przećwiczył to dziesiątki razy na symulatorze. Odsunęło się w bok ze zgrzytem a potem opadło uderzając jednym końcem w beton podłogi. Zardzewiała szyna nie wytrzymała. Czuł przerażające zimno. Całe jego ciało było zesztywniałe. Ręce przy każdym ruchu przeszywał silny ból. Chciał usiąść, ale był zbyt osłabiony. Oddychał. Przy każdym oddechu płuca paliły go żywym ogniem. Gardło miał zaschnięte na wiór. Głowa bolała go w sposób potworny. Zastanawiał się czy nie otworzyć oczu, ale bał się że śluz może je zalać. Powoli nabierał sił. Wreszcie spróbował ponownie usiąść. Tym razem udało mu się choć stawy w nogach miał tak zesztywniałe że nie mógł zgiąć kolan. Przypomniało mu się jak kiedyś nie wiadomo ile lat temu złamał sobie kość udową. Spędził wiele tygodni w gipsie i gdy wreszcie go zdjęto przekonał się że staw zatarł mu się zupełnie. Ale szybko znowu udało się go rozruszać. Ciecz gęstniała szybko. Zrozumiał, że musi się pospieszyć. Ręce nie do końca chciały go słuchać. Przetarł nimi po twarzy usiłując usunąć śluz z oczu. Wreszcie gdy tego dokonał otworzył je. Początkowo przestraszył się, że oślepł, ale po chwili wzrok zaczął wracać. Kontury przedmiotów były jednak silnie rozmazane, a w pomieszczeniu panowały niemal zupełne ciemności. Kręgosłup bolał go straszliwie. Odczepił haczyki z drutu którymi rurka do oddychania trzymała się jego zębów i wypluł ją. Powietrze w pomieszczeniu nie było wcale lepsze. Wyrwał z nosa kompletnie sparciałe zatyczki i wciągnął spory haust. Natychmiast zaczął straszliwie kaszleć. Jednocześnie jego węch rejestrował zapachy. Woń kurzu, wydzielin ludzkiego ciała, to chyba on tak cuchnął, zapach zardzewiałego żelastwa i mokrego betonu. Oddech z wolna mu się uspokoił. Próbował coś powiedzieć, ale z gardła wydobył mu się tylko słaby pisk. Ponowił próbę.

— Jestem Nodar Tuszuraszwili.

Jego imię i nazwisko dodało mu w jakiś sposób sił. Żył istniał, wiedział jak się nazywa. Z wysiłkiem odczepił rurki wbite końcówkami w jego uda i bicepsy. Rany zapiekły w kontakcie ze śluzem. Ostrożnie przerzucił ciągle jeszcze sztywne nogi nad krawędzią sarkofagu. Upadł ze zdławionym jękiem na betonową posadzkę obok. Teraz bolała go każda komórka ciała. Czuł jak gęsta krew z trudem toruje sobie drogę w jego żyłach. Ponownie zakaszlał. Wypluł coś na dłoń. Jakiś taki nieduży gnijący ochłap.

— Cholera jak przy suchotach — wymamrotał.

Słyszał. Wprawdzie dźwięki docierały do niego jak przez watę, ale słyszał. Macał dłonią wokoło aż zatrzymała się na znajomym kształcie. Podczołgał się w tamtą stronę i przytulił do piersi kubełek. Zerwał wieczko i wypił połowę zawartości. Woda przesiąkła nieco smakiem plastyku, ale nie sądził by mogła być trująca. A w każdym razie nie bardzo. Przesunął dłonią po ciele. Wydawało mu się że dotyka powierzchni skórzanej teczki, ale to była niewątpliwie jego skóra. Przemył oczy wodą, ale to nic nie pomogło.

— Awaryjny włącznik — przypomniał sobie.

Z wdzięcznością pomyślał o starym druhu Zurikielu Goczołkowidze. A przecież wściekał się, że trening nie ma żadnego sensu. A jednak przydał się. Powtarzał te wszystkie czynności setki razy i teraz mógł je wykonywać niemal automatycznie, mimo potwornego osłabienia i paraliżującego ciało zesztywnienia mięśni. Przekręcił przełącznik. Coś się nie zgadzało. Powinno zapłonąć jasne światło silnego halogenowego reflektora a tymczasem ledwo się zajarzyło. Gdzieś poza polem jego widzenia rozległ się charakterystyczny dźwięk i szum wentylatora. Ruszył komputer. Wypił jeszcze trochę wody. Spróbował zgiąć delikatnie nogę. Nic to nie dawało ale po kolejnej próbie poczuł, że drgnęła.

— Dobrze, że nie ręce.

Mógł mówić już całkiem nie najgorzej. Jego własny głos wydał mu się obcy. Pisk ze strony komputera świadczył o tym, że program uległ załadowaniu.

— Witamy w odległej przyszłości — rozległ się głos.

Głos był mechaniczny, tak jakby twórcy programu chcieli żeby powitał go automat. Właściwie to nawet się z tego ucieszył. Lepiej żeby witał go głos bezdusznej maszyny niż nieżyjącego od lat przyjaciela.

— Proces ożywiania został zakończony — poinformował go życzliwie komputer. — W chwili obecnej wystąpić mogą następujące objawy:

— Niedowład rąk i nóg spowodowany :

a) Zwapnieniem stawów

b) Uszkodzeniami mózgu

c) Uszkodzeniami nerwów rdzeniowych

d) Zestaleniem silikonów

e) Nierozmarznięciem do końca torebek stawowych.

— E — powiedział na głos.

Czuł jak bardzo jest mu zimno.

Komputer kontynuował radosną wyliczankę.

— Wystąpić mogą upośledzenia wzroku i słuchu spowodowane...

Krew krążyła już żywiej, nadal jednak nie czuł prawie powierzchni ciała, a jedynie najgłębsze jego warstwy. Starał się napinać rożne grupy mięśni.

Komputer wydzwonił krótką melodyjkę.

— Czeka kąpiel.

Poczołgał się z trudem w strone zielonej plamy. Jak się z bliska mógł przekonać była tym za co ją uważał — niedużą zieloną świetlówką. Wanna podobnie jak sarkofag zagłębiona była w posadzkę. Zsunął się do niej i pozwolił aby woda o temperaturze ludzkiej krwi otoczyła go. Nie czuł czy jest zimna czy gorąca, ale pamiętał jak powinna być i teraz zaufał technice. Węch odbierał wyraźnie jej zapach. Cuchnęła głębokimi czeluściami ziemi, trochę jakby siarkowodorem i trochę zagonionym kundlem. Wzrok powolutku mu się wyostrzał. Leżał w ciepłej wodzie i czuł jak jego skóra staje się stopniowo coraz bardziej elastyczna a mięśnie rozmarzają. Przez kilkadziesiąt rurek drenujących wyciekały z jego ciała jakieś żółte płyny. Zęby chwiały mu się w szczęce, ale miał nadzieję, że wkrótce jakoś się ustalą. Przyciągnął kubełek z wodą i pił powoli spokojnymi długimi łykami. Woda oznaczała życie.

— Proces usuwania medium z tkanek zakończony — rozległ się głos z komputera. — Usuń rurki.

Wyrywał je delikatnie palcami które nabierały coraz większej ruchliwości i jednocześnie bolały go coraz bardziej.

— Twój stan można określić jako jedno wielkie odmrożenie — poinformował go życzliwie automat. — Odkręć zawór z zieloną główką.

Zawory miały jednolicie szary kolor ale odkręcał go tyle razy podczas treningu, że wiedział o który chodzi. Trzeci od lewej. Wanna wypełniła się opalizującym płynem. Płyn wchłonął wodę. Ból zaczął powoli ustępować. Dotknął ostrożnie swojego uda. Ciało ustąpiło nieco pod naciskiem, choć nadal było jak na wpół zamrożone. Musiało minąć trochę czasu. Właściwie to nigdzie mu się nie spieszyło. Przymknął oczy. Czuł ból w miejscach skąd powyrywał sobie dreny. Jak przez mgłę przypomniał sobie to, co mówił jego przyjaciel Wachtag Amiredżibi. Wachtag był bardzo wykształconym człowiekiem, a do tego gruzińskim księciem z bardzo starej rodziny. I tak samo jak on nienawidził tamtego drania.

— Widzisz cały problem zasadza się w wodzie — powiedział.

— Hmm, to znaczy że woda...

— Woda to bardzo dziwna substancja. Zbudowana jest z tlenu i wodoru. Wodór pali się aż miło. Tlen podtrzymuje palenie. Wodór i tlen razem dają wspaniałą mieszankę wybuchową. A tymczasem woda zamiast palić się jak napalm gasi ogień. Ma też inne paskudne właściwości. Zamiast kurczyć się w czasie zamarzania puchnie. I to dość znacznie.

— Więc hibernacja...

— Ach, pracujemy nad tym. Co zrobiłbyś gdybyś był na naszym miejscu. Masz problem. Trzeba zamrozić żywą tkankę.

— Odparowałbym, a potem namoczył.

— Uściślę. Masz zamrozić organizm wyższy. Na przykład psa.

— Nie da się go odparować. Ale może zastąpić wodę czymś innym?

— Na przykład alkoholem etylowym — roześmiał się książę. — Mamy na to kilka sposobów. Widziałeś kiedyś schemat układu cząsteczek wody w lodzie?

— Jest z grubsza rzecz biorąc pentagonalny. A w środku jest pusta przestrzeń.

— Zgadza się. Testujemy sześć katalizatorów które powodują upakowanie cząsteczek w lodzie.

— To znaczy, że...

— Nie będzie puchnąć. Ale mamy jeden problem. Te substancje są paskudnie toksyczne. Jest też druga metoda. Spowodować aby lód odkładał się w przestrzeniach międzykomórkowych ale to nie takie proste. Będzie rozrywał zaczepy między ściankami komórek może uszkadzać dendryty, rozrywać i oczywiście uciskać komórki tak, że mogą nawet pęknąć. Mamy substancje które mogą zmusić lód do gromadzenia się właśnie tam. Po odmrożeniu jednak trzeba je odprowadzić na zewnątrz.

— Czy ta metoda...

— Jest lepsza choć katalizatory także są toksyczne. Ale jest jeszcze jeden problem.

— Płyny ustrojowe?

— Właśnie. Krew, limfa, mocz, płyn rdzeniowy. Moczu można się pozbyć prawie co do grama. Płyn rdzeniowy zagęścić specjalnym koloidem...

— Ale przecież...

— Spadnie przewodnictwo nerwowe w całym kręgosłupie. W dodatku koloid zaraz po rozmrożeniu musi rozpuścić się bez śladu. To podstawowy warunek. Nie mamy na razie czegoś takiego. Krew zastąpić można sztucznym medium. Znacznie gorzej z limfą. Poza tym jest jeszcze mózg. Zawiera ponad dziewięćdziesiąt procent wody. Ale komórki nerwowe są od siebie dość oddalone i lód ma się gdzie gromadzić. Tyle tylko, że rozsadzając je trochę zerwie większość połączeń.

— Więc nie uda się?

— Uda. Pod warunkiem wstrzyknięcia kilku różnych substancji. W każde miejsce ciała inny rodzaj mieszaniny. I każde trzeba zamrażać inaczej. Oczywiście uszkodzenia będą bardzo poważne. W sumie to mamy jakieś dwadzieścia procent szans, że organizm wytrzyma.

— Jestem gotów podjąć ryzyko.

Książę roześmiał się.

— Daj nam jeszcze trochę czasu na dopracowanie metody — powiedział.

Ocknął się. Napinał mięśnie nóg. Zaczęły się ruszać. Okowy lodu przerastające włókna zostały skruszone. Ale kolana miał nadal sztywne. Wypił jeszcze trochę wody. Zapomniał o czymś. Sięgnął do ust i namacał grubą nić pokrytą śluzem zaczepioną o zęby i niknącą w przełyku. Pociągnął ją powoli i ostrożnie. Omal się nie zadławił ale udało mu się. Powolnymi delikatnymi ruchami wydobył z wnętrza brzucha kawał gąbki nasączonej specjalnym polimerem. W jelitach miał mnóstwo styropianowych kulek ale na to nic nie mógł poradzić. Wyrzucił obojętnie gąbkę i odetchnął. Powietrze wpadło mu do żołądka i zapiekało go. Wychylił się poza wannę i długo wymiotował, choć żołądek jego był właściwie pusty.

— Jestem Nodar Tuszuraszwili — powtórzył z namysłem.

Napiął mięśnie. Wszystkie działały. Resztki lodu rozpuściły się w cieple. Nie wychodził jeszcze z wanny. Usiłował zgiąć nogi. Krótkimi ostrożnymi szarpnięciami. Wreszcie zwapnienia czy co to było w kolanach ustąpiły. Powolutku przyciągnął lewe udo do brzucha. Potem prawe. Ból torturowanych stawów prawie go oślepił. Ale nie poddawał się. Krok po kroku jego ciało odzyskiwało sprawność. Bardziej niepokojący był fakt, że rozbolało go serce. Widać odwykło od wysiłku. Oddychał głęboko walcząc z bólem płuc. Wreszcie poddał się. Nie dawał już rady.

— Morfina raz — wydał dyspozycje.

Stalowe drzwiczki w ścianie otworzyły się i wyjechała z nich tacka. Tacka była chyba kiedyś poniklowana, obecnie srebrne łuski sypały się wokoło jak płatki śniegu. Na tacce leżała szklana strzykawka i ampułka. Strzykawka zapakowana była niegdyś w plastykowe opakowanie, ale tworzywo stało się kruche i połamało się pod własnym ciężarem. Igłę pokryła warstwa rdzy i teraz przypominała grube brązowe szydło. Sięgnął po ampułkę. To już nie była morfina. Zawartość rozwarstwiła się na kilka frakcji. Każda z nich wyglądała paskudnie i toksycznie. Niespodziewanie pomyślał, że chyba ma szczęście, że wogóle się obudził. Jeśli cała technika którą naćkano komorę w takim samym stopniu poddała się zębowi czasu to zakrawało na cud, że aparatura witalizująca jeszcze działała.

— Cie choroba — stwierdził.

Przypiął się pasami aby nie utonąć w wannie i pozwolił, aby jego głowa opadła na zagłówek. Trud powracania do życia wyczerpał go całkowicie. A przecież miało być zupełnie inaczej...

XV

Zdrajca ludzkości, plugawy degenerat, Sergiej Susłow zmaterializował się z cichym cmoknięciem w sali tranzytowej stacji orbitalnej. Ponieważ było to miejsce, do którego wstęp był surowo wzbroniony, a pojawił się tam za pomocą teleportacji, której używanie było zakazane pod karą śmierci możemy przyjąć za chwilowy pewnik, że knuł coś na zgubę ludzkości i jej wspaniałego dobroczyńcy, Starego Prezydenta. Susłow pochodził z rodu arcykapłanów Wielkiego Kongo. Jego przodkowie od szeregu pokoleń wybierali sobie na żony kobiety o maksymalnej możliwej domieszce krwi rasy białej, stąd też niemal zupełnie nie wyglądał na rosjanina. Miał lekko spłaszczony nos i włosy odrobinę mu się skręcały, ale skóra jego twarzy była niemal zupełnie biała. Dopiero gdy się uśmiechał widać było że jej odcień jest o ton ciemniejszy niż biel jego zębów. Także wierzchy dłoni kontrastowały z ich wewnętrzną stroną. Jego szczera p r a w i e słowiańska twarz wzbudzała zaufanie. Rozejrzał się ostrożnie naokoło. Pomieszczenie miało kształt połówki jajka. Jego ściany wykonano z pozłacanej stali.

— Sala tranzytowa — mruknął sam do siebie.

Tranzytowość sali nie była w żaden sposób związana z jego materializacją. Po prostu tu znajdowała się śluza na zewnątrz i tędy zapewne stacja otrzymywała zaopatrzenie w czasach zanim jej właściciel poznał tajniki teleportacji. Podszedł do drzwi śluzy. Były zamknięte na głucho. To się chyba nawet nieźle składało, bo prowadziły na zewnątrz. Odbezpieczył laser i raz jeszcze rozejrzał się uważnie wokoło. W pomieszczeniu panowała cisza i bezruch. Podszedł do drzwi prowadzących w głąb obiektu. Drgnęły i schowały się w ścianę. Za nimi ciągnął się korytarz, a zaraz obok wejścia na ścianie wymalowany był farbą holograficzną napis. Susłow kontemplował go przez chwilę. Napis wykonano w nieznanym mu języku i nieznanym mu alfabetem. Wiedział, że jest to nieznany mu język, bowiem w miarę jak jego wzrok wędrował po znakach w jego głowie rozlegały się gardłowe dźwięki.

— A jednak ONI istnieją — powiedział sam do siebie.

Ruszył dalej. Niespodzianie poczuł jakby uderzył twarzą w stężały ołów. Szarpnął się do tyłu. Powietrze przed nim wisiało nieruchomo. Twarz piekła go trochę. Stwierdził, że napuchła. Wyjął z kieszeni monetę i rzucił do przodu. Moneta uderzyła w niewidzialną przeszkodę i znieruchomiała w powietrzu. Zdjął z ręki zegarek i ostrożnie trzymając go za pasek zbliżył go w stronę przeszkody. Wskazówka sekundowa znieruchomiała nagle. Cofnął. Zegarek ruszył jak gdyby nigdy nic.

— Ach pole czasu stojącego — wydedukował.

Wydobył z kieszeni ultradźwiękowy lancet. Na buty założył przyssawki. Wszedł po ścianie tak aby znaleźć się pod sufitem. Lancetem wyciął w blasze dziurę i wetknął w nią głowę. Tak jak się domyślał wewnątrz, miedzy pancerzem a ścianą statku znajdowała się wolna przestrzeń którą biegły kable. Tu właśnie ktoś, a najprawdopodobniej sam Stary Prezydent umieścił generator pola czasu stojącego. Obciął kabel zasilający. Zszedł na ziemię i powtórzył eksperyment z zegarkiem. Pola nie było. Ruszył śmiało naprzód. Niebawem dotarł do skrzyżowania korytarzy. Zakręcił w lewo. Dalej były drzwi. Otworzyły się gościnnie. Znalazł się w pomieszczeniu niewyobrażalnej wielkości. Jego długość określił na oko na trzy kilometry. Sufit majaczył gdzieś w górze trzysta albo więcej metrów nad nim. Pomieszczenie wypełniały zbiorniki wielkości budynków mieszkalnych. Podszedł do pierwszego z nich. Z boku umieszczono windę. Wsiadł do niej i wcisnął guzik. Po chwili znalazł się na górze. Wysiadł na platformę i popatrzył. Zbiornik aż po brzegi wypełniony był jakimś śluzem. W śluzie leżały setki kształtów oplecionych przewodami.

— Wieloryby? — zdziwił się. — Centrum rekonstrukcji biosfery...

W sąsiednim zbiorniku były słonie i mamuty. Tak samo pływały w śluzie. Poskrobał się z frasunkiem po głowie. Nie o to mu chodziło. Zupełnie nie o to. Wrócił do korytarza i poszedł w drugą stronę. Ta część stacji wyglądała zupełnie inaczej. Na podłodze widać było ślady opon rowerowych.

— Dlaczego by nie — mruknął sam do siebie. — Stacja jest duża. Ślizgacz wywołałby zaburzenia grawitacyjne a motocykl elektryczny elektryczne.

Ślady zaprowadziły go do kolejnego pomieszczenia gigantycznych rozmiarów. Było, jeśli to wogóle możliwe, kilkakrotnie większe niż poprzednie. Stał pośród drzew niedużego parku. Ślady zniknęły, ale przez trawniki pod drzewami biegła ścieżka. Ruszył nią. Zeszłoroczne liście leżały na ziemi. Zgniłe i wyschnięte. Po drzewie przebiegła wiewiórka. Była dokładnie taka, jak te na starych zdjęciach. Ruda z puszystym ogonem. Popatrzył na nią zaciekawiony. Nie przypuszczał, że te urocze zwierzątka, obecnie całkowicie wymarłe, poruszały się z taką niezwykłą gracją. Wiewiórka patrzyła na niego z podobnym zaciekawieniem. Pomacał się po kieszeni. Znalazł brazylijski orzech. Kucnął i wyciągnął go w jej stronę. Zbiegła po pniu na ziemię i przystanęła niezdecydowana. Położył go w trawie i cofnął się. Podbiegła i złapawszy orzech wspięła się z nim błyskawicznie na drzewo. Niespodziewany szelest spłoszył go. Odwrócił się z pistoletem wycelowanym w niespodziewanego wroga, ale to tylko druga wiewiórka zeskoczyła na krzak za nim. Miał jeszcze jeden orzech. Położył go na ziemi i podszedł dalej. Był zły na siebie. Fascynacja zwierzątkami sprawiła, że stracił czujność. A przecież mógł tu być alarm. Stary Prezydent mógł spać w lodówce snem prawie wiecznym, ale z pewnością istniały jakieś zabezpieczenia. I to zapewne bardziej perfidne niż pola czasu stojącego. Znalazł się koło dziwnego przedmiotu. Zidentyfikował go natychmiast jako antyczną latarnię. Za nią była następna. Park przechodził w miasto. Dalej ciągnęła się ulica po obu stronach której stały dziewiętnastowieczne czynszówki. Park zbliżył się do miasta, młode drzewka wywracały korzeniami płyty chodnikowe. Popatrzył w dal. Ulica biegła niemal w nieskończoność. Zamykał ją kościół z wyniosłą wierzą. Ocenił na oko odległość jak go od niego dzieliła. Cztery może pięć kilometrów. Spostrzegł rower. Stał oparty o ścianę domu. Był bardzo zniszczony. Obie opony dawno już straciły powietrze. Kierownica pokryła się łuską w miejscach gdzie korozja odsadziła poniklowanie. Na ramie pod kierownicą umieszczono plakietkę. Jeśli nie kłamała był to oryginalny «Kamiński» sprzed drugiej światowej. Podszedł do domu. Koło bramy noszącej ślady obsiusiania przez pieski wisiała tabliczka

Ul. Próżna 14

W bramie krzątał się robot z miotłą. Nie zwrócił na niego uwagi. Wszedł do klatki schodowej. Schody były drewniane. Na liście lokatorów było tylko jedno nazwisko wypisane normalnym alfabetem:

Paweł Koćko prez. Resztę naniesiono jakimiś znaczkami, ale tym razem nic nie usłyszał. Nazwisko było na ostatnim miejscu. Wdrapywał się po drewnianych schodach. To było w jakiś sposób fascynujące. Schody skrzypiały mu pod nogami. Doznał uczucia obcowania z historią. Gdy mijał okna wychodzące na podwórze zobaczył rosnące na nim drzewo. Ćwierkały ptaszki. W powietrzu unosił się zapach kwitnącej lipy, choć drzewo wyglądało na kasztanowiec. Wszedł kondygnację wyżej. Drzewo zmieniło się. Dojrzewały na nim kasztany. Jeszcze jedna kondygnacja. Liście pożółkły. Popatrzył przez szybę na niebo. Snuły się po nim lekkie chmurki. Dotknął twarzy. Nie miał brody. To go trochę uspokoiło. Bał się, że coś się dzieje z czasem. Ostatnie piętro. Drzewo pozbawione liści drzemało pod czapą śniegu. Tu podłoga pokryta była warstwą kurzu. Najwidoczniej robot z miotłą ograniczał się do zamiatania niższych kondygnacji. Pchnął drzwi z mosiężną tabliczką. Nie drgnęły. Nacisnął klamkę. Nic. Zamek znieruchomiał całkowicie skorodowany, choć powietrze było średnio wilgotne. Wsadził lancet pomiędzy drzwi a futrynę i przeciął skobel. Otworzyły się. Wszedł do mieszkania. Parkiet na podłodze ułożono z dwudziestu gatunków drewna. Sztukaterie na ścianach. Kurz panował tu niepodzielnie. Wydeptywał w nim ślady. Wszedł do pierwszego pomieszczenia z brzegu. Kuchnia. Na stole leżał kawałek chleba. Sadząc po wyglądzie mógł mieć sto lat. Podszedł do lodówki w kącie i otworzył ją. Zdumiał się. Lodówka wypełniona była zepsutą żywnością, a w jej górnej części na ściankach był szron. Wyszedł z kuchni i przeszedł do sąsiedniego pokoju. Królowało tu wielkie łoże wyposażone w wymyślne paski i łańcuchy służące do krępowania leżącej na nim ofiary. Pościel była żółta, taką barwą jaką miały bandaże egipskich mumii wydobytych przez ekspedycje badającą ocalałe zabytki w dolinie Nilu. Gdy dotknął pasków okazało się że są zupełnie sparciałe. Łańcuchy, niegdyś błyszczące zmatowiały. Na biurku stał zakurzony komputer. Gdy starł dłonią z ekranu grubą warstwę kurzu okazało się, że nadal pracuje. To wyjaśniało delikatny szum panujący w pomieszczeniu. Wywołał menu i wpatrywał się dłuższą chwilę w spisy programów użytkowych. Sprawdził, czy maszyna jest podłączona do sieci. Nie była. Wszystko było tam w środku. Uśmiechnął się. Wyłączył wtyczkę z kontaktu po czym zdjął obudowę i wypruł z wnętrza twardy dysk.

— To na pamiątkę — powiedział w przestrzeń.

W kącie leżało coś w rodzaju trumny. Kolejny generator pola. Zdmuchnął kurz i odbezpieczył laserowy pistolet. Otworzył ją. Wewnątrz leżała bardzo ładna dziewczyna. Miała ciemne włosy i ciemne oczy. Wyglądała jak rasowa Ormianka z epoki przed załamaniem. Oczy miała otwarte. Była naga. Ślady na nadgarstkach i kostkach stóp świadczyły o tym, że to ona była krepowana tymi paskami w łóżku.

— Kim pan jest? — zapytała w esperanto ze śpiewnym akcentem, jakiego nigdy dotąd nie słyszał.

— Sergiej Susłow — przedstawił się.

Podał jej rękę i pomógł wstać. Zdjął kurtkę i nakrył jej ramiona. Kurtka była na tyle długa, że prawie wystarczyła.

— Zina Jedenichidze — przedstawiła się.

Popatrzyła na niego przekrzywiając dziwnie głowę.

— Który mamy rok?

— Dwa tysiące czterysta osiemdziesiąty szósty. — powiedział. — Przynajmniej oficjalnie. Jeśli wolno zapytać co pani tu robi?

— To chyba widać — wskazała gestem na łóżko. — Zakładam, że nie jest pan moim nowym właścicielem?

— Niewolnictwo zostało niesione trzysta lat temu — powiedział z niejaką dumą.

Zmarszczyła brwi. Widać było, że stara się coś sobie przypomnieć.

— To był rok dwa tysiące siedemnasty — powiedziała w zadumie. — Ale potem ilekroć mnie używał nigdy nie mówił który mamy rok. A było to tak często...

— Pani się urodziła w dwa tysiące siedemnastym roku?

— Nie. Urodziłam się w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym. — Czy ten sukinsyn żyje?

— Jaki sukinsyn?

— Prezydent Polski oczywiście. To bydlę...

— Istnieje ktoś kogo nazywamy Starym Prezydentem, ale nie wiem czy o niego chodzi.

— Jak wygląda?

— Nie pokazuje się publicznie. Nie znamy jego twarzy.

Usiadła na brzegu łóżka i ścisnęła głowę dłońmi. Pościel pod naciskiem jej ciała połamała się. Poderwała się i otworzyła drzwiczki szafki. Wisiała w niej erotyczna bielizna. Podniosła parę prawie normalnych majtek ale rozsypały jej się w palcach.

— Może najlepiej będzie jeśli opowie pani po kolei — zachęcił.

— Dobrze. W tamtych czasach nie był jeszcze Prezydentem ale szefem POF.

— A co to jest POF?

— Polskie Ogniwa Fotoelektryczne. Była blokada gospodarcza ze strony Rosji która chciała podporządkować sobie Gruzję, właściwie to rosyjskie rodziny mafijne chciały zagarnąć tereny w okolicach granicy z Abchazją. Wtedy złożył nam ofertę. Najładniejszą dziewczynę obiecał wymienić na stuletnie dostawy prądu dla naszego kraju. No i padło na mnie, choć jak startowałam w konkursie to nie miałam pojęcia, że chodzi o to, kto wyląduje u tego zboczeńca w łóżku. Chwileczkę. Może pan coś powiedzieć o sobie?

— Jestem zdrajcą ludzkości, renegatem i wrogiem numer jeden Starego Prezydenta, zaocznie skazanym na karę śmierci za posługiwanie się zakazaną teleportacją...

— Teleportacja! Może mnie pan zabrać stąd?

— Hmm, jeśli pani nie lubi starego Prezydenta...

— Nie wiem, czy o niego chodzi ale nie lubię nikogo, kto nazywa się Prezydent.

— Załatwione.

Rzuciła mu się na szyję i ucałowała go w policzek.

— Tu obok ma jeszcze jednego wroga — powiedział. — Złapał go jak wrócił z Proximy.

— Hm?

— Tak. Na Proximie prowadzał mnie gołą w kolczatce na szyi na smyczy, a ci zieloni mieli ubaw po pachy. A więc, jak wrócił i raz chciał sobie poużywać to powiedział, że złapał takiego starego zgreda i jak będzie miał ochotę to może sprawdzi i czy tamten jeszcze może — zarumieniła się.

— Kiedy to było?

— Skąd mogę wiedzieć? Gdy go pytałam ile czasu minęło to tylko się śmiał.

— Dobrze. Posłuchaj. Jesteśmy na stacji orbitalnej...

— Domyślałam się.

— Wedle oficjalnej wersji Stary Prezydent mieszka w polu czasu stojącego i włazi stamtąd...

Zamachała rękami.

— Znajdźmy tego drugiego i uciekajmy.

Weszli do sąsiedniego pomieszczenia. Na stoliku leżał pas do teleportacji. Wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu. Pod ścianą stała standardowa lodówka. Dziewczyna otworzyła ją. Wewnątrz siedział skulony staruszek. Był nagi ciało miał pokryte bliznami a jego jedynym strojem była jeansowa szmata owinięta około bioder.

— Chy, to już sąd ostateczny? — zaciekawił się.

— Przypadkiem nie. Jestem Sergiej Susłow. Przybyłem pana uwolnić. A spodziewał się pan...

— Ten gnojek z wąsikami powiedział, że posiedzę tak do dnia sądu ostatecznego. Znaczy rok który mamy? Musi co z siedem tysięcy...

Wyprowadzili go z błędu. Był zdziwiony.

— Nazywam się Dziadek Weteran — powiedział nieoczekiwanie. — To mój pseudonim bojowy. Słyszeliście o oddziale Alfa?

— Nie — odpowiedział Susłow.

Cała sytuacja zaczynała go przerastać.

— Znaczy wymarli chłopaki. Cholera, a taki łomot daliśmy hitlerszczakom.

— Hitlerszczakom?

— No, nadludziom.

Podbiegł do stołu i podniósł pas.

— Niech to cholera! — zawołał radośnie. — Jest.

Strzepnął kurz i zapiął go sobie wokół bioder.

— To ja się żegnam — powiedział nieoczekiwanie i wyparował.

— Rozumiesz coś z tego? — zapytał Susłow dziewczynę.

— Nic a nic. My też? — popatrzała na niego błagalnie.

— Sekundę. Nie mam na to ochoty, ale chciałbym sprawdzić czy nie ma tu jeszcze kogoś.

Pozostałe pomieszczenia były umeblowane ze smakiem ale puste. Wszystko pokrywała warstwa kurzu.

Objął dziewczynę ramieniem i wcisnął guzik startowy. Zniknęli.

XVI

Nodar drzemał w wannie. Przegryziony rdzą kran oberwał się i wpadł do środka. Wisząca w powietrzu zardzewiała tacka złamała się pod własnym ciężarem i uderzyła o podłogę. Srebrna łuska z drobinek niklu rozprysła się wokoło. Szklana strzykawka stłukła się, ale i tak nie była do niczego potrzebna. Z sufitu pomieszczenia zwisały stalaktyty, stworzone z drobinek wypłukanego wapnia. W niektórych miejscach podłogi wyrastały ku nim stalagmity. Kropla wody oderwała się od sufitu i spadła na beton podłogi.

XVII

Stacja Orbitalna

W głębokich kryptach pod Wawelem stały ciężkie sarkofagi zawierające w swoim wnętrzu ciała polskich królów. Wszystkie znane królewskie szczątki. Ktoś pozbierał je i zgromadził w jednym miejscu. Wydarł z pierwotnych grobowców i umieścił właśnie tutaj. W sumie nie trudno przewidzieć kto. W innych sarkofagach zgromadzonych w sąsiedniej komorze znajdowały się ciała prezydentów. Sarkofagi stały w równym karnym szeregu. Ostatni stojący pod ścianą nie pasował zupełnie do pozostałych. W przeciwieństwie do prostych kamiennych skrzyń wykonano go z czystego złota, ze złotej blachy grubej na pół cala, i nadano mu kształt antropomorficzny. Jego pierwotny właściciel, egipski faraon noszący wdzięczne imię Nebcheperure Tutanchamon leżał opodal w przejściu pomiędzy sarkofagami mając pod plecami stare drzwi od kibla z płyty paździerzowej. Cicho szumiała klimatyzacja. Bandaże mumii powiewały w delikatnych podmuchach sztucznego wiatru. Urny kanopskie zawierające wnętrzności zmarłego stały wokoło. Sarkofag miał nowego mieszkańca.

Niewysoki humanoidalny, no z grubsza humanoidalny, kosmita rasy Tarani otworzył ciężkie stalowe drzwi prowadzące do krypty. Wściekle zaterkotał karabin maszynowy, ale kule nie przebiły jego kombinezonu. Kosmita wcisnął guzik na niedużym sterowniku spoczywającym w głębinach jego kieszeni i karabin przestał strzelać. W chwili gdy przekroczył próg krypty pokrywa sarkofagu odskoczyła na sprężynujących zawiasach i z miękkiej wyściółki podniósł się Paweł Koćko. Pole czasu stojącego które konserwowało jego ciało podczas pobytu w trumnie wyłączyło się automatycznie w chwili gdy podniosło się wieko. Wycelował w gościa lufę gigawatowego lasera.

— Spokojnie — powiedział ufok w języku esperanto. — Przybywam jako poseł. Jestem Gaxt'hcuawt kurier rady galaktycznej.

— Bardzo mi miło. Paweł Koćko, prezydent. To nie jest najlepsze miejsce żeby rozmawiać. Przenieśmy się gdzie indziej.

Kosmita popatrzył na niego uważnie jakby rozważał usłyszaną propozycję.

— Może na górę? — zaproponował.

Koćko skinął głową i wystukał kod na swoim teleporterze. Po chwili znaleźli się na górskim szczycie. W niewielką platformę ze skały wbity był wielki metalowy krzyż. Wokoło ciągnęły się skaliste turnie a w dali na dole widać było panoramę Zakopanego. Na szczycie stały dwa fotele dentystyczne. Usiedli. Mały Tarani ledwo sięgał nogami do podnóżka.

— Napijemy się za przyjaźń ziemsko komiczną? — zagadnął Koćko.

— Z przyjemnością.

Zmaterializował w powietrzu srebrną tacę z cudzymi herbami. Stała na niej butelka Sowietskowo Igristowo i litrowa butelka płynu Burowa z wetkniętą karbowaną srebrną rurką. W butelce pływała kostka suchego lodu. Gość pociągnął rurką płynu z butelki

— Dobrze zna pan nasze zwyczaje — pochwalił.

Koćko odkorkował szampana i także wypił solidny łyk. Poprzednia butelka nie do końca wywietrzała mu jeszcze z mózgu i czuł się naprawdę dobrze.

Kosmita popatrzył na miasto, a Koćko podał mu lornetkę.

— Nieźle zrobione — powiedział gość. — Trójwymiarowy projektor holograficzny o rozdzielczości około miliona zachcu?

— Półtora miliona.

Prezydent wcisnął guzik pilota. Komputery stacji poświęciły połowę mocy obliczeniowej na przetworzenie widoku. Gubałówka eksplodowała. W jej szczycie otworzył się krater który pochłonął stację kolejki linowej. Grad rozpalonych do białości kamieni opadł na miasto jak śmiertelny całun. Pożary wybuchły w kilkunastu miejscach jednocześnie. Ziemia zadrżała. Przez środek Krupówek powstała szczelina. Rozszerzała się z przerażająca szybkością pochłaniając budynki i próbujących uciekać ludzi. A potem wystrzeliła z niej lawa. Prezydent wyłączył obraz. Kawałek szczytu stał na podłodze wyłożonej stalowymi płytami. Po chwili wszystko wróciło do normy. Znowu byli na szczycie górującym nad spokojnym miastem.

— W sumie to tylko dekoracje — powiedział spokojnie.

Gość opuścił lornetkę. Jego spojrzenie było nieodgadnione.

— Zajmuje pana odtwarzanie obrazów zagłady własnego gatunku? — zdziwił się uprzejmie.

— To nie jest odtwarzanie. To nigdy nie nastąpiło. Moje komputery stworzyły ten obraz jako swojego rodzaju wizytówkę. Pokaz możliwości. Jeśli zechcę to mogę tego dokonać. Choć tego miasta już nie ma...

Sceneria zmieniła się w mgnieniu oka. Tym razem to gość uruchomił systemy, nie wiadomo tylko jak tego dokonał. Nie miał przy sobie komputera w dodatku sieć stacji była odporna na wszelkie penetracje. No prawie wszelkie. Obraz przedstawiał spokojną pasterską planetę. Teren porzeźbiony zlodowaceniami i ruchami górotwórczymi wyglądał jak norweskie fiordy. Na niedużych halach porośniętych lichą roślinnością pasły się jakieś nieduże zwierzęta przypominające pekińczyki. Nad niektórymi przepaściami przerzucono mosty plecione z lin.

— Dlaczego mi to pokazałeś? — zapytał prezydent.

— No cóż. Zostawię panu mapę tej ziemi. Może się do czegoś przyda.

— Gdzie to jest?

— Osiemset lat świetlnych stąd.

Wstał z fotela i podszedł tak blisko, że ich twarze niemal się zetknęły.

— Zawsze można wyruszyć znowu. A czasami nawet trzeba.

— To brzmi dość niepokojąco. Jak rozumiem to oznacza, że przystąpisz teraz do wyjaśnienia szczegółów swojej misji?

— Tak jest. Minął czas rozmowy wstępnej. Nadchodzi czas konkretnych dyspozycji.

— Dyspozycji? Chyba żartujecie, ale zamieniam się w słuch.

— Rada Galaktyki oddelegowała swoich przedstawicieli. Chcą się spotkać z panem jutro. Na poziomie dwadzieścia cztery sektor osiemdziesiąty szósty.

— Niech się stanie wedle ich woli. O czym chcą rozmawiać?

— O tej planecie. Resztę przypuszczam wyjaśnią oni. Żegnam.

— Do zobaczenia.

Mały ufok zniknął razem z butelką. Stary Prezydent uśmiechnął się pogardliwie.

— Ach ci mali nałogowcy — westchnął cicho i teleportował się do sali na obwodzie. Siadł na fotelu i pociągnął łyk szampana. Włączył ekran. Ziemia. Tam był wczesny ranek.

— Cholera — powiedział sam do siebie. — Musiało do tego dojść. Wypił szampana do końca. Poczuł że jest pijany. Zdrowo pijany.

— Gdzie te dawne dobre czasy gdy małe zielone ludziki były jedynie wytworem mojej chorej wyobraźni? — jęknął.

XVIII

Nodar ocknął się w kąpieli. W głowie mu trzeszczało. Skóra piekła go we wszystkich miejscach z których wyrwał dreny. Dotknął palcami skóry na udach i na ramionach. Nadal w dotyku nie różniła się niczym od powierzchni tandetnie wykonanej skórzanej walizki. Zamyślił się. Może trzeba było ją usnąć? Usiłował sobie przypomnieć coś na ten temat. Zuriko, on coś powiedział. Pamięć usłużnie podała mu odpowiednią scenę.

— Widzisz, te płyny konserwujące w których zanurza się ciało przed zamrożeniem nie wpływają szczególnie dobrze na skórę.

— Co to znaczy?

— Widzisz, ich zadaniem jest zwiększenie przewodnictwa cieplnego roztworu. Jakby to powiedzieć, przyspieszają zamarzanie. To może zniszczyć komórki skóry. I to dość poważnie. Przy temperaturach krytycznych jest właściwe obojętne czy ciepło wnika do komórki czy z niej uchodzi. Może nastąpić obumarcie komórek a nawet wytworzenie się masy rogowej.

— Przecież się uduszę!

— Dlaczego.

— Zdajesz sobie sprawę że człowiek oddycha przez skórę. A w każdym razie zwiększa wymianę gazową z otoczeniem. — Wartości zaniedbywanie małe. Zresztą to prawie bez znaczenia po upływie dwunastu, może osiemnastu godzin głębsze warstwy skóry przejmą funkcje zniszczonej warstwy wierzchniej. Nasze preparaty przyspieszą ten proces. To będzie trochę tak jak ze zmiana skóry przez węża.

Komputer wydał cichy brzęczyk. Nodar drgnął w wannie i popatrzył w stronę terminalu.

— Krytyczny stopień zasilania — poinformowała go maszyna.

— Typ zasilania?

— Awaryjne geotermiczne.

— Szansa wzrostu?

— Na podstawie analizy długofalowych zjawisk geofizycznych dwadzieścia siedem koma cztery procent.

— Rezerwa?

— Dwadzieścia godzin. Wymaga włączenia ręcznego.

— Wyłącz się.

Ekran ściemniał. Światła stawały się coraz bardziej żółte aż wreszcie świetlówki świeciły już tak słabo, że ledwie było je widać. Nodar wygrzebał się z wanny. Mięśnie pracowały prawie bez zakłóceń. Obok umieszczono niegdyś drabinę. Była teoretycznie ze stali kwasoodpornej, całkowicie nierdzewnej, ale jak się z bliska okazało pokrywała ją skorupa korozji. Za jej pomocą dźwignął się na równe nogi i trzymając się szczebli zaczął wykonywać przysiady. Stawy zaprotestowały energicznie. Żałował, ze morfina nie przetrwała okresu hibernacji. Z drobnych ranek po drenach wykraplało się trochę krwi. Po pięciu zaledwie minutach przerwał ćwiczenie i spróbował policzyć sobie puls. Nie udało mu się to więc zatkał palcami uszy i wsłuchał się w bicie swojego serca. Biło słabo. Ruszył w strone sarkofagu. Znajdowała się tu dźwignia służąca do włączenia awaryjnych systemów energetycznych. Przesunął ją jednym śmiałym ruchem. (Stawowi łokciowemu bardzo się to nie podobało). Zamknął oczy oczekując na uderzenie blasku, ale lampy zaświeciły tylko nieco mocniej niż poprzednio. Czepiając się ścian dostał się do terminala komputerowego i uruchomił go.

STOPIEŃ ZASILANIA KRYTYCZNY — poinformowała go maszyna.

ODŁĄCZ SYSTEMY WITALIZUJĄCE I HIBERNATORIUM — wystukał. — ZREDUKUJ O POŁOWĘ OŚWIETLENIE.

Połowa lamp wyłączyła się. Jednocześnie pozostałe zaświeciły się mocniej

DOKONAJ PRZEGLĄDU AWARYJNYCH SYSTEMÓW ENERGETYCZNYCH

MODUŁ KONTROLNY USZKODZONY BRAK ODCZYTU.

Westchnął. Skóra wysychała i zaczynał odczuwać poważny dyskomfort. Obok hibernatora stała walizka z jego rzeczami osobistymi. Walizka była aluminiowa i teoretycznie nie powinna podlegać korozji. Nie mógł poradzić sobie z zamkiem i w pewnej chwili urwał go po prostu. Blacha rozłaziła się w palcach, a znaczna jej część wyglądała na dotkniętą zarazą cynkową, choć nie wiedział, że tego typu proces może zachodzić w aluminium. Jego wyjściowe ubranie nie oparło się zębowi czasu. Wysunął nóż z pochwy i ten zabłysnął w kiepskim świetle. Ostrza nie szpeciła najmniejsza plamka. Uśmiechnął się i sprawdził ostrość kciukiem. Nóż nadal był ostry jak brzytwa. Wykonał długie delikatne nacięcie na nodze. Skóra podawała się z pewnym trudem. Zaczepił o nią palce i zaczął zdzierać. Odchodziła nawet całkiem nieźle, a pod nią rysowała się głębsza warstwa, właściwie już gotowa do użytku, ale jeszcze bardzo delikatna.

— Trzeba będzie poczekać — mruknął o siebie.

Z walizki wydobył zegarek. Zegarek jaki dostawał każdy pracownik POF, kwarcowy, zasilany baterią jądrową. Mógł chodzić przez dziesięć tysięcy lat. A zapewne i znacznie dłużej. Starł warstwę brudu z cyferblatu. Była pierwsza w nocy. Wcisnął guziczek z boku aby wyświetlić sobie datę dzienną i roczną. Zegarek posłusznie wykonał polecenie. Gruzin wpatrzył się w zdumiewającą informację jaka ukazała się jego oczom.

— To niemożliwe — szepnął a potem przyłożył urządzenie do ucha.

Zegarki tego typu nie cykały, ale nawyk pozostał.

XIX

Kopyta niedużej śnieżno białej klaczki uderzały w ziemię pokrytą świeżo opadniętymi jesiennymi liśćmi. Wprawdzie na Ziemi panowała właśnie wiosna, ale ostatecznie mechanizmy stacji służyły swoim użytkownikom, a nie bzdurnym cyklom planety wynikającym z jej pijanego zataczania się w drodze dookoła słońca. Wystarczyło wcisnąć kilka guzików, przyspieszyć upływ czasu w danym segmencie i można było się cieszyć złotą polską jesienią, tak jak cieszyła się nią siedząca w damskim siodle księżniczka Helena Koćko.

Dość dawno temu stary prezydent doszedł do wniosku, że trzeba się rozmnożyć. Oczywiście nie miałby z tym problemu posiadając w lodówkach stacji orbitalnej kilka dziewcząt, z którymi mógł sobie w każdej chwili poryćkać, ale tym razem potrzebował odrobinę czego innego. Pragnąc zachować dla przyszłości zarówno pewne szczególne cechy swojego neurotycznego umysłu jak także najlepszy na świecie komplet genów —(to znaczy swój własny), zdecydował się na klonowanie. Odpowiednia technika była od dawna opracowana. Były jednak inne problemy. Koćko przy całej swojej paranoi chronicznie bał się zamachu stanu. A wiadomo że sobowtór władcy... Dlatego też podczas klonowania naniósł drobne poprawki. Księżniczka Helena Koćko... To było najwłaściwsze rozwiązanie. Spędziła na ziemi sporo czasu. Wystarczająco dużo, żeby zdobyć wykształcenie. Resztę uzupełniła na Edon i Bxaghi. Obywatelka kosmosu, specjalistka od prawa galaktycznego.

Dzień był wyjątkowo piękny. Po niebie sunęły nieduże chmurki, październikowe słońce przygrzewało delikatnie. Księżniczka ubrana była w białą kurtkę z żaglowego płótna, białą sukienkę i miękkie półbuty z zamszowej skóry. Jasne lekko zwijające się włosy opadały jej na ramiona. Na czole połyskiwał jej diadem ze złota i szmaragdów przechowywany swojego czasu w skarbcu korony brytyjskiej. Wiatr plątał się pomiędzy drzewami parku. Zza krzaków połyskiwała tafla jeziora. Ścieżka rozwidlała się.

— Dokąd teraz? — zapytała klaczka.

— Do pałacu — powiedziała księżniczka. — Chyba starczy na dzisiaj.

Fakt ze klacz mówiła wyjaśnić można bardzo prosto. Swojego czasu Stary Prezydent doszedł do wniosku, że jego córce przyda się towarzystwo. Jako główny ekspert w dziedzinie medycyny miał niekiedy do czynienia z problemami psychiatrycznymi swojego ludu. Tak poznał dziewczynę noszącą urocze imię Karolina, opętaną obsesją zamienienia się w konia. Dewiacja była bardzo silna, nie poddawała się zwykłemu leczeniu. Oczywiście wypranie mózgu dziewczyny i załadowanie go od nowa odpowiednio przefiltrowanymi danymi nie stanowiło by najmniejszego problemu, ale Stary Prezydent zawsze lubił konie. Akurat jego córka zażyczyła sobie konia, by móc jeździć po parku więc postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym. Operację przeszczepu części mózgu dziewczyny w ciało konia przeprowadziły medautonmaty stacji i trzeba przyznać przeprowadziły ją wzorowo. Dziewczyna, z którą można pogadać w wolnych chwilach i jednocześnie konik, na którym można sobie pojeździć. Dwa w jednym. Wjechały do jednego z zagubionych w parku pałaców. Księżniczka zeskoczyła i zdjęła siodło. Zostawiła Karolinę w salonie, a sama przeszła na drugą stronę pałacu do niedużego gabinetu, którego panoramiczne okna wychodziły na płytki stawek i fontanny. Rozległo się cmoknięcie i w powietrzu zmaterializował się Paweł Koćko — Stary Prezydent. Rozłożył ramiona, a gdy w nie wpadła oderwał ją od ziemi i okręcił ją w powietrzu.

— No cześć — powiedział. — Co tam u ciebie słychać?

— Fajnie. Żyję sobie. Co u ciebie?

— No cóż nie będę kłamał.

— Aż tak źle?

— Gorzej. Dużo gorzej. Zjawił się u mnie jeden taki zielony korniszon.

— Tarani?

— Dokładnie. Chce się ze mną widzieć jakaś rada galaktyki czy podobne ciało.

— Ach, najwyższy organ ustawodawczy i wykonawczy zarazem. Oni tego nie rozróżniają.

— Co mogą zrobić?

— Co mogą? Oni regulują życie całego zamieszkałego...

— A konkretnie?

— Embarga handlowe, zakaz transferu danych, technologii, wydalenie przedstawicielstw dyplomatycznych.

Uśmiechnął się.

— Cieszę się że planeta pod moimi rządami jest całkowicie samowystarczalna. Nasze technologie...

— W razie ignorowania ich wysiłków do pokojowego rozwiązania kryzysu mogą narzucić swoje prawa siłą. Posiadają oddziały szybkiego reagowania.

— To brzmi poważniej. Jak sądzisz czego mogą chcieć?

— Poszanowania Dekretu o Koegzystencji albo twojej starej umowy z dowództwem Galaktycznego Ruchu Oporu. Oni są w prostej linii kontynuatorami...

— Dobrze. Co im obiecałem w tej umowie?

Przymknęła oczy.

— Zdaje się, że uznałeś prawo rady która istniała jeszcze na papierze do narzucania swoich rozwiązań prawnych.

Skrzywił się.

— To była wojna, ale to nie usprawiedliwia mojej głupoty. Miałbym prośbę. Idź ze mną na to spotkanie. Potrzebuję adwokata.

Uśmiechnęła się.

— Oczywiście.

XX

W zatęchłym lochu Nodar wpatrywał się tempym wzrokiem w swój chronometr. Zegarek działał. Wskazówka poruszała się. Szansa wystąpienia jakichkolwiek niedokładności w działaniu urządzenia była praktycznie zerowa. Producent dawał na zegarek sto lat gwarancji. W razie opóźnienia w ciągu wieku o jedną sekundę właścicielowi przysługiwało odszkodowanie wysokości miliona dolarów, a później po inflacji miliona franków szwajcarskich.

— Bzdura — powiedział i potrząsnął urządzeniem.

Nic się nie zmieniło i potrząsać tak sobie mógł do upojenia. Zegarek wytrzymałby upadek z wysokości stu metrów na beton. A podobno byli i tacy, którzy zrzucali swoje z wysokości kilometra. Chcąc nie chcąc musiał się z tym pogodzić. Usiadł znowu przy komputerze. Kręgosłup bolał go coraz bardziej i musiał zaraz się położyć, ale chciał wyjaśnić jeszcze jedną sprawę.

PODAJ DATĘ ROCZNĄ ZEGARA HIBERNATORIUM.

Odpowiedź była natychmiastowa i całkowicie zadowalająca.

ZEGAR HIBERNATORIUM ULEGŁ CAŁKOWITEMU ZNISZCZENIU ZA SKUTEK KOROZJI DECYZJĘ O OBUDZENIU PODJĄŁ UKŁAD AWARYJNY SPADEK TEMPERATURY ZŁÓŻ MAGMOWYCH DOSTARCZAJĄCYCH ENERGII SYSTEMOWI OSIĄGNĄŁ WARTOŚCI TAK NISKIE, ŻE ODŁOŻENIE W CZASIE WZBUDZENIA MOGŁO SPOWODOWAĆ CAŁKOWITĄ UTRATĘ TAKIEJ MOŻLIWOŚCI.

— No śliczne dzięki — mruknął sam do siebie. — Komputer obudził mnie bo stwierdził, że jeszcze trochę, a nie zdoła mnie obudzić.

INTERPRETACJA POPRAWNA — poinformowała go maszyna.

Takie są efekty gadania przy włączonym sprzęgu audio.

— Wyłączam opcję wydawania poleceń głosem — powiedział.

PRZYJĘTE

Przesunął wajchę przekształcając fotel w leżankę. Wyciągnął się na niej wygodnie. Wyłączył całe zasilanie. Nie było potrzebne gdy spał. Z zagłówka wydobył wyjątkowo gruby i miękki koc. Koc o dziwo wytrzymał. Może sprawiła to osnowa z kewlarowych włókien. Było mu ciepło. Zachichotał. Było mu ciepło po raz pierwszy od całkiem sporej liczby lat. Przymknął oczy. Czuł jak sen czai się wokoło by go porwać w swoje objęcia. Z głębin pamięci wypłynęła mu rozmowa z Zurikiem.

— Czy w trakcie hibernacji będę śnił?

— No cóż właściwe to trochę jak sen. Bardziej jak śmierć, ale z tego się obudzisz.

— Nie o to mi chodzi. Czy będę miał sny?

— Puknij się Nodar. Jakie sny jak twój mózg będzie jedną lodową bryłą?

Jego kumpel miał rację. Nic mu się nie przyśniło.

XXI

Ruiny miasta Warszawa, PNTK

Było wczesne popołudnie. W powietrzu wisiał upał. Sumiko i Damao siedziały na składanych krzesełkach na werandzie swojego namiotu. Zawinęły się w kimona i piły wodę mineralną przez długie karbowane srebrne rurki. Pachniało betonem i kurzem. Betonowy pył wciskał się wszędzie. Ich świeżo umyte włosy schły na wietrze. Zobaczyły Miszczuka jak biegnie przez sąsiednie wzgórze do swojego namiotu. Był na bosaka i coś dziwnego porobiło mu się ze spodniami. Wyglądały na wystrzępione do kolan. Przebiegł cicho jak duch.

XXII

Obudził się. W pierwszej chwili nie wiedział gdzie jest, ale zaraz sobie przypomniał. Hibernacja, przebudzenie, wanna z płynami. Komputer. Wciągnął w płuca haust powietrza i stwierdził że niezbyt nadaje się ono do oddychania. Włączył zasilanie. Uruchomił komputer.

WŁĄCZ UKŁAD UZDATNIANIA ATMOSFERY — wystukał.

BRAK TAKIEJ MOŻLIWOŚCI UKŁAD ZNISZCZONY

Tego nie przewidział. Zamyślił się na chwilę.

URUCHOM AWARYJNY SYSTEM UZDATNIANIA ATMOSFERY.

BRAK TAKIEJ MOŻLIWOŚCI UKŁAD ZNISZCZONY.

Zdziwił się. Oba układy były niezależne.

PODAJ TYP ZNISZCZEŃ

MODUŁ KONTROLNY NIESPRAWNY BRAK DANYCH

URUCHOM ZEWNĘTRZNE CZERPNIE POWIETRZA

BRAK TAKIEJ MOŻLIWOŚCI CZERPNIE ZNISZCZONE.

— Ciekawe co jeszcze jest zniszczone — mruknął do siebie.

Włączył analizator atmosfery i przeprowadził wyliczenia. Kubaturę schronu znał na pamięć. Tlenu wystarczy mu jeszcze na siedemnaście godzin. Potem będzie musiał użyć rezerwy tlenu w butlach. Chyba, że podejmie decyzję o wydostaniu się stąd wcześniej. Spróbował poruszać stawami. Każdy z osobna bolał go tak jakby wbito w niego zardzewiały gwóźdź.

— Ano nie ma się co zasiadywać — powiedział sam do siebie. — Najpierw coś zjem, a potem gimnastyka.

Zwlókł się z fotela i czepiając się ścian dobrnął do dużej plastikowej skrzyni. Wydobył z niej puszkę coli i zerwał kapsel. Zapach który rozszedł się wokoło był mocno zniechęcający. Otworzył dla odmiany puszkę z mielonką. Woń prawie zbiła go z nóg. W kolejnej było tylko trochę zeschniętego paskudztwa na dnie. Zupy w proszkach napuchły w swoich torebkach jak bomby szykujące się do natychmiastowej eksplozji.

Zagryzł wargi. Teraz wiedział, że musi się wydostać na zewnątrz jak najszybciej. Początkowo myślał, że posiedzi w lochu kilka dni zanim nie nabierze choćby znośnej sprawności fizycznej, ale widocznie nie było mu dane. W zadumie popatrzył na plastikowe drzwi wiodące do szybu. Jeśli pójdzie w górę i okaże się, że promieniowanie na zewnątrz jest zbyt duże to i tak wyjdzie. Lepiej zdechnąć pod błękitnym niebem niż w takiej norze. Wygrzebał z walizki licznik Geigera i przyłożył go do drzwi. Wskazówka nie wychyliła się ani o milimetr. Potrząsnął nim. Nadal się nie poruszyła. Zdjął obudowę i popatrzył w zadumie na kompletnie zarośnięty rdzą układ wewnątrz.

— Jeśli ta firma jeszcze istnieje podam ich do sądu — powiedział ze złością. — Przecież to miało być zupełnie szczelne.

XXIII

Zapadał zmierzch. Rozstawili sobie krzesełka w półokrąg. Profesor miał czerwone. Rzadko go używał, ale dziś widać miał im do zakomunikowania coś istotnego. Musiał czymś podeprzeć swój autorytet. U sufitu werandy jego namiotu targana podmuchami wiatru kołysała się zabawna latarka. Klatka z metalowych listew i szkła ze świeczką w środku. Profesor wyszedł namiotu i usiadł na krześle. Był poważny. Tomasza nie było nigdzie widać, ale po chwili nadszedł niosąc pękaty dziesięciolitrowy samowar. Ustawił go poza kręgiem i zaczął rozpalać za pomocą węgla drzewnego i cienkich patyków. Widać było, że ma znaczną wprawę. Chętnie popatrzyli by na niego, podejrzeli sekretne ruchy, żeby więcej nie błaźnić się przy rodzinnych uroczystościach używaniem rozpałki. Woń węgla drzewnego przyjemnie wymieszała się z zapachem piwa, gdy otworzył beczułkę i nalewał do środka. Delikatne chrząknięcie profesora sprowadziło ich myśli na inne tory.

— W dniu jutrzejszym i następnych, aż do końca tygodnia będę nieobecny — powiedział. — Zastąpi mnie w tym czasie doktor Mitsumi, który będzie kontrolował wasze poczynania za pomocą sieci. Ustaliłem z nim harmonogram dalszych prac. Przekazuję mu całkowitą władzę łącznie z prawem oblania praktyki. Raz dziennie za pośrednictwem sieci przekażcie mi raporty o postępie prac. Co do konkretnych moich uwag. Wykop Alfa, dokumentacja rysunkowa wygląda jak wyjęta psu z gardła i wytarta z grubsza o spodnie. Macie ją w czasie wolnym od pracy przerysować i przedstawić doktorowi do kontroli. Wykop Beta. Tempo pracy wysoce niezadowalające. Do mojego powrotu odsłonięta powierzchnia ma zostać podwojona. Pod sankcją usunięcia z praktyki. Wykop główny. Zdjęcie profili jest wysoce niezadowalające. Wykonacie je jutro o świcie ponownie uprzednio doczyszczając jeszcze raz cały profil. Zwłaszcza mur w południowym końcu musi bezwzględnie zostać prawidłowo zadokumentowany. Zespół z wykopu Delta. Fakt zagubienia irydowej szpachelki powleczonej platyną jest czynem absolutnie patologicznym. Weźmiecie sondę i do rana macie ją znaleźć. Z całą pewnością nawet w najbardziej skrajnym przypadku losowym nie znajduje się dalej niż sto pięćdziesiąt metrów od wykopu. Faktu wypalenia w moim namiocie dziury za pomocą laserowego namiernika teodolitu w ogóle nie będę komentował. Mam nadzieję, że stało się to przypadkiem i winowajca zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa na które naraził wszystkich tak nieostrożnie operując niebezpiecznym przyrządem.

Milczeli. Nikt nie spodziewał się tak ostrego rozliczenia. Profesor potoczył po nich ciężkim spojrzeniem.

— Na razie nie ma więcej uwag. Sołtysi wykopów otrzymają instrukcje w kopertach. Są pytania?

Milczeli. Machnął ręką. Miszczuk wniósł samowar i postawił na ziemi pomiędzy nimi, a potem odszedł na stronę. Wyjęli czarki. Tego wieczora profesor nie dotrzymał im towarzystwa. Musiał być naprawdę na nich zdenerwowany. I nawet był. Wziął z magazynu transporter i siadłszy na niego odjechał prosto na północ. Tomasz Miszczuk czekał na niego w umówionym miejscu. Trzy kilometry zagranicą obozowiska w miejscu, gdzie niewyjaśniony kaprys destrutoxu pozostawił sterczącą z białych wydm betonową kolumnę czterometrowej wysokości. Profesor patrzył na swojego studenta przez dłuższą chwilę. Nie mógł pozbyć się natrętnego wrażenia, że coś z nim jest nie tak.

— Jak tyś się tu wziął? — zdziwił się.

— Przyleciałem ślizgaczem — wyjaśnił z prostotą student. — Stoi za kolumną.

Kłamał, albo nie kłamał. Profesor nie był pewien.

— Nieważne — powiedział.

Siedli na grabie gleby. Nad ich głowami paliły się gwiazdy. Jedna z nich przemieszczała się nad ich głowami. Stacja orbitalna. Była gigantyczna, ale stąd z ziemi nie czuło się jej wielkości. Profesor myślał uporczywie. Ktoś kiedyś mówił mu, że Stary Prezydent ma na ziemi siatkę zakamuflowanych agentów. Popatrzył spod oka na ciemną sylwetkę siedzącą obok niego. Czy było możliwe..? Ten spokojny chłopak. Biegający dla zabawy dwudziestokilometrowe maratony. Wzór wypisany patykiem nad Wisłą. Agentów miało być podobno trzystu. Jak na niecałe dwa miliony ludzi to kropla w morzu. Inny genotyp. I farbował włosy. Profesor westchnął.

— Jutro jadę na północ — powiedział. — Nie będzie mnie przez kilka tygodni.

— Dopilnuję wszystkiego — zapewnił Miszczuk.

— Tu nie nauczysz się już niczego nowego. Kiedy bronisz pracy magisterskiej?

— W przyszłym roku.

— Warto by, żebyś zobaczył jeszcze to i owo zanim sam zaczniesz kopać.

— Na przykład? — zaciekawił się

— Archeologia jest bardzo złożoną nauką. Brak nam dobrych datowników. Rozumiesz.

Brwi studenta drgnęły.

— Nie potrzebujemy dobrych datowników — zaprotestował — zasoby starego Prezydenta... Przekazał nam archiwalia z tablicami chronoliczno-typologicznymi naczyń glinianych od zarania neolitu do dziewiętnastego wieku. Tablice kształtów wyrobów szklanych pozwalają sięgnąć do wstępnego okresu złamania. A po załamaniu wszystko szło jak po maśle. Mamy pełną dokumentację techniczną...

Profesor zapalił latarkę, aby oświetlić twarz, uśmiechnął się szyderczo i zgasił.

— Mówisz tak jak cię nauczono. Co on nam przekazał? Śmiecie. Same śmiecie.

— Weto.

— No dobra. Przydaje się. Ale metody datowania. Wolelibyśmy sami dochodzić do wyników.

— Dlaczego pan to mówi mi? — zaciekawił się Tomasz. — Przecież można do niego napisać.

— Chcę żebyś zrozumiał jak krępują nas jego prawa. I powiem ci jeszcze jedno. Gdy już będziesz archeologiem, będziesz musiał je w pewnej chwili podeptać.

— Artefakty?

Profesor wyłowił z kieszeni sztywną torebkę z folii i podał mu. Student zapalił latarkę i przyjrzał się podanemu przedmiotowi. W torebce tkwiła połówka przeżartej kwasem karty bankomatowej z resztkami wymyślnego układu scalonego. Zachował się na niej kawałek nazwiska właściciela wytłoczony gotyckim litrami i data wystawienia lub ważności.

20 lipca 2678r.

— Czego to dowodzi? — zagadnął.

— Wydobyli to z warstwy podobnej do tej na której siedzimy. Tyle tylko, że podczas badań w Toruniu. Widziałem podobną ze zbliżoną datą z Montevideo i podobno gdzieś ukrywają trzecią.

Tomasz wyłowił z kieszeni niemal identyczną tylko nieco grubszą.

— To ta będzie czwarta.

— Skąd ją masz u licha?

— Kupiłem na targu staroci w Londynie dwa lata temu.

— Jest cała...Co powiesz o tych datach.

— Wystawił je obie Bank Kreditinstal Duseldorf. Ich właścicielami byli Niemcy. Gotyckie litery. Albo podróba.

— To raczej wykluczone. Wykonano je z materiału nieznanego naszej technice.

Student zamyślił się na kilka chwil.

— Możliwe są dwie możliwości — powiedział. — Albo facet z wehikułem czasu...

— To raczej niemożliwe.

— Dlaczego? W badaniach czasu nie posunęliśmy się daleko do przodu. Od starego Prezydenta mamy schemat generatora pola czasu stojącego. Być może istnieją także pola czasu płynącego do tyłu.

— Będę musiał przedyskutować to z jednym znajomym fizykiem. Sugerujesz, że za setki lat pojawią się Niemcy dysponujący kartami kredytowymi, którzy polecą w daleką przeszłość badać okres załamania.

— Tak. Dlaczego by nie. Przecież żyje w Ameryce południowej co najmniej trzydzieści tysięcy Niemców. Z tego co wiem są Metysami, a część należy do ras typu Zambozi.

— Zambozi?

— Mieszanina chińczyka lub Indianina z Murzynem.

— Aha. Faktycznie pamiętam ten termin. Sądzisz, że będą dysponowali odpowiednią techniką? Przecież to dzikusy. Jeszcze gorsze niż Ruscy z gór Jabłonowych.

Twarz studenta była nieprzenikniona.

— To przecież niczego nie dowodzi. Owszem nauki od podstaw nie mogą zbudować, nie mają takich możliwości, ale przecież mogą otrzymać odpowiednie urządzenia od starego Prezydenta.

— Sądzisz, że może dać im wehikuł czasu?

— Jeśli ma to może dać. Jeśli nie ma może w międzyczasie wymyśleć. Posługuje się nieznaną aparaturą badawczą. Weźmy generator pola czasu stojącego. Wszyscy nasi uczeni łamią sobie na tym zęby. Kawałek miękkiej stali połączony z kawałkiem twardej stali za pomocą złotego nitu. Do tego jeden opornik elektryczny, uzwojenie z platynowego drutu i drugie z miedzianego stanowiące generator ciepła. A potem wystarczy włożyć do kontaktu. W sumie jest to tak proste że dziewięciolatek może zbudować to z elementów kupionych w sklepie technicznym. A jednak jego działanie nie jest do tej pory wyjaśnione. Albo tamto drugie pomnażacz energii. Dwa oporniki, nieznanej budowy mikroprocesor i kawałek szkła. Doprowadza się do niego prąd od jednego końca, a z drugiego czerpie się dziesięciokrotnie silniejszy.

— Ale wokoło powstają anomalie czasoprzestrzenne.

— O średnicy główki szpilki. Czy to w sumie takie ważne? Dał to, jutro da wehikuł.

— A inna możliwość?

— Cóż. Świat równoległy. Świat, gdzie Niemcy wygrali konflikt. Może być jakaś dziura którą przełazili w czasie gdy tu szalał rozpylony w atmosferze niewiedzieć przez kogo destrutox.

Profesor ziewnął i poparzył na zegarek.

— Pora na mnie. Jutro o piątej muszę być przy linii kolejowej

Siadł na swoją maszynę i odjechał. Student wszedł za kolumnę. Nie było tu żadnej maszyny. Tylko malutki projektor holograficzny. Wyłączył go i schował do kieszeni. Otworzył laptop i wcisnął kombinację guzików. Potem wystukał kod na pasie. Przestrzeń zafalowała. W sekundę wcześniej leżał już spokojnie przykryty kocem w swoim namiocie. Nie spał. Nie potrzebował więcej jak godzinę snu na dobę. Odczepił sobie kawałek skóry razem z włosami i w otwór złącza włożył końcówkę kabla wyciągniętego ze stojącego pod łóżkiem tekturowego pudła. Ślady oparzeń na nogach już zanikały.

XXIV

Cukier w puszce był nadal dobry. Wprawdzie trochę się zbrylił, ale posiadał własny smak i zapach. Nodar wziął trochę wody z plastikowego kubełka wlał do środka i wymieszał palcem.

— Węglowodany to podstawa — powiedział sam do siebie.

Wypił gęsty zimny syrop. Żołądek zbuntował mu się lekko. Starał się wyczuwać zmiany źródeł bólu wraz z przemieszczaniem się cieczy.

— To mi wyglądana wrzód żołądka albo uszkodzenia pohibernacyjne.

Jeśli nawet były to uszkodzenia pohibernacyjne nic nie był w stanie zrobić. Zuriko i książę zostawili mu całą szafkę leków mających przyspieszać gojenie się tego typu ran, niestety szafka przerdzewiała na wylot i wszystko co w niej było wypadło dołem roztrzaskując się w drobny mak. Biorąc pod uwagę stan plamy powstałej z medykamentów musiało to nastąpić przed kilkuset laty. Cukier nie likwidował całkowicie uczucia głodu. Ssanie w żołądku zamieniło się w ból zniszczonych tkanek. Nodar westchnął ciężko i poczłapał do włazu. Tam, za włazem znajdowały się schody prowadzące na powierzchnię. Mógł chodzić prawie bez bólu, ale ciągle jeszcze całkowite wyprostowanie ciała znajdowało się poza jego możliwościami. Westchnął i drżącym nieco palcem wystukał kod. Drzwi nawet nie drgnęły. Nawet go to specjalnie nie zdziwiło. Popatrzył na zegarek. Zostało mu powietrza na szesnaście godzin. Przeszedł do komputera.

WŁĄCZ PROCEDURĘ AWARYJNEGO URUCHAMIANIA WŁAZU — wystukał.

BRAK TAKIEJ MOŻLIWOŚCI ZA PŁYTĄ BOCZNĄ RĘCZNA DŹWIGNIA

— Dziękuję — mruknął sam do siebie.

Rzeczona płyta przykręcona była kilkudziesięcioma drobnymi śrubkami. Odkręcał je nożem. Słowo «odkręcał» było nieco nie na miejscu. Wbijał w śrubkę w czubek ostrza i ścierał jej główkę na rdzawy proszek jednym ruchem. Wreszcie płyta dała się usunąć. Za drzwiami znajdowało się pokrętło zaopatrzone w rączki. Wyglądało jak hamulec w pociągu. Ujął za rączkę i pociągnął z całej siły.

— Wszystkie śruby świata odkręcają się w lewą stronę — wymruczał.

Pokrętło nawet nie drgnęło.

— Za wyjątkiem śrub angielskich i z innym gwintem — uzupełnił ciągnąc dla odmiany w drugą stronę.

Rączka urwała się. Popatrzył na przełom. Korozja przeżarła ją cieniutkimi nitkami wzdłuż porów metalu. W całej objętości.

— Cholera — powiedział po polsku.

Rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegoś czym mógłby ją zastąpić ale nic takiego nie weszło mu w oczy. Capnął za pokrętło dźwigni. Było nieruchome.

— Mogli chociaż nasmarować — powiedział sam do siebie. — Zresztą może było nasmarowane.

Po dalszych dwudziestu minutach szarpaniny nadwrężył sobie nadgarstek, spocił się jak mysz i urwał pokrętło. Nie poddawał się jednak. Wyszukał kawałek żelaznego drąga i dla odmiany usiłował podważyć plastykowe drzwi włazu. Niestety ani drgnęły. Próbował walić drągiem, ale to nic nie dawało. Zupełnie jakby walił w ścianę. Podszedł o komputera.

PODAJ SKŁAD CHEMICZNY DRZWI — wystukał.

Odpowiedź była jak zawsze rzeczowa.

WSZYSTKIE WŁAZY WYKONANO Z CARBONTRIUM

Zamyślił się. Ta nazwa nic mu nie mówiła, ale ostatecznie był zootechnikiem, a nie uczonym.

PODAJ METODY ZNISZCZENIA CARBONTRIUM — wystukał.

NIE ISTNIEJĄ ŻADNE BIOLOGICZNE ANI SYNTETYCZNE ROZPUSZCZALNIKI CARBONTRIUM ODPORNOŚĆ NA URAZY MECHANICZNE DO JEDNEJ KILOTONY NA METR KWADRATOWY PRZY GRUBOŚCI PIĘĆ CENTYMETRÓW STOPIEŃ TWARDOŚCI 9 W SKALI DZIESIĘCIOSTOPNIOWEJ W TEMPERATURZE POWYŻEJ TRZECH TYSIĘCY STOPNI CELSJUSZA NASTĘPUJE SKOKOWY ROZKŁAD NA TLENEK WĘGLA I INNE ZWIĄZKI CHEMICZNE NIE TWORZĄCE ZWARTEJ STRUKTURY.

Wpatrywał się osłupiały w wiszące na ekranie słowa.

— Skąd ja mu wezmę tysiące stopni Celsjusza — wściekał się. — PODAJ INNE MOŻLIWOŚCI OPUSZCZENIA SCHRONU

Komputer przez chwilę nie reagował. Wreszcie wypluł z siebie informację.

SCHRON MOŻNA OPUŚCIĆ PRZEZ SZYB WENTYLACYJNY LUB SZYB PROWADZĄCY DO SIŁOWNI GEOTERMALNEJ

Wyłączył urządzenie, żeby nie marnować energii i dopiero wówczas bluznął stekiem polskich, rosyjskich, ormiańskich, czeczeńskich i gruzińskich wyzwisk.

— Szyb do wymiennika ciepła — stek przekleństw — Chyba żebym się usmażył. — stek przekleństw. — Albo wentylacyjny trzydzieści metrów do góry pionową gładką rurą wyłożoną stalową blachą.

Nagle zamilkł na chwilę i popatrzył na przekorodowane płyty, którymi wyłożone były ściany.

— Stalową blachą — powtórzył w zadumie. — Może to i nie taki głupi pomysł.

Wstał, ujął w dłoń metalowy pręt i zaatakował nim metalowe drzwi w drugim końcu pomieszczenia. Po chwili odsłonił ich zawiasy i wyrwał je ze ściany. Ruszył śmiało przed siebie po drodze pstrykając od niechcenia włącznikiem oświetlenia. Zapaliła się tylko jedna żarówka, a i ona nie dawała zbyt dużo światła. Stanął przed metalowymi pokrytymi liszajami drzwiami windy. Nacinał guzik wezwania. Palec wraz z guzikiem łagodnie osunął się do środka. Powinien go kopnąć prąd ale w kablach wewnątrz płytki od dawna go już nie było. Kopnął w drzwi. Palec u nogi pękł mu i pociekło trochę krwi. Drzwi zadrżały po czym razem z futryną runęły do szybu. Patrzył jak ich kontury roztapiają się w półmroku, aż obiegł o głuchy łoskot. Roztrzaskały się tam na dole osiemset metrów niżej na poziomie siłowni.

— Wentylacja — powiedział w zadumie. — Trzydzieści metrów wspinaczki.

Wrócił do komory z sarkofagiem i ponownie uruchomił komputer.

PODAJ JAKIE WARUNKI PANUJĄ W PRZEDSIONKU NA POZIOMIE MINUS DZIESIĘĆ — wystukał.

BRAK DANYCH W PRZEDSIONKU PRACUJE TERMINAL PODŁĄCZONY DO SIECI. URZĄDZENIE JEST SPRAWNE SYSTEMY KONTROLNE ZNISZCZONE.

— Nu ładno — powiedział.

Popatrzył na zegarek. Tlenu na trzynaście godzin. Albo i lepiej, bo nie policzył kubatury przedsionka i szybu. Wyłamanie kratki od ciągu wentylacyjnego było dziełem chwili. Prętem wysadził z gniazda unieruchomiony przez rdzę wentylator. Szyb był odrobinę zbyt szeroki aby można się było nim wspinać zapierając rękami i nogami ale za pomocą pręta z łatwością mógł wybić w pokrytych stalową blachą ścianach wygodne uchwyty dla rąk i nóg. Nie było tu oświetlenia, ale nie przejmował się tym. Zaczął kuć. I nawet nieźle mu to szło. Blacha podawała się jak gruba tektura. I wchodził coraz wyżej i wyżej.

Część 2

I

Warszawa PNTK 8 czerwca 2486

Ranek na wykopie był chłodny i leciutko mglisty. Dno było jednak suche jak pieprz. Studenci z trudem powstrzymując ziewanie złazili po drabinkach do swoich dziur w ziemi. Tomasz Miszczuk zszedł tak jak zwykle na dno wykopu. Powiał wiatr i delikatny betonowy pył osiadł na nim. Otrząsnął się z obrzydzeniem. Pył przypominał mu popiół. Z przerzuconej przez ramię torby wyjął szpachelkę i klęknął koło profilu. Profil był właściwie jednolity. Cztery metry oślepiająco białego betonu. Dopiero u samego dołu pojawiła się warstwa czerwona przechodząca niebawem w dobrze zachowane cegły. Delikatnymi ruchami doczyścił ten odcinek i przedłużył gwoździem rozmieszczone co metr pionowe linie stanowiące pomoc przy rysowaniu. Cofnął się i wyjął z torby cyfrowy aparat fotograficzny. Wykonał siedem fotografii profilu a potem popatrzył na zegarek. Dwie godziny. Westchnął. Ujął w dłoń gracę i pociągnął na próbę warstwę niemal całkowicie przemielonych cegieł na dnie. Spod białego całunu pyłu, który osypał się tu przez noc błysnął krwistoczerwony gruz. Uśmiechnął się lekko kącikami ust. Skrobnął nieco mocniej. Warstwa gruzu miała nie więcej niż dwa centymetry grubości. Pod nią leżały płyty chodnikowe wykonane z ordynarnego betonu z dużą domieszką kruszywa. Rozstawił niwelator laserowy i wcisnął guzik.

Promień rozbłysł zatrzymując się na ułamki sekund na dnie wykopu po czym rozpoczął swoją wędrówkę. Przeskakiwał z miejsca na miejsce wzdłuż ściany a potem jeszcze raz w nieco większej odległości. I jeszcze raz i jeszcze aż całe dno wykopu pokryła siatka pomiarów równo co centymetr. Zadowolony poczekał aż maszyna wyda cichy dźwięk i wyłączył ją. Z torby wyjął laptopa i połączył kablem z odpowiednim gniazdkiem. Wywołał na monitorze plan wykopu. Z satysfakcją obserwował jak na siatkę współrzędnych błyskawicznie naniesione zostają cyfry oznaczające wysokość nad poziomem morza z dokładnością do dziesiątej części milimetra.

Praca jego pozbawiona była sensu w sposób cudownie doskonały. Warstewka gruzu była warstwą niwelacyjną i jedynie przypadek decydował czy jej grubość wyniesie w danym miejscu o milimetr więcej czy mniej. Zabrał się za odsłanianie leżącej niżej warstwy płyt chodnikowych. Ponownie ujął w dłoń grackę i pracował szybkimi ruchami. Przymknął na moment oczy. Zajęcie to wybrał sobie jako terapię. Był już kiedyś archeologiem, i choć wówczas badano zupełnie co innego zapamiętał, że było mu z tym dobrze. Czuć w dłoni ciężar gracki, ostrzyć szpachelkę ułamanym pilnikiem. Ale teraz było inaczej. Nie wiedział dlaczego ale praca nie dawała mu tyle radości. Czuł niemal fizycznie jak każda minuta spędzona w wykopie obdziera go z życia. Czuł jak czas wycieka mu między palcami. Były lodówki. Lodówka oznaczała wieczność, wieczne trwanie ale nie wieczne życie. Teoretycznie mógł zamknąć się w środku i poczekać na czasy gdy słońce przejdzie ze spalania wodoru na hel, napuchnie i zrobi się czerwone. Mógł doczekać chwili gdy słońce zgaśnie. Zamieni się w białego karła a potem w niedużą kulę superciężkich pierwiastków, małą grawitacyjną pułapkę na zabłąkane meteory. Ale cały czas spędzony w lodówce nie wydłużyłby jego życia nawet o sekundę. Mógł je przerwać. Mógł zacząć na nowo jeśli zainstalowałby automat w odpowiedniej chwili wyłączający prąd. Uniósł dłoń do czoła i chroniąc wzrok przed ostrymi promieniami słońca popatrzył w niebo. Mały punkt świecący odbitym od jego powierzchni światłem słonecznym był jak nieduża gwiazdka wisząca nad południowym horyzontem. Stacja Orbitalna. Wykrzywił wargi w szyderczym uśmiechu. Ktoś zasłonił sobą światło. Damao. Stała na krawędzi wykopu, ale w bezpiecznej odległości.

— Mogę cię na chwilę prosić? — zagadnęła. — mam w swoim wykopie coś dziwnego.

— Ależ oczywiście — uśmiechnął się lekko i wstał z krzesełka na którym siedział. Wspiął się z małpią zręcznością po drabinie.

— Cóż takiego ciekawego pojawiło się u ciebie — zagadnął przyjaźnie.

— Choć to zobaczysz.

Ruszyła naprzód dość szybkim krokiem. Po chwili zeszli na dno wykopu którym zajmowały się ona i Sumiko. Sumiko pstrykała właśnie aparatem zdjęcia czegoś dziwnego. Jeden rzut oka przekonał go, ze dziewczęta są na tym samym poziomie co on. Tyle tylko, że na dnie ich wykopu odsłonił się kawałek dwudziestowiecznej arterii komunikacyjnej z wyraźnymi jeszcze śladami mocno skorodowanych torów tramwajowych. Wbita w starą nawierzchnię ulicy tkwiła maszyna. Ciemnoczarna obudowa połyskiwała lekko mimo, że minęło trzysta lat. Na boku wiły się wężyki nieziemskiego alfabetu. Skupił na nich wzrok i natychmiast z głębin mózgu wyskoczył mu pokład fonetyczny:

Ziaballasku arrafołot Uhetnemedustarkaw.

— U cholera — powiedział jakby z żalem.

Damao stała bliżej i teraz ku swojemu przerażeniu zobaczyła jak w jego oczach odbija się straszliwa zimna determinacja i zdecydowanie.

On faktycznie jest agentem — pomyślała. — Znalazłyśmy coś zakazanego a teraz nas zabije.

Rysy twarzy lekko mu zmiękły.

— Bardzo niedobrze się stało że to znalazłyście — powiedział.

Jego głos był spokojny i rzeczowy.

— Bardzo niedobrze — powtórzył z naciskiem.

Teraz także Sumiko zrozumiała.

— Nic nie powiemy — powiedziała

Uśmiechnął się tym razem prawie szczerze.

— A czego to nie powiecie?

— To coś nie pochodzi z ziemi. To obce...

— Aha — jego uśmiech stał się nieco ironiczny. — To faktycznie nie pochodzi z ziemi.

— A ty jesteś agentem Starego Prezydenta.

Popatrzył jej w oczy.

— Można to tak określić.

— My to znalazłyśmy a teraz nas zabijesz żeby się nie wydało.

— Dlaczego miałbym to zrobić?

Damao już od dłuższej chwili coś knuła za jego plecami. Widział dość niewyraźnie jej cień. Ujęła w dłoń grackę i uderzyła go z całej siły w głowę. Wczepy biocybernetyczne złagodziły wstrząs a wpleciona pod skórę siatka pozbawiła ostrze momentu pędu. Na twarzy nie drgnął mu żaden mięsień. Trzonek pękł z suchym trzaskiem. Odwrócił się i uśmiechnął.

— No i po co?

Wyjął jej delikatnie z rąk resztkę kija.

— Są prostsze metody — powiedział. — Przecież gdyby dwie studentki zniknęły bez śladu to od razu było by podejrzane.

— To co mamy poprzysiądz na Biblię że nic nie powiemy? — zdziwiła się Sumiko.

Wyjął z torby swój laptop. Wsadził końcówkę w złącze na skroni. Patrzyły na niego zdumione. Po chwili zmaterializowało się w powietrzu nieduże pudełko. Pudełko wykonane było z ordynarnej tektury i trochę zakurzone. Wisiało nad dnem wykopu najwyraźniej niczym nie podtrzymywane. Wyjął kabel ze złącza i otworzył je, Wydobył ze środka dwie metalowe obręcze.

— Panie pozwolą — podał im.

— Co? — zaczęła Damao.

— Proszę abyście założyły je na głowy.

— To takie przenośne krzesło elektryczne? — z zaczepką w głosie zapytała Sumiko.

Uśmiechnął się.

— Ależ co za podejrzenie. To po prostu urządzenie do zacierania pamięci. Wytnę wam ostatnie dwadzieścia minut i możemy uznać że nic się nie stało. Spostrzegł nagły błysk w oku Sumiko i zapamiętał to sobie.

— A jeśli tego nie włożymy? — zapytała Damao.

— Wolałbym uniknąć przemocy, — powiedział, — ale oczywiście jeśli będę zmuszony...

Z ociąganiem włożyły. Uśmiechnął się do nich uspokajająco i wcisnął kilka guzików na swoim laptopie. Myśli zgasły im nagle. Podtrzymał najpierw jedną a potem drugą i położył ostrożnie na dnie wykopu. Teraz musiał się spieszyć. Podszedł do tajemniczego obiektu. Wystukał polecenie i na monitorze pojawiła się lista: Katalog sprzętu zagubionego podczas niszczenia artefaktów cywilizacji na planecie ziemia. Naniósł dane walca. Komputer błyskawicznie wyświetlił odpowiednią informację.

Generator strumienia podfazowego cząstek ultratachionowych. Zagubiony na teranie Europy Środkowej. Uszkodzony, aktywny.

— Aha — powiedział sam do siebie.

Leżącego przed nim urządzenia nie dało by się rozpuścić destrutoxem. Technologia ludu Vixcx była odporna na ten związek. Z kolei próba usunięcia tego za pomocą teleportacji spowodowała by rozpad sieci krystalicznej i punkt docelowy przestałby istnieć spłaszczony natychmiast do dwu wymiarów. Kiedyś wiele set lat wcześniej istnieli na ziemi specjalni ludzie — saperzy. Zajmowali się właśnie z grubsza tym czym on miał się zająć. Rozbrajali niebezpieczne pozostałości lokalnych konfliktów. A teraz przyszła kolej na niego. W całym układzie słonecznym nie było ani jednego sapera. Okopał pospiesznie obiekt gracką aż dotarł do niedużej klapy. Wyjął z kieszeni na piersi kartę kodową, połączywszy ją kablem z laptopem wystukał na nim polecenie i wsadził w szczelinę percepcyjną. Mechanizm zaszumiał delikatnie. Komputer rozpoczął procedurę łamania kodów. Po dwu minutach klapa odskoczyła. Tomasz włączył generator pola siłowego. Nie chciał aby leżące na dnie wykopu dziewczyny zginęły jeśli jemu się nie powiedzie. Z kieszeni wydobył wskaźnik i wsunął go w złącze informatyczne. Przebicie było tak silne za aż mu w oczach łzy stanęły.

— Aha — powiedział sam do siebie.

Wiedział już co się stało. Pokręcił przy generatorze pola siłowego. Jego otoczenie stawało się coraz ciemniejsze w miarę jak pole odcinało dopływ światła. Gdy wokoło było tak ciemno jak w nocy, zapalił latarkę. Sam wybuch nie zrobiłby nikomu krzywdy, pole wytrzymało by, ale rozbłysk takiej ilości fotonów zabiłby każdą żywą istotę w promieniu trzydziestu kilometrów. Ci którzy konstruowali układ wewnątrz maszyny mieli sześć macek. Jemu musiało wystarczyć dziesięć palców u dwu rąk. Przez chwilę wahał się czy nie wyklonować sobie jeszcze jednej pary, ale doszedł do wniosku, że podporządkowanie ich ruchów sygnałom z mózgu trwało by co najmniej dwadzieścia minut i dlatego zrezygnował. Ostrożnie podważył ostrzem noża wewnętrzną powłokę.

— Zastanówmy się — powiedział sam do siebie. — Strumień ultratachionów pojawia się w module beta i wytrąca prędkość. Z chwilą uzyskania prędkości podświetlnej ultratachiony zamieniają się w hadony pi, te z kolei wędrują przez dziurę elektronową do modułu thetha, czyli tu. Tu padając na płytkę z radioizotopu Uniphelium rozpadają się na syfioliony alfa i zwykłe qazony. Qazony zostają zebrane przez płytę, to chyba ta, i zamieniają się w jądra helu. Z kolei Syfiliony trafiają do tego generatora w którym następuje ich przebiegunowanie. Tu wystąpiło uszkodzenie. Muszę wymontować tą część bez wzbudzenia jej zawartości bo jeśli wydostaną się na zewnątrz trafią na ten obwód, a może i do synchrofazatora i do części roboczej a to oznaczało będzie wybuch o mocy tysiąca ośmiuset megaton.

Zadowolony z siebie wydłubał układ. Włożył go do pudełka po butach, które usłużnie wisiało nadal w powietrzu obok niego i nastawił na teleportację w płaszcz słońca. Wyłączył na chwilę pole i uruchomił miernik. Słońce rozbłysło lekko. Urządzenie zarejestrowało zwiększenie jasności gwiazdy. Ilość fotonów uderzających w ziemię wzrosła o trzy promile i niemal natychmiast wróciła do normy. Uspokojony włączył pole i wyekspediował pudełko wcześniej ustalonym kursem. Zniknęło, a on zabrał się pospiesznie za dalsze bebeszenie maszyny.

— Generator nieciągłości wizyjnej, imputator, zakrzywiarka przestrzeni, drenator struktur krystalicznych — mruczał do siebie na widok znajomych urządzeń. Wyłączał po kolei wszystko co się dało. Wreszcie uspokojony wysłał maszynę śladem poprzedniej przesyłki w atomowy ogień gwiazdy. Wyłączył pole. Teraz nic nie groziło okolicy. Odetchnął głęboko i popatrzył na zegarek. Dwanaście minut. Lada chwila ktoś mógł zajrzeć do wykopu. Pochylił się nad leżącymi dziewczętami. Przy obręczach były niewielkie zegarki z pokrętłami. Przesunął je aż do punktu oznaczającego trzydzieści minut. Urządzenie zasyczało cicho. Posadził Damao na krzesełku i dał jej w rękę grackę. Gdy się ocknie będzie się jej wydawało ze zdrzemnęła się przy robocie. Ale to jeszcze nie było wszystko. Ściągnął teleportacją małą maszynkę. W dnie wykopu wyraźnie odcinał się ślad jaki zostawiła po sobie maszyna. Powbijał w ziemię wokoło niego modulatory po czym włączył na chwilę pole fazujące. Nieco atomów ubyło z okolicznych hałd, a dziurę w ziemi wypełniła materia nie do odróżnienia od sąsiedniej. Poskrobał ją delikatnie gracką. Nie widział żadnej różnicy. Zdjął dziewczynom obręcze i po drabinie wydostał się z dołu. Wszystko poszło niemal idealnie, przeoczył tylko jeden drobiazg.

— Coś mnie głowa boli — powiedziała Damao przeciągając się.

Sumiko leżała na dnie wykopu na kawałku maty. Leżała na wznak, ręce podłożyła sobie pod głowę.

— Mi też nie chce się pracować — stwierdziła. — Która godzina?

— Dziesiąta prawie.

— Już dziesiąta? Przecież przed chwilą była ósma.

— Wstawaj, nie wypada tak się wylegiwać.

Sumiko wstała i popatrzyła zdziwiona. Dookoła.

— Chyba musiałam się zdrzemnąć.

— Jak się czyta przez całą noc to nie dziwne.

Potrząsała głową i ból powoli ustąpił.

II

Wyłamawszy w sparciałej blasze solidne uchwyty dla rąk i nóg Nodar Tuszuraszwili opadł kawałek do tyłu i oparł się plecami o ścianę szybu. Jego ciało wygniotło w blasze zagłębienie. Oddychał ciężko. Popatrzył w górę i w dół. Tam na dole było ciemno, w górze też było ciemno. Dla lepszego zobrazowania sytuacji nadmienię, że wokoło niego też było ciemno. Latarka którą znalazł w pudle w sali hibernatorium oczywiście nie działała.

— Ale kicha — powiedział sam do siebie a potem splunął pomiędzy nogami. Jego plwocina poleciała w dół. Nasłuchiwał przez chwilę, ale nic nie usłyszał. Wydarł ze ściany kawałek blachy i spuścił go w ciemność. Tym razem obserwował zapięty na przegubie zegarek. Kawałek blachy uderzył w dno szybu po upływie piętnastu sekund.

— No cóż — głos Nodara był zachrypnięty, ale dobrze, że wogóle był. — Policzmy. Gdyby ten kawałek blachy poruszał się z szybkością dźwięku to dno było by, piętnaście razy trzysta trzydzieści metrów... No liczmy cztery i pół kilometra niżej.

Roześmiał się.

— Oczywiście ta blacha spadając w dół nie rozwinęła szybkości dźwięku, była dość duża i musiała stawiać spory opór. Jeśli spadała z szybkością dziesięciu metrów na sekundę to mam pod sobą dziurę o głębokości stu pięćdziesięciu metrów... Biorąc pod uwagę że szyb miał mieć trzydzieści metrów wysokości to trochę dziwne... Wspinam się raptem dwanaście godzin, Jeśli odliczy się czas zmarnowany na cztery odpoczynki. Dwanaście razy sześćdziesiąt sekund to będzie siedem tysięcy dwieście? A może siedemset dwadzieścia? Zaraz, gdzieś mi się zgubiły minuty. Siedemset dwadzieścia minut razy sześćdziesiąt sekund... Cholera mogli by wbudowywać w te zegarki kalkulatory. No nie. W pamięci nie policzę, ale dużo. Metr na minutę..? Cholera. To wlazłbym prawie kilometr. Po schodach nie problem, ale po tej blaszanej drabinie...

Ręce miał lepkie od krwi.

— Co gorsza jak już tam wlezę to nigdzie nie jest powiedziane, czy ten sukinsyn już wrócił, czy jeszcze żyje, a jeśli nie żyje to ile lat minęło i czy znajdę jego grób, żeby na niego naszczać. Choć z tego co go znam to pewnie zbudował sobie piramidę lepszą niż Chufu Souphis Cheops.

Westchnął ciężko i wybił się do góry. Jego dłoń trafiła na krawędź otworu. Podciągnął się machając energicznie nogami. Wentylator unieruchomiony przez korozję wydarty brutalnym szarpnięciem poleciał w dół. Po dwudziestu jeden sekundach roztrzaskał, się na dnie.

— Wychodzi na to, — powiedział Nodar wygodnie usadowiwszy się w oknie wywietrznika, —że ostatnie pół godziny wisiałem dwadzieścia centymetrów poniżej wyciągu na poziomie minus dziesięć.

III

Siedli przy stole w sali sądu w Cytadeli Warszawskiej. Car Aleksander Trzeci patrzył surowo z portretu. Dwugłowy rosyjski orzeł zezował z drugiej ściany. Prezydent Paweł Koćko siedział na krześle przeznaczonym niegdyś dla oskarżonych. Dawno dawno temu gdy zbierały się tu trybunały i zapadały wyroki śmierci. Nie lubił tego miejsca ale uznał je za godne zachowania. Za stołem sędziów siedzieli oni. Koćko miał na sobie polski mundur kawaleryjski z czasów wojny 1920-go roku. Z boku przypasał oficerską szablę paradną, która nieskończenie wiele lat wcześniej służyła Mikołajowi Drugiemu. Nogi założył jedna na drugą. Srebrne ostrogi połyskiwały rzucając refleksy na wypolerowane jak lustro cholewki butów. Na głowie miał czapkę maciejówkę która stanowiła niegdyś główny eksponat Muzeum Lenina w Poroninie. Na piersi wisiał mu dyskretnie ukryty w załamaniach materiału order Virtuti Militari.

Obok niego siedziała księżniczka. Klaczkę zostawili za oknem na kawałku trawnika. W cytadeli panowało lato. Wiewiórki biegały po dachu i zaglądały przez okna. W tym segmencie było ich zatrzęsienie. Goście siedzieli za stołem. Pierwszy z nich pochodził z jakiejś pasterskiej planety krążącej wokół którejś z mocnych gwiazd. Gość był nieduży, ciemny, miał cztery macki u dołu i wieloprzegubowe łapki w górze. Drugi był edonita z Proksimy. Wyglądał jak bezkształtna kupa mięsa. Teraz na potrzeby narady wysunął z wnętrza macki zakończone oczami oraz trąbkę do wydawania dźwięków. Trzeci porośnięty czterowymiarowym fraktalem nie miał jednolitego kształtu. Różne jego części wisiały wokoło, co jakiś czas zapadając się w sobie. Najkoszmarniejszy jednak był piąty. Należał do rasy X'htla, posiadającej dość odstręczający wygląd naturalny w związku z czym przybrał na czas narady wygląd idealnie pasujący do wiszącego na ścianie portretu. Tylko on mówił. Chyba jako jedyny na tyle dobrze wydawał dźwięki aby móc prowadzić swobodną konwersację w języku esperanto. Z całą pewnością edonita także miał takie możliwości, ale edonici w ogóle rzadko się odzywali. Car powstał z miejsca dla okazania szacunku.

— Zaczynamy naradę — powiedział. — Naczelna rada kosmosu delegowała nas celem przeprowadzenia zasadniczych rozmów.

— A o co chodzi? — zagadnął Koćko.

— Zgodnie z Układem Poszanowania Odrębności i Układu Pokojowego pomiędzy radą a prezydentem planety ziemia Pawłem Koćko pragniemy zwrócić uwagę na kilka niepokojących faktów.

Koćko poczuł dziwną obawę patrząc w nieruchomą jak maska twarz cara. Pomyślał że chyba nieprzypadkowo wybrali sobie to miejsce. Znali przecież historię jego planety, a przynajmniej to co im przedstawił.

— Słucham — powiedział.

Wyciągnął z kieszeni wymięty kawałek papieru i długopis by notować.

— Po pierwsze układ zakładał że na plancie powstaną nasze placówki dyplomatyczne.

— To nie jest potrzebne. Reprezentuję moją planetę jeśli sobie życzycie to możecie otworzyć konsulaty tutaj.

— Nasze prawa zakładają że do konsulatu może wejść każdy mieszkaniec planety i poprosić o azyl na planecie do której należy konsulat.

— To zbyteczne. Mieszkańcy ziemi nie mają najmniejszej ochoty nigdzie się przenosić.

— Po drugie układ oddawał nam pod kolonizację trzydzieści procent powierzchni planety.

— Obawiam się ze podpisując ten układ nie wiedziałem o uchwalonej przez hitlerszczaków konstytucji planety zakładającej niepodzielność terytorialną Ziemi i surowy zakaz przekazywania obcym rasom choćby jednego ziarenka piasku...

— Ta konstytucja jeszcze obowiązuje? — zapytał edonita.

Użył telepatii i to tak silnej że Pawłowi aż świeczki stanęły w oczach.

— Dopóki nie została odwołana to obowiązuje. Tak stanowią nasze prawa.

— Pomysł oddania wam trzydziestu procent planety jest sprzeczny z Układem Poszanowania Odrębności. Proszę zwrócić uwagę na punkt cztery tysiące sto dwudziesty siódmy: Planeta jest własnością zamieszkującej ją rasy. Wszelkie granice pomiędzy stanami posiadania poszczególnych ras kosmicznych nie mogą przebiegać po lądzie w wodzie lub w atmosferze żadnego rodzaju ciał kosmicznych — włączyła się Hela.

— Przepraszam najmocniej. Układ pokojowy z planetą Ziemia artykuł sto trzydziesty czwarty zakłada co następuje:

Planeta ziemia wyłączona jest z normalnej procedury osiedleńczej. Każda rasa przyczyniająca się do oczyszczenia atmosfery Ziemi z lotnych pozostałości rozbuchanej industrializacji posiada prawo do wynagrodzenia w postaci udziału w jej powierzchni przy czym udziały te nie mogą przekroczyć łącznej sumy dwudziestu procent powierzchni planety. Dalsze dziesięć procent może być zajęte pod bazy wojskowe o ile jest to uzasadnione sytuacją militarną.

— Z tego co mi wiadomo misja ekologiczna ras Tarani, X'htla, Avvox, S'khyt i Grrov usuwa pozostałości globalnego konfliktu i walki o planetę a nie rozbuchanej industrializacji. Ten układ pokojowy miał cechy dokumentu wstępnego i powinien być renegocjonowany po zakończeniu działań wojennych. W każdym razie pozbawiony jest podstaw prawnych gdyż w chwili jego zawierania prezydent reprezentował wyłącznie siebie. Nie miał żadnego wpływu na sytuację panującą na planecie. Wobec powyższego jego zawarcie należy uznać za nieważne z prawnego punktu widzenia i jako dokument wiążący uznać Układ o Poszanowaniu Odrębności. Na przykład punkt osiemset dziewięćdziesiąty drugi mówi co następuje: Rasa znajdująca się w sytuacji bezwzględnego przymusu może w porozumieniu z radą wydzierżawić od dowolnej rasy rozumnej terytorium pod czasowe osadnictwo. Kolonia taka może zająć do pięciu procent powierzchni planety macierzystej rasy lub dwudziestu procent innych planet układu jak także ich księżyców.

— Proszę nie zapominać o piątej poprawce: Punkty dotyczące kolonizacji nie odnoszą się do planety Ziemia w układzie Sol.

— To stawia nas na pozycji planety i rasy drugiej kategorii. Częściowe ubezwłasnowolnienie...

— Można to tak określić.

— Cieszę się że pan to powiedział. —(w rzeczywistości nie miała pojęcia czy przemawiający do niej osobnik jest samcem, samicą obojnakiem lub osobnikiem w ogóle bezpłciowym). — Punkt osiemnasty stanowi wyraźnie: wszystkie rasy rozumne niezależnie od tego jakie procesy przedłużają istnienie ich organizmów są sobie równe w prawach i obowiązkach.

Car uśmiechnął się lekko kącikami wag. Uśmiechnęły się tylko wargi. Reszta maski pozostała jak wykuta z kamienia. Koćko poczuł jak żołądek podskakuje mu z góry na dół.

— Zapomina pani księżniczko o definicji znajdującej się w punkcie cztery tysiące sto drugim: Za rasę rozumną należy uznać grupę istot dla których średnia inteligencji wynosi czterysta sześćdziesiąt grakh, czyli wedle waszych jednostek sto osiemdziesiąt IQ. Rasy nie spełniające tego wymagania mogą zostać ubezwłasnowolnione jeśli wymaga tego dobro ogółu istot zamieszkujących zbadaną przestrzeń kosmiczną. Tak jak wy nie wpuszczacie koni do ogródków warzywnych. Zostawmy to na razie. Po trzecie wyznaczyliśmy limit ludności Ziemi na dwadzieścia milionów osobników. W tej chwili wedle naszych analiz Ziemię zamieszkuje ponad sześćdziesiąt milionów. Biorąc pod uwagę liczby wyjściowe twierdzę, że przyrost naturalny jest uzupełniany na drodze klonowania.

Koćko zamachał rękami.

— Przeprowadzanie jakichkolwiek kontroli na ziemi bez wiedzy aktualnego namiestnika jest zakazane naszymi traktatami.

— Tak, ale w przypadku jeśli zachodzi uzasadnione podejrzenie, że dzieje się coś niedobrego rada kosmosu może wyznaczyć tajnych obserwatorów.

— Co? Protestuję.

— Słusznie — poparła go Helena. — Układ precyzuje to w punkcie pięć tysięcy dwunastym: Rada w uzasadnionych przypadkach może oddelegować na powierzchnię planety zamieszkałej przez daną rasę tajnych obserwatorów jednak o fakcie tym musi poinformować aktualnych władców planety lub przedstawicieli jej ludności.

«Car» zamyślił się na chwilę. Koćko i jego córka poczuli szum w uszach. Odbywała się też dyskusja pomiędzy siedzącymi. Wreszcie przemówił.

— Rzeczywiście zaszło tu naruszenie przepisów. Rada wyznaczy odszkodowanie w postaci pewnej liczby jednostek akceptowalnej waluty, jednak wyniki kontroli nie tracą przez to ważności.

— On planuje hodowlę nadludzi — powiedział edonita. — Czytam to z mapy jego prądów mózgowych.

«Car» popatrzył na prezydenta błękitnymi oczyma. Oczy płynnie zmieniły kolor i stały się brązowe.

— Czy to prawda?

— Założyłem taką możliwość w razie gdyby suwerenność planety została zagrożona.

— Kłamie — spokojnie powiedział edonita. — Chce się nas pozbyć. Chce sprawić żeby jego planeta odzyskała pozycję dominującą.

— Czego żądacie? — zagadnął Koćko.

— Podpisania tego dokumentu — car podał mu papier.

Deklaracja Wzajemnej Lojalności.

My przedstawiciele Rady Rozumnych Ras Kosmosu po przeprowadzeniu dokładnej analizy stosunków panujących na planecie Ziemia stanowimy co następuje:

1) Strefy lądu znane ziemianom jako Ameryka zostaną przekazane pod kolonizację mieszkańcom planet posiadających najwyższe ciśnienie demograficzne.

2) Limit ludności ziemi utrzymany zostanie na tymczasowym poziomie sześćdziesięciu milionów osobników.

3) Rozmnażanie przez klonowanie zarówno gatunku dominującego Homo Sapiens Sapiens, jak też wymarłego Homo Sapiens Hitlerikus zostaje zakazane.

4) Mieszkańcy Ziemi mają prawo poznać prawdę o swojej historii w całym możliwym jej spektrum.

5) Mieszkańcy Ziemi mają pełne prawo do użytkowania wszystkich zakazanych obecnie technik i technologii.

6) Na powierzchni Ziemi otworzone zostaną konsulaty wszystkich ras rozumnych. Każdy mieszkaniec Ziemi może w dowolnej chwili opuścić planetę.

7) W ciągu pięciu lat od wprowadzenia proponowanych zmian odbędą się wybory w których zostanie wyłoniony nowy Namiestnik Planety.

Dokument powyższy podany zostanie do publicznej wiadomości natychmiast po jego podpisaniu.

Koćko zaczął się śmiać. Śmiał się tak, że omal się nie posikał.

— Odmawiam podpisania — powiedział gdy trochę się uspokoił.

— A to dlaczego? — zdziwił się car.

— Punkt pierwszy układu sprzed siedmiuset elati...

— Tysiąca dwustu garrkh — upomniał go edonita — To my używamy elati.

— Tysiąca dwustu garrkh, zakłada że każda ustawa wydana przez radę musi być w pełni zgodna z naszymi przepisami na prawach wzajemności.

— Regulamin Pobytu Na Planecie Ziemia wydany został już po podpisaniu tego dokumentu. Wystąpiła zamierzona niezgodność.

— Od początku wiedział, że będzie właścicielem planety. — odezwał się Edonita. — Zawierając kontrakt zdawał sobie sprawę, że zawiera go z zamiarem późniejszego złamania. Po co w ogóle rozmawiamy z tym palantem? — słowo «palantem» zasygnalizował po polsku, dla lepszego zrozumienia.

Car uciszył go gestem ręki. Gest był bardzo ludzki i nieludzki zarazem, bowiem ręka zgięła się w niewłaściwych miejscach..

— Było nie było rada mianowała go tu namiestnikiem.

— Dożywotnio. Skąd mogliśmy wiedzieć że pożyje trzy razy dłużej niż inni jego gatunku? Ale jest na to sposób. Wystarczy wsadzić go w pole siłowe i przyspieszyć przepływ entropii. Umrze sobie ze starości zanim się obejrzy.

— Mogliśmy to przewidzieć. Nie wpadliśmy na pomysł zastosowania pola czasu stojącego tak jak on. Przy całym niskim poziomie inteligencji posiada czasem przebłyski niepokojącej intuicji.

Mały czarny kosmita podniósł dwie macki. Koćko poczuł szum w uszach. Coś sygnalizował za pomocą telepatii ale jego umysł pracował na znacznie szybszej fali.

— Czy decyzja odmowy podpisania tego dokumentu jest ostateczna? — zapytał «car».

— Tak.

— Wobec tego proszę uznać wszystkie nasze układy za zerwane a wszystkie traktaty o przyjaźni i wymianie technologicznej za złamane. Ponadto prosimy o zwrot kosztów poniesionych podczas likwidowania skutków dewastacji planety.

Koćko wykrzywił wargi w parodii uśmiechu.

— Z tego na ile znam kodeks dyplomatyczny rasy X'htla zerwanie wszystkich traktatów oznaczało będzie wypowiedzenie totalnej wojny przy użyciu całego arsenału...

— Niezupełnie — twarz cara rozmywała się brzegami i wystąpiła na niej delikatna łuska. — Biorąc pod uwagę że znajdujemy się na orbicie Ziemi powyższe poddamy ograniczeniom. Po pierwsze zastosujemy zasadę kodeksu Bushido stanowiącą że obie strony mają być tak samo uzbrojone. Każdy środek bojowy zastosowany będzie jedynie w przypadku jeśli choć raz podczas walki udowodnicie że takowy znajduje się w waszym posiadaniu. Po drugie poinformujemy Ziemię o wypowiedzeniu wojny.

Zniknęli z cichym sykiem. Stary prezydent oparł się ciężko głową o oparcie krzesła.

— Chyba przegrałem — powiedział.

— Poczekaj, jeszcze nikt nie wypowiedział nam wojny. Myślę że nie chcesz aby mieszkańcy Ziemi dowiedzieli się o tym?

— O wypowiedzeniu dowiedzą się gdy tylko ci ich poinformują. W dodatku od razu dowiedzą się o istnieniu obcych, całej prawdy o ziemskiej historii i szeregu innych pikantnych szczegółów. Chyba że coś szybko wymyślimy.

— A może wykręcić kota ogonem?

— Kota ogonem — powtórzył powoli. — Kota ogonem...

W jego oczach zapaliły się ogniki. Może i należał do rasy która była głupia w porównaniu z resztą kosmosu, ale czasami miewał niezłe pomysły. Szkoda tylko że równie szybko ulatywały z jego wiecznie zamroczonego ruskim szampanem umysłu.

V

Stalowa niegdyś krata wypchnięta silnym uderzeniem upadła na podłogę. Zabrzęczała cicho i rozpadła się na kilka zardzewiałych drutów. Nodar przecisnął się przez wąski otwór i z głębokim westchnieniem legł na podłodze. Z pociętych blachą dłoni kapała mu krew. Leżał na betonie oddychając ciężko.

—Światła — powiedział.

W stacji pomiarowej większość urządzeń uruchomić można było za pomocą fonii. Światła nie zapaliły się, ale pamiętał ze schematu gdzie powinien znajdować się włącznik awaryjny. Przekręcił go i pomieszczenie zalało światło. Zmrużył oczy. Światło okazało się być nieoczekiwanie silnym. Wstał z podłogi i rozejrzał się. Tu także wdarła się wilgoć. Podszedł do stojącego w kącie plastikowego kontenera. Otworzył go. Kontener nie przepuścił wody. Wewnątrz znajdowało się ubranie: płócienny wzmocniony kewlarem kombinezon roboczy. Do ubrania przyczepiony był list. Na razie zignorował go. List mógł poczekać jeszcze chwilę. Ostatecznie czekał tyle setek lat. Założył kombinezon. Popatrzył na swoją pierś. Nad kieszenią miał haftowaną złotą nicią naszywkę POF. Odetchnął głęboko. Powietrze tutaj było tak samo martwe i nieruchome jak tam na dole ale jednocześnie było inne. Od powierzchni dzieliło go dziesięć metrów. Opatrzył stopy bandażem, który był żółty jak bandaże egipskich mumii i miał w przybliżeniu podobnie dużo lat, po czym założył skarpetki. Gumowe nitki w ściągaczach dawno rozłożyły się bez śladu toteż podwiązał je nicią aby nie opadały. Założył buty wykonane z plastikowej pianki na twardej podeszwie, a te w których wdrapywał się przez ostatnie dziesięć godzin wrzucił bez żalu do szybu. Podeszwy miały pocięte na strzępy. W kieszeni znalazł grzebień. Otworzył metalową szafkę. Było w niej zmętniałe stalowe lustro. Wpatrywał się długo w swoją twarz. Zdawał sobie oczywiście sprawę jak bardzo zniszczone jest jego ciało, ale miał nadzieję że twarz lepiej zniosła trudy podróży w przyszłość. Skóra była pomarszczona i sucha. Wargi opuchły mu. Porastała go szczecinowata broda. Oczy miał zaognione. Wyjął z kieszeni grzebień i przyczesał włosy. Wyglądał nieco lepiej. Wyszczerzył zęby. Spodziewał się zobaczyć poczerniałe pieńki, ale mile się rozczarował. Jego zęby były jak dawniej nieskazitelnie białe i równiótkie.

— Mogło być gorzej — powiedział sam do siebie.

W szafce znalazł starą brzytwę. Miała ostrze pokryte platyną i nawet nadawała się do użytku. Z kranu nad umywalką w kącie puścił wodę. Z początku leciała trochę ruda ale szybko się oczyściła. Wypił jej prawie dwa litry zanim zabrał się za golenie. Nie miał kremu, ale efekt jaki osiągnął był całkiem niezły i nawet miły dla oka. Znalazł kilka puszek z żywnością ale podobnie jak piętro niżej żywność od dawna była zepsuta. Tylko słoik z miodem ostał się działaniu czasu. Miód był zbrylony, skrystalizowany ale dawał się zjeść.

— Podobno człowiek żywiący się tylko wodą z cukrem może przeżyć miesiąc — powiedział na głos.

Struny głosowe trochę mu chrypiały, ale to przechodziło. Zmęczenie wywołane wspinaczką gdzieś zniknęło. Stanął przed lustrem i podziwiał się przez chwilę. W pożółkłym kombinezonie wyglądał prawie szykownie.

— Oto ja Nodar Tuszuraszwili, były pierwszy nadzorca siedemnastego zespołu pływających ogniw fotoelektrycznych — powiedział z namaszczeniem. — A przy okazji porucznik wywiadu wojskowego republiki Gruzji. Właściwie to były porucznik byłego wywiadu zakładając że Gruzja nadal istnieje — dodał po chwili.

Zgarbił się. Westchnął. A potem pomyślał, że trzeba sprawdzić co słychać tam na górze. Podszedł o drzwi prowadzących do korytarza na powierzchnię. Przy drzwiach leżał dozymetr. Popatrzył na niego. Licznik był sprawny, ale wskazówka nie wychyliła się ani o włos. Sięgnął po list. Rozpoznał pismo przyjaciela pochylone lekko na jedną stronę. W prawym górnym rogu była data. Cztery lata późniejsza niż dzień w którym uścisnął jego dłoń i położył się w hibernatorium.

Drogi Nodarze

Dziś po raz ostatni odwiedzam to miejsce i postanowiłem zostawić dla Ciebie tych kilka słów. O Łamarze nadal nie ma żadnych wiadomości i wydaje mi się więcej niż pewne, że zabrał ją ze sobą. Niedawno przyszedł od niego przekaz radiowy z ciekawymi zdjęciami obłoku Orota. Ksero załączam. Nasza palcówka w Gdańsku znajduje się w stanie likwidacji. Germańcy zdobędą miasto w ciągu kilkunastu godzin. Armia Czerwona uderzyła podstępnie na Gruzję. Cały personel wraz ze mną wraca by walczyć o wolność, choć to właściwie nie ma sensu. Nie spotkamy się już nigdy. Może znajdziesz moje nazwisko w podręcznikach do historii, pomyśl wówczas o mnie czasem.

Pozdrawiam.

Zuriko.

Złożył staranie list i umieścił go w kieszeni. Z szafki wyjął kaburę z tkwiącym w niej rewolwerem. Sprawdził czy broń nadal jest sprawna. Rewolwer natłuszczono ogromną ilością wosku i był czyściutki. Usiadł przed komputerem i uruchomił go. Wyświetliło się menu. Spróbował wejść do sieci, ale okazało się że sieci już nie ma. Westchnął i wstał. Wyłączył urządzenie, żeby nie zużywać resztki prądu, choć nie zamierzał nigdy tu wracać. Zresztą nie miał nawet po co. Wszystko co przedstawiało jakąkolwiek wartość zabierał ze sobą. Hibernatorium tam w dole było zbyt uszkodzone żeby ktokolwiek mógł z niego korzystać. A on nie zamierzał nigdy więcej dać się zamrozić. Zresztą nie przeżyłby ponownie tego procesu. Już po jednym razie wyglądał i czuł się jak zombie. Uśmiechnął się do siebie. Może wszystko wróciło do normy i tam w górze znajdzie gruzińską misję wojskową. Chyba pomogą rodakowi, przybyszowi z odległej przeszłości. A może zwyciężyli Germańcy i teraz każdego ciemnowłosego i ciemnookiego posyłają do piachu?

— Donerweter — tym razem zaklął po niemiecku.

Jeśli Niemcy opanowali tą część świata należało przypominać sobie język.

VI

Grenlandia stacja Leninino

Samolot przechylił się łagodnie na bok i zatoczył niewielki łuk. Na lodzie wyraźnie jaskrawo czerwonym kolorem odcinała się linia wyznaczająca środek pasa startowego niewielkiego lotniska. Samolot opadł na ziemię i szybko wytracił szybkość. Profesor poprawił kołnierz kurtki i zeskoczył na powierzchnię lodowca. Pilot wyrzucił za nim dwie walizki i zatrzasnął drzwi. Było zimno. Wiał wiatr. Obok lotniska czekał nieduży poduszkowiec. Nadbiegł z niego jakiś człowiek i pomógł dźwigać bagaże. Po chwili znaleźli się w zacisznej kabinie pojazdu. Nieznajomy zdjął kaptur i gogle. Profesor zobaczył poczciwą twarz starego murzyna.

— Akademik Anatolij Iwanowicz Karcew — przedstawił się. — Mam przyjemność z profesorem Januszem Seleźnieckim? — jego esperanto było bez zarzutu, choć wymawiał trochę zbyt miękko.

— Aha.

— Wspaniale. Miło nam gościć w naszej stacji. Z pewnością znajdziemy mnóstwo tematów wspólnej rozmowy — zmrużył oczy.

Było to słynne leninowskie zmrużenie, gest przyjaźni i jednocześnie czujności. Przyjacielskie ostrzeżenie. Coś takiego. Dodał gazu.

— Zaraz będzie transmisja — usprawiedliwił się. — Chciałbym zdążyć.

— Ach, rzeczywiście. Odbierzecie tutaj?

— Tak za pomocą satelity Delta cztery. Wolna strefa ekonomiczna ZRA udostępnia nam pasmo. Zresztą odbiorą to także nasi bracia z Gór Jabłonowych.

— A mają telewizory w swoich ziemiankach?

— Dostarczyliśmy im. W ogóle działa tam nasza misja gospodarcza. Mamy wakacyjną wymianę młodzieży... Powoli dokonamy ich recywilizacji.

Profesor uniósł dłoń w geście uznania. Osobiście nie sądził, aby ruskich z Gór Jabłonowych można było ucywilizować w jakikolwiek sposób, ale rozumiał, poczcie wspólnoty pomiędzy dwoma tak różnymi ludami wywodzącymi się ze wspólnego pnia.Pojazd zakołysał się i niebawem znaleźli się obok ogrodzenia wykonanego z drutu kolczastego. Nad ogrodzeniem wznosiła się wieża strażnicza z pociemniałego drewna. Drut nawinięto na atrapy izolatorów, wyglądał jakby znajdował się pod napięciem.

— Szykowne no nie? — zapytał Anatolij. — Odtworzyliśmy ściśle wedle danych otrzymanych przez Starego Prezydenta. Tak wyglądały ogrodzenia naszych wsi w dawnych czasach.

— Wspaniałe — powiedział profesor. — Ale trochę dziwi mnie, że nie zachowały się takie na Syberii. Ostatecznie tam powinni nadal...

— Nasza misja etnograficzna znalazła wyjaśnienie. Drut zardzewiał i zniszczał. Nie umieli wytapiać żelaza, sprowadzali je z metropolii i gdy skończyły się zapasy przestawili się na płotki z chrustu. Nie mieli dobrych materiałów izolacyjnych i po wyczerpaniu się Starych zapasów przenieśli się do ziemianek, żeby nie marznąć aż tak zimą. W każdym razie nie mamy podstaw kwestionować słów Starego Prezydenta, choć zdajemy sobie sprawę jak bardzo nas nie lubi.

Pojazd zatrzymał się przed sporym betonowym budynkiem. Na solidnych stalowych wrotach widniało starożytne godło. Dwugłowy orzeł trzymający w łapach sierp i młot. Wrota uchyliły się. Wysiedli z pojazdu. Wewnątrz hangaru nie było specjalnie dużo sprzętu, ale i tak panował niezły bałagan. Rosjanie zawsze mieli problemy z utrzymaniem porządku i eliminacją ze swojego otoczenia odpadków. Nikt nie wiedział dlaczego tak się dzieje. Kierowca zdjął z siebie polarny kombinezon i wówczas okazało się że ma na sobie watowane spodnie ocieplane celulozową watą, na nogach walonki a zamiast marynarki wciągniętą na gołe ciało czerwoną koszulę. Koszula była haftowana przy rozcięciu.

— Przepraszam, za mój wygląd — powiedział. — To strój obrzędowy.

Z kieszeni wydobył czapkę ze sterczącą do góry szmacianą wypustką i naciągał ją w biegu. Zawiązał na szyi czerwoną chustę. Zdjął okulary i schował je do kieszeni. Biegli krętymi korytarzami. Wreszcie weszli do sali odpraw. Mieszkańcy stacji byli już na miejscu. Wszyscy byli identycznie ubrani. Kierownik dodatkowo miał na sobie szmacianą kurtkę z filcowym kołnierzem, także ocieplana watą. Kurtka zaopatrzona była w naszyty krzywo na plecach pasek szarego płótna ozdobiony rzędem cyfr. W dodatku uzbrojeni byli w starożytne karabiny maszynowe wiszące im przez plecy na konopnych sznurkach. Profesor zdjął kożuch. Jakaś dziewczyna ubrana w równie nieprawdopodobny strój odwiesiła go na wieszaku podała mu czapkę i czerwoną chustę. Założył bez słowa, choć jego katolicka dusza burzyła się przeciw uczestnictwu w pogańskim obrzędzie. Telewizor już grał. Pokazywał placem w Wielkim Kongo zatłoczony setkami tysięcy wiernych. Dziewczyna stanęła za nim.

— To nasze największe święto — zaczęła wyjaśniać szeptem. — Jest bardzo stare. Być może pochodzi jeszcze z czasów pierwszej udanej rewolucji.

Telewizor zajaśniał na chwilę mocnym blaskiem. Pokazano śmiałe zbliżenie na gigantyczną tarczę z polerowanego brązu. Była tak jasna, że prawie złota. Na jej tle stanęło trzynastu nagich mężczyzn uzbrojonych w wielkie drewniane młoty. Młotami zaczęli bić w tarczę. Odgłos który powstawał był ogłuszający. Kamera przesunęła się na ołtarz. Na jego szczyt wszedł kapłan. Kapłan był albinosem. Ubrany był w marynarkę i kamizelkę, a na ogolonej głowie mocno tkwiła czapka z daszkiem.

— On symbolizuje teraz naszego nauczyciela — szepnęła dziewczyna.

Kapłan uniósł dłonie w geście błogosławieństwa a potem zmrużył porozumiewawczo oczy. Powiał wiatr. Kapłan zaintonował krótką modlitwę w starorosyjskim.

— Zbliża się dzień w którym powstanie nowoczesne komunistyczne społeczeństwo. Zanikną różnice klasowe. Granice państw przestaną istnieć. Nikt nie będzie się musiał wstydzić swojego pochodzenia.

Czterej murzyni wnieśli na ołtarz coś dziwnego. Wyglądało jak skrzynia zbita z drewnianych desek, ale wykonano ją ze złotej blachy. Profesorowi kojarzyła się mętnie z czymś. Chyba widział coś podobnego w Górach Jabłonowych a może w Argentynie. Były chyba też jakieś takie na Starych zdjęciach ze zbiorów Starego Prezydenta. Nie mógł sobie jednak przypomnieć co to jest.

— To wychodek z czystego złota — szepnęła dziewczyna. — Dziesięciu kapłanów wewnętrznego kręgu będzie teraz rytualnie wydalać produkty przemiany materii aby zapewnić naszej ziemi dobre plony.

Uroczystość przechodziła w fazę kulminacyjną. Przed ołtarzem zarzynano konie. Ich krwią kapłani kropili modlący się tłum.

— Konie były naszymi towarzyszami w pracy. Ich krew symbolizuje krew przelaną dla wprowadzenia komunizmu — szepnęła. — to pot pracy.

Profesor poczuł się chory z obrzydzenia. Ale najważniejsze dopiero ich czekało. Na podium wjechała na podnośniku wielka stalowa skrzynia. Wieko drgnęło i odpłynęło na bok powolnym ruchem. Wewnętrzna trumna wykonana ze szkła uniosła się do góry. W trumnie leżało ciało mężczyzny ubranego identycznie jak kapłan. Lud milczał. Rozległo się uderzenie gongu. Sto tysięcy wyznawców padło na twarz. Ci tutaj też. Profesor skrzyżował dłonie na piersi w geście szacunku, ale na tym poprzestał. Kapłan wcisnął guzik i szklana trumna otworzyła się. Uniósł do góry złoty budzik. Budzik zadzwonił trzy razy. Nic się nie wydarzyło. Rozległ się jęk zawodu. Kapłan też wyraźnie posmutniał. Szklana trumna zamknęła się i schowała w stalowej. Wierni wydobyli spod waciaków i koszul sierpy i młoty i zaczęli uderzać nimi o sierpy i młoty sąsiadów. Uderzenia w gong zakończyły uroczystość. Dziewczyna podniosła się z ziemi. W oczach miała łzy.

— Nie wstał dzisiaj — powiedziała ze smutkiem. — ale może za rok przebudzi się i nastanie czas wiecznej szczęśliwości.

Akademik Karcew wyłączył telewizor. Odwrócili się do gościa.

— Pan pozwoli że przedstawię — powiedział Karcew. — Profesor Iwan Bezrodnyj, członek akademii Sergiej Sokołow, akademik Josif Antonow, członek kandydat Tatiana Gagarina. Wszyscy jesteśmy glacjologami.

Profesor wymienił uściski dłoni wszystkimi. Profesor Iwan zarządził natychmiastowy bankiet dla uczczenia przyjazdu znamienitego gościa. Przebrali się w normalne jednoczęściowe białe kombinezony robocze. Był łosoś, kawior i pięćdziesięcio procentowy roztwór etanolu. Profesor Selźnicki pijał już ten barbarzyński trunek podczas badań w górach Jabłonowych. Na szczęście nie było go dużo.

— Drogi gościu — odezwał się kierownik stukając widelcem o kieliszek. — Czy chce pan najpierw odpocząć, a dopiero potem zająć się naszym znaleziskiem, czy może od razu?

— Drzemałem w samolocie. Jeśli jest to naprawdę takie ciekawe...

— Wobec tego proszę za mną — głos starego profesora był uroczysty.

Poszli tylko we dwójkę. W sąsiednim budynku urządzone było laboratorium. Tu właśnie w skrzyni z wbudowanym niewielkim generatorem pola spoczywało ciało. Przenieśli je podajnikiem na stół.

— I co pan powie profesorze? — zapytał gospodarz.

Profesor wpatrywał się w milczeniu w zwłoki. Ciało należało do młodego mężczyzny. Wzrost denata wynosił około dwu metrów. Na głowie miał szopę jasnych włosów. Był nienaturalnie umięśniony, jak gdyby przez całe życie ćwiczył kulturystykę. Miał na ciele kilkanaście blizn powstałych od cięć broni siecznej. Były jednak idealnie wygojone. Paznokcie wyglądały na bardzo mocne i były dość grube. Mężczyzna był nagi jeśli nie liczyć majtek w paski. Na szyi na żelaznym łańcuchu zawiesił sobie małą żelazną swastykę i kartę kredytową.

— Neue Berlin Kreditbank — przeczytał gotyckie literki. —3421 Jahre.

— Tak to wygląda — powiedział Rosjanin. — nic więcej nie znaleziono.

— Nie próbowaliście zastosować aparatury witalizującej?

Kierownik bazy przechylił głowę leżącego ujawniając sporą dziurę w potylicy.

— Dostał z lasera. Wyszło ustami.

— Myślę, że można by przeprowadzić badania genetyczne. Pobiorę kawałek skóry — powiedział archeolog.

— Proszę bardzo. Na razie trzymamy to w ścisłej tajemnicy...

— Poczekam na waszą zgodę zanim opublikuję.

— Obawiam się że to nigdy nie będzie się nadawało do publikacji...

Wyjął z kieszeni skalpel i wykonał delikatne nacięcie. Skóra nawet się nie zarysowała. Nacisnął mocniej. Ugięła się leciutko na tyle na ile pozwalało jej rozmrożenie, ale skalpel jej nie przeciął. Rosjanin podał mu ultradźwiękowy. Za pomocą tego poszło lepiej. Profesor położył wycinek pod mikroskopem i przyjrzał mu się.

— On ma w skórze jakieś dziwne włókna — powiedział — Wyglądają na syntetyczne.

— Zapewne to zatrzymywało ostrze. Słyszał pan o agentach starego Prezydenta?

— Tak. Kuloodporni itp. Myślę, że to nie jest agent.

— Faktycznie trochę odbiega wyglądem. Zresztą to ciało leżało w śniegach minimum pięćset lat.

Archeolog popatrzył jeszcze raz na kartę.

— Czasami się takie znajduje — powiedział. — Ale to niczego nie tłumaczy.

— Cholera. Może jest jakaś dziura do sąsiedniego wymiaru i stamtąd wyłażą.

— A może dziura w czasie. Pomnażacz energii daje anomalie. Lodówki zresztą też, ale innego rodzaju.

— Myślę, że to mało możliwe. Chyba, żeby zbudowali odpowiednio duży. I przeniosło tego bidoka z jakiejś plaży tutaj.

— Tylko to jeszcze wszystkiego nie tłumaczy. Ktoś musiał mu przyładować z lasera. Może nawet Stary Prezydent.

— Może został zastrzelony i obrany z ubranka?

— Może. Ale podeszwy jego stóp wskazują, że chodził całe życie boso.

Profesor w zadumie odwrócił swastykę na drugą stronę. Biegł tu niewielki napis gotykiem.

— Ma pan szkło powiększające?

— Tak, oczywiście. Proszę.

Profesor przyjrzał się.

— Zdobywcy Olimpu mieszkańcy drugiego miasta kanałowego — przetłumaczył — Mars 3419.

— Co to może znaczyć?

— Zdobył uznanie w oczach mieszkańców Marsa.

— Czy możemy założyć, że na Marsie istnieje kolonia takich? Posługująca się innym kalendarzem, zamieszkana i pewnie założona przez jakichś neofaszystów?

— Nie, niemożliwe. Stary Prezydent...

— Stary Prezydent zakazał działalności faszystowskiej pod karą śmierci i zdaje się musiał zabić kilkuset Niemców, zanim uzyskał ich posłuszeństwo.

— Może nie zabijał wszystkich. Może było ich tylu, że zesłał ich na Marsa.

Ciało powolutku rozmarzało, na stalowym blacie stołu pojawiła się nieduża kałuża. Zapakowali je z powrotem do skrzyni.

Milczeli a potem wyszli przed barak. Wokoło ciągnęły się białe pagórki wielkiego lądolodu. Zmierzchało się. Nadchodziła pora kolacji. Obecni byli wszyscy za wyjątkiem Karcewa który miał dyżur przy jakiejś aparaturze badawczej. Przy kolacji wszyscy milczeli, a za to później wyciągnęli spirytus i bałałajki. Ostatnią rzeczą jaką profesor zdołał zapamiętać było to ze tańczy z Tatianą w objęciach a cały świat kołysze się jak gdyby lądolód Grenlandii stał się krą na wzburzonym oceanie.

VII

Dziarskim krokiem przeszedł pomieszczenie i pociągnął za klamkę drzwi. Drzwi ustąpiły łatwo, po prostu razem z futryną poleciały na niego. Drewno pod cieniutką warstewką farby akrylowej było zupełnie przeżarte przez wilgoć i korniki. Za drzwiami spodziewał się zobaczyć betonowe schodki prowadzące na powierzchnię. Zamiast tego zobaczył zastygnięty betonowy wodospad.

— Waaj — wyraził głośno w ojczystym języku stopień swojego zdumienia.

Obok schodów czyjaś litościwa, a może wręcz przeciwnie — złośliwa ręka postawiła solidny stalowy, (obecnie zardzewiały), kilof.

VIII

Siedzieli w wiklinowych fotelach stojących na tarasie przed pałacem w Łazienkach. Na niebie płonął zachód słońca. Słońce zachodziło na południu, musiało zachodzić na południu, bo inaczej nie mogli by się, z tego miejsca, napawać tym widokiem. Zachód słońca trwał już drugą godzinę, ale im się nie spieszyło. Wiewiórki biegały spokojnie po drzewach, były przyzwyczajone do tego typu anomalii.

— Widzisz jak to wszystko jest poukładane — mówił Stary Prezydent do córki. — Za mojej młodości na świecie były obszary chronicznej biedy i obszary wszechobecnego bogactwa. Jedni ludzie umierali z przeżarcia a inni z głodu. Pieniądz dawał władzę. Więc zarobiłem więcej pieniędzy niż było na Ziemi żeby mi wypłacić to co zarobiłem. Obalałem rządy, wzniecałem rewolucje, wszystko tylko dzięki trzymaniu w rękach głównych centrów finansowych. Świat przypominał organizm. Jego krwią był pieniądz. A ja pompowałem tą krew z miejsc gdzie było jej za dużo tam gdzie występowały niedobory. W sumie syzyfowe zajęcie. Teraz jest prościej. Dawniej miałem samych wrogów...

— Teraz też masz samych wrogów. Przecież na Ziemi..

— Na Ziemi mieszka sześćdziesiąt milionów lojalnych obywateli i mała grupka dysydentów. Margines. Margines społeczny istniał na tej planecie zawsze. Oczywiście można by ich zlikwidować ale po co? Ludzie nie mogą pławić się w stanie totalnego odprężenia, dlatego grupki wichrzycieli ryją pod fundamentami swoje podkopy a banda nieudolnych agentów stara się ich łapać. Oczywiście ani jedno ani drugie nie ma najmniejszego sensu. Ale napięcie można rozładować. Wielu ludzi marzy nocami o tym żeby przyłączyć się do wywrotowców. Ubarwiają sobie szare życie marzeniami. Gdyby nie mieli tych marzeń poszukali by sobie innych. Może niebezpieczniejszych. Inni marzą o tym żeby wstąpić do agentów. Też niech sobie marzą. Dzieci bawiły się w policjantów i złodziei. Dawno temu gdy byłem mały też się tak bawiłem. Teraz nie ma złodziejstwa. Nasze testy pozwalają wykryć sprawców i potencjalnych przestępców a techniki prania mózgu prowadzą do całkowitego wyleczenia. Dzieci bawią się w agentów i dysydentów. Zresztą nie tylko dzieci. Czy sądzisz że któryś z tych fajtłapów mógłby złapać prawdziwego dysydenta? Pomijam oczywiście tak fajtłapowatych dysydentów jak ci na ziemi. Przecież wystarczy użyć namiernika satelitarnego żeby stwierdzić gdzie siedzą.

— Ale minęło trzysta lat i ludzie którzy kiedyś uważali cię tato za zbawcę i dobroczyńcę ludzkości zaczynają zapominać.

— Dlatego przyda nam się ta niewielka wojenka. X'htla wypowiedzą nam wojnę. Stacja orbitalna przyjmie na siebie pierwsze uderzenie. Rozgromimy obcych i wówczas ja potraktowany zostanę jak zbawca i piorunochron zarazem. Ziemianom nałgam, że to była flota inwazyjna.

— Pomysł sam w sobie nie głupi, tyle tylko że na razie jesteś w sytuacji gdy ziemianom przestałeś być potrzebny. Zresztą obcym też zawadzasz. A co do wojny, to w historii tej planety aż za często ktoś dochodził do wniosku, że przyda się mała wojenka.

— No zgoda. Też tak kiedyś pomyślałem, właściwie to tych szkopów z Posen sprowokowałem żądając zwrotu odwiecznego polskiego Poznania i to na forum ONZ w dzień ich narodowego święta. No cóż zakłócałem ich stacje telewizyjne nadając własny program a po sieci krążyły wirusy niszczące każdy program przystosowany do obsługi językiem niemieckim. W sumie drobiazgi ale dostałem tą swoją wojenkę. Nie przewidziałem zaniku patriotyzmu, nie sądziłem że mają tak dobrze dopracowaną broń sejsmiczną, nie przewidziałem przenośnych laserów bojowych. Myślałem, że to będzie mała wojenka, ona okazała się za duża. Wot i cały problem. Ta będzie mała. X'htla mają siedemdziesiąt planet które kolonizują. A to tylko jedna planeta.

— Wojna myszy z górą.

— Tak ale oni są po drugiej stronie ramienia galaktyki. Najbliższe ich światy leżą o czterdzieści lat świetlnych stąd i są to tylko placówki badawcze...

— Nie zapominaj że to oni rozwiązali problem bytu podwójnego i pojawiania się w przeszłości podczas skoków teleportacyjnych. Mogą nam tu przerzucić miliard wojowników celując co do sekundy.

— Hmm, nie pomyślałem o teleportacji w czasie rzeczywistym. Coś się poradzi.

— Byle szybko.

— Oni chcą doprowadzić do swobodnego przemieszczania się ziemian po galaktyce. Nie doceniają nas. Weź na przykład kodeks honorowy rasy Ałławvi. Siedemnaście tysięcy paragrafów. Złamanie około cztrech tysięcy pociąga za sobą wyzwanie na pojedynek, lub wypowiedzenie wojny w obronie honoru. Jeśli nasi ludkowie nie są od tylu tysięcy lat w stanie zapamiętać dziesięciorga przykazań, a mój Regulamin pobytu jest nieustannie łamany mimo drakońskich kar przewidzianych...

— Może częste łamanie wywołane jest jego niedoskonałością?

— Zaczynasz mówić jak dysydenci. Musiałem go ułożyć w ciągu czterech godzin. Nie wiesz jak trudne było to zadanie. Ale jeśli masz jakieś sugestie to gotów jestem nanieść poprawki. Zwróć uwagę na jedno. Najlżejsze poluzowanie dyscypliny będzie miało katastrofalne skutki. Mieliśmy kilka przykładów w historii. Po przegranej Wojnie Krymskiej w połowie dziewiętnastego wieku nastąpiła tzw. Odwilż Posewastopolska. Car na okupowanym przez Rosję kawałku ziem polskich zniósł stan wojenny, zezwolił na powstanie partii politycznych, otworzył zamknięty uniwersytet. Polacy gdy tylko poczuli że ręka cara batiuszki gniotąca ich dotąd w karki nieco osłabiła swój chwyt natychmiast podnieśli głowy i chwycili za broń. A potem było palenie wsi, najlepsi patrioci trafili na Sybir. Koszmar. W połowie dwudziestego pierwszego mój poprzednik złagodził kodeks karny, zezwolił na przeprowadzanie aborcji, dopuścił narkotyki do wolnej sprzedaży. Zanim się obejrzał naród stracił dwadzieścia pięć procent populacji. Gdy ja doszedłem do władzy w rękach obywateli było po trzy sztuki broni palnej na głowę wliczając starców i noworodków, po kilogramie trotylu, co pięć minut w wyniku strzelaniny ginął człowiek. Dziewięćdziesiąt procent zgonów następowało na skutek zastrzelenia. Co trzeci żywy Polak był uzależniony od narkotyków. Co drugi był nałogowym alkoholikiem. Zafundowałem im boom gospodarczy, ale to pomogło tylko trochę. Naród zszedł na psy. Gdy wybuchła moja mała wojna z niezależnym terytorium ekonomicznym Posen ogłosiłem pobór na ochotnika. Spodziewałem się wystawić milionową armię w ciągu trzech dni. Do komisji poborowych zgłosiło się dwunastu chętnych w tym trzech umysłowo chorych, czterech niemieckich agentów oraz osiemdziesięcioletni staruszek. Urządziłem prawdziwy przymusowy pobór. Połowy poborowych w ogóle nie udało się złapać. Poprowadziłem ich osobiście do walki, to znaczy tych zmobilizowanych. Sądziłem, że natchnę ich osobistym przykładem. Widziałem jak poddawały się całe oddziały. Widziałem jak oddawali bez walki świętą ziemię swojej ojczyzny. W boju traciliśmy sztandary bojowe. Wreszcie udało się wgrać. Tylko dlatego że nałapali tylu polskich jeńców, że nie mogli ich wywieźć na tyły i osadzić w obozach jenieckich. Jeńców było tak wielu , że zablokowali im linie kolejowe i wyżarli całą żywność. Połowa Niemców musiała zajmować się ich pilnowaniem transportowaniem i zaopatrywaniem. A ci znali na wyrywki konwencję genewską łącznie ze wszystkimi poprawkami. Żądali żarcia o odpowiedniej wartości kalorycznej, odpowiednich pomieszczeń na cele, jedna trzecia miała ostry głód narkotykowy, żądali panienek z burdeli, gwarantowała im to któraś poprawka, na koszt oczywiście niemieckiego podatnika. Zarazili te panienki hifem i syfilisem, a potem pozarażali się od nich. Żądali odszkodowań za utratę zdrowia i to jeszcze w czasie trwania działań wojennych. W twardej walucie albo w złocie. Ściągali sobie amerykańskich adwokatów, amerykańską telewizję. Robili raban na cały świat jak to z Niemców wyłazi faszyzm. Genewa słała ostrzeżenia, obłożyła szkopów embargiem za nieludzkie traktowania jeńców wojennych, zaczęły się procesy strażników. Jeńcy domagali się odszkodowań za stracony na skutek niewoli żołd. Gdyby to nie było takie smutne widzieć upodlenie mojego narodu zaśmiewałbym się do łez widząc co wyrabiają. Gdy wdarliśmy się do Poznania w całym mieście nie było jednego żelaznego przedmiotu. Gwoździ, drutów, łopat. Wszystko co się dało przetopili żeby zrobić drut kolczasty do ogrodzenia obozów. Niemcy żebrali o chleb u naszych żołnierzy, bo jeńcy wyżarli w ciągu sześciu miesięcy całoroczne zapasy. Jeśli popuścimy trochę tym na ziemi powtórzy się historia. Ludzkość radośnie pogrąży się w prostytucji, narkomanii, wybuchną z dawną siłą nacjonalizmy. Liczba ofiar pójdzie w miliony. Czasami mam taką szaloną ochotę wysadzić w powietrze cały ten kurnik a potem palnąć sobie w łeb.

— Nie podejmiemy żadnych przygotowań do nadchodzącej konfrontacji?

Wstał z fotela i przeszedł się kilka kroków. Stanął na krawędzi tarasu i przyglądał się czerwonym grzbietom ryb.

— Widzisz oni wcale nie chcą tej wojny — powiedział wreszcie.

— Ale wytoczą nam...?

— Oczywiście. Jeśli wystawimy oddział uzbrojony w kije od szczotek to wedle kodeksu Bushido który zakłada jednakowe uzbrojenie obu stron konfliktu wystawili by taki sam. Im nie chodzi o wojnę w naszym pojęciu tego słowa. Nie chcą dokonywać szaleńczych operacji w których giną miliony żołnierzy. Nie chcą likwidować cywilów, nie zależy im nawet na zabijaniu naszych żołnierzy. Będą zadowoleni jeśli uda im się nas upokorzyć i to będzie koniec wojny. Wylądują na planecie otworzą swoje konsulaty i zajmą terytorium które im nieopatrznie obiecałem.

— A gdybyśmy zechcieli prowadzić totalną wojnę partyzancką aż do całkowitej likwidacji?

— Z żalem serca, czy też tego co pełni w ich organizmach rolę serca, odpłacą nam się pięknym za nadobne. Zostanie z nas mokra plama. Siedemdziesiąt planet to zaplecze gospodarcze do toczenia wojny z połową kosmosu.

Zmarszczyła brwi.

— Poważnie myślałeś o hodowli nadludzi?

— Raczej o produkcji. Owszem rozważałem przez chwilę taką możliwość. Przydali by się, ale to zbyt nieobliczalna siła. Zresztą gdybyśmy złamali ten punkt układu to zabrali by się za nas na ostro. Nawet gdyby musieli zabić wszystkich ludzi i zniszczyć planetę.

— Aż tak się boją?

— Bardziej.

Zamyślił się głęboko.

— O czym myślisz? — zapytała księżniczka.

— Myślałem o ucieczce.

— Chcesz zostawić tą planetę i zwiać?

— Chodziło mi coś takiego po głowie. Oczywiście nie samotnie. Zebrało by się grupę specjalnie wyselekcjonowanych ludzi. Załadowało na stację a potem wykonało skok do sąsiedniej galaktyki. Z dala od tych zielonych sukinsynów.

— Ile na to potrzeba energii?

— Wystarczyło by wygasić słońce. W tamtej galaktyce pojawili byśmy się wcześniej. Drugi skok spowrotem i jesteśmy nad Ziemią w początkach dwudziestego wieku.

Popatrzyła na niego uważnie.

— Chciałbyś?

— Pierwsza wojna światowa nie wybucha wcale. Czołowych rewolucjonistów zlikwidować. Cała historia pójdzie innym torem.

— Ale czy interwał czasowy nie zabiłby nas? Teoria z zabójstwem własnego dziadka...

— Jasne, ale można też nie wracać. Zostać tam. Zanim nas znajdą wśród miliardów gwiazd minie druga nieskończoność.

Przeszedł przez mostek na brzeg jeziora. Klacz pasła się na trawniku. Na jego widok podniosła głowę.

— No i jak ci się wiedzie — zagadnął. — Jesteś zadowolona?

— O tak. Jest dokładnie tak jak sobie wymarzyłam.

Objął jej szyję i przytulił się. Oparła mu głowę na ramieniu. Wciągnął w nozdrza ciepły zapach konia.

— Dawno dawno temu siedziałem w rosyjskim więzieniu w celi śmierci — powiedział w zadumie. — To zabawne, ale marzyłem wówczas tylko o jednym. Chciałem jeszcze choć raz w życiu poczuć opór jaki daje pług sunący przez oraną ziemię.

— Jeśli masz życzenie to możemy się umówić i zaorzemy kawałek parku — powiedziała klacz.

W pierwszej chwili wstrząsnęło nim to a potem wpadł na pewien pomysł.

— Helu, mam do ciebie prośbę.

— Tak?

— W razie gdybyśmy przegrali umiesz obsługiwać aparaturę do klonowania.

— Tak. A co chcesz zrobić?

— Zapis operacji naszej przyjaciółki jest zapisany w komputerach stacji. Powtórzysz ją na mnie i zrzucisz na ziemię w postaci konia. Zakichają się zanim mnie znajdą. Koni jest chyba więcej niż ludzi. Zresztą to chyba głupi pomysł.

— Koniem trzeba się urodzić — powiedziała Karolina.

Uśmiechnął się.

— I kto to mówi.

— Ja urodziłam się koniem, tyle tylko że w ludzkiej powłoce.

— Niekiedy ludziom wydaje się że są kobietami uwięzionymi w ciałach mężczyzn lub na odwrót. W czasach zanim zostałem prezydentem robili takim bidokom operacje polegające na pozornej zmianie płci na drodze chirurgicznej. Potem gdy nauka poszła trochę do przodu nauczono się wymieniać same mózgi. Dobierano odpowiednio parami. Potem nauczono się takich nieszczęśników leczyć. Wystarczyło kilka tabletek.

— Dlaczego nie dałeś mi tabletki? — zaciekawiła się Karolina.

— Och po prostu obudził się we mnie eksperymentator. Powołałem do życia istotę doskonałą. Klacz z ludzkim umysłem i ludzką dusza. Jeśli sobie życzysz to mogę w każdej chwili przywrócić ci pierwotną postać.

Zawahała się.

— To trudne. Mam siedemnaście lat. Koń starzeje się szybciej...

— Nie ty — uspokoił ją — Wykonałem poprawki w genotypie. Pożyjesz co najmniej sto dwadzieścia.

— Ale z drugiej strony chciałabym mieć raczej dzieci niż źrebaki.

— Drobna modyfikacja genetyczna i urodzisz dzieci bez zmieniania swojej postaci fizycznej.

Parsknęła śmiechem, który niepokojąco przypominał rżenie.

— To było by zabawne. Wolałabym jednak naturalnie.

Rozmowa z nią zaczęła go nudzić.

— Gdy tylko sobie życzysz.

Stuknął obcasami uruchamiając generatory pola antygrawitacyjnego po czym wszedł spokojnie na taflę stawu.

— Co ja tu właściwie robię? — zapytał sam siebie. — Przecież to wszystko nie ma sensu. Jeśli tak się za nami stęsknili to nich biorą sobie ziemię z dobrodziejstwem inwentarza. Dopiero potem będą żałowali. Chcą wydobywać na naszej planecie jakieś surowce, co mnie to obchodzi? Moje to czy jak?

Umilkł i wpatrzył się w zadumie w zachód słońca.

— Właściwie to teraz jest moje. Cała planeta. Na zawsze.

IX

— Jak na człowieka który dopiero co wstał z trumny dużo za dużo pracuję — powiedział Nodar odkładając kilof.

Usiadł i otarł pot z czoła. Schody zawalone były bryłami betonu, w ciągu kilku godzin posunął się dwa metry do góry. Wedle jego obliczeń od poziomu ziemi dzieliło go jeszcze około dwu. Od poziomu ziemi z drugiej połowu dwudziestego pierwszego, bo teraz poziom mógł się oczywiście podnieść.

— Napiłbym się wódki i zapalił bym papierosa — powiedział w rozmarzeniu.

Wódkę pijał owszem, jeden kieliszek z okazji świąt i imienin znajomych natomiast nie palił nigdy. Biorąc zaś pod uwagę dziwny ochłap który wykaszlał z płuc wiele wskazywało na to, że palenie szybko zakończyło by jego ziemską egzystencję. Westchnął i zjadł nieco zbrylonego miodu zszedł na dół i popił go wodą. Przeciągnął się opadł na podłogę i wykonał dwie pompki. Stawy już go nie bolały, tylko kręgosłup trochę się chwilami odzywał. Wdrapał się ponownie na schody i przypatrzył się skamieniałym falom cementu. Przyładował kilofem w upatrzony punkt i odskoczył na bok. Potężny kawał oderwał się od reszty i sunął z rumorem w dół.

— Ech, żebym to ja miał dynamit, inaczej byśmy pogadali — powiedział patrząc na betonowe zwały.

Uderzył ponownie, ale tym razem nic się nie stało. Uderzył jeszcze kilka razy. Blok betonu wielkości samochodu popękał. Posługując się kilofem jak dźwignią wyrwał kawał i pozwolił mu spaść w dół. To przyszło nagle. Uświadomił sobie że przez szczelinę sączy się świeże powietrze.

— Z cukru i kwasu azotowego można zrobić uczciwą mieszaninę wybuchową — powiedział sam do siebie podważając kolejną bryłę. — Problem zasadza się w braku kwasu.

Bryła opadła kawałek i zaklinowała się. Uderzył z boku obuchem kilofa a ona osunęła się na dół. Przez otwór wdarło się świeże powietrze i światło. Ostre dzienne światło. Zasłonił oczy i z jękiem cofnął się do tyłu. W dół. W mrok. Tam gdzie bezpiecznie. Zszedł do stacji, wziął analizator powietrza i dozometr. Wbiegł spowrotem do otworu i leciutko rozchylając oczy patrzył na wskazania aparatów. Skażenia nie było. Analizator nie wykrył w powietrzu żadnych bojowych środków chemicznych. Niespodziewanie Nodar poczuł, że ma katar.

— Ach, broń bakteriologiczna — powiedział sam do siebie i roześmiał się.

A potem przecisnął się przez otwór. Na głowę sypały mu się grudki ziemi. Wyczołgał się i legł na porośniętej kiepską trawą łączce. Popatrzył w zadumie na starożytny ceglany mur wznoszący się nad nim. Mur obłożony był płytami ze szkła lub plastyku zapewne mającymi chronić go przed wpływami atmosferycznymi.

— Ruiny spichlerza na wyspie Ołowiance — odgadł bez trudu.

Przekręcił się aby popatrzeć na Stary Żuraw w Gdańsku. Uśmiech w jednej chwili odpłynął mu z twarzy. Żuraw tam był. Mury do wysokości półtora metra zachowały się. Wyżej nadbudowano je z jakiegoś białego tworzywa sztucznego. To co za jego czasów było wykonane z poczerniałego drewna odtworzono z jasnego. Za dźwigiem nie było śladu miasta. To znaczy było. Za Żurawiem na niewielkim wzniesieniu stała pagoda obsadzona wokoło drzewkami miłorzębu. A potem opuścił wzrok niżej i miał ochotę zawyć. Wzmocnione kamieniem nabrzeże opadało w dół i kończyło się nie taflą wody ale piaskiem. Tam gdzie kiedyś był kanał portowy znajdowała się obecnie droga wyłożona kamiennymi płytami po której jakiś człowiek wyglądający na Araba prowadził stadko objuczonych wielbłądów. Na dachu żurawia siedziało stadko małpek. Nodar zamknął oczy.

— A teraz policzę do dziesięciu i wszystko ma wrócić do normy — powiedział na głos. — Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć!

Otworzył oczy, ale upiorny obraz nie znikał. Wstał z trawy i popatrzył dalej. Znajdował się w środku miasta. To wokoło wyglądało na dzielnicę willową lub nawet pałacową. Na pagórkach kryjących zapewne w sobie gruz dawnego Gdańska wznosiły się lekkie japońskie domki zbudowane z lakierowanego na czerwono drewna i grubej tektury bambusowej.

— O w mordę — wykrztusił. —Żółtki.

Opadł z powrotem na trawę. Oczywiście mógł się mylić ale był prawie pewien, że w tym mieście tam nie będzie żadnej gruzińskiej misji wojskowej. Wygrzebał z kieszeni lornetkę i starając się możliwie dokładnie wtopić się w tło obserwował okolicę.

— A czego właściwie się mogłem spodziewać — powiedział sam do siebie. —Łamara już pewnie od dawna nie żyje, a ten wieprzek Prezydent jeśli nawet wrócił z stamtąd to pewnie przed wielu laty i też nie żyje. Ale powinienem chociaż naszczać na jego mogiłę. Chyba że żółtki zrównali ja z ziemią. Wówczas mogę się do nich przyłączyć i wielkim młopem rozbijać jego pomniki, jesli ma takowe, a tak swoją drogą to ta pagoda wygląda na dość starą...

Urwał. Zamyslił się. Jego misja przestała mieć sens. Ale musiał jeszcze się upewnić. Zresztą jeśli istniała Gruzja mógł nadal służyć swojemu narodowi.

X

Wieczorem.

Małe studenckie święto. Grzane piwo z samowara, trochę muzyki ognisko płonące między namiotami. Obozowisko było plamą światła na ciemnym stepie. Wśród wzgórz wiały wiatry. W powietrzu unosił się betonowy pył. Dostawał się we włosy, do oczu, do piwa. Jakiś student z młodszego rocznika, chyba Mykoła, miał ze sobą gitarę. Brzdąkał na niej najpierw melodię z piosenki o pekińskiej kaczce smażącej się w pikantnym sosie z młodych pędów bambusa. Powiał wiatr. Silniejszy podmuch wpadł pomiędzy namioty. Wiszące nad wejściami latarki ze świeczkami w środku zakołysały się. Ognisko wykonane z resztek patyków nazbieranych nad Wisłą strzeliło nieco jaśniejszym płomieniem. Człowiek pojawił się znikąd. Był bardzo stary, niegolony. Wyszedł prosto z ciemności. Ubrany był w antyczne trampki, zupełnie jak te które wykopali w ubiegłym sezonie. Był prawie nagi jeśli nie liczyć przepaski na biodrach wykonanej z kawałka jeansowej szmaty. Dawno nie obcinane włosy opadały mu na czoło. Tors pokryty miał Starymi wygojonymi już bliznami. Wyglądał jak duch jednego z dawnych mieszkańców tego miasta. Obrzucił ich niewidzącym spojrzeniem, a potem zaczął znikać. Pierwszy ruszył się Pawło. Przyskoczył dość blisko nieznajomego i rzucił mu pod nogi zegarek. Dziwny człowiek rozpływał się w powietrzu, ale zegarek leżał nadal w pyle. Wreszcie gdy starzec zniknął zupełnie student podszedł i podniósł czasomierz z ziemi. Wywołał datę, bo godzina nie zgadzała się już na pierwszy rzut oka.

— I jak? — zapytała Damao, która siedziała na tyle blisko, żeby zobaczyć co robi.

— Według niego minęło ponad jedenaście dni.

— Anomalia czaso przestrzenna — powiedział ktoś. — Nie sądziłem, że mogą zawierać w sobie żywych ludzi.

— Chyba nas nie widział — zauważyła Sumiko.

Ze swojego namiotu wygrzebał się Miszczuk.

— Co się stało? — zaciekawił się.

Opowiedzieli mu. Uniósł brwi ze zdziwienia.

— Prawdziwa anomalia — powiedział w zadumie. — To znaczy, że ktoś posłużył się teleportacją.

— Jak to? — zdziwiła się Sumiko. — Przecież to zakazane.

Pawło złapał go za ramię.

— Słuchaj, to był Stary Prezydent?

Rozległy się okrzyki zdumienia. Miszczuk uśmiechnął się.

— Co za przypuszczenie. Stary Prezydent musi wyglądać zupełnie inaczej.

— Ale wszystko pasuje — powiedział ktoś. — Stary, w antycznym ubraniu i w anomalii czasoprzestrzennej... Jemu wolno się teleportować.

Tomasz pokręcił przecząco głową.

— Nie to nie tak. Po pierwsze Stary Prezydent jest z pewnością znacznie młodszy. Po drugie nigdy nie pozwoliłby sobie na takie poderwanie autorytetu. Nie zapominajcie, że jest teraz władcą ziemi. Ludzie się go boją i szanują. Gdyby zaczął sobie spacerować jako oberwany dziad...

— Może się w ten sposób maskuje, a może zwariował. Może też mieć nas tak głęboko gdzieś że nie obchodzi go to co my o nim myślimy.

Tomasz uśmiechnął się.

— To prawdopodobne.

Usiedli spowrotem na krzesłach, a jemu też podsunęli jedno.

— Mówiłeś, że anomalie są związane z teleportacją. Nas w szkole uczyli że anomalie czasoprzestrzenne wiążą się z polami czasu stojącego... — zaczęła Damao.

— To nie zupełnie tak — wyjaśnił ochoczo. — Po prostu gdy włączymy pole czasu stojącego, czas jest czymś w rodzaju cieczy. Jeśli czas zwolnimy w jednym miejscu...

— Jak zwolnić czas? — zdziwiła się Damao. — Czas można co najwyżej wyłączyć.

— Można też i zwolnić. Nie ważne. Gdy czas w jednym punkcie przestrzeni zwalnia, to w innym przyspiesza. W przypadku pola czasu stojącego, czas musi odreagować. Dlatego generator pola zaopatruje się w płytę z czystego węgla, która umieszczona jest pod spodem. Trzeba je wymieniać, w lodówkach średnio co dwa lata. Czas zatrzymany w polu rekompensuje się anomalią w płycie. Jest to niebezpieczne, do pewnych granic. Płyta musi być w swojej objętości niemal idealnie czysta. Gdy czas w lodówce wynosi zero, w płycie zbliża się do nieskończoności. Oczywiście entropia nie może przyjmować takich współczynników, toteż nigdy nie uda się stworzyć idealnego pola czasu stojącego. Takiego jakie znacie z podręczników. Oczywiście można się zbliżyć do tego poziomu, ale w pewnej chwili staje się to groźne. Jeśli czas i entropia zbliżają się do nieskończoności to wyobraźcie sobie co dzieje się z płytą.

— Węgiel jest dość stabilny — zauważyła Sumiko.

— Sama powiedziałaś, że dość stabilny. W rzeczywistości węgiel po upływie czasu zbliżonego do nieskończoności zamieni się w inny pierwiastek. Dwa lata jakie upływają do zmiany płyty wychwytującej oznaczają przejście co najmniej pięćdziesięciu procent węgla w supermasywny pierwiastek o liczbie atomowej 239. Jest on jednocześnie niemal nieskończenie stabilny.

— A gdyby podgrzewać go dalej? — zaciekawił się Pawło.

— Zapadnie się w samego siebie tworząc czarną dziurę na poziomie kwantowym. Taka czarna dziura będzie prawie nieszkodliwa, póki będzie połykać pojedyncze cząstki elementarne. Z chwilą jednak gdy zabierze się za atomy staje się śmiertelnie niebezpieczna, bo przy odpowiednio długim czasie wzrostu wessała by w końcu całą ziemię.

Ktoś gwizdnął.

— To po co nam to świństwo? Nielepiej obywać się bez lodówek?

— Och jest na to sposób. Przy zastosowaniu odrobiny antymaterii można dziurę przebiegunować uzyskując małe źródło materii w postaci różnych pierwiastków.

— Skąd ty to wszystko wiesz? — zaciekawiła się Damao.

Założyła nogę na nogę. Patrzył przez chwilę w zadumie na jej opaloną łydkę, która wysunęła się spod kimona.

— Przeszedłem specjalny kurs — powiedział wreszcie z ociąganiem. Widać było, że nie chce kontynuować tego tematu.

— A anomalia? — zapytał Pawło.

— Och to proste. Podobnie jak z czasem zasada ma się także z materią. Wyobraźcie sobie na początek teleportację. Ciało znika z punktu A by pojawić się w punkcie B. Natychmiast. A ściślej mówiąc nawet jeszcze szybciej.

— To znaczy?

— Wyobraźcie sobie punkt w przestrzeni. Nazwiemy go punktem tu i teraz. Zajmuje tylko jedno miejsce w przestrzeni. Narysujmy go. Przechodzi przezeń oś czasu Oczywiście punktów takich są tysiące i miliardy. Każdy jednak jest gdzie indziej. To że znajdujemy się w tym punkcie zależy od upływu czasu, bowiem jego oś, ta indywidualna dla nas znajduje się właśnie tutaj.

Kiwnęli głowami.

— Jeśli teraz zastanowimy się jak będzie wyglądała nasza podróż w przestrzeni z szybkością światła to uzyskamy taki stożek — Narysował. Rys 2

— Dlaczego? — dziwiła się Damao. — Nie możemy przemieścić się do sąsiedniego punktu bardziej płasko?

— Nie. Ogranicza nas szybkość światła. Zanim się tam znajdziemy upływa czas. Stąd oś czasu niejako ściąga nas do tyłu. Stożek jest zresztą symetryczny względem poziomu przestrzeni. Pod spodem jest taki sam stanowiący sumę ruchów które zbudowały dla nas punkt tu i teraz i sprawiły że się w nim znajdujemy.

— Zaraz, a nasza oś czasu?

— Oś jest związana z punktami przestrzeni, a nie z nami.

— Dobrze — powiedziała Damao. — Nie jesteśmy fizykami. Musimy wierzyć ci na słowo. Ale czy oś czasu ulegnie zakrzywieniu. Jeśli spowolnimy czas?

— Następuje deformacja stożka i jego otocznia. Oś wychyla się w bok. Stożek niejako kładzie się. Jeśli zwolnimy maksymalnie wychylenie będzie prawie tak duże by przejść pod poziom przestrzeni.

Rys 3

— Podróż w czasie? — zdumiał się Pawło.

— Trochę coś takiego. Anomalia. Jeśli czas się zatrzyma, stożek dla punktu i teraz ulega zawieszeniu w czasie nieciągłym. Dlatego występują anomalie. Czas obmywa stożek wokoło, a nie wykorzystana entropia skupia się w jednym miejscu. Ale na podróże w czasie jest też inna metoda — narysował.

— Ciało osiągające prędkość nadświetlną tak jak w czasie teleportacji w stożku osiąga taką drogę — narysował. — W chwili przekraczania szybkości granicznej dla ekspansywności stożka następuje wyrzucenie go poza stożek.

Rys 4!!!!!!!

— Znajdzie się poza czasem?

— Miejsce poza czasem nie istnieje. Ciało wyskoczy poniżej. Potem wróci do osi czasu.

— Zaraz przecież jedno już tam jest!

— Oczywiście. Ten człowiek dokonał teleportacji gdzieś na ziemi. A ściślej dokona jej za kilka minut. Tymczasem jego drugie ciało znalazło się tutaj. Przez chwilę było ich dwu w jednym czasie.

— Jeśli było ich dwu to na logikę gdzieś nie powinno być ani jednego.

— To nie tak. Widzieliście, on szedł może dwadzieścia sekund od chwili rzucenia zegarka. Szedł w kierunku stycznym do osi czasu. Dlatego na zegarku upłynęło jedenaście dni. Dla niego zapewne kilka sekund...

— Szedł jakby miał kilo gówna w gatkach — zauważył Mykoła.

— On szedł szybko. My znajdowaliśmy się w innym strumieniu czasu w pozycji mniej stycznej do jego ruchu. Nam się wydało, że wolno. W rzeczywistości jego ruch był jeszcze ciągle ruchem podświetlnym. To proste. Paradoks Einsteina. Zwiększamy szybkość i nasze subiektywne poczucie czasu nie zwalnia. Ale ten kto nas obserwuje z boku widzi, że my sami poruszamy się coraz wolniej. Gdy Stary Prezydent leciał do Proksimy Centauri upłynęło dla niego kilka lat. Wracał w polu czasu stojącego, więc czas nie płynął dla niego wcale.

— To dziwne — powiedziała Damao. — Nie opublikował nigdy nic z tego co znalazł na Proksimie. A przecież chociażby to pole... Może dostał je od jakiejś tamtejszej cywilizacji?

Pomysł był tak absurdalny, że wszyscy się roześmieli.

— Damao — powiedział Tomasz. — Nasze sondy, a ściślej rzecz biorąc sondy Starego Prezydenta badają osiemdziesiąt układów planetarnych w promieniu dwustu lat świetlnych. Nigdzie nie ma nawet życia o cywilizacjach nie wspominając. Dlaczego już na Proksimie miałby taką znaleźć?

— To Prezydent twierdzi, że ich tam nie ma. Może kłamać.

Twarz Miszczuka lekko stężała.

— On? Kłamać? Może co najwyżej nie mówić całej prawdy. A to co innego.

Odwrócił się i poszedł do swojego namiotu. Szedł szybko jakby zaczął się spieszyć. Wszedł do środka ale nie zapalił światła. Namiot pozostał ciemny jak wcześniej. Zamknął za sobą klapę na suwak.

— Chyba obraziłaś naszego patriotycznie nastawionego kolegę — powiedział Pawło.

— No co ty.

Niebawem wszyscy rozeszli się do namiotów. Teoretycznie mieli iść spać, ale było jeszcze całkiem wcześnie.

XI

Nodar opuścił lornetkę i zamyślił się poważnie. Żółtki. Wszystko żółte. Ale nie do końca. Widywał też ludzi o domieszce krwi białej. Gdzieniegdzie migały mu jasne włosy. Zamyślił się.

— Chyba trzeba będzie się przespacerować — powiedział sam do siebie. —Żeby się rozpatrzyć i w ogóle.

Wstał, otrzepał swój kombinezon i przyjrzał mu się krytycznie. Ubiór był nieskazitelnie biały, tylko suwaki przy kieszeniach miał czerwone. Nie wyglądał specjalnie ekstrawagancko.

— Może ujdzie w tłumie.

Przelazł niski murek i zeskoczył na biegnącą dnem wyschniętego kanału ulicę. Ruszył jej brzegiem starając się wyglądać jak ktoś kto idzie w ściśle określonym kierunku. Kawałek za Żurawiem, tam gdzie kiedyś był budynek muzeum archeologicznego wspiął się po schodkach na byłe nabrzeże. Postanowił przejść przez miasto i sprawdzić czy coś zostało z dworca kolejowego. W razie gdyby zostało chciał włączyć się do sieci informacyjnej i poszukać gruzińskich przedstawicielstw wojskowych i dyplomatycznych. To wydało mu się dobrym pomysłem. O ile dworzec nadal istnieje. O ile istnieją sieci informacji turystycznej jeśli są bezpłatne. Cały czas prześladowało go ponure podejrzenie że Azjaci idąc na Europę starli Gruzję z powierzchni ziemi. W miejscu na którym stał niegdyś budynek leżał potężny głaz narzutowy. W kamieniu wykuto jakiś napis. Napis wykuty był cyrylicą.

Pamięci polskich archeologów poległych w globalnym konflikcie.

Napis był w języku polskim. Polszczyzna była w sumie identyczna jak w jego czasach.

— Waj me! — szepnął do siebie po gruzińsku.

Ruszył śmiałym krokiem prosto przed siebie chodnikiem wyłożonym granitową kostką. Kostka była wypolerowana jak lustro, a potem przebieżnikowana. Wyglądało to nawet całkiem ładnie. Minął pierwszego człowieka. Ten nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. Nodar zastanawiał się przez chwilę, a potem odpruł naszywkę z napisem POF i schował ją do kieszeni. Skoro tu używano cyrylicy może nie należało się narażać.

— Najweselej będzie jeśli takie kombinezony noszą tu niewolnicy i zaraz mnie zwinie jakiś patrol — wymyślił koszmarny dowcip.

Szło mu się bardzo dobrze. Ciepłe czerwcowe powietrze owiewało mu twarz. Minął go dziwny pojazd. Coś w rodzaju motocykla, ale najwyraźniej na poduszce powietrznej albo grawitacyjnej. Zauważył, że jadąca nim dziewczyna miała nogi przypięte skórzanymi paskami do osłony. Zamyślił się. Nie wyglądała na uwięzioną. Ten detal zapewne miał zwiększać bezpieczeństwo jazdy tak jak pasy w samochodzie. Minęły go dwie dziewczyny w kimonach z parasolkami. Zaraz potem natknął się na ławeczkę i kosz na śmieci. Był doskonale wyszkolonym wywiadowcą i teraz nie namyślał się ani chwili. Usiadł na ławeczce i wykorzystując że nikogo nie ma w pobliżu zajrzał do kosza. W koszu leżały jakieś uschłe gałązki zapewne zmiecione z chodnika, obcas od sandałka oraz pieluszka jednorazowa. Zauważył, że nie ma ani śladu niedopałków. A potem spostrzegł gazetę. Tego właśnie wypatrywał w koszu, ale ona znajdowała się w estetycznym koszyczku umocowanym z boku ławki.

— Aha — powiedział sam do siebie.

Zaczął się zastanawiać jakie kary mogły grozić za przywłaszczenie sobie gazety i doszedł do wniosku, że lepiej będzie jeśli przejrzy ją tylko, a potem odłoży na miejsce. Tak było bezpieczniej i uczciwiej. Rozłożył ją ostrożnie. Nazywała się zupełnie zwyczajnie Gazeta Wyborcza. Biorąc pod uwagę ilość czasu jaki upłynął naprawdę go to zaskoczyło. Na pierwszej stronie czernił się wielkimi literami tytuł.

Destrutox nadal groźny

Wczytał się w treść. Wynikało z niego że gdzieś z jakichś starych warstw wydzielały się opary tego czegoś i spowodowało to skażenie. Koordynator obiecał natychmiast się tym zająć. Reszta gazety wypełniona była informacjami kulturalnymi. Zdumiało go to.

— Czyżby Polacy przestali zajmować się polityką? — zdziwił się. Minęły go dwie starsze kobiety rozmawiające ze sobą. Wsłuchał się w ich głosy. Rozmawiały o metodach wybielania firanek, ale mówiły normalnie po polsku, choć z dość zabawnym akcentem. Oddalały się powoli. Patrzył na chryzantemy zdobiące ich kimona i doszedł do wniosku, że skoro Polacy są rasą żółtą to nie wykluczone że przestali zajmować się polityką. Dotarł do części gazety poświęconej wiadomościom ze świata. Rozruchy na tle religijnym w Wielkim Kongo. Biały wódz nie zechciał zmartwychwstać więc stu młodzieńców postanowiło popełnić rytualne samobójstwo dla oczyszczenia świętej ziemi rosyjskiej z grzechu.

— Rosjanie w Kogo? — zdziwił się.

Nie było to takie wykluczone. Misja glacjologiczna z uniwersytetu w Vancouwer przeprowadziła pomiary liczebności fok na Antarktydzie. Przerzucał dalej strony szukając czegoś ciekawego. I nagle znalazł. Serce zabiło mu tak mocno że bał się że nie wytrzyma.

W dniu dzisiejszym o godzinie osiemnastej w auli Uniwersytetu Narodowego w Gdańsku odbędzie się otwarcie wystawy niepublikowanych zdjęć z Proksimy Centauri udostępnionych przez Starego Prezydenta.

Proksima Centauri. Proksima! Stary Prezydent. Paweł Koćko. Wróg. Serce podskakiwało mu nerwowo. Zboczeniec który porwał jego Łamarę. Zacisnął zęby. Wszystko sobie przypominał. Krok po kroku. Konkurs piękności urządzony przez tych bydlaków z Rady Ocalenia Gruzji. Łamara wygrała i zniknęła, a następnego dnia dowiedzieli się że prezes POF obiecał dostawy bezpłatnej energii elektrycznej dla Gruzji przez sto lat. Dotarł bardzo wysoko, sam premier Gruzji powiedział mu żeby nie szukał swojej ukochanej, bo się to dla niego źle skończy. Ale wtedy jeszcze nie przypuszczał. Nie skojarzył. Myślał o nielegalnych haremach tych z rady, a potem wojsko wygrało wybory i powiesili tych sukinsynów po kolei. Nawet wdrożono śledztwo w sprawie jej zniknięcia. Ale nie udało się. Pięć lat później powtórzyła się ta sama historia. Armenia urządza konkurs piękności. Laureatka znika bez śladu kraj dostaje darmowe dostawy elektryki. Wtedy zrozumiał. Zaciągnął się jako nadzorca ogniw do POF...

Zamknął oczy. A więc wrócił. Stary Prezydent. Zawsze miał manię wielkości. Nazywał się prezesem, Prezydentem, te określenia wypierały jego nazwisko z oficjalnych komunikatów. Wszystko się zgadzało. Za wyjątkiem czasu. Musiał mieć jakieś problemy po drodze. Nodar wstał z ławki. Złożył z szacunkiem gazetę i umieścił ją na miejscu. Jednocześnie przeszedł metamorfozę. Już nie był człowiekiem bez imienia i nazwiska. Zdobył nową tożsamość. Nazywał John Smith, magistrant uniwersytetu w Vancouwer. Przyjechał tu specjalnie po to aby zobaczyć wystawę, którą otworzą za dwie godziny w auli Uniwersytetu Narodowego. Wstęp wolny. Ruszył alejką. Niebawem dotarł do skrzyżowania z kolejną. Ta była szersza i szło nią więcej ludzi. Ruszył w lewo i po chwili dotarł do kolejnego znajomego miejsca. Ogrodzone estetyczną barierką wznosiły się z niego ruiny wykonane z czerwonej cegły. Cegła była jakby rozlasowana ale kształt można było jeszcze odczytać. Obszedł budowlę i znalazł się przed kamiennym portalem.

— Katedra — mruknął sam do siebie.

Obok znajdował się terminal komputerowy umieszczony w czymś w rodzaju budki telefonicznej. Symbol informacji nie zmienił się od czasu gdy dawno, dawno, temu wałęsał się po Gdańsku jako członek gruzińskiej misji wojskowej. Wszedł do budki. Terminal pracował wyświetlając logo w postaci dobrze mu znanego pomnika Neptuna ale dworu Artusa za pomnikiem nie było. Kliknął na klawiaturze.

— Informacja turystyczna. Proszę zadać pytanie — odezwał miły choć niewątpliwie syntetyczny kobiecy głos.

— Proszę o wyświetlenie mapy z zaznaczeniem budynku mieszczącego Aulę Uniwersytetu Narodowego.

Komputer posłusznie spełnił jego żądanie. Wydobył z kieszeni notes i narysował sobie mapkę.

— Proszę o nałożenie na ten plan siatki ulic z dwudziestego pierwszego wieku.

Siatka została nałożona. Uniwersytet znajdował się niemal dokładnie tam gdzie kiedyś był dworzec kolejowy. Zamyślił się. Skoro już tu był mógł od razu wyjaśnić kilka spraw.

— Proszę o podanie informacji gdzie znajduje się najbliższa placówka dyplomatyczna lub wojskowa Gruzji.

Komputer przez chwilę migał ekranem poczym wyświetlił znak zapytania.

Wyrobionym setki lat temu zmysłem Nodar poczuł że coś jest nie tak. Rozejrzał się uważnie, ale w budce nie było kamer. Chyba że zdołali je do tego stopnia zminiaturyzować że nie mógł ich znaleźć. Wolał nie ryzykować. Wymknął się z budki i ruszył niezbyt szybkim, ale pewnym krokiem przed siebie. Przy murze pagody zatrzymał się i obejrzał. Przy porzuconej budce nie kręcił się nikt podejrzany. Nadal było spokojnie i tylko jakaś szkolna wycieczka zatrzymała się przy ruinach katedry. Ruszył w strone Uniwersytetu. Po drodze wykonał kilkanaście sztuczek dla sprawdzenia czy ktoś go nie śledzi. Nie, wykluczone. Nikt nie szedł za nim. Ale mimo to nie opuszczał go niepokój. Mogli wysłać za nim małe pełzające elektroniczne gówno z oczkami — kamerkami, wielkości dżungarskiego chomika. Mogli wysłać mewę z odrutowanym mózgiem i wszczepioną kamerą. Mogły go śledzić automatyczne kamery zainstalowane na dachach domów. Komputer nie wiedział gdzie można znaleźć gruzińskich dyplomatów. Może nawet nie wiedział co to jest Gruzja. Czy powiadomił kogoś? A jeśli tak to co? A może jakiemuś kagiebiście o ile mają tu takich, a mają na pewno tyle że pewnie nazywają się inaczej wyda się podejrzane, że ktoś chciał się koniecznie dowiedzieć czegoś o dyplomatach kraju, który może nie istnieje. A może Polska wręcz toczy wojnę z Gruzją? Niespodziewanie znalazł się przed aulą. Z dworca nie zostało nic. Nawet ślad. Wmieszał się w gęstniejący tłumek ludzi. Nikt nie zwracał uwagi na jego strój. A może zwrócili i ktoś już meldował gdzie trzeba? Myśli gryzły go nieznośnie.

XII

Kiedyś to miejsce nazywano Sycylią... Było wówczas domem włoskiej mafii. A teraz nie było mafii. Nawiasem mówiąc nie było także Włochów. Wyginęli. Wymarli zupełnie jak dinozaury. Zanim wymarli rozpętali wojnę światową, bodajże szóstą z kolei. Zakończyli swoje istnienie pod gradem bomb wodorowych a ich niedobitki zostały nieco później rozeptane sandałami serbskich legionów. A potem Serbowie też wyginęli. Na plaży pokrytej delikatnymi muszlami zmaterializował się ten którego znano jako Tomasza Miszczuka. Rozejrzał się i wówczas zobaczył tego drugiego. Na czole tamtego wyraźnie lśniły inicjały i numer. Oświetlił swoje czoło. Miał na nim podobne oznaczenia.

— Biały Nil — przedstawił się agent.

— Człowiek z Góry Bólu — odpowiedział Miszczuk. — Namierzyłeś go?

— Tak. Pcha interwał czasowy. Będzie tu za kilka minut. Nie mam łączności z platformą.

— Może sobie poradzimy?

— Prezydent nie będzie zadowolony.

— On nigdy nie jest zadowolony.

Dziwny student sięgnął do torby i wyjął mały aparat nadawczy. Przewód od lapopa wcisnął sobie w złącze na skroni. Ustawił dwie antenki nadajnika i pokręcił gałką..

— Połączenie mocy? — zapytał.

Biały Nil skinął głową. Odczepił od swojego moduł zasilający. Spięli je razem i nadali sygnał kontrolny. Niemal natychmiast nastąpił delikatny zielony rozbłysk i obok nich pojawiło się holo starego człowieka z patrialchalną brodą ubranego w dziwny mundur. Na głowie miał białą furażerkę.

— Wrogowie posługujący się teleportacją muszą zostać zniszczeni — powiedział. — To wasze zadanie. Ja będę interweniował jedynie w skrajnej konieczności.

Zniknął. Biały Nil był pod wrażeniem.

— Drugi raz w życiu widziałem go na własne oczy — szepnął.

— No to jesteśmy szczęśliwsi niż cała reszta ludzkości.

Zegarek Miszczuka zapiszczał. Odbezpieczyli pistolety laserowe. Powietrze zadrgało i w mroku zabłysła niespodziewanie kula światła. Stał w niej stary człowiek w przepasce na biodrach. Zakłócenie czasoprzestrzeni wycięło z rzeczywistości kilka metrów sześciennych i zastąpiło je czymś innym. Człowiek stał na zielonej łące, która dziwnie nie pasowała do otaczającej ich plaży pokrytej tufem wulkanicznym. W dodatku tam był dzień.

— Projekcja z Ameryki Południowej — powiedział student.

— Dlaczego tak sądzisz?

— Popatrz na te krzaki. To koka. Czas dla niego biegnie wolniej. Dużo wolniej. I jest kiedy indziej.

Wyjął z torby cyfrowy aparat fotograficzny i wykonał kilka zdjęć.

— Nie damy rady go dziabnąć? — zapytał agent.

— Spróbujemy.

Wyjął laptopa i wystukał jakiś kod. Powietrze zafalowało. Człowiek w bąblu zdał sobie sprawę z ich obecności bo zaczął odwracać się w ich stronę. Granice bąbla rozmyły się światło przygasło. Wystrzelili ale promienie rozmyły się na granicy stref. Człowiek zaczął majstrować coś przy puszce po piwie którą miał zawieszoną na rzemieniu przy pasie. Teraz był trochę szybszy niż oni.

— Ręka za krótka panowie kapusie — powiedział w języku esperanto. Mówił odrobinę za szybko. — Przekażcie swojemu szefowi że wkrótce dobiorę mu się do tyłka.

Niespodziewanie przez jego ciało przebiegać zaczęły delikatne prążki jak w psującym się telewizorze. Po chwili jego obraz rozpadł się na pasy które falowały i zanikały.

— Fazuje się — syknął Tomasz. — Jeszcze raz.

Wystrzelili. Jednoczenie z nieba spłynęła wielokrotnie silniejsza wiązka. Osmaliła ziemię trawę i krzaki. Nic się nie stało. Zniknął.

— Cholera — zaklął Biały Nil. — Prawie go mieliśmy. Ale to nie była zwykła materializacja jak przy teleportacji prostej.

— Ci buntownicy używają bardzo prymitywnego urządzenia. Ale to nic. Namierzymy ich jeszcze kiedyś.

Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie. Następnie zniknęli. Jedynym śladem tego co zaszło był wypalony krąg popiołu metrowej średnicy. Wiatr uniósł na chwilę w górę zwęgloną gałązkę koki a potem przyszła większa fala i zmyła wszystko do morza. Sycylia była znowu martwa i pusta tak jak dawniej.

XIII

Przed budynkiem mieszczącym aulę kłębił się dziki tłum. Nodar chciał początkowo przecisnąć się jak najbliżej zamkniętych jeszcze drzwi ale po namyśle zrezygnował. Jeśli przyjdzie Stary Prezydent i tenże Stary Prezydent okaże się jego wrogiem Prezydentem Polski Pawłem Koćko to lepiej było nie pokazywać mu się na razie. Tłum ogarnęło podniecenie i po chwili ruszył do przodu. Nodar pozostawał nadal z tyłu. Po chwili nadbiegła jeszcze jakaś dziewczyna.

— Zaczęło się? — zapytała w języku esperanto.

Załkało go, ale zaraz przypomniał sobie odpowiedni zwrot.

— Tak.

Minęła go i pobiegła wbijając się tłum klinem. Podniecenie osiągnęło szczyt. Cofnął się i usiadłszy na ławeczce postanowił przeczekać. Fakt, że dziewczyna użyła języka esperanto zaskoczył go ale jednocześnie był dla niego cenną wskazówką. Stary Prezydent był Pawłem Koćko. A przynajmniej prawdopodobieństwo zwiększyło się z pięćdziesięciu do dziewięćdziesięciu procent. Wszyscy pracujący w POF musieli znać język esperanto. Dodatkowo zapisywano ich na kursy i szkolenia w tym zakresie. Prezes był fanatycznym zwolennikiem tego języka choć trzeba powiedzieć że wszystkie piękne i zaszczytne idee, które niósł ze sobą były mu obojętne. Tak wiele rzeczy było mu obojętnych. Dziewczyna zawróciła. Siadła koło niego.

— Trzeba poczekać aż trochę zmniejszy się ten ścisk — powiedziała. — Z daleka?

Chyba była tubylką i chyba na podstawie stroju wzięła go za cudzoziemca.

— Z Vancouwer — powiedział.

Zdawał sobie sprawę że wszedł na kruchy lód. Każde słowo mogło go natychmiast zdemaskować. Ba nawet jego archaiczny akcent mógł go zdradzić.

— Zapewne z enklaw? — zagadnęła.

Speszył się na chwilę. Nie miał pojęcia czym są enklawy.

— Z uniwersytetu — sprostował albo wyjaśnił dokładniej w zależności co chciała z tego wydedukować.

Uśmiechnęła się.

— Co ci się stało z twarzą?

Co miał jej odpowiedzieć? Że był przez setki lat zamrożony?

— Miałem wypadek z oparami destrutoksu — powiedział obojętnie.

— Biedaku...

Nie chciał z nią rozmawiać, ale jednocześnie skądś musiał zdobyć trochę informacji.

— Dziwne że masz tylko numer — powiedziała.

W tym momencie chciał zapaść się pod ziemię. Owszem miał numer wytatuowany na czole farbą widoczną tylko przy podświetleniu ultrafioletem, każdy pracownik POF dostawał taką pamiątkę na całe życie, ale skąd ona o tym u licha wiedziała? I czego oczekiwała w odpowiedzi?

— To tylko tymczasowo — powiedział.

Odprężyła się. Musiał zgadnąć. Co jeszcze miał niby tam mieć? Pytanie jak się dowiedziała o oznaczeniu wróciło. Rozwiązanie pojawiło się natychmiast. Słyszał, że Polscy szpiedzy mają oczy wyczulone na odbieranie barw normalnie niewidocznych. Ultrafioletu, podczerwieni. Skoro wtedy można było to zrobić to i dzisiaj nie było to wykluczone. Jego milczenie zostało trochę źle odczytane.

—Źle się czujesz? — zapytała z troską.

— Nie, tylko ten mały zamęt ze zmianą stref czasowych.

Zagrał va banque. Ale na pewniaka. Nie mogli ujednolicić czasu na ziemi. Musieli by zatrzymać jej obrót dookoła własnej osi.

— Trzeba się przyzwyczajać — powiedziała jakby z naganą.

— Trzeba — przyznał jej rację. — Choć z drugiej strony każdy powinien działać w swojej strefie czasowej.

— Nigdy nie da się wykluczyć jakiejś akcji, takiej jak dzisiejsza. Nie spodziewałam się spotkać tu nikogo z naszych.

Nu ładno — pomyślał. — Numer na czole wystarczy żeby być ze swoich.

— Nikt mnie nie powiadomił — powiedział. — Co się stało?

— Robimy ostateczny porządek z koczownikami.

— Przecież mógłbym pomóc.

— Skoro cię nie wezwali to znaczy że dadzą sobie radę sami. Wiem, że z Europy ściągnęli na pustynię chyba wszystkich.

— Widocznie tylko z Europy — powiedział. — Szkoda, bo przydałbym się może do czegoś.

— Może zechcesz mi pomóc? — zapytała. — Nie jesteś tu służbowo?

— Nie, po prostu lubię wystawy.

—Świetnie. Słuchaj, szukam kogoś kto będzie odbiegał wyglądem i zachowaniem od reszty.

— Jakiś psychiczny?

— Nie wykluczone. Widzisz godzinę temu ktoś w budce informacyjnej pytał o drogę tutaj, a potem o Gruzińską misję wojskową.

— Coś podobnego? — zdziwił się. — Chyba jakiś wariat. A po co mu to?

— Może rzeczywiście wariat, a może gość z innej epoki. Trudno powiedzieć.

To nie było kroczenie po cienkim lodzie. To był spacer po skrzydle odrzutowca. Sekundy dzieliły go od runięcia w dół. Rozejrzał się po tłumie pod drzwiami. Wyłowił jednego człowieka, którego wygląd odbiegał zasadniczo od wyglądu reszty widzów.

— Popatrz na tamtego. Według mnie to on odbiega jak diabli.

Dziewczyna popatrzyła.

— Ten łysy w panterce?

— Zupełnie jak starożytny skinhead — powiedział spokojnie.

— Faktycznie dziwnie wygląda.

— Może to on.

Młodzieniec wdrapał się na cokół pomnika stojącego koło wejścia.

— Może go ściągniemy — zaproponował. — Tam chyba nie wolno włazić.

— Powinniśmy zachowywać nasze incognito — powiedziała surowo. — Zobaczymy co zrobi.

— Ja jestem z daleka. Zresztą ściągnięcie go nie będzie miało żadnych następstw w postaci dekonspiracji. Po prostu dwoje praworządnych obywateli zareagowało na wybryk

Chłopak rozwinął nieduży transparent ze swastyką. Nodarowi wydało się że biały kolor jego twarzy jest wynikiem użycia jakiegoś wybielacza, bowiem rysy miał wybitnie dalekowschodnie. Chłopak zamachał nad głową transparentem.

— Europa dla białych! — wrzasnął — niech żyje Polska Narodowo Socjalistyczna Partia Białego Człowieka!

— Ty to zrobisz? — zapytała.

—Ściągnąć?

— Nie, ewakuację!

— Wolałbym...

Nie czekała aż skończy. Wyciągnęła z torby laptopa położyła sobie na kolanach. Wyciągnęła z obudowy kabel.

— Zasłoń mnie — szepnęła.

Zasłonił posłusznie. Odgarnęła włosy i wsadziła sobie końcówkę w otwór na skroni. Wystukała coś szybko na klawiaturze. Głośnik wiszący na latarni kilkanaście metrów od nich zabuczał. Ludzie przerwali szturm i odwrócili się przestraszeni. Głośnik przemówił surowym ludzkim głosem.

— Regulamin Pobytu Na Planecie Ziemia punkt czwarty — zagrzmiał. — Każdy kto prowadzi działalność, usiłuje poprowadzić działalność, szerzy ideologię bądź usiłuje szerzyć ideologię faszystowską, socjalistyczną, komunistyczną lub anarchistyczną....

Ludzie milczeli. Chłopak ze swastyka biegł rozpaczliwym galopem w kierunku pobliskiej pagody. Był już w połowie pustego placu.

— ...podlega karze Ewakuacji niezależnie od okoliczności — dokończył głośnik.

Wszyscy milczeli. W ciszy rozlegały się tylko werble stóp uderzających w granitową kostkę. Było tak cicho, że brzęczenie komara wydało się Nodarowi dźwiękiem odrzutowca. Przeczuwał, że zaraz coś się stanie i nie pomylił się. Wokoło chłopaka na ziemi pojawiły się cztery oślepiająco czerwone kropki. Jak celownik. Z nieba uderzyła kolumna światła. Była wielka jak trąba powietrzna. Chłopak wyrzucił w powietrze ręce a potem przestał istnieć. W granicie placu pozostał krąg płynnej skały koloru ciemno wiśniowego. Popatrzył na twarz dziewczyny. Malowała się na niej ekstaza.

— Widziałeś? — zapytała.

W głosie także miała jakąś nieoczekiwaną radość.

— Imponujące — przyznał. — Odczep to zanim ktoś zauważy.

— Masz rację przepraszam, ale to dopiero drugi mój... Trochę się ucieszyłam.

— Przywykniesz — powiedział z uśmiechem, choć miał ochotę ją zabić. — Wchodzimy do środka?

— Nie, chyba pójdę kupię butelkę wina. Urządzę sobie małe studenckie święto, zaproszę kilku przyjaciół jak wrócą z poszukiwań. Może wpadniesz?

— Chyba będę zajęty, ale daj mi na wszelki wypadek numer do siebie.

Zapisała mu na karteczce. Pożegnali się i wszedł do budynku. Nie pozwolił sobie na najmniejszą zmianę zachowania. Nie odetchnął nawet z ulgą. To wszystko razem wymagało jeszcze przemyślenia. Szedł od planszy do planszy i podziwiał zdjęcia. Były znakomite. Dzikie krajobrazy, nieziemskie roślinność. Dziwne zwierzęta pływające w stawkach o szmaragdowej wodzie. Wszystko oświetlone bladym blaskiem czerwonego słońca Proximy. Przy wyjściu dwie dziewczyny w fartuszkach z naszywkami POF wręczały każdemu bezpłatny album z reprodukcjami zdjęć z wystawy w pamiątkowej torbie. Wymknął się i poszedł prosto do dziury w ziemi z, której się wyłonił. Wszedł na chwilę do szaletu publicznego i zbadał swoje ubranie, ale nie wyglądało na to, żeby dziewczyna przyczepiła mu jakąś pchłę. Uspokojony ruszył dalej. Żadne ślady przy dziurze nie wskazywały, żeby ktoś się tu zapuścił. Zamaskował ją kawałem betonu i dopiero potem zszedł do stacji. Wyciagnął z szafy matę do spania i rozciągnął ją sobie na podłodze. Nie zapalał światła. Podłożył dłonie pod głowę i zamyślił się głęboko.

— Pytanie, które zadałem systemowi spowodowało powiadomienie odpowiednich służb — powiedział sam do siebie. — W następstwie tego wysłano dziewczynę żeby się za mną rozejrzała przy auli. Po ziemi chodzą agenci. Podobnie jak pracownicy POF mają na czołach numery i jeszcze coś. Numery są trzy cyfrowe podobnie jak mój. Dziewczyna zidentyfikowała mnie błędnie jako kolegę po fachu... — ziewnął ale zaraz oprzytomniał. — A potem skontaktowała się z kimś kto strzelił do niego z lasera z platformy orbitalnej. Prezydent Paweł Koćko i Stary Prezydent, który wystawia tu swoje zdjęcia są tą samą osobą. Świadczy o tym Proksima, zamiłowanie do fotografii, przecież Koćko robił zdjęcia dla Nacjonal Geografic'a i naprawdę umie to robić. Poskrobał się w głowę.

— Jego agenci wystawiają mu ludzi, a on dokonuje egzekucji. Ludzie specjalnie się tym nie peszą. Innymi słowy totalitaryzm z elementami indoktryncji od małego i tajną kastą tych lepszych. O Gruzji nikt nie słyszał. Aha i jest jeszcze coś co się nazywa Regulamin Pobytu Na Planecie Ziemia. Swoją drogą idiotyczna nazwa. Tak jak jego helikopter Rekin Przestworzy. W sumie to wiem bardzo mało. A przecież muszę jakoś do niego dotrzeć. I oczywiście zabić go jeśli będzie taka możliwość. Dziewczyna napisała raport o przebiegu jak to nazwali ewakuacji i wspomniała zapewne także o mnie. O człowieku z mordą jak po ospie i niekompletnym numerem na czole. Może jak jutro pojawię się na ulicy od razu mnie odstrzelą?

Zapadał w sen ale nim ostatecznie zamknął oczy przypomniał sobie jeszcze jedno. Głośnik na latarni, który odezwał się przed śmiercią chłopaka mówił głosem Prezydenta Pawła Koćko.

XIV

Teoretycznie mieli iść spać, ale było jeszcze całkiem wcześnie. Damao i Sumiko przebrały się w koszule nocne i jeszcze czytały sobie trochę przy świetle małego przenośnego reflektora. Sumiko przeciągnęła się kusząco na swoim łóżku. Damao oderwała wzrok od trzymanej w ręce kartki.

— Ciekawe? — zapytała jej przyjaciółka.

— Takie sobie. Trochę chaotyczna ta bibuła. Piszą tu — potrząsnęła trzymaną w ręce broszurką. — Że Stary Prezydent wysłał na ziemię kilkuset swoich agentów.

— Ah. I jak ich złapać?

— Niemożliwe. Gdy tylko poczują się zagrożeni uciekają na orbitę. Teleportacją.

— I co jeszcze?

— Ich ciała są odporne na zmęczenie, kuloodporne i inne takie. A można ich rozpoznać po tym, że na czołach mają numery widoczne w świetle ultrafioletowym.

Roześmiały się. A potem nagle przestały. Sumiko odezwała się pierwsza.

— Słuchaj czy nie odniosłaś wrażenia...

— On? Tomasz Miszczuk?

— A skąd by wiedział o tym wszystkim? Mówił i wyjaśniał. Przecież sam tego nie wymyślił. A gdzie niby miał się nauczyć? Przecież nie w Gdańsku na uniwersytecie.

— Czekaj. A skąd on się tu wziął?

— Hmm?

— No nie wiadomo co studiował i gdzie? Może w Enklawie Zimbabwe? Tam gdzie ten cały Susłow...

— Czekaj. Próbuję sobie przypomnieć. Ach już wiem. Przyszedł do profesora w zeszłym roku i zapytał czy nie potrzeba mu studenta do pomocy. Pokazał jakieś papiery, coś gdzieś studiował. Chyba w Ameryce Północnej. Może na Terytorium Powierniczym Szczepu Nawajo, albo w Zjednoczonych Koncesjach? W Wydzielonej Strefie Osiedleńczej Vancouwer też jest uniwersytet.

— A może przyleciał teleportacją z platformy orbitalnej.

Zadarły odruchowo głowy. Przez płócienny dach namiotu nie było widać stacji. Wyszły przed. Niebo usiane było gwiazdami. Niewysoko nad południowym horyzontem na orbicie geostacjonarnej wisiała stacja. Z tej odległości wyglądała jak bardzo jasna gwiazda. Nie oddawało to jej niewyobrażalnego ogromu. Walec długi na sześćdziesiąt kilometrów przy trzydziesto kilometrowej średnicy i cały był mieszkaniem jednego człowieka.

— Siedziba Starego Prezydenta — szepnęła Sumiko z nabożeństwem.

Damao była bardziej sceptyczna.

— Może było by lepiej gdyby oddał nam wszystko co tam ma.

Patrzyły jeszcze kilka sekund i właśnie w chwili gdy chciały wejść do namiotu zobaczyły to. Od stacji oderwał się cieniutki jak włos ognisty pręcik i zniknął gdzieś za horyzontem. Po chwili nadleciał drugi, a potem trzeci.

Sumiko pobladła i złapała kurczowo przyjaciółkę za ramię. Schowały się do namiotu i rzuciwszy na jedno łóżko nakryły kołdrą razem z głowami. Trzęsły się ze strachu. Działo się coś bardzo niedobrego jeśli Stary Prezydent użył swojego gigawatowego lasera. A rano dowiedziały się jeszcze o zastrzelonym naziście.

Część 3

I

9 czerwca 2486

Grenlandia stacja Leninino

Profesor Seleźniecki obudził się. Uchylił oczy. Świat wokoło eksplodował zieloną barwą. W jego głowie panował potworny ból. W ustach miał Saharę. Pomyślał sobie że zakaz produkcji i spożywania napojów zawierających więcej niż dwanaście procent alkoholu uchwalony dziewiętnaście lat wcześniej na terenie środkowej Europy był najgenialniejszym aktem prawnym w historii ludzkości. Powoli przetoczył głową po poduszce. Wewnątrz czaszki zachuczało mu coś i poczuł ból jakby jakieś ścierwo toczyło mu tam żywego jeża. Odwrócił głowę jeszcze kawałek i spostrzegł leżącą obok Tatianę. Była goła, zresztą on sam jak mógł stwierdzić był całkiem goły, natomiast nie wiadomo po kiego grzyba w ścianę nad łóżkiem wbity był jego miecz.

— U cholera ale była balanga — powiedział sam do siebie.

Poszedł do łazienki i umieścił troskliwie głowę pod prysznicem. Puścił zimną wodę. Po upływie pół godziny był już w stanie myśleć. Potworny ból osłabł. Wysuszył włosy i ubrał się w kontusz. Gdy wrócił do pokoju dziewczyny już nie było. Uniósł brwi w lekkim zdziwieniu następnie z wysiłkiem wyrwał miecz ze ściany i włożył do pochwy. Przewiesił go sobie przez plecy i ruszył do stołówki. W stołówce siedziała Tatiana. Wyglądała kwitnąco. Profesorowi przeleciało przez myśl coś o tym, że czarni Rosjanie przy każdej nadarzającej się okazji starają się aby ich kobiety zachodziły w ciążę z ludźmi rasy białej co ma w przyszłości doprowadzić do ponownego przerasowienia narodu w kierunku dawnych białych przodków. Ale w tym przypadku raczej nie wchodziło to w grę. Był przecież wybitnie rasowo żółty. Tatiana uśmiechnęła się na jego widok.

— Coś kiepsko pan wygląda panie profesorze — zauważyła.

— Za dużo było tego dobrego.

— Przywyknie pan — uśmiechnęła się. — Dzięki temu napojowi nasi przodkowie podbili północ. Rozgrzewał zamarzających podczas nocy polarnej. Przygotowałam panu śniadanie. Reszta jest już w pracy.

Telewizor w kącie włączył się bez ostrzeżenia. To się czasami zdarzało. Dźwięk trąbki znowu zwrócił ich uwagę na ekran. Pojawił się na nim obrazek przedstawiający orła lecącego na tle potrójnego układu gwiazd. To było godło Starego Prezydenta. Włączyła się muzyka. Była strasznie dziwna. Dopiero po chwili profesor skojarzył co to jest. Dawno temu studiował przez rok muzykologię. To była starożytna pieśń biesiadna o nazwie Lambada tyle tylko że zagrana na skrzypcach. Orzeł powoli rozmył się i oczom telewidzów ukazał się stary człowiek siedzący w fotelu za niezwykle skomplikowaną konsoletą. Człowiek ubrany był w dziwny mundur a na głowie miał białą furażerkę.

— Do narodów planety Ziemia — zaczął bez jakichkolwiek wstępów. Nigdy wcześniej go nie widzieli ale głos i ton jakim wypowiadał każde słowo nie budził najmniejszych wątpliwości. To był ON. — Dzisiaj po raz trzeci zmuszony jestem zwrócić się do was bezpośrednio.

Milczeli zszokowani. Tatiana opuściła kanapkę pod stół. Reszta personelu stacji wchodziła cicho i zajmowała miejsca. Profesor wpatrywał się w ekran chłonąc wzrokiem każdą zmarszczkę na obliczu mówiącego. Stary Prezydent po raz pierwszy pokazał publicznie swoją twarz. Gdy dwieście osiemdziesiąt lat wcześniej przemawiał na forum rady planety i uszczęśliwił ludzkość swoim regulaminem miał na twarzy maskę ze złota wzorowaną na złotej masce Tutanhamona. Stary Prezydent miał około pięćdziesięciu lat, niedużą siwą brodę i ciemne szpakowate włosy, między brwiami dwie pionowe zmarszczki. Usta jego były ściągnięte a oczy patrzyły z wyraźną niechęcią skierowaną jakby do każdego telewidza z osobna.

— Coś mu się w nas nie podoba — szepnęła dziewczyna. — Wyraźnie obrzydzenie go bierze na samą myśl o nas.

Któryś z Rosjan syknął na nią.

— W dniu wczorajszym doszło do kolejnego naruszenia prawa które ustanowiłem tu przed trzystu laty. Miała miejsce nielegalna teleportacja. Sprawcą naruszenia zakazu jest ten człowiek.

Obraz Prezydenta zafalował i ustąpił miejsce postaci wychudłego starca ubranego jedynie w przepaskę na biodrach wykonaną z jansowej szmaty.

— Człowiekiem tym jest były dowódca partyzancki Dziadek Weteran. Nakładam obowiązek na wszystkich mieszkańców ziemi natychmiastowego powiadomienia mnie o miejscu jego pobytu. W razie spotkania należy go zabić. Jednocześnie czynię wiadomym wszem i wobec, że za ukrywanie renegata grozi kara ewakuacji dla ukrywającego oraz jego rodziny i wszystkich osób z nim spokrewnionych do trzeciego stopnia. Domostwo ukrywającego zostanie zburzone. Żadne okoliczności nie będą brane pod uwagę. Przypominam także że od stu dziesięciu lat bezskutecznie czekam na jakiekolwiek informacje o renegacie Susłowie. Skupcie wzrok na ekranie.

Popatrzyli. Ekran rozbłysnął lekko. Informacja została zakodowana w ich mózgach. Stary Prezydent zniknął bez pożegnania. Zjedli w milczeniu. Ból głowy powrócił. Profesor wymknął się ze stołówki i poszedł do laboratorium. O tej porze nie było tu nikogo. Wyjął z szafki dziennik badań i zamyślił się. To co odkryli na razie miało pozostać tajemnicą. Jeśli tak to nie mógł wpisać tu prawdy. W zadumie otworzył zeszyt i wpatrzył się w równe rządki liter hebrajskiego alfabetu. Wreszcie wyjął z kieszeni wieczne pióro i wykaligrafował starannie polską cyrylicą.

Badanie genetyczne Starych odpadków organicznych. 9 czerwca 2486r. Prof. Janusz Seleźniecki.

Umieścił wykonany dnia poprzedniego preparat w obejmie mikroskopu elektronowego i wcisnął kilka guzików. Na ekranie komputera obok pojawił się obraz w znacznym powiększeniu. W skórze dziwnego nieboszczyka istotnie tkwiły jakieś włókna tworzące jodełkowy splot.

— Dziwne — powiedział sam do siebie. — Wsadzili mu to jak tatuaż?

Posługując się mikrochwytakiem i skalpelem ultradźwiękowym wypreparował z trudem jedną nić i przeniósł jej powiększony tysiące razy obraz na sąsiedni ekran. Nić była zbudowana z cieniutkich włókien. Było ich mnóstwo. Splatały się ze sobą. Od centralnego włókna odbiegały cieńsze nitki na boki.

— Co to u diabła może być? — zastanowił się. — Syntetyczne draństwo.

Uruchomił mikrochwytak i wydobył nić z mikroskopu. Była tak cienka że prawie niewidoczna. Włączył analizator i wrzucił ją w otwór percepcyjny. Analizator zamigotał lampkami. Podłączył go kablem z komputerem.

Dokonaj identyfikacji — wpisał a potem nacisnął Enter.

Po chwili na ekranie komputera wyświetlił się trójwymiarowy obraz cząsteczki chemicznej i jej nazwa: Kewlar.

— Kewlar? — zdziwił się profesor. — A cóż to jest takiego ten kewlar?

Nazwa kołatała mu się jakoś w umyśle, ale nie mógł sobie uprzytomnić skąd ją zna. Wyłączył analizator i wywołał słownik związków chemicznych i tworzyw sztucznych Werbkowskiego. Niemal natychmiast wyświetliła się odpowiedź na jego pytanie.

Kewlar — handlowa nazwa poliamidu aromatycznego. Związek tworzy włókna o znacznej wytrzymałości mechanicznej. Używany przy produkcji lin. Związek odkrył i opracował technologię wytwarzania Stary Prezydent.

— Znowu on? — zdziwił się. — A to ciekawe.

Przywykli już do tego. Ktoś wszedł do laboratorium. Podniósł głowę i zobaczył przed sobą Karcewa i jakiegoś drugiego mężczyznę, też najwyraźniej Rosjanina.

— Panie profesorze, to magister Pawło Mitrofanow, panie magistrze, to profesor Janusz Seleźniecki.

Wymienili uścisk dłoni.

— I jak tam się posuwają badania? — zapytał Karcew.

— Hmm — profesor popatrzył niepewnie na nowego gościa.

— Może pan mówić swobodnie, to swój.

— Ten nieboszczyk, którego znaleźliście miał w skórze kewlarowe włókna.

Karcew i gość jednocześnie gwizdnęli przez zęby.

— To mogło mu dać prawie kuloodporność — powiedział przybysz. — Coś jeszcze?

— Na razie jestem dopiero na pierwszym etapie testów.

— Można pomóc?

— Chętnie.

Mirofanow przysiadł się do mikroskopu i zaczął poruszając z dużą wprawą manipulatorami patroszyć próbkę.

— On ma coś dziwnego pod skórą — powiedział. — Wygląda mi to na łącze biocybernetyczne. Wzmacnia mięsień. Z jakiej części ciała to było pobrane?

— Z przedramienia.

Gość wypreparował kawałek tasiemki z włókna. Była inna w kolorze, ale równie cienka jak wypruta wcześniej nić. Umieścił ją troskliwie w analizatorze. I włączył go. Maszyna zabuczała po czym na ekranie pojawił się model cząsteczki. Jednocześnie pod spodem wyświetlił się znak zapytania.

— Nu ładno, tworzywo nieznane nauce — powiedział profesor. — I co z tym fantem zrobić?

— Nic. Na razie zajmijmy się tym co głębiej — wrócił do mikroskopu i dalej z zapałem preparował tkankę.

— Małe naczynko krwionośne — powiedział. — Krew ścięła się ale coś tu jest poza krwią.

Poruszył manipulatorem. Potem zwiększył powiększenie tysiąc razy.

— Do licha — mruknął.

Na ekranie pojawiło się coś w rodzaju kłębka splątanych drucików.

— Co to może być? — zdziwił się profesor Janusz.

— Wygląda mi to na nanotech.

— Nie jestem technikiem.

— Prowadzono przed kilku laty badania nad mikrorobotami, które wpowadzone do krwioobiegu pomagały by podtrzymywać niektóre funkcje życiowe organizmu. Na przykład w razie ustania pracy serca generowały elektrowstrząsy.

— To ciekawe. Czy to wykonalne?

— Jak widać na załączonym przykładzie ktoś o tym pomyślał już przed setkami lat. A nasze badania nie powiodły się.

— Może trzeba było poprosić o pomoc Starego Prezydenta. Pewnie by nie odmówił. To daje pewnie spore możliwości...

— Uściślę swoją wypowiedź. Nasze badania nie powiodły się bo Stary Prezydent zabronił ich kontynuacji. W dodatku wydał zaraz kolejny przepis do regulaminu pobytu na ziemi. Zakazał używania podobnych środków. Ale nawet nie o tym chciałem rozmawiać.

— A o czym? zaciekawił się profesor.

— Ogólnie o tabelach rozpadu połowicznego izotopów oraz o badaniach nad rekonstrukcją niektórych starych technologii.

— Tych, które były niebezpieczne i wydzielały trujące odpady?

— Tych też.

— Zamieniam się w słuch, choć nie wiem w czym mógłbym być pomocnym.

Fizyk uśmiechnął się.

— Słyszał pan o metodzie datowania zabytków za pomocą węgla C14?

— Owszem. Stary Prezydent zabronił jej stosowania twierdząc, że jest mało dokładna.

Pawło Mitrofanow uśmiechnął się po leninowsku.

— Stary Prezydent stwierdza sobie że metoda badawcza jest zła i zabrania kategorycznie jej stosowania.

— Nie zła ale mało dokładna — zaprotestował profesor.

— Proszę bardzo. Metoda badawcza jest mało dokładna. I dlatego nie wolno jej stosować. Pod karą śmierci. A co zaproponował w zamian?

— Tabele typów ceramiki i szkła dla...

— No właśnie. A co będzie jeśli znajdziecie szkło w cudowny sposób ocalałe przed destrutoxem, takiego kształtu jakiego oni notują kable? Albo jeśli trafi wam się garnek będący jednorazowym przebłyskiem pijackiego geniuszu miejscowego garncarza?

— Hmm.

— No właśnie. Trzeba mieć metodę. Skoro Prezydent zabronił to możliwe że miał coś do ukrycia.

— To znaczy?

— Czas. Czas jest bardzo dziwną rzeczą. Kiedyś dawno temu zanim zabronił metody radiowęglowej udało nam się zrekonstruować tą starą technikę datowania surowców organicznych za pomocą mierzenie śladowych ilości radiowęgla C14. Potrafimy już określić jego ilość z odpowiednią dokładnością. Ale wyniki uzyskane są dziwne i obawiam się że całkowicie nieprzydatne. W każdym razie w oficjalnej archeologii.

— Proszę opowiedzieć. To bardzo ciekawe.

— Okres połowicznego rozpadu radiowęgla wedle naszych obliczeń wynosi pięćdziesiąt tysięcy lat. Stary Prezydent poproszony o uzupełnienie danych z archiwum ludzkości podał czas rozpadu na dwieście dziesięć tysięcy lat. — Rozejrzał się nerwowo i zniżył głos do szeptu. — On kłamał.

Brwi profesora uniosły się do góry.

— Odczytaliśmy wynik Dla kawałka drewnianej belki z kampanii wykopaliskowej prowadzonej przez profesora Krucia dwanaście lat temu, na terenie Niezależnego Terytorium Powierniczego Rasy Białej na południu Afryki. Kopał tam miasto z końca dwudziestego pierwszego wieku. Wedle naszych obliczeń belka ma pięć tysięcy lat.

Profesor gwizdnął cicho.

— Niemożliwe. Słyszałem o tych wykopaliskach bo ktoś zginął w wykopie. Były bardzo dobrze datowane znaleziskami monet. Ile lat miałaby wedle Prezydenta? Gdyby podstawić wartości podane przez niego?

— Bagatelka Pięćdziesiąt osiem tysięcy lat z ogonkiem.

— Co pan sugeruje?

— Kłamie. Z jakiegoś powodu kłamie. Chciał zniekształcić wyniki. Ale pomylił się. Podał nam czas czternastokrotnie dłuższy zamiast czternastokrotnie krótszego. Wówczas datowanie pasowało by idealnie. Trzysta lat.

Profesor pobladł lekko.

— A jeśli?

— To minęło bagatela prawie pięć tysięcy. W ciągu pięciu tysięcy lat nastąpiły by zapewne zauważalne zmiany na przykład w linii brzegowej kontynentów czy mniejszych wysp.

— Ale przecież nie nastąpiły. Oglądałem dwudziestowieczne mapy Europy. Kształt lądu nie zmienił się. Dopiero teraz w miarę podnoszenia się poziomu wody na skutek topnienia lodowców na antarktydzie poziom wody wszechoceanu podniósł się o półtora metra co grozi odcięciem lądowej linii kolejowej z Amsterdamu do Londynu. Na razie sypane tamy...

Gość westchnął cicho.

— Mam wrażenie, że upłynęło więcej lat. Nie pięćdziesiąt tysięcy oczywiście ale około pięciu.

— Niemożliwe. Mapy...

— Mapy dwudziestowiecznej Europy znamy tylko z jednego źródła. Z archiwum Starego Prezydenta. Bałtyk w końcu dwudziestego wieku stanowił już tylko słone rozlewiska. Czy możliwe aby morze skurczyło się tak bardzo w ciągu pięćdziesięciu lat? Przecież jeszcze w czasie drugiej wojny światowej był jeszcze sprawny na tyle że toczyły się na nim bitwy morskie. Proszę nad tym pomyśleć. Jest pan archeologiem. Zostanie pan tu kilka dni?

— Nie, czas wracać. Zostawiłem studentów na wykopaliskach. Muszę zobaczyć czy czegoś nie zbroili.

— Dobrze. Trudno. Ale powiem panu jeszcze coś. Badaliśmy strefy zakazane.

Profesor poczuł chłód na karku. Za to groziła kara śmierci. Gość nie dostrzegając jakie wrażenie zrobił na swoim rozmówcy ciągnął spokojnie.

— Zmierzyliśmy poziom promieniowania na dawnych radzieckich poligonach jądrowych. Jeżeli uwierzyć w bajania Prezydenta o poziomie po wybuchach i czasie rozpadu połowicznego to promieniowanie tam jest zbyt wysokie. Ale jeśli przyjąć, nasze dane odnośnie czasów rozpadu i zestawić z datami wybuchów to promieniowanie jest zbyt niskie.

— Znowu czas?

— Tak.

— Badaliście wszystkie strefy zamknięte?

— Nie, ale o tej na południe od dawnego Sztokholmu krążą dziwne opowieści.

— Hmm?

— Opowieści o światłach wznoszących się nocami do góry. I o puszce po czymś. Wykonanej z niezniszczalnego tworzywa i pokrytej napisami w alfabecie posiadającym wbudowany klucz fonetyczny. Gdy się na to patrzy dźwięki rozlegają się w głowie.

Profesor popatrzył na gościa.

— Jest pan dysydentem? Członkiem straszliwej organizacji o nazwie Braterstwo założonej przez Sergieja Susłowa zdrajcę ludzkości i tak dalej.

Gość uśmiechnął się lekko.

— Są miejsca gdzie ściany mają uszy. Oczywiście nasi przyjaciele z pewnością nie zainstalowali tu nic takiego, ale wystarczy nakierować na betonowy dach wiązkę promieni ultratachionowych aby otrzymać odpowiedź na swoje pytanie zanim jeszcze padnie.

— Promienie ultratachionowe posiadają ujemny czas istnienia? O ile założymy że istnieją.

— Tak. Najpierw odbierasz wiązkę z informacją, a potem włączasz generator. Co gorsza ich moment styku z naszym czasem praktycznie nie istnieje więc nie da się ich wykryć.

— Jaki interes miałby Stary Prezydent w podsłuchiwaniu naszej rozmowy?

— Nie wiem. Ale to prawdopodobne. Wyjdziemy przed budynek.

Wyszli. Słońce wisiało nisko nad horyzontem, wiał wiatr niosący drobiny śniegu i zmielonego lodu. Mitrofanow uśmiechnął się.

— Jestem dysydentem — powiedział. — I zaproponowałbym współpracę.

Profesor zamyślił się na chwilę.

— Mam żonę i córkę. Do trzeciego pokolenia...

— Tak.

— A czym miałbym się zająć?

Mitrofanow wyjął z kieszeni okulary. Podał je profesorowi.

— Odbierają ultrafiolet...

— Artykuł drugi Regulaminu Pobytu Na planecie Ziemia...

Używanie wszelkich urządzeń emitujących fale świetlne w paśmie ultrafioletu, oraz urządzeń pomiarowych służących do ich pomiarów i wykrywania zakazane zostaje pod karą ewakuacji z planety poprzez odparowanie za pomocą gigawatowego lasera — wyrecytował spokojnie Pawło. — Albo trzecia poprawka do regulaminu. Utrzymywanie kontaktów towarzyskich z osobnikami nie należącymi do gatunku Homo Sapiens zostaje zakazane pod karą ewakuacji. A do tego wyjaśnienie Uzupełnienie. Wszystkich członków grup dysydenckich kierujących swoją działalność przeciwko obowiązującym przepisom i osobie Starego Prezydenta uznaje się za wykluczonych ze zbioru osobników gatunku Homo Sapiens zamieszkujących planetę ziemia. I co z tego?

Profesor zmrużył oczy.

— I co miałbym zrobić?

— Och drobiazg. Włóczy się po naszej planecie spora grupa agentów Starego Prezydenta. Mają wypisane na czołach pseudonimy i numery kolejne. Widoczne w ultrfiolecie, a dokładniej aktywne w ultrafiolecie. Jesli dostosuje się wzrok za pomoca filtra to przy oświetleniu slonecznym widać. I co pan na to profesorze? — Pawło Mitrofanow uśmiechnął się szeroko.

— Oto moja ręka — powiedział profesor wyciągając dłoń.

II

Nodar leżał na trawie koło muru. Nikt się nim nie interesował. Przeglądał w zadumie album otrzymany wczoraj przy wejściu.

— Czego by nie mówić, ten darń świetnie robi zdjęcia — powiedział w zadumie sam do siebie. — Naprawdę umie to robić. Ale był taki jeden który lubił malować a potem było dziesięć milionów ofiar.

Ziewnął. Nie umiał nic wymyśleć. Przed oczyma mimowolnie stanął mu obraz spalonego laserem neonazisty.

— Wygląda na to że znowu jest na wozie, a ja znowu pod wozem — westchnął. — Zalegalizować swój pobyt, wziąć udział w konkursie fotograficznym, wygrać go, cholera nie umiem robić takich ładnych fotek, poczekać aż będzie osobiście wręczał nagrody zwycięzcom i wtedy wbić mu statyw od aparatu prosto w serce. Albo zdetonować granat w kieszeni. Nie, z granatem mnie nie wpuszczą. Ostatecznie prezydent będzie miał jakąś ochronę. Statyw nie wzbudza podejrzeń. Albo nabić statyw dynamitem... Albo wbudować granat w aparat fotograficzny. Tylko skąd mam wytrzasnąć aparat fotograficzny jak nie mam grosza przy duszy i gdzie dowiedzieć się o organizowanych konkursach. Może lepiej zaczaić się i jak będzie wręczał nagrody podjechać tym śmiesznym motocyklem, nawiasem mówiąc wygląda zupełnie tak samo idiotycznie jak te z gwiezdnych wojen, co to po takiej lesistej planecie jeździły takie misie ubrane w szmaty... A więc podjechać takim motorem i obciąć mu głowę szablą... Motor i szablę trzeba będzie ukraść. Ciekawe czy trudno czymś takim jeździć... Technika wygląda na nieźle zacofaną. To nawet łatwo wyjaśnić. Paweł Koćko zawsze bał się urządzeń których zasad działania nie był w stanie zrozumieć... A więc szablą. A może uda się zdobyć coś lepszego.

Przewrócił stronę w albumie. Na zdjęciu widać było roślinę o bardzo błyszczących liściach. W kropli wiszącej na jednym z nich coś się obijało. Wyjął z kieszeni malutką lupkę i przypatrzył się uważnie. W kropli odbijał się człowiek z aparatem fotograficznym i dziwna kupa mięsa z kilkoma mackami. Kupa mięsa wyglądała rozumnie. W jednej macce trzymała flaszkę. Nodar nie był w stanie określić jaka to flaszka ale wyglądała na butelkę szampana Sowietskoje Igristoje.

III

Gdańsk PNTK

Artur Kładkowski przeciągnął się leniwie na łóżku. Popatrzył w zadumie na ścianę. Uczył się. Wyłączył komputer i położył się wygodnie. Nie miał nic do roboty. Zupełnie nic. Obiekt którego śledzenie miał rozpocząć jeszcze nie wrócił z kongresu w Argentynie, a tam zajmowali się nim miejscowi agenci. Laptop zapiszczał. Sygnał alarmowy pierwszego stopnia personalny skierowany do niego. Uśmiechnął się lekko i wyciągnąwszy kabel z obudowy wsadził go sobie w gniazdo na skroni. Rozpoznał głos Starego Prezydenta.

— Wielki Murze, mam dla ciebie zadanie.

— Tak jest.

— W Gdańsku pojawił się człowiek. Ma na czole numer taki jak agenci, ale brakuje inicjałów. Skórę ma pokrytą dziwnym liszajem. Ubrany był ostatnio w biały płócienny jednoczęściowy kombinezon. Zna dobrze polski i esperanto. Uwaga przesyłam portret pamięciowy.

Zacisnął oczy i zęby. Po chwili był pewien, że gdyby kiedykolwiek zobaczył tego człowieka rozpoznał by go natychmiast.

— Szukał Gruzińskiej misji wojskowej. Trudno nam określić w której części miasta aktualnie przebywa ale wczoraj penetrował okolice między żurawiem a uniwersytetem. Masz go złapać. Pozostawiam sobie prawo oceny przebiegu twoich działań.

— Tak jest — powtórzył, ale było to mówienie w próżnię bowiem kontakt został już przerwany.

Artur stoczył się z łóżka i wykonał trzy pompki. Tak dla rozruszania krwi w żyłach. Podłączył się do sieci i wywołał firmę zajmującą się wynajmem lokali. Wynajął dom w pobliżu uniwersytetu, ale bliżej portu. Zapłacił za jeden miesiąc. Wyszedł z akademika. Wsiadł na ślizgacz. Przedstawiciel firmy był już na miejscu. Artur obejrzał sobie wnętrza i zadowolony dokonał przelewu. Pracownik firmy zostawił mu klucze kodowe do wszystkich zamków w domu i wyszedł. Agent działał błyskawicznie. Za pomocą laptopa połączył się z magazynem stacji orbitalnej oraz agentem Człowiek z Góry Bólu, który nadzorował tajne operacje w tej części świata. Po chwili na dachu powiewała Gruzińska flaga wciągnięta na wysoki maszt. Człowiek z Góry bólu skontaktował się z pracującym dla Prezydenta uczonym. Po dalszych dwudziestu minutach bramkę posesji ozdobiła tablica pokryta robaczkami gruzińskiego alfabetu.

MISJA WOJSKOWA KRÓLESTWA GRUZJI.

Kładkowski zainstalował automat powiadamiający przy drzwiach i pojechał ślizgaczem w drugi koniec miasta. W ciągu trzech godzin w centrum Gdańska pojawiło się siedem misji wojskowych królestwa Gruzji, cztery ambasady i dwa konsulaty. Budynki pułapki otoczyły starówkę pierścieniem. Artur usiadł na ławeczce koło szaletu niedaleko żurawia i wyciągnął z kieszeni gazetę. Nie miał nic więcej do roboty. Na razie.

IV

Nodar przeciągnął się leniwie. Z kieszeni wyciągnął nóż. Wpatrywał się przez chwilę w pokryte platyną ostrze. Było zdecydowanie za krótkie. Przymknął oczy. Najlepiej planowało mu się z zamkniętymi oczyma. Człowiek jedzie na takim latającym motocyklu. Jedzie wolno. On Nodar wskakuje na siodełko za nim i przykłada mu nóż do gardła. Facet wciska stopą alarm i po chwili są otoczeni przez setkę gliniarzy. Gliniarze strzelają laserem i zostaje z niego wypalony zezwłok. Albo polewają go ciekłym helem i zostaje z niego zamrożony zezwłok. Ta myśl była mu szczególnie przykrą.

— Ni, to na nic — powiedział cicho otwierając oczy. — Trzeba wymyśleć coś innego...

V

To było sympatyczne miejsce. Iglica Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Na niedużej metalowej kuli z której sterczał grot stało krzesełko. Krzesełko było drewniane, pobrudzone odchodami gołębi i obłaziło z lakieru. Odchody były sztuczne, bo prezydent nie lubił gołębi i przyjął z dużą ulgą wiadomość że wyginęły. Czasami z innych segmentów przedostawały się tu wiewiórki, ale nie spędzały tu z reguły dużo czasu. Nie było tu absolutnie nic co nadawałoby się dla nich do zjedzenia. Czasami któraś po wejściu na płaszczyznę przedstawiającą widok miasta z wysokości stu pięćdziesięciu metrów, dostawała zawału serca i zdychała. Trochę go to martwiło, bo zawsze lubił wiewiórki a w każdym razie lubił je bardziej niż ludzi. Wokoło rozciągała się oszałamiająca panorama Warszawy, tej z drugiej połowy dwudziestego pierwszego wieku. Ulicami tam na dole sunęły grawitobusy, a tłumy ludzi uwijały się jak mrówki wokół mrowiska. Krzesło znajdowało się zaledwie metr nad podłogą. Dawno dawno temu, gdy prezydent powrócił, okazało się ze Pałac Kultury został rozwalony. Trafiła go bomba termitowa podczas dziewiątej światowej. Ale on lubił tą budowlę więc postarał się odtworzyć na podstawie archiwaliów, może nie doskonałą kopię, ale doskonałą namiastkę. Kiedyś bardzo bawiło go skakanie w dół. Kładł się na podłodze a komputery uruchamiały obraz i mógł podziwiać jak ziemia zbliża się z przerażającą szybkością a potem spod jego ciała wycieka bardzo dużo krwi, prosto na chodnik. Komputer wyświetlał wówczas hologramy jego byłych wpółpracowników. Otaczali jego ciało, a ich twarze wyrażały smutek. Parskał wówczas śmiechem. Chciało by się.

Wiały tu dość paskudne wiatry, ale jeśli chciał mógł je wyłączyć. Zapikał pager. Ktoś chciał się z nim skontaktować ale nie wiedział gdzie jest. Wcisnął guzik podając mu dokładny namiar. W ułamek sekundy później zmaterializował się koło niego ten sam X'htla z którym rozmawiał w cytadeli. Tym razem przemodelował nieco swoją twarz i tylko w ogólnych zarysach przypominał cara. Jego oczy stały się jak u wszystkich przedstawicieli jego rasy jednolicie czarne. Zmaterializował się na podłodze i odruchowo spojrzał pod nogi. Należał do rasy nieulękłych wojowników i zdobywców przestrzeni kosmicznej, toteż prezydent Koćko omal się nie posikał ze śmiechu, słysząc obłędny skowyt, jaki wydał jego gość. Pstryknął jednak przełącznikiem niwecząc obraz miasta pędzącego do góry. Zmaterializował z powietrza krzesło i podsunął je przybyszowi. Gość usiadł ciężko i chyba usiłował się uspokoić. Koćko zmaterializował miedzianą czarę wypełnioną czymś co wyglądało jak ropa naftowa zmieszana z towotem. Gość wypił zawartość czary kilkoma dużymi łykami.

— Nie za dużo fluorosilikonów? — zapytał z udaną troską gospodarz.

— W porządku — powiedział gość. — Już mi przeszło.

— Zapewne przybył pan tu z oficjalnym wypowiedzeniem wojny? — zagadnął Koćko nie wychodząc z roli uprzejmego gospodarza.

— Dokładnie tak ale chcę zaproponować coś innego. Rozwiązanie pośrednie.

— Wobec tego zamieniam się w słuch.

— Ta planeta przeżyła już wystarczająco dużo wojen. Zniszczenia będące skutkiem tych ostatnich były najpotwornieszą jatką w całej poznanej części kosmosu.

— Tym razem zapewne będzie podobnie. Ludzie z Ziemi potrafią walczyć za swoją wolność.

Gość zamachał rękami.

— Przecież nie o to chodzi. Edonici przeprowadzili analizę pańskich prądów mózgowych podczas przekazywania ultimatum rady. Utrzymanie dotychczasowego statusu jest dla pana jedynie sprawą honoru.

— W zasadzie tak.

— Nasza propozycja jest następująca. Zamiast toczyć walkę rasa przeciw rasie proponujemy pojedynkę dwu wybranych osobników obu ras. Były precedensy w waszej historii.

— Hmm?

— Pojedynek polegałby na starciu w przestrzeni wokół planety za pomocą dwu lekkich kutrów pościgowych. Uzbrojenie — konwencjonalne rakiety bojowe. Obaj piloci zabezpieczeni zostaną za pomocą przenośnych pól siłowych. Ten kto zostanie zestrzelony lub w inny sposób wyłączony z walki przegrywa. Wówczas musi podporządkować się zwycięzcom. Czy te warunki są do zaakceptowania?

— Tak.

Gość wyjął z sakwy przy pasie niedużą latającą kamerę i wyrzucił ją w powietrze. Zawisła ponad nimi. Wydobył też dwa dokumenty. Dwie kartki papieru pokryte wyraźnymi drukowanymi literami w języku Esepranto oraz X'thla'txyht.

— Chwileczkę — powiedział Koćko.

Wydobył z torby laptopa i wczepił sobie końcówkę kabla w gniazdo na skroni. Wystukał kombinację klawiszy. Jedno jego oko zeskanowało tekst dokumentu. Mózg rozszerzony o słownik porównał oba teksty. Były identyczne. Rozłączył sprzęg.

— Kiedy?

— Damy panu dwa dni czasu na przygotowanie maszyny.

Podpisał się na obydwu. W dwu językach.

VI

Nieco przed godziną dziewiątą Nodar Tuszuraszwili zasiadł przed lusterkiem w stacji. Delikatnie wykonał nacięcie na czole i spokojnie zdarł spory płat martwej skóry. Ta pod spodem była całkiem dobra. Najwięcej problemów sprawiły mu powieki. Zdzierał z nich kawałkami ale wreszcie i je udało mu się oczyścić.

— Nu ładno — powiedział sam do siebie.

Wyciągnął z szuflady zostawiony tu widocznie przez jakąś techniczkę zestaw kosmetyków i starannie pokrył makijażem czoło. Cofnął się kawałek i popatrzył w zadumie na swoje dzieło. Zamiast chorobliwej siności jego cera nabrała sympatycznego odcienia lekkiego brązu typowego dla białego człowieka, który większość czasu spędza na świeżym powietrzu. Uśmiechnął się i włączył lampę ultrafioletową. Na jego czole nie pojawił się najmniejszy ślad. Nic nie przebijało przez makijaż. Wybielił sobie brwi na kolor jasnosłomkowy. Przy jego ciemnych włosach wyglądały odrobinę dziwnie, ale całkiem naturalnie. Podgolił je nieco aby stały się cieńsze. Założył staromodne okulary przeciwsłoneczne. Jak mógł zaobserwować wczoraj prawie nikt ich nie nosił ale widział kilka przypadków. Nie będzie się wyróżniał z tłumu. Zjadł kilka deko cukru i popił wodą. Na dzień dziesiejszy wyznaczył sobie dwa zadania. Po pierwsze ustalić jak odbywa się tu handel, po drugie zdobyć walutę i za jej pomocą coś do jedzenia. Wreszcie uznał że zamaskował się wystarczająco. Przyoblekł się w gabliję wyprodukowaną z dwu jedwabnych prześcieradeł wygrzebanych w szafie. Nie miał pojęcia skąd one się tam wzięły. Chwilami wydawało mu się, że stacja była wykorzystywana jeszcze długie dziesięciolecia po tym jak jego ciało spoczęło setki metrów niżej w stężałych roztworach, ale z drugiej strony gdyby ktoś tu bywał to przecież odkryłby pudło z kombinezonem. O liście od Zurika nie wspominając. Stanął przed lustrem i podziwiał się przez chwilę. Wyglądał wypisz wymaluj jak facet który poprzedniego dnia prowadził wielbłądy drogą w wyschniętym kanale. Uśmiechnął się lekko, a potem wydostał na powierzchnię. Zlustrował okolicę ale nie zaobserwował niczego podejrzanego. Ruszył starą drogą. Niebawem dotarł do uniwersytetu i poszedł dalej kierując się w stronę portu. I wtedy zobaczył to. Flaga powiewała nad sporym budynkiem wyglądającym na typowy przykład tutejszej architektury. Lakierowane drewniane ramy i naciągnięta na nie laminowa tektura bambusowa. Ale flaga była inna. Była jak wspomnienie z innego świata. Flaga Republiki Gruzji z dwudziestego pierwszego wieku. Wpatrywał się w to zjawisko głęboko zdumiony.

— Sztandar ojczysty — mruknął do siebie po polsku.

Trochę go ogarnęło wzruszenie. Jednoczenie jego umysł pozostał sceptyczny.

— Przypadkowa zbieżność kolorów — wydedukował.

Zauważył, że idzie. Nogi same niosły go na miejsce. Zatrzymał się przed budynkiem i popatrzył jeszcze raz na flagę powiewająca na tle błękitnego nieba. Wszystko się zgadzało. Potem spuścił wzrok niżej i spostrzegł tablicę wiszącą na bramie.

MISJA WOJSKOWA KRÓLESTWA GRUZJI

Poskrobał się po głowie. Wydobył z pamięci strzępy informacji z przeczytanej dnia poprzedniego gazety. Część dotycząca polityki zagranicznej czy też stosunków międzynarodowych, bo z przeczytanych artykułów nie wynikało aby ktokolwiek zajmował się tu polityką. Przeleciał w pamięci ich treść. Nic o wojnach, i o żołnierzach.

— Może o jakiś relikt — pocieszył się.

Wielu mężczyzn, których widział dnia poprzedniego miało na plecach samurajskie miecze. Wsunął dłoń w rozcięcie gabliji i poprawił nóż. Spokojnie przeszedł przez bramę i zadzwonił dzwonkiem. Rozległ się cichy brzęczyk. Od domofonu. Pociągnął za drzwi i wszedł do środka zatrzaskując je za sobą. Artur Kładkowski zmaterializował się chwilę wcześniej w pomieszczeniu obok i teraz stanął w drzwiach. Ubrany był jak przedstawiciel gruzińskich sił zbrojnych. Miał na sobie panterkę, przez plecy przewiesił sobie starożytny automat Kałasznikowa zawieszony na taśmie splecionej z konopnych sznurków. Na głowie miał hełm z demobilu po Armii Czerwonej. Na jego piersi pysznił się znaczek z portretem Zwiada Gamsachurdii.

— Czym mogę służyć? — zapytał w języku esperanto.

Nodar zamyślił się na sekundę. To znaczy myślał od dobrej chwili, od momentu gdy zobaczył tego cudaka.

— Przepraszam chciałem skorzystać z ubikacji — powiedział.

Na twarzy rzekomego przedstawiciela gruzińskiej misji wojskowej odbiło się niedowierzanie.

— To placówka dyplomatyczna — powiedział.

— To znaczy że nie wolno?

— No chyba nie.

— Co tu jest właściwie grane? — zapytał Nodar ostro po gruzińsku. — Jestem obywatelem Republiki Gruzji znajdującym się w misji wywiadowczej zleconej przez generała Jenderbidze. Na mocy praw naszego kraju zobowiązany jesteś udzielić mi wszelkiej możliwej pomocy. I dlaczego jesteś wystrojony jak strach na wróble?

Jak słusznie podejrzewał nieznajomy nic nie zrozumiał z jego przemowy.

— Do zobaczenia — powiedział w esperanto po czym odwrócił się w stronę drzwi jednocześnie kładąc rękę na rękojeści pistoletu.

— Stój bo strzelam — wrzasnął Artur odbezpieczając automat.

Radził sobie wyjątkowo kiepsko jakby pierwszy raz w życiu miał coś takiego w ręce. Jednocześnie jego druga dłoń ukryta w kieszeni wykonała ruch jakby wciskał jakiś guzik.

Nodar wyprowadził cios stopą trafiając go w mostek, a potem rzucił się w stronę drzwi. Drzwi okazały się być zamknięte. Odwrócił się dobywając noża i w tym momencie Kładkowski wypruł do niego serię z automatu. Nodar padł na ziemię. Żył jeszcze ale zdawał sobie sprawę, że to potrwa tylko chwilę. Powietrze zamigotało i w pomieszczeniu zmaterializował się drugi człowiek. Nie wiedział o tym, ale był to Tomasz Miszczuk — Człowiek z Góry Bólu.

— O do diabła — powiedział patrząc na umierającego.

— Zastrzelony podczas próby ucieczki — zameldował Artur.

Miszczuk odwrócił się do niego z wyrazem złości na twarzy.

— Wyłazi z ciebie żądza krwi, mimo prania mózgu.

— Sięgnął po broń...

Przybysz wyjął laptopa wystukał kod i zmaterializował z powietrza parę potrzebnych mu rzeczy.

— Cofniemy przepływ entropii — powiedział. — Przecież trzeba go przesłuchać.

Obłożył leżącego dookoła kombusotami i etrostatami i znowu coś wystukał. Rany zabliźniły się momentalnie. Nodar poczuł to i odczuł nawet coś w rodzaju wdzięczności. Gdy był już pewien że skutki postrzału cofnęły się wystrzelił z trzymanego ciągle w dłoni pistoletu. Trafił w laptopa i zobaczył jak oczy agenta wyłażą z orbit. Wokoło wczepu na skroni pojawiła się ciemna plama a potem z nosa pociekła mu krew. Padł na ziemię. Artur przypadł do niego i wyrwał wtyczkę z gniazda. Było już chyba za późno.

— Zabiłeś go — powiedział.

— Zadzwoń po wasze pogotowie — polecił mu Nodar po polsku.

— Co?

— Zadzwoń po kogoś kto was ożywi.

— To znaczy...

— Dzwoń!

Kładkowski wywinął pasek na drugą stronę. Odsłoniło się coś w rodzaju klawiatury z numerkami. Wystukał dłonią jakiś numer i zniknął. Nodar zaklął. Popatrzył na leżącego. Trup? Ciało drgało lekko. Kolor przy uchu stawał się bledszy. Wreszcie ranny otworzył oczy.

— Zaraz tu będą — powiedział. — wpadłeś Gruzinie.

Nodar strzelił do niego jeszcze raz. Ciało drgnęło i z przebitej piersi pociekła krew. Zauważył że kula weszła bardzo płytko, tak jakby po przebiciu skóry wytraciła szybkość. Ranny zacisnął zęby i po chwili kula wypadła na połogę. Rana natychmiast przestała krwawić.

— Nic ci to nie da — powiedział leżący. — Wczepy biocybernetyczne, nanotech, cofanie czasu dla ciał. Zawędrowałeś za daleko od domu Gruzinie.

Nodar uśmiechnął się a potem strzelił jeszcze dwa razy. W oczy. Można zrobić wszystko, ale nie kuloodporne szkła kontaktowe. Pochylił się nad leżącym i odczepił pas. Zabrał torbę z laptopem i karabin. Wybiegł z domu tylnym wyjściem. Zobaczył migotanie powietrza w kilku miejscach ogrodu. Wskoczył w krzaki. Z powietrza zmaterializował się oddział złożony z kilkunastu ludzi. Uzbrojeni byli w dziwną aparaturę.

— Skan zapachowy — pokrzykiwał jeden z nich. — Satelitarne namierniki podczerwieni! Zaraz go capniemy.

— Zobaczymy kto kogo — mruknął do siebie i przeładował kałasza.

Wszyscy byli odwróceni do niego tyłem. Nigdy jeszcze nie strzelał do człowieka od tyłu, ale stanął na wysokości zadania. Podziurawił ich jak sito. W ciągu siedmiu sekund wszyscy leżeli na ziemi. Nie przejmował się tym specjalnie. Zaraz wpadną ich kumple z maszynkami do ożywiania i będzie po kłopocie. Zresztą kule nie weszły zbyt głęboko. Przeszukał dwa najbliższe ciała. Zabrał miotacz czegoś, kolejnego laptopa który był o tyle lepszy, że nie miał dziur po kulach w wyświetlaczu i jakiś dziwny przedmiot. Później pomyśli co z nim zrobić. Puścił się biegiem przez ogród w kierunku parkanu. Ci za nim zaczęli wstawać, przynajmniej niektórzy. Podbiegł do drewnianego ogrodzenia i skoczył usiłując złapać za jego szczyt. W tym momencie padł pierwszy strzał. Strzał był niecelny ale wybił w przeszkodzie dziurę jak stodoła. Pociąg by się zmieścił. Zanurkował przez nią. W tej chwili na uliczce zmaterializował się kolejny człowiek. Siedział na takim czymś dziwnym podobnym do motocykla. Nodar wbił mu lufę automatu pod żebra.

— Złaź ścierwo bo zabiję — wrzasnął po polsku.

Siedzący posłusznie odpiął uprząż i zsiadł.

— Kluczyki! — wrzasnął na niego Gruzin, ale niepotrzebnie, bo silnik grał.

Wskoczył na siodło i pociągnął za to co uważał za manetkę gazu. Zgadł, to była manetka gazu, szarpnęło nim potężnie i zrozumiał natychmiast po co potrzebne są te wszystkie paski. Maszyna ryknęła i osiągnęła szybkość dobrych dwustu kilometrów na godzinę. Przez chwilę pędził ulicą, a przechodnie odskakiwali zaskoczeni.

— Ograniczam szybkość. Wykroczenie drogowe — poinformował go głos dobiegający z kratki koło szybkościomierza.

Nie wiedział czy to maszyna czy jakiś gliniarz już go namierzył.

— Zagrożenie życia — powiedział. — Utrzymuj szybkość.

Maszyna nie odpowiedziała ale szybkość pozostała ta sama. Niespodziewanie zobaczył cztery czerwone kropki wielkości spodków otaczające pojazd. Biegły po ziemi równie szybko jak jechał. Pamiętał co stało się wczoraj. Odpiął paski dodał gazu i puścił się kierownicy. Przetoczył się po chodniku ale ani na chwilę nie stracił przytomności. Pojazd pomknął do przodu, a kropki dogoniły go i po chwili uderzył laser. Pozostał wytopiony krąg lawy i nieduża srebrzysta kałuża metalu. Zerwał z siebie gabliję i wepchnął ją pod pobliską ławkę. Po pierwsze zmienić wygląd. Wokół kręgu zgromadził się już spory tłum. Oddalił się niezauważony. Wreszcie usiadł na ławce pod drzewem i zaczął się rozpaczliwie zastanawiać co dalej. Prawie go dorwali. Może jeszcze raz się przebrać, ale nie powinien pokazywać się w tym mieście. W zadumie zaczął przeglądać łupy. Wśród nich był dziwny przedmiot. Obrócił go w dłoniach, a potem spróbował rozkręcić. Udało mu się. Wewnątrz było kilkanaście złotych i srebrnych monet. Były bardzo ładne. Srebrne nazywały się grosze a złote oczywiście złote. Aż się roześmiał. To był tutejszy portfel. Wzrok jego padł natychmiast na sklep z żywnością po drugiej stronie ulicy. Poszedł tam i zapakował całą torbę różnych rzeczy. Wszystko było tanie. Niecały jeden złoty. Uspokojony wrócił do siebie. Usiadł w półmroku i zapalił kupioną w sklepie latarkę. W jej świetle zaczął badać resztę. Pas do teleportacji. Konstrukcja zewnętrzna była tak prosta że mógłby ją obsługiwać szympans. Wystarczyło wystukać kod i wcisnąć guzik potwierdzenia. Inne sprawa że trzeba było znać kod. Odłożył pas i otworzył laptopa. Wyświetliło się coś co przypominało nieco system operacyjny windows. Barwne obrazki ułożone w kilka grup. Zastanawiał się przez chwilę. Gdyby coś wcisnął...

Niespodziewanie ekran rozjarzył się lekko i popłynął przezeń napis.

Uwaga!

Do zbłąkanego wędrowca. Znajdujesz się na terytorium Północnego Niezależnego Terytorium Koncesyjnego. Gruzja i naród gruziński nie istnieją od czasów globalnego konfliktu przed trzystu laty. Złamałeś większość obowiązujących tu zarządzeń jesteśmy jednak skłonni udzielić ci amnestii. Twoje winy zostaną zmazane. Jeśli potrzebujesz pomocy lekarskiej zostanie ci udzielona. Masz prawo wybrać sobie status obywatela dowolnego państwa, lub honorowy status jedynego jeńca wojennego na planecie. Jeśli sobie życzysz możemy usunąć twoją pamięć i zastąpić ją standardową bądź na życzenie pozostawić bez zmian. Jeśli jesteś gotów się poddać...

Tekst został zastąpiony przez inny. Ten wyświetliło do góry nogami. Odwrócił pospiesznie laptopa.

Nie wierz ani jednemu słowu. Spróbujemy cię wyciągnąć. Zniszcz natychmiast to urządzenie. Mogą cię namierzyć. Sergiej Susłow.

Rzucił komputer na ziemię i przyładował mu kilkakrotnie kawałem betonu. Maszyna rozprysła się na drobiny plastyku i metalu. Miał nadzieję że to wystarczy.

Opadł na betonową posadzkę. Oddychał ciężko. Tyle wrażeń. Wyciągnął z torby chleb i jakąś pastę w tubce. Spróbował trochę. Bał się że będzie to pasta do butów. Dopiero po chwili uświadomił sobie że przecież mógł przeczytać dane napisane na etykietce. Zrobił sobie kilka kanapek i zjadł je ze smakiem. Pierwszy prawdziwy posiłek Od trzech tysiącleci. Żołądek rozbolał go ale wiedział że tak musi być. Zamknął oczy i zaczął się zastanawiać co dalej. Po pierwsze trzeba znaleźć tego Susłowa. Żachnął się. Bzdura. Nigdzie nie było powiedziane, że komunikat, który mu się wyświetlił nie był prowokacją. Po drugie trzeba wynieść się z tego miasta, tu było zbyt niebezpiecznie ale z drugiej strony znał dobrze Gdańsk, co mogło mu pomóc w orientacji w mieście. Zresztą nie wiedział jak tego dokonać. Nie widział dotąd nic co wyglądało by jak komunikacja miejska lub jakiś jej odpowiednik. Zresztą tak szybko go nie znajdą. Zamknął oczy i przypomniał sobie rozmowę z generałem.

— Przeglądałem pańskie akta panie Nodar. Gruzińska misja wojskowa pomoże panu.

— Nigdy bym nie przypuścił...

Generał zdjął furażerkę i otarł czoło z potu.

— Powiem teraz dlaczego nasz wybór padł na ciebie. Po pierwsze masz z tym bydlakiem osobiste porachunki. Szanujemy to. Po drugie nie poddałeś się nawet gdy on odleciał.

— Wróci.

— Mam w imieniu tej nieszczęsnej planety nadzieję że nie wróci. A jak wróci to ty będziesz na niego czekał...

— Taki jest mój zamiar.

— Dobrze. Po trzecie masz jeszcze jedną cechę, którą punktujemy bardzo wysoko.

— Hmm?

— Bardzo łatwo dostosowujesz się do nowych warunków. Jeśli ktoś ma sobie poradzić to tylko ty. Poza tym jesteś patriotą. Powiedzmy, że jeśli będziesz miał możliwość zdobycia tam jakichś informacji i powrotu tutaj to będziemy bardzo radzi.

— Chcę skoczyć do przodu pięćset lat. Nie ma powrotu...

— Nie wykluczone, że pojawi się taka możliwość. Matematyczne wzory podróży w czasie już mamy. Może oni będą bardziej zaawansowani choć jeśli konflikt który nabrzmiewa wybuchnie to dobrze będzie jeśli znajdziesz na tej planecie dość nieskażonego powietrza aby głębiej odetchnąć. A jeśli spotkasz Prezydenta Koćkę i będziesz z niego wypruwał flaki to powiedz mu że generał Janderbidze przesyła pozdrowienia.

Nodar zasnął. Wycieńczony organizm domagał się swoich praw.

VII

Gdzieś w Andach.

Może w Peru?

Zdrajca Susłow siedział w jaskini. Lampa wisząca pod sklepieniem oświetlała tylko terminal przy którym pracował. Dalsze partie potężnej sali tonęły w ciemności. Przypadkowo odbite od laminowanego blatu i monitora refleksy światła wydobywały z mroku kontury potężnych maszyn. Susłow nacisnął enter. Na ekranie pojawiła się wirująca powoli kula ziemska. Ponad nią leciało stadko satelitów telekomunikacyjnych oraz stacja orbitalna Starego Prezydenta. Uderzył w kilka kolejnych klawiszy. Stacja wystrzeliła laserową wiązkę w stronę satelity. Ten odbił ją i strzelił w ziemię pod innym kątem.

— Dwadzieścia procent rozproszenia — mruknął sam do siebie. — Pięć odbić.

Wcisnął inną kombinację. Promień odbijał się od kilku satelitów aż wreszcie uderzył w powierzchnię planety po drugiej jej stronie. Susłow liczył na kartce.

— Jeśli laser ma moc jednego gigawata to tam będzie dwieście megawatów — powiedział sam do siebie.

Wstał i ruszył w stronę zamontowanego w kącie jaskini prototypu lasera. Laser celował w sufit. Wokoło ciągnęła się plątanina kabli. Kręcąc kółkiem przekręcił go tak by celował w niedużą wnękę w ścianie. Postawił w niej stalowy cylinder, następnie ustawił moc lasera na dwieście megawatów.

— No to chwila prawdy — powiedział.

Wcisnął przycisk. Błysnęło oślepiające światło. Minęło wiele minut zanim przestały mu latać przed oczyma czerwone kręgi. Wstrząsnął głową i podszedł. W ścianie wypalona była dziura. Stopione stalowe łzy znaczyły miejsce gdzie na podłogę upadły resztki cylindra.

— Nadal za dużo — powiedział sam do siebie.

W jego kieszeni zapiszczał alarm. Przekręcił kółkiem laser tak by celować w wylot z jaskini. Na szczęście to był tylko Dziadek Weteran. Wszedł jak do siebie. Uśmiechnął się. Zupełnie jakby znali się od lat, a nie od dwu dni.

— Serżo — uśmiechnął się. — Zaoszczędzisz sobie elektryki.

Z torby przewieszonej przez ramię wyjął flaszkę wódki.

— Prawdziwa śliwowica — powiedział z dumą. — Węgierska.

— Przecież nie ma już Węgrów. Ani jednego. Z ugroifinów zachowało się trochę arabosaamów. A skąd pan się tak właściwie tu wziął?

Staruszek uśmiechnął się lekko.

—Śliwowica to śliwowica. A śliwki zbierałem w ruinach Budapesztu. Cztery dni temu. Miałem niezły interwał.

— Budapesztu? — zainteresował się Susłow.

Z szafki wygrzebał licznik Geigera i przyłożył go do butelki. Wskazówka wychyliła się ale bardzo nieznacznie.

— No widzisz?

Susłow wstrząsnął głową.

— Skąd pan się tu wziął?

— Raczej ja jako gospodarz zapytałbym skąd pan się tu wziął.

— Gospodarz?

— Aha. Oddział alfa znalazł tę pieczarę.

— Jeszcze raz od początku.

Twarz starca ściągnęła się bólem.

— Od początku nie da rady — powiedział z żalem. — ten skurwiel z wąsikami badał zasoby mojego mózgu i wykasował to co mu było potrzebne. Dlatego jestem Dziadek Weteran. Nawet nie wiem jak się nazywałem zanim.

— Wykasował zasoby mózgu po odczytaniu...

Susłow poczuł się jakby oblewał go zimny pot. Wiedział, że możliwości Starego Prezydenta są duże, ale nie przypuszczał, że aż tak.

— Co pan pamięta?

— Oddział Alfa. Byłem jego dowódcą.

Susłow wyjął z szafki dwa blaszane kubki. Nalali i wypili.

— I jak?

— Skoro ty to zrobiłeś to sam się wypowiedz. Ogniste jak diabli ale czy podobne w smaku do tego co było?

— Nie wiem. — starzec poskrobał się w głowę. — Ta cholerna pamięć. Czasami sobie coś przypomnę. Jak bimbru napędzić i inne takie, ale czasami nic. Zupełnie nic. Wiem, że coś kiełkuje ale nie daję rady.

— Może któregoś dnia przypomnisz sobie kim byłeś. Co jeszcze pamiętasz?

— Byli strasznie wielcy i cholernie inteligentni. Główki nie od parady. I tacy sprytni. Ale zabijali się nawet nawzajem, a jak któryś się urodził mniej rasowy to zabijali jego i jego matkę.

— Kto?

— Hitlerszczaki.

— Kim byli hitlerszczaki? Neofaszyszci?

— Nie, zwyczajni faszyści. Dlaczego mieli by być nowi?

— Kiedy to było? I gdzie?

— Kiedy to nie powiem, ale musi dwa lata nazad zanim przyleciał ten porąbaniec i ci zieloni, ale oni wiedzieli dzięki łączności że ich kolonie w drugich światach już kaput, więc nam mocno poluźnili.

Susłow usiłował uporządkować wrażenia.

— Dobrze. Kim pan był zanim został pan dowódcą oddziału Alfa?

— Byłem śmieciarzem. Brygadzistą oddziału oczyszczania kanałów z szambem.

Susłow oparł się głową o ścianę. Chłód kamienia trochę go orzeźwił.

— Zrobimy inaczej. Dam panu kartkę papieru i ołówek i proszę to wszystko zapisać.

— Jasne.

— Jeszcze jedno. Pan jest Rosjaninem?

— Aha. A nie wyglądam?

Biały Rosjanin. Ostatni biały Rosjanin na planecie ziemia. Można by brać od niego materiał genetyczny...

— Wszystko gra — zapewnił go Susłow. — Dobrze działa pański teleporter?

— Były trochę kłopoty po drodze. Jakichś dwu łebków usiłowało mnie załatwić jak wyszedłem z nadprzestrzeni zwartej po skoku teleportacyjnym. Ale byłem trochę szybciej niż oni. I chyba gdzie indziej bo stali na jakichś kamieniach, a ja byłem koło garażu.

— Ciekawe jak nas namierzają

Starzec zmarszczył brwi i przymknął oczy. Usiłował coś sobie przypomnieć.

— Oni to umieli — powiedział wreszcie. — Pieprzone małpoludy. My robili to tak prosto w puszkach — potrząsnął swoim teleporterem. — Ale czasem oni zaraz przylatywali.

Uśmiechnął się smutno.

— Jakie małpoludy? — zapytał Susłow.

Strzec wysilił pamięć.

— Hitlerszczaki. To nie byli ludzie — powiedział wreszcie. — A my nazywaliśmy ich małpoludami bo byli tacy wielcy i silni.

— Jacyś obcy?

— Jacy tam obcy, co to ja obcego nie widziałem? — zdenerwował się starzec.

Umilkł i potrząsał głową.

— Przecież widziałem — powtórzył.

W jego oczach była pustka.

— Wiesz jak to jest Serżo. Jak piorą pamięć to wycinają nie wszystko i coś tam przebija. Po bokach. Ale środek mam wypalony. Nic nie wiem. Nawet nie pamiętam jak się nazywałem. Tyle tylko że wołali mnie Dziadek a ten sukinsyn — popatrzył w stronę niewidocznego stropu sali — nazywał mnie Weteran.

Zamyślił się.

— Powiedział, że to jest niebezpieczne za dużo pamiętać i że pomoże mi. Zabrał mi wszystko. — Zmarszczył brwi. — Ale przecież miałem swój oddział. Oddział Alfa. Tu stały stoły, a tam w kącie leżały skrzynki z amunicją.

— Walczyliście z małpoludami.

— To nie były małpoludy. Cholera. Nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądali. Duzi i silni ale jakiego koloru?

Zamyślił się i po chwili jego twarz rozpogodziła się. Wypił jeszcze łyk bimbru.

— Nazywaliśmy ich jeszcze Krzyżaki.

Susłow wysilił pamięć. Historia nie była jego mocną stroną.

— Był taki zakon rycerski w średniowieczu — powiedział wreszcie. — Nosili białe płaszcze z czarnymi krzyżami i nawracali Polaków i Litwinów ogniem i mieczem.

Weteran pokręcił głową.

— Nie, oni nie chodzili w płaszczach. Pamiętam mięśnie, mieli jasną skórę, która nie łapała zbyt dobrze opalenizny.

— Czy to byli Niemcy? — zapytał Susłow. — Wspominał pan coś o faszystach. A Hitler o chyba był taki ich przywódca z zamierzchłej przeszłości...Chyba z dwudziestego wieku.

— Może Niemcy. A może nie. Ale nosili swastyki a to staroniemiecki znak. Z czasów Adolfa.

Widać było, że znowu jakaś myśl dobija się do jego mózgu, ale uleciała zanim zdążył ją złapać.

— Dobrze, nie ważne przypomnisz sobie — pocieszył go Susłow.

— Spróbuję. Pamiętam wszystko. Wróciłem na ziemię i były ruiny. On czymś je opylił i już nie było wiadomo co to jest bo się rozkruszały ale zobaczyłem posąg małpoluda i przypomniałem sobie trochę. Pomyślałem, że trzeba się schować, bo nic dobrego z tego Prezydenta nie wyjdzie. Ale znowu mnie złapał. Ach on zawarł z nami pakt.

— Pakt? Jak wrócił?

— Tak. Ale nie dotrzymał. Nie wiem jaki. Nie pamiętam, ale nie dotrzymał. Szkoda życia a jeszcze chcę zobaczyć jak się ten dziad wykopyrtnie.

— To nie problem. Mam tu lodówkę.

Staruszek popatrzył na niego chytrze.

— A obudzisz?

— Pewnie. Ale najpierw napisz co wiesz. Dobra?

— Nich będzie. Tylko nie zapomnij, bo jeszcze ci się zemrze zanim otworzysz.

Roześmieli się. W polu czasu stojącego czas stoi. Można mieszkać w lodówce milion lat.

Jeśli ktoś ją oczywiście otworzy, zanim słońce zgaśnie, a planeta przestanie się kręcić. Zresztą jak słońce przygaśnie to zabraknie prądu, a wówczas samo się wyłączy. Ale na wszelki wypadek dobrze mieć takiego Susłowa pod ręką, żeby otworzył we właściwym czasie.

— No to do zobaczenia Serżo — powiedział. — Idę pisać wspomnienia.

— Koło kuchni jest wolny pokój.

— Do zobaczenia. Ale jakbyście strzelali do stacji orbitalnej to...

— Skąd wiesz?

Dziadek uśmiechnął się chytrze i pokazał brudnym paluchem na hologram a potem a laser w kącie.

— Oczywiście, zawołamy.

Przeszedł do przedsionka jaskini i nakrył ślizgacz brezentem. Słońce już zachodziło i powietrze stało się chłodne. Zanosiło się na deszcz. Renegat przeciągnął się i wrócił do jaskini. Czekała go praca. W zadumie pociągnął łyk śliwkowego bimbru. Przez ciało przebiegł mu rozkoszny dreszcz.

— Czekaj ty — powiedział pod adresem Starego Prezydenta. — Jeszcze się dowiemy o co tak naprawdę chodziło.

Wystukał na komputerze kilka liter i wyświetlił sobie zbiór fotografii wykonanych w okolicach Buenos Aires gdzie mieszkali Niemcy. Oglądał przedstawionych na nich ludzi. Byli wątli, kiepsko zbudowani. Mieli przeważnie jasne włosy. Spora część zdjęć przedstawiała siedzących pod murami pijaków.

— Wielopokoleniowy chroniczny alkoholizm i narkomania — powiedział sam do siebie. — Ale żeby aż tak? Musiało się coś staremu pokręcić.

Wywołał stare zdjęcia z archiwum Starego Prezydenta. Te przedstawiały żołnierzy Terytorium Powierniczego Silesia w trakcie popełniania zbrodni wojennych. Na zdjęciach nie było dat i tylko ten podpis informował co przedstawiają. Niemcy pokazani na nich byli w nieco lepszej kondycji. Rośli jasnowłosi, o twarzach wykrzywionych grymasem nienawiści.

— Może oni wygrali tą wojnę? — zapytał sam siebie.

Zina wyszła z łazienki. Miała na sobie błękitny szlafrok. Długie ciemne włosy padały jej na plecy. Wyciekały z nich strumyki wody. Uśmiechnął się do niej.

— Możemy porozmawiać? — zapytał.

— Jasne.

— Dobrze. Wybacz, ale muszę cię o to zapytać. Kim był ten, który cię zniewolił.

Zamyśliła się na sekundę jakby porządkowała fakty w pamięci.

— Zaczął od archeologii. Kopał chyba w Gdańsku na północy Polski. Potem wybuchła wojna z niezależnym terytorium ekonomicznym Sachsen. U nas w Armenii sporo się o tym mówiło i nawet pojechali ochotnicy na ta wojnę. Niemcom udało się opanować spory obszar utworzyli tam Terytorium Koncesyjne Posen. Potem władzę nad terytorium przejęła Narodowo-Socjalistyczna Partia Białego Człowieka. Wyizolowali wirus, który miał zabić wszystkich ludzi z domieszką rasy żółtej. Ale ten cały Koćko...

— Stary Prezydent ma na nazwisko Koćko?

— To jedno z wielu nazwisk którymi się posługuje. Namówił szwedzkiego milionera Vandersyfta do zrzucenia bomby wodorowej o mocy tysiąca megaton na zakłady bioinżynieryjne w Policach. U Vandersyfta pracowali głównie żółcie, więc to był dla niego punkt honoru nie dopuścić do uwolnienia wirusa. Ale wirus uwolnił się i zmutował. Zaczął zabijać białych ludzi. Zrobili na niego szczepionkę po dwu latach. Wtedy Polacy zdobyli Posen. Prezydent od Vandersyfta wycisnął lepszą forsę za ujawnienie gdzie to wyizolowano jeszcze przed zrzuceniem bomby. Zginęło wielu Polaków przy wybuchu więc musiał się wynosić z kraju. Założył POF. Produkował energię dziesięć razy taniej niż tradycyjnie, a sprzedawał ją o połowę. Zyski pchał w rozbudowę sieci i po upływie pięciu lat miał jeden procent morza śródziemnego pod kontrolą i pływały tam te jego elektryczne dywany.

— Błagam, wolniej.

— Potem wrócił z kapitałem do kraju i zainwestował w politykę. Wtedy też mnie kupił. Zaczął sobie budować prywatny statek kosmiczny. Potem w ogóle się tam przeniósł. Zabił jednego takiego studenta z politechniki w Toruniu któremu udało się zatrzymać czas. Miał jeszcze dwie dziewczyny i eksperymentował na nich, ale było przebicie i pole się rozfazowało. Umarły. Ale potem mu się udało. Sprawdzał na mnie. Potem szkopy ruszyli do ataku i zakotłowała się czwarta światowa. Rozwalił półtora miliarda ludzi, bo wypróbował gigawatowy laser stacji orbitalnej a coś się zacięło i wypalił ścieżkę o szerokości trzystu kilometrów i długości czterech tysięcy. Potem było trochę spokoju, choć skażenie było niezłe, bo jeszcze kogoś tam zasypał jądrowymi. Potem rozpętał piątą światową. Wypróbował broń bakteriologiczną nowej generacji. Wirus HIV-Delta, albo jakoś tak się to nazywało. Zabijało każdy organizm wyżej zorganizowany niż żaba. No i tak skończyło się ludzkie osadnictwo w Australii. Potem była chyba szósta światowa, bo chcieli go postawić przed trybunałem ONZ-tu za zbrodnie wojenne. Wtedy powiedział, że to świetna okazja żeby zużyć resztę atomówek które zalegają magazyny. A potem powiedział, że ma dość tego burdelu, przyładował laserem po wszystkich ważniejszych ośrodkach dowodzenia i powiedział że wrócimy za dwadzieścia tysięcy lat zobaczymy co z tego wyniknie. A potem polecieliśmy do Proximy.

— Tam była cywilizacja?

— Tak. Takie małe żabowate stwory. Gadali i gadali a on się cieszył jak dziecko. Powiedział, że lecieliśmy kapkę wolniej niż ekspansja ziemi. Zawarł z nimi jakiś układ obiecali mu masę rzeczy, mówił , że jak wróci to nikt mu się nie oprze przy takiej technice. A potem wsadził mnie do lodówki i obudził dopiero na miejscu. Powiedział coś że praca została wykonana i teraz zrobi z tą planetą co zechce. A potem znowu siedziałam w lodówce, aż pan mnie wyciągnął.

Przez chwilę porządkował w myślach zebrane informacje.

— Dobra. W porządku. Co chciałabyś robić?

— Zanim wystartowałam w tym idiotycznym konkursie zajmowałam się sprzedawaniem książek w antykwariacie, ale ceny ustalał szef.

Uśmiechnął się lekko.

— Umiesz gotować?

— Jasne.

— Na początek zostaniesz moją kucharką.

Uśmiechnęła się i odgarnęła z czoła włosy. Była naprawdę bardzo ładna.

VIII

Nodar w zadumie pociągnął łyk oranżady z butelki.

— Właściwie to już przegrałem — powiedział do otaczających go betonowych ścian. — Wiedzą już że pojawił się jakiś gruziński komandos i że tłucze się po mieście — ziewnął.

Oranżada skończyła się. Na szczęście miał jeszcze jedną butelkę.

IX

Ruiny Warszawy PNTK

Była czwarta. To chyba Paweł rzucił propozycję żeby zabrać kuchenkę mikrofalową i jedzenie i urządzić sobie piknik nad Wisłą. Dzień był gorący. Wszyscy poparli jego projekt. Dziewczęta pobiegły po kostiumy a chłopcy zajęli się transportem. Pomysł ogólnie był prosty. Paweł pojedzie swoim ślizgaczem, zresztą nie mieli żadnych innych maszyn w obozowisku poza ślizgaczem Miszczuka, a na hol weźmie lekki transporter na poduszce magnetycznej na, który wszyscy się załadują. Tomasz Miszczuk zaproponował ciągnięcie do spółki, jako że transporter nie posiadający własnego napędu stawiał spory opór w powietrzu, ale jak się okazało jego ślizgacz nie miał haka holowniczego. A tymczasem ślizgacz Pawła nie chciał zastartować.

— Chyba nic z tego — powiedział markotnie złażąc z maszyny. Tomasz, który akurat coś analizował na swoim laptopie zamknął go teraz i podszedł.

— Co się stało? — zapytał.

— Chyba coś w silniku, albo w obwodzie Yanskiego. Niestety nie znam się na tym...

— Jeśli można zobaczyć...

Paweł przepuścił go do maszyny. Uczynił to z lekką niechęcią. W towarzystwie tego starszego o kilka lat mężczyzny czuł się dziwnie spięty. Tomasz zdjął klapę i przez chwilę wpatrywał się w plątaninę modułów. Przysunął się bliżej tak aby zasłonić swoim ciałem pole pracy. Delikatnie nacisnął opuszkę palca wskazującego lewej ręki. Paznokieć odchylił się na bok. Z wnętrza palca wyciągnął cienkie długie ostrze i wraził je w splot. Pokręcił nim w lewo i wyciągnął. Schował je w palcu i zamknął paznokieć.

— Spróbuj teraz — powiedział.

Paweł spróbował. Silnik zaskoczył.

— No to jedziemy — powiedział do dziewcząt na transporterze.

Tomasz z boku pstryknął zdjęcie polaroidem. Pomachał przez chwilę fotką zanim im pokazał.

— Dzielny student z Arabii i jego harem na latającym dywanie — powiedział.

Roześmieli się wszyscy. To rzeczywiście tak wyglądało. Wskoczył na transporter i przypiął się pasem. Maszyna ryknęła i ruszyli. Nad rzeką byli po dwudziestu minutach. Dziewczyny rozebrały się do kostiumów i zanurkowały w wodzie. Paweł został na brzegu. Mimo woli obserwował Miszczuka. Ten spokojnie usiadł w cieniu pod skarpą. Wyjął z torby laptopa i założył na uszy słuchawki po czym zaczął sobie leniwie stukać w klawisze. Paweł zamyślił się na chwilę. Popatrzył na baraszkujące w wodzie dziewczęta, a potem chyłkiem wycofał się. Wdrapał się na szczyt skarpy. Z kieszeni wydobył małą lornetkę i wychyliwszy się lekko próbował odczytać co też robi Tomasz. Niestety ekran znajdował się pod kątem uniemożliwiającym zbadanie tego ciekawego zagadnienia. Z góry nie było też widać cienkiego kabelka biegnącego z obudowy rękawem agenta i niknącego w łączu na skroni. Słońce zasnuło się chmurami. Robiło się zimno. Trzeba było wracać...

X

Paweł Koćko — prezydent siadł z rozmachem na tronie, który kiedyś służył Tutanchamonowi. Tron trochę się od tamej pory zdezelował, zapewne na skutek niewłaściwego użytkowania. Delikatne detale ze złotej blachy pogięły się. Emalia odpadała płatami.

— Komputer, — odezwał się Koćko, — podaj listę wszystkich moich wrogów.

Komputer wydał z siebie cichy brzęk i na ścianie pojawiła się lista licząca kilka tysięcy nazwisk.

Prezydent poskrobał się w zadumie po głowie lufą rewolweru.

— Uściślij listę tylko do osób narodowości gruzińskiej.

Lista zredukowała się o trzy czwarte. Około tysiąca nazwisk nadal ozdabiało ścianę.

— Cholera! — zaklął. — Komputer, usuń z listy wszystkich którzy zostali już zabici.

Lista zniknęła. Wszyscy zostali zabici. Prezydent odkorkował w zadumie flaszkę Sowietskowo Igristowo. Wypił długi drażniący łyk. Umysł zaskoczył.

— Komputer, wyświetl listę wszystkich moich gruzińskich przyjaciół, którzy z czasem mogli stać się wrogami — polecił. — Uwzględnij także moich pracowników.

Tym razem lista nie zmieściła się na ścianie. Prezydent dopił wino do końca i cisnął butelką. Roztrzaskała się o ścianę z listą siejąc wokoło zielone odłamki.

— Znowu oszukujesz — powiedział prezydent do komputera. — A przecież ostrzegałem cię.

Z kieszeni szlafroka wyciągnął rewolwer i trzema strzałami rozwalił maszynę na kawałki.

XI

Stacja Orbitalna

Wrażenie było nieziemskie. Artur Kładkowski mało nie narobił w spodnie. Wszystko rozegrało się błyskawicznie. Siedział w swoim pokoju w akademiku na krześle i wystukiwał kod telportacyjny. Potem niczego się nie spodziewając wcisnął guzik potwierdzający i nagle widział zupełnie inne miejsce. Krzesło zabrał ze sobą. Siedział na nim nadal tyle tylko że teraz stało na białej podłodze wykonanej z jakiegoś bardzo jesnego metalu w gigantycznym pomieszczeniu. Krańce sali znikały w mroku. Miejsce na którym siedział obwiedzione było czerwoną linią.

— Wyłaź ze strefy do pioruna — wrzasnął ktoś przez głośnik. — I zabierz ze sobą to krzesło.

Wybiegł z koła wymalowanego czerwona farbą ciągnąc mebel za sobą. W ostatniej chwili zresztą bowiem zobaczył jak następuje materializacja kolejnej osoby. W powietrzu pojawił się najpierw płaski dwuwymiarowy, czarnobiały obraz dziewczyny. Wyglądał jak wycięty z kartonu. Niespodziewanie nabrał trójwymiarowości i kolorów, a chwilę potem dziewczyna opadła na kolana jak ogłuszona. Zaraz jednak otrząsnęła się i zeskoczyła poza linię. Zaplątała się nieco we wzorzyste kimono. Wstała i otrzepała się. Znalazła się niespodziewanie blisko niego. Zobaczył, że ma na czole wymalowany napis Święto Wiosny i numer kolejny 227.

— No cześć — powiedziała. — Ty jesteś chyba nowy?

— Tak. Nawet nie wiem gdzie mamy pójść.

— Dobra. Pomogę ci.

Z ciemności nadszedł chłopak z latarką w dłoni. Napis na czole głosił wszem i wobec: Hans Klops.

— Audytorium drugie — powiedział bez przywitań. — Krzesło możesz zostawić tutaj, tam są miejsca do siedzenia. Zabierzesz je ze sobą wracając.

Artur poczuł zamęt w głowie. Ruszyli przez salę za ścieżką wymalowaną dość niechlujnie na wypolerowanej jak lustro posadzce.

— Gdzie my właściwie jesteśmy? — zagadnął.

— Na stacji orbitalnej Starego Prezydenta. W części nam dostępnej oczywiście.

Przeszli kawałek korytarzem i weszli do olbrzymiego pustego amfiteatru.

— Zaraz się pojawi reszta — powiedziała. — Jesteś studentem?

— Tak.

— Kierunek?

— Geologia.

— Tędy.

Prowadziła go wzdłuż rzędów. Zatrzymała się przy słupku ozdobionym mosiężną tabliczką. Geologia — głosił napis wykonany w Esperanto. Artur ucieszył się. Niespodziewanie uświadomił sobie, że zna łaciński alfabet.

— Dla studentów przewidziane są miejsca z zielonymi oparciami — powiedziała. — Ja muszę usiąść na swoim. Zajmij dowolne i tak jest ich o kilka więcej niż kursantów. Możemy się spotkać po wykładzie to pokażę ci kawiarnię.

— Dziękuję.

— Nie ma za co.

Poszła. Widział jak siada kilkanaście rzędów dalej. Też na miejscu obitym zielonym płótnem. Ucieszył się że jest także studentką. I to chyba z PNTK biorąc pod uwagę jej polski język. Zasępił się. Coś mu się kołatało że na wyspach brytyjskich i pustyni północnej też mieszkają Polacy, ale może była z Gdańska. Może spotkają się na uniwersytecie podczas wykładów z filozofii lub religii i jakoś będzie mógł rozwijać tą znajomość? Wątpliwości przyszły nagle. Przecież zabijał. Co będzie jeśli wróci mu ochota na mordowanie? Czy zdoła to opanować. A może to jednak nie było tak? Może były inne przyczyny pozbawienia go pamięci? Może był złodziejem, może nawet cudzołożnikiem, ale nie mordercą.

Przymknął oczy i zaraz z głębin pamięci wypełzły mu jak czerwie wypadki poranka. Tajemniczy Gruzin. Strzelają do siebie. I Człowiek z Góry Bólu. Nie poradzili sobie z Gruzinem. A przecież było ich tylu. Westchnął. Prezydent wezwał kilku na dywanik, a jemu przesłał tylko notkę że jest niezbyt zadowolony. To znaczy nie tak. Pochwalił sposób zorganizowania pułapki, a zganił za to że tamten wymknął im się z rąk. Tak to było. Ale przecież Stary Prezydent użył lasera więc wszystko wróciło do normy. Nie było Gruzina był Gruzin i znowu go nie było. Ale może wraz z nim przepadły jakieś informacje? Gruzin... A Gruzji już nie ma. Skąd się wziął?

Westchnął. To przekraczało jego zdolności pojmowania. Szkoda że ożywiać można tylko ciała które są w jednym kawałku. I tylko przez niecałe dwadzieścia minut po śmierci.

Sala zapełniała się powoli. Kursanci siadali daleko od siebie zajmując wyznaczone miejsca. Na podium niewiadomo jak i skąd, zapewne za pomocą teleportacji pojawił się czerwony fotel i siedzący w nim staruszek. Artur postarał się nastawić na to co miał usłyszeć. Wyjął notes i dyktafon.

— Przepraszam — szepnął ktoś za nim. — Pan pierwszy raz?

— Tak.

— Nie wolno korzystać z żadnych metod rejestracji treści wykładów. Przecież to mogłoby się dostać w niepowołane ręce.

— Nie dysponuję pamięcią absolutną...

— Dysponuje pan. Proszę czekać.

W kątach amfiteatru pojaśniało. Staruszek wszedł na katedrę i ujął w dłoń mikrofon.

— Widzę, że są już wszyscy. Proszę założyć słuchawki.

Założył na uszy wiszące na oparciu fotela słuchawki.

— Proszę przestać myśleć.

— Co? — zdziwił się.

Niespodziewanie poczuł jak gdyby mózg mu eksplodował.

— Myślę, zaraz mnie zabije — przestraszył się.

Poczuł nagłą ulgę.

— Procedura wzbudzania mózgu zakończona. Proszę zdjąć słuchawki — powiedział staruszek.

Wyglądał na zadowolonego z siebie.

— Informacja dla osób przechodzących wzbudzanie po raz pierwszy. W tej chwili wasz umysł pracuje wykorzystując nie siedem procent komórek nerwowych ale osiemdziesiąt. Produkcja białek pamięciowych została przyspieszona do około dwudziestu razy. Stan ten potrwa w przybliżeniu pół godziny.

Wszyscy usiedli wygodniej. Akustyka była bez zarzutu. Każde słowo prelegenta docierało wyraźnie do uszu słuchaczy.

— Zebraliśmy się dzisiaj abyście mogli dowiedzieć się co nieco o naszym podstawowym wrogu. O Dysydentach. Jak wygląda dysydent każdy widzi.

Ściana za im rozbłysła portretem Sergieja Susłowa.

— Dysydenci rozmnażają się jak króliki. Dla wyjaśnienia dodam że kontakty płciowe nie są potrzebne do tego procesu.

Artur przymknął oczy. Czy to miał być dowcip? Chyba tak bo prelegent zawiesił na chwilę głos czekając na salwę śmiechu, która jednak nie nastąpiła.

— Dysydentem może być każdy. Wasz brat, sąsiad, przyjaciel ojciec. Nie można ich rozróżnić po sposobie ubierania się, sposobie mówienia czy zachowaniu. Nie głoszą publicznie swoich haseł. A jeśli starają się kogoś zwerbować robią to poprzez swojego człowieka z drugiej półkuli którego nigdy wcześniej nie widzieliście. Werbunek poprzedza wielomiesięczna, a czasem wieloletnia obserwacja. Teraz garść faktów. Podstawowym zajęciem dysydentów jest szerzenie wywrotowych idei na drukach ulotnych i za pomocą poczty komputerowej oraz działania skierowane przeciw zarządzeniom Starego Prezydenta — mówca skłonił się w stron jednej ze ścian za, którą zapewne znajdowały się sektory stacji zamieszkane przez władcę.

— Dla przykładu. Sto dziesięć lat temu Sergiej Susłow zastrzelił jednego z pierwszych agentów. Było nas wówczas siedmiu na całej planecie. Przy zabitym znalazł niestety urządzenie telportacyjne i zdołał je skopiować w oparciu o mikroprocesory odzyskane z kuchenek do grzanek. Model ten wycofano natychmiast z użycia ale należy mniemać, ze spora ich ilość krąży na czarnym rynku. Następnie posługując się siecią komputerową włamał się do baz danych stacji orbitalnej i ukradł schematy dalszych kilkunastu urządzeń. Wspólnie z pewnym fizykiem skonstruowali bombę wodorową i odpalili ją na pustyni w Australii łamiąc tym punkt osiemnasty Regulaminu Pobytu Na Planecie Ziemia. W dalszym kontynuowaniu radosnej działalności przeszkodziliśmy my. Fizyk został schwytamy, a Susłow zniknął z pola widzenia na osiemdziesiąt lat. Pojawił się ponownie dziesięć lat temu.

— Może umarł, a ten to uzurpator? — zapytał ktoś z audytorium.

— Jest prostsze wyjaśnienie. Wlazł do lodówki i zatrzasnął za sobą wieko. W polu czasu stojącego mógł przeczekać nawet tysiąc lat.

Ale pozostaje pytanie kto go uwolnił. Od dziesięciu lat jego komórka prowadzi ożywioną działalność. W chwili obecnej jest ich prawdopodobnie więcej niż agentów. Oczywiście tą niewygodną dla nas tendencję postaramy się odwrócić. Waszym zadaniem będzie śledzenie wyznaczonych osób, które podejrzewamy o sprzyjanie Susłowowi. Proszę założyć słuchawki.

Założył automatycznym ruchem. Tym razem dźwięk był inny. Trwał dłużej i przypominał nieco szum fal.

— To wszystko na dzisiaj — powiedział starzec. — Dziękuję za uwagę.

Wszyscy ruszyli do wyjścia. Znalazł Święto Wiosny bez problemu.

— I jak ci się podobało?

— Trochę krótkie to wystąpienie.

— Najważniejszą część wtłoczyli pod hipnozą. To był tylko wstęp.

— Pod hipnozą?

— Gdy kazał po raz drugi założyć słuchawki. Słyszałeś szum w uszach?

— Tak.

— No właśnie. Fale mózgowe odpowiednio spreparowane. Przekaz bezpośredni.

— A to technika.

— Wybacz, czy nie jesteś przypadkiem z Gdańska? Twój akcent wydaje mi się znajomy.

— To zabawne. Teraz jestem z Gdańska ale poprzednio studiowałem w Vancouwer, tyle że to fałszywe wspomnienie.

— Ach w strefie etnicznej. Choć, zjemy coś.

Wyszli przez jedne z drzwi. Artur zatrzymał się jak ogłuszony. Stali na ulicy na, którą wyszli jak się wydawało prosto ze ściany budynku. Ulica wyglądała dziwnie. Była szeroka pokryta asfaltem, jechały nią dymiące w nieprzyjemny sposób pojazdy. Trawniki były zadeptane i pokryte psimi odchodami, a chodnikiem przewalał się tłum zakutanych w kurtki i płaszcze ludzi. Po środku ulicy biegły tory zrobione nie z jednego paska plastyku, ale z dwu sztab metalu. Ze zgrzytem przejechało po nich coś dziwnego, co najwyraźniej czerpało energię z drutów wiszących nad nimi. Po drugiej stronie od głównej ulicy odchodziła kolejna nieco węższa. Teraz dopiero poczuł chłód. Był chłodny jesienny wieczór. W powietrzu pachniało śniegiem. Ucieszył się że zna ten zapach.

— Gdzie my jesteśmy? — zapytał zdumiony.

— To aleja Niepodległości w Warszawie w końcu dwudziestego wieku. Nie, nie cofnęliśmy się w czasie — uśmiechnęła się widząc jego zdumioną minę. — To jest rekonstrukcja. Ścisła rekonstrukcja. Choć przejdziemy na drugą stronę przez stację metra.

Pozwolił się prowadzić jak bezwolne dziecko. Przeszli przejściem podziemnym i znaleźli się po drugiej stronie arterii. Przechodnie śpieszyli się dokądś obojętnie ich mijając.

— Roboty — wyjaśniła. — Wejdźmy tutaj. Zmarzłam kapinkę.

Pchnął drewniane drzwi niedużego budynku. Wewnątrz był bar. Na wysokich stołkach siedzieli staromodnie poubierani ludzie. Pociągnęła go do sali w piwnicach lokalu. Siedli za stolikiem. Dziewczyna przyniosła dwa kufle piwa. Wypił łyk.

— To jest prawdziwe — powiedział. — Myślałem, że może wirtual reality.

— To jest prawdziwe. Tak prawdziwe jak tylko się da. Oczywiście jeśli zaczniesz kopać w trawniku to trafisz na metalowy pancerz oddzielający ten segment.

— A gdybym próbował pojechać metrem?

— No cóż. Dwa przystanki w każdą stronę. Potem proszą o opuszczenie wagonu z powodu awarii.

— A gdyby się nie wysiadło?

— Obawiam się że ewakuują. Tu obowiązuje nadal regulamin.

— Punkt dwudziesty siódmy ustęp drugi: W wydzielonych strefach technicznych oraz środkach komunikacji każdy przebywający zobowiązany jest do wykonywania wszelkich poleceń obsługi ze ślepym posłuszeństwem.

— Znasz to całe na pamięć?

— Oczywiście.

— Jak smakuje?

Wypił łyk. Piwo coś mu przypominało. Tak — znał jego smak.

— Niezłe — wyraził swoje uznanie. — Gdzie produkowane?

— Tutaj według receptury osobiście ułożonej przez Starego Prezydenta.

— Chciałbym, go kiedyś poznać osobiście.

— To trudne, obawiam się nawet, że nie możliwe. To on spotyka się z nami. Najczęściej nawet i to nie. Po prostu budzi cię w nocy dzwonek budzika który miał zadzwonić dopiero rano i znajdujesz koło łóżka kartkę z instrukcją. Ale takie jest życie tajnego agenta.

Uśmiechnął się lekko. A on dostał instrukcje osobiście na laptop. Wypił jeszcze jeden łyk.

— Jak duży jest ten teren? — zatoczył ręką koło.

— Miasto w części która została zrekonstruowana ma jakieś dziesięć kilometrów na pięć i zamieszkuje je kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Jest tu wszystko co może być nam do szczęścia potrzebne. Sklepy, kawiarnie, cukiernie, jedyna zasada jest taka, że nie wolno nic stąd wynosić. Ale co zjemy to nasze.

— Spotkamy się w Gdańsku?

— Jeśli tylko masz ochotę. Mam okienko w poniedziałek o dwunastej, a przerwę obiadową spędzam zazwyczaj w siódmej jadłodajni.

— Kuchnia Nankińska i Tajwańska — odgadł.

— Właśnie.

Uśmiechnął się nieśmiało.

— Możesz mi powiedzieć jak naprawdę masz na imię?

— Umowa o dzieło z Agentami ustęp siódmy.: Agenci kontaktując się między sobą zarówno służbowo jak i prywatnie zobowiązani są utrzymywać swoje personalia w tajemnicy oraz używać umieszczonych na czołach pseudonimów. Niestosujący się do powyższego...

— ...Zostaną pozbawieni możliwości osiągania wyższych funkcji w strukturze, a w przypadkach skrajnego nadużywania na całkowitą zmianę osobowości. — dokończył za nią.

— Czasami jeśli coś pakują w głowę pod hipnozą trudno jest sobie to przypomnieć — powiedziała. — Myślę że to nie ma zastosowania w przypadku nieumyślnego poznania...

—Święto Wiosny. To ładne imię.

— Sama sobie wybrałam.

— Ja dostałem gotowe.

— Wielki Mur... Miałeś sztucznie niszczoną osobowość? Wtedy dają pierwsze z listy.

— Tak.

— Wybacz, nie powinnam pytać. Wypijemy jeszcze po jednym?

— Właściwie to trochę się obawiam, już wchodzi mi w nogi...

— A mi w głowę. Jednak to alkohol. Gdy jest się zmęczonym faktycznie lepiej nie pić. I tak niedługo trzeba wracać.

Wyszli na powierzchnię nie płacąc rachunku. Siedzący za barem robot nie zwrócił na to żadnej uwagi. Zapadł już zmrok. Ruszyli na drugą stronę ulicy. Niespodzianie rozległ się w powietrzu głos. Głos był wszechobecny.

— Uwaga wszyscy kursanci. Prosimy o opuszczenie strefy Warszawa w ciągu najbliższych dziesięciu minut.

Przed nimi w murze otworzyła się brama. Weszli do korytarza, a po chwili do sali telportacyjnej.

— Widzisz twoje krzesło jak stało tak stoi — powiedziała.

Weszła na środek i stanęła w kole.

— Do zobaczenia — powiedziała.

— Do zobaczenia — odpowiedział.

Zniknęła. Wówczas on postawił krzesło w polu, usiadł na nim i wcisnął guzik. Tym razem zamknął oczy, więc wrażenie było znacznie łagodniejsze.

Część 4

I

9 czerwca. Gdzieś w Andach.

Zabrzęczało cicho cieniutkie szkło gdy dwa kieliszki potrąciły o siebie ponad stołem. Wino było czerwone jak atrament. I miało posmak śliwek. Siedzieli przy stole we trójkę. Sergiej Susłow, Zina i Dziadek Weteran. Na stole na porcelanowym półmisku leżały kości pieczonego pekari.

— Aj jakie dobre — powiedział Dziadek Weteran z pełnymi ustami. — Nie jadłem takich delicji od dobrych kilkuset lat.

Zina uśmiechnęła się spuszczając oczy. Była bardzo ładna. Sergiej uśmiechnął się do niej nad stołem. W kamizelce i pod krawatem wyglądał zupełnie jak młody Puszkin. W kącie pomieszczenia siedział przy komputerze Pawło Mitofanow. Stukał delikatnie w klawisze i popatrywał na ekran. Oprogramowanie skradzione na stacji było naprawdę bardzo ciekawe.

— Wiesz już coś o naszym gruzińskim przyjacielu? — zagadnął Susłow.

— Nic konkretnego. Tylko raporty agentów do Starego Prezydenta. Zdemolował lokal podziurawił ich kulami ukradł ślizgacz i zwiał.

Sergiej upił łyk wina. Było naprawdę znakomite, choć trochę za mocne. Dziadek Weteran przesadził przy produkcji tego drinka.

— Więc widzisz tak to wygląda — powiedział do niej. — Nigdy nie poznamy tajemnicy, którą ukrywa choć oczywiście zrobimy wszystko co tylko będzie można.

— Może nie ma żadnej tajemnicy — zauważyła.

Sergiej wyszczerzył zęby w uśmiechu i teraz zupełnie nie przypominał młodego Puszkina. Rysy ściągnęły się i wyglądał trochę jak szympans.

— Moja droga. Oczywiście. Każdy ma prawo być Prezydentem, polecieć sobie w kosmos, odbudować cywilizację, walić na oślep gigawatowym laserem i ustanawiać prawa dla reszty ludzkości. Każdy ma prawo zatajać swoje znajomości z takimi małymi zielonymi albo takimi większymi piaskowego koloru, którzy niezbyt trzymają się naszych trzech wymiarów, a porasta ich coś w rodzaju fraktalu. Zresztą chodzą słuchy o jeszcze dwu czy trzech odmianach. Trzymanie ludzi w lodówkach jest pomysłem nieco dziwnym, ale ostatecznie i takie przypadki się zdarzają, sam siedziałem w lodówce sto lat czekając, aż o mnie zapomni. No nic. Nie istotne. Wszystko to są drobne dziwactwa. Obce technologie...Drobiazgi. Ale może mi wyjaśnisz po co zrównał planetę z ziemią niszcząc praktycznie cały dorobek cywilizacji i kazał nam wierzyć że mamy wiek dwudziesty piąty podczas gdy mamy zdaje się siedemdziesiąty drugi. Może i była po drodze wojna tysiącletnia, albo i dłuższa ale warstwy zerodowanego miału betonowego nie wzięły się z nikąd. Zresztą dwieście lat temu strefy zakazane zajmowały siedemdziesiąt procent ziemi. Dziś trzynaście procent i pewne tereny na syberii ostatnio zniknęły z wykazu stref zamkniętych. Albo weźmy taką Australię. Cały kontynent jest w tej chwili do naszej dyspozycji podczas gdy przed moim skokiem do lodówki sto lat temu cały był zamknięty. Skażony długożyciowymi izotopami.

— Tam właśnie wygłupiliście się z próbną eksplozją?

— Tak. Chcieliśmy sprawdzić czy uda nam się zbudować czystą bombę wodorową. Skoro teren miał być skażony to nie miało to znaczenia. I teren faktycznie był lekko skażony. Tymczasem gdy wyszedłem z lodówki okazało się że Australia od siedemdziesięciu lat jest znowu normalną bezludną strefą z prawem swobodnego osiedlania się dla każdego chętnego. A myśmy to i owo widzieli. Światła unoszące się do góry.

— Małe okrągłe i jasno świecące? — zaciekawił się Dziadek.

— Właśnie.

— To zogady — wyjaśnił pociągając łyk wina.

— A co to są zogady? — zdziwił się Mitrofanow zza komputera.

— To przylecieli razem z Prezydentem — wyjaśnił Dziadek ochoczo. — Hitlerszczaki robili w portki ze strachu i zwiększyli przydziały chleba. Ale już było dla nich za późno.

— Jakie przydziały chleba? — zdziwił się Susłow.

— W ogrodach zoologicznych oczywiście — wyjaśnił Dziadek ochoczo.

A potem nagle umilkł.

— W ogrodach — powtórzył. — A przecież byli i tacy którzy służyli im jako pieski. Nosili zakupy ze sklepów... Gadałem kiedyś z taką jedną. Kompletne cielę. Jej pani sparzyła ją z jakimś od sąsiada ale nie była zadowolona z dzieciaka i udusiła go jak kota, a ta dziewczyna tylko tym się martwiła czy pani dalej się na nią gniewa.

— Czy hitlerszczaki mogli się rozmnażać z normalnymi ludźmi? — zapytał Susłow.

— A skąd. To znaczy faceci mieli czasem dziewczynę do łóżka ale to tylko w tajemnicy i wysterylizowaną bo za to groziła im komora z gazem. Była do tego ustawa norymberska, siódma nowelizacja.

Umilkł nagle.

— Sypie mi się pamięć — powiedział po chwili.

— Zaraz. Wyciągnijmy wnioski — powiedziała Zina. — Na ziemi istniały dwa gatunki ludzi. Zwykli i hitlerszczaki?

— Tak. Tak było.

— A hitlerszczaki trzymali zwykłych jako pieski pokojowe czy jako służbę?

— Jako pieski albo takich jak ja, do takich prac którymi sami się brzydzili. Służbę to oni mieli ze siebie. Cholerne małpoludy.

— Byli podobni do małp?

— No nie zupełnie. Ale myśmy ich tak nazywali przez złośliwość.

Susłow popatrzył na niego uważnie.

— Jak wyglądali.

— Normalnie. Jak ludzie. Tylko większe, mądrzejsze i jasnowłose.

— Kolejna obłędna teoria rasistowska — stwierdził. — Dużo się z tego nie dowiemy.

— Ja pamiętam wszystko zapewniła Zina. — Dlaczego mnie nie pytasz?

Uśmiechnął się do niej nad stołem.

— Zgoda. O co mam cię pytać? Ach już wiem. Co to było POF?

— To były Polskie Ogniwa Fotoelektryczne. Na morzu czarnym i śródziemnym rozpięte były pływające dywany z ogniw fotoelektrycznych. Miały powierzchnię w tysiącach kilometrów kwadratowych. Potem pozakładali takie przy innych kontynentach aż połowa energii elektrycznej na świecie była przez niego produkowana.

— Rozumiem — powiedział.

— Coś ciekawego — powiedział niespodziewanie Mitrofanow przełączając sygnał na głośnik. Mówił Stary Prezydent.

Góra Bólu. Poleć dziś wieczorem na platformę i dotrzymaj towarzystwa księżniczce Helenie.

— Ach...

— Wymyśl jej jakieś zajęcie. Ulokowałem ją w południowej części. W pałacyku. Podaję koordynaty. — Podał ciąg liczb. — Powodzenia kumplu.

— Tak jest.

Mitrofanow włączył nagłośnienie.

— Te cyfry to ani chybi kod do teleportera. — powiedział. — I to prywatny bo w tym co przywiozłeś Serżo z tamtej czynszówki nie figuruje.

— Pawło, nie miałbyś ochoty zobaczyć jak wygląda prawdziwa księżniczka o imieniu Helena?

— Miałbym, czemu by nie.

— Wiadomo coś o tym Gruzinie, którego szukają w Gdańsku?

— Była rozmowa między tym z Góry Bólu, a jakimś Niagarą Ognia i Wielkim Murem. Zdaje się że nasz drogi Stary Prezydent skasował jakiś ślizgacz ale nie są pewni czy razem z pasażerem.

— Jeśli dostał nasze ostrzeżenie to będzie teraz bardzo ostrożny — zauważył Sergiej. — No nic. Zobaczymy. Zino, nie znasz przypadkiem adresu Gruzińskiej Misji Wojskowej w Polsce z czasów tobie współczesnych?

— Skąd? Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, a co, sądzisz że mogą tam jeszcze być?

Roześmiał się lekko.

— Nie, ale w tym miejscu ulokowałbym aparaturę przetrwalnikową. Pod misją.

— Skąd wiesz że chodzi o przetrwalnik?

— Bo pole czasu stojącego nie było jeszcze znane, natomiast hibernacja tak.

— Weto — powiedziała Zina. — Pole już było, ale jeszcze nie w powszechnym użytku.

— Jeśli Gruzini nad nim także pracowali to mogli mieć — zauważył Mitrofanow. — Ale niekoniecznie.

— Czekaj, a może jednak hibernacja. Pamiętasz ten ich komunikat? Sugerował pomoc medyczną. Może ten Gruzin był na coś chory i zamrozili go żeby doczekał lepszych czasów?

— Może. Ale czy wówczas byłby w stanie sam się rozmrozić? Chyba że nastąpiło uszkodzenie układów. Może skoczę do Gdańska i rozejrzę się.

— I czego będziesz wypatrywał?

— Z ich wewnętrznych komunikatów wynika że ma na czole numer ale bez pseudonimu.

— To ja wiem skąd mógł się wziąć — powiedziała Zina. — ci którzy pracowali w POF to mieli. Numer trzycyfrowy ma czole. Widoczny dopiero pod ultrafioletem. Jednocześnie dzięki temu mogli robić zakupy bo to była jakaś kategoria kredytowa.

— Pawło, myślę że powinieneś tam pojechać.

— Załatwione.

Stanął obok stołu i zaczął wystukiwać kod. Po chwili zniknął jakby go piekło pochłonęło.

— No cóż — powiedział Sergiej. — A my chyba pojedziemy zobaczyć księżniczkę.

— Nie lubię — powiedziała Zina. — Jeśli będziemy tam na górze i coś się spartoli to zostaniemy tam.

— Furda. Przyjdzie ktoś żeby nas aresztować to go obezwładnimy i po problemie. Zresztą weźmiemy dwa urządzenia.

— Dobra. Skoro tak ci zależy.

— To może być ktoś kogo znasz.

— Albo następna w kolejce.

— To też nie wykluczone.

II

Profesor Janusz Seleźniecki zatrzymał swój ślizgacz koło namiotu. Pierwszy zauważył go Tomasz Miszczuk i wszczął alarm. Po chwili wszyscy wybiegli z wykopów i zebrali się w karnym szeregu. Profesor był w dobrym humorze. Humor potęgowało ćwierć litra czystego spirytusu które dali mu na pożegnanie Rosjanie ze stacji orbitalnej, a którego trochę wypił po drodze. Dochodził właśnie do wniosku że z tymi zakazami picia i tak dalej to zawracanie głowy gdy oni się zbiegli.

— No co jest? — zapytał. — Wracać do roboty, zaraz wam zrobię taką inspekcję że się nie pozbieracie. Szef przyjechał to od razu siup. Fajrantu nie będzie.

Przerzucił manetkę gazu i zwalił się wraz ze ślizgaczem do wykopu. Dziewczyny pisnęły rozdzierająco. Miszczuk podbiegł i popatrzył w dół. Profesor miał pecha. Dziura w, którą wpadł była najgłębsza w całej okolicy. Ciało leżało w bardzo nienaturalnej pozycji widać było że nastąpiło złamanie kręgosłupa.

Zbiegł na dół i pochylił się nad nim. Profesor nie żył. Ślizgacz wydał dziwny dźwięk. Z pękniętej osłony synchrofrazatora sączył się płyn dreniczny. Z rozbitej głowy profesora krew.

— Cofnijcie się — polecił stojącym na górze.

Z torby wyjął laptopa. Wsunął kabel w złącze na skroni. Ściągnął aparaturę reanimacyjną. Rozłożył zakłócacze entropii. Potem zajął się ślizgaczem. Płyn, który wyciekał był superciężkim pierwiastkiem o liczbie atomowej około trzystu. Był zbyt niestabilny, aby przebywać poza polem siłowym w części centralnej. Zmaterializował fiolkę i kapnął na urządzenie jedną kroplę cieczy.

— Destrutox? — zaciekawiła się Damao patrząca z góry.

— Nowsze — wyjaśnił spokojnie.

Kropla wessała maszynę do środka. Zrobiła się wielkości piłeczki pingpongowej. Leżała na ziemi połyskując. Rozdeptał ją. Rozlała się w niedużą srebrną kałużę. Gdy stwardniała zgniótł ją w kulkę i obojętnie wyrzucił.

— A prawo zachowania materii? — zapytał ktoś z góry.

— Anulowane — odpowiedział.

Profesor zaczął się ruszać. Miszczuk wyszedł na powierzchnię po drabince i stwierdził że nikogo nie ma. Tylko Damao siedziała na krzesełku.

— Gdzie są wszyscy? — zapytał.

— Zwiali. Doszli do wniosku że jesteś agentem Starego Prezydenta i nawiali na wszelki wypadek. Nie wyłapiesz ich już.

— A ty oczywiście w to nie uwierzyłaś i...

— Jak to nie? Ja chcę się do was zapisać.

Popatrzył na nią. Wyjął z torby laptopa i znowu umieścił sobie w głowie kabel.

— Naprawdę chcesz się do nas przyłączyć? — zapytał.

— Tak.

Maszyna podała mu ogólny obraz prądów jej mózgu i interpretację.

— Chcesz się przyłączyć do nas aby odnaleźć Sergieja Susłowa i uciec razem z nim. Stresuje cię przebywanie w jednym miejscu z resztą społeczeństwa i wolisz dzielić trudy wygnania z innymi dysydentami. Nie możesz ich odnaleźć więc chciałaś skorzystać z naszych możliwości. Poza tym pociągają cię murzyni.

Zalała się rumieńcem, a potem odwróciła plecami do niego. Roześmiał się, a potem wystukał kod .

— Pożegnam cię i pozdrów wszystkich pozostałych ode mnie. Więcej się nie zobaczymy — powiedział.

— Dlaczego?

Wcisnął guzik i zniknął.

— No i nie udało się — powiedziała Sumiko wychylając się z sąsiedniego wykopu.

— Nie udało. Co z profesorem?

Profesor łaził po dnie dziury bezskutecznie szukając swojego ślizgacza.

— Takie są skutki zbytniej fraternizacji z Rosjanami — zauważyła złośliwie.

III

Nodar szedł ulicami Gdańska. Była noc. Padał deszcz. Szedł wypatrując ślizgacza który mógłby ukraść. Zdawał sobie sprawę, że grunt pali mu się pod nogami. Nie mógł tu zostać. Niespodziewanie przed nim wyrosła budka informacji turystycznej. Uśmiechnął się do siebie. Wszedł do środka. Szklane tafle zasłoniły go przed deszczem.

— Proszę o książkę adresową świata — powiedział.

PROSZĘ PODAĆ ARGUMENT WYSZUKIWANIA

— Szukam adresu człowieka który nazywa się Sergiej Susłow.

Idiota. A może podświadomie chciał żeby go capnęli? Budka zatrzasnęła się z trzaskiem. Włączył się alarm. Nodar z wściekłością kopnął w szklaną taflę drzwi. I wtedy stał się cud. Tafla roztrzaskała się w drobny mak.

— Zwykłe szkło — zdziwił się.

A potem zaczął uciekać w mrok i ciemność. Dalej i dalej i dalej. Aż dobiegł do czegoś w rodzaju dworca.

— «Powietrzna Taksówka Twój Przyjaciel» — głosił napis nad drzwiami. Wszedł do środka.

Za ladą siedziały dwie panienki nieco znudzone i przysypiające.

— Chciałbym się dostać do Vancouwer — powiedział.

Panienki uśmiechnęły się po czym jedna z nich zaszczebiotała.

— Nasze pojazdy dowiozą pana wszędzie.

— Ile to będzie kosztowało? zaniepokoił się.

— Trzy złote za dzień wynajmu. Posiada pan uprawnienia do kierowania?

— Tak — zełgał błyskawicznie.

— Odstawić pojazd może pan w naszych filiach w Vancouwer lub w enklawach.

— Chciałbym wynająć na tydzień.

— To będzie ze zniżką. Osiemnaście złotych.

Położył monety na ladzie i jeszcze zostało mu co najmniej drugie tyle. Druga dziewczyna obudziła się z półdrzemki.

— Poprowadzę — powiedziała.

W hangarze za recepcją stało siedem niedużych bąbli z przejrzystej masy. Otworzyła gościnnie drzwiczki pierwszego z brzegu. Miał ochotę zapytać o tankowanie, ale czuł że nie powinien. Wsiadł do środka i zapiął pasy. Dziewczyna pilotem otworzyła bramę. Przyciski na tablicy były podpisane. Włączył pole siłowe wokół, a potem nacisnął guzik z napisem start. Pojazd wypruł do góry świecą i wybił w dachu dziurę. Przeciążenie wdusiło go w fotel. Kopnął na oślep w tablicę rozdzielczą. Włączyło się radio.

— Drodzy słuchacze tu Gdańsk nocą. Nadajemy jak zwykle waszą ulubioną audycję. Wasza muzyka, nasze wiadomości. Brygada porządkowa informuje nas właśnie o dewastacji budki informacji turystycznej. Wybito tam szybę w drzwiach. Coś podobnego jakie to atawizmy wychodzą z ludzi. Tak zdewastować budkę. Za pół godziny gościć będziemy szefa brygady porządkowej oraz doktora Sericiusa z państwowego szpitala psychiatrycznego którzy skomentują dla nas ten bezprecedensowy akt zwyrodniałego wandalizmu.

Wcisnął inny guzik. Ściany kuli zrobiły się matowe. Następny guzik spowodował włączenie się świateł. Popatrzył na wysokościomierz. Był już na wysokości dwudziestu tysięcy metrów. Zaklął i wcisnął kolejny guzik.

— Autopilot. Proszę o dyspozycje.

— Pułap dwa tysiące. Szybkość sto na godzinę. Kierunek północno-wschodni — powiedział.

Kula opadła i zwolniła znacznie. Odetchnął z ulgą. Gdy uciekając z łagru ukradł rosyjski helikopter było łatwiej. Ale to było pięć tysięcy lat temu a technika poszła trochę do przodu.

— Podaj dane techniczne pojazdu — powiedział.

Zza konsoli wysunął się płaski ekran. Wyświetliła się na nim sylwetka maszyny którą leciał. Czytał podpisy pod spodem.

Latałka QX model 2403. Przebieg 18`657`562 kilometrów. Szybkość teoretyczna 800 km/h. Sprawność silnika po ostatnim remoncie 79%. Pułap maksymalny 25000 m.

— Idiotyczna nazwa — powiedział sam do siebie. — Autopilot pułap dwadzieścia metrów.

Urządzenie obniżyło się. Leciał na łanem traw.

— Autopilot proszę określić pozycję na wyświetlonej mapie.

Maszyna spełniła jego polecenie. Był gdzieś w okolicach Łeby. To znaczy byłby, gdyby Łeba jeszcze istniała. Zauważył to niespodziewanie. Na ziemi pojawiły się cztery ogniście czerwone kropki goniące pojazd. Tkie samejak wtedy przed aulą. Silnik nagle zatrzymał się i latałka opadła ku ziemi. Cztery kropki nadal tam były. Otaczały go na około. Rzucił się do drzwi ale były zablokowane.

— Do diabła — zaklął.

— Do diabła? To da się zrobić — powiedziało radio.

A potem na kranie pojawiła się twarz. Twarz człowieka w białej furażerce z idiotycznymi wąsikami. Paweł Koćko. Prezydent. Furażerka stara jak świat, miała wyhaftowane z boku złotą nicią trzy litery — POF.

— Myślę że masz dość — powiedział. — To było naprawdę niezłe ale teraz chyba już koniec.

— To znaczy? — zagadnął Nodar zaczepnie.

— Jesteś można powiedzieć otoczony. Teraz wystarczy że wcisnę guzik i będzie po tobie.

— Kapituluję wobec siły.

— W porządku za chwilę w twoim pojeździe pojawi się pas do teleportacji. Założysz go na biodra i wystukasz ten kod.

Twarz zniknęła z ekranu, a zamiast niej pojawiło się kilka cyfr. Nodar wyjął z torby pas zdobyty po południu. Założył go na biodra i wystukał kombinację.

— Uważaj bo będę wcześniej — szepnął mściwie.

A potem wcisnął guzik i zniknął. Minutę później w kabinie pojawił się teleporter. Przez ułamek sekundy wisiał w powietrzu, a potem upadł na fotel. Na pusty fotel.

IV

Sergiej i Zina zmaterializowali się z cichym sykiem na pokrytym kwiatami trawniku.

— O w mordę, — szepnął — jak tu pięknie.

Zina też wydała z siebie westchnienie pełne podziwu. Stali nad niedużym stawem. Na prawo od nich w błękitnej wodzie przeglądał się śliczny biały pałacyk. Pałacyk stał na wyspie łącząc się z lądem za pomocą mostków.

— Gdzieś już to widziałam — powiedziała marszcząc brwi. Obejrzała się w lewo. W tym końcu jeziora znajdowała się kolejna wyspa, a na niej sztuczne ruiny. Na brzegu wznosiła się widownia.

— Teatr? — zdziwił się Sergiej.

— Wiem co to jest. Pałac na wodzie w Warszawskich Łazienkach. Miałam kiedyś w atykwariacie album o Warszawie!

— Jesteś pewna?

— Całkowicie. Za nami powinno być widać dawną szkołę podchorążych.

Odwrócił się. Istotnie z za drzew majaczyły białe budynki.

— A więc wiemy gdzie jesteśmy. Sądzisz że to oryginalny, wycięty z całym parkiem, czy też może rekonstrukcja?

— Nie wiem, ale chyba nie miałby aż takiej techniki...

Kiwnął poważnie głową. Naraz zamarli. Gdzieś niedaleko rozległy się ciche kląśnięcia. Odwrócili się. Alejką pośród drzew nadjeżdżała dziewczyna. Siedziała z gracją na śnieżno białej klaczce. Klaczka miała długą jasną grzywę, a jej kopyta lśniły jak wypolerowane. Dziewczyna ubrana była w kurtkę z żaglowego płótna i miękkie brązowe buty za kostkę. Jej twarz była ogorzała od słońca i soli jakby większość swojego życia spędziła na pustyniach pozostałych z dawnych mórz szelfowych. Piękne brązowe włosy opadały jej na ramiona. Na czole miała diadem z niedużym szmaragdem. Zina i Sergiej ukryli się w krzakach i obserwowali to zdumiewające zjawisko.

— Jaka ładna — szepnęła Zina.

— Wcale nie jest taka ładna, — zaoponował jej towarzysz — ale sympatycznie wygląda i ma odpowiednią oprawę. Sądzę że to ta wspomniana w rozmowie księżniczka Helena.

— To co robimy?

— Hmm, nigdy jeszcze nie byłem w takim pałacu.

— A ja owszem. Gdy Koćko został Prezydentem to raz. Był w dobrym humorze i zabrał mnie do swojej letniej rezydencji. Tam było podobnie.

— Jak byłaś na statku to nie pokazywał ci tego miejsca?

— Nie, ani razu. Zresztą widziałam tylko tą część z czynszówkami i raz park obok.

— Może ten park i tamten park łączą się.

— Chyba nie, w normalnej Warszawie byłyby daleko.

— Ale to nie jest normalna Warszawa tylko jakaś zwariowana mieszanka. Wycinanka.

— Może masz rację. Słuchaj nie masz jakiejś lepszej sukienki tam na dole na ziemi?

— Niestety, a co nie podoba ci się już?

— Nie wiem czy będzie odpowiednia dla złożenia wizyty.

— Chcesz tam iść?

— Dlaczego by nie? Może da mi się przejechać na tym ładnym koniku. Zresztą w razie czego możemy zawsze zwiać.

Poskrobał się po głowie, a potem obrzucił indiański ruan, w który był ubrany, uważnym spojrzeniem.

— A ja jak wyglądam?

— Chyba też niezbyt oficjalnie. Ale może ujdzie w tłoku.

— I co jej powiemy?

W oczach ormianki zabłysły ogniki.

— Zdaj się na mnie.

Popatrzyli. Dziewczyna obojętnie puściła konia i weszła do pałacu.

— Zaczekaj na mnie chwilę — powiedział Sergiej i zaczął majstrować przy pasie.

— Chcesz skoczyć...

— Zaraz wracam.

W tym momencie obok pojawił się drugi Sergiej Susłow. Ten trzymał w ręce wiązankę kwiatów.

— O cholera — powiedział nowo przybyły. — Zapętliło się.

— Może daj — powiedział «Stary» Sergiej wyciągając rękę po kwiaty. — Będzie szybciej.

— Nie bądź taki mądry — osadził go przybysz. — Skacz.

«Stary» Sergiej posłusznie dotknął dłonią pasa i zniknął.

— Pętla czasu? — zaciekawiła się Zina.

— Nie wiedziałem że to działa także przy tak małych dystansach choć już wcześniej domyślałem się że to się opiera na ultratachionach. Nie ważne. Pomyślałem, że skoro idziemy z wizytą do damy to trzeba zabrać wiązankę kwiatów.

— Masz rację. Skąd je masz?

— Rosną przed jaskinią. Chodźmy.

Ruszyli alejką. Tu także były wiewiórki, a na stawie pływały kaczki i para łabędzi.

— Całkowicie odtworzona ekologia — zauważył Susłow. — Albo prawie całkowicie.

Popatrzył na niebo. Sunęły po nim lekkie białe chmurki. Nie miał pojęcia jak to jest zrobione ale niebo sprawiało całkowicie naturalne wrażenie.

— A może to jest dziura do przeszłości? — zastanawiała się Zina.

— Nie, niemożliwe. Było by tu pewnie sporo ludzi. Chyba że celowałby w okres gdy park był zamknięty dla zwiedzających.

Weszli na wyspę i zatrzymali się przed pałacem. Klacz na ich widok zarżała i zatupała kokieteryjnie nogami. Sergiej podszedł do niej i delikatnie musnął dłonią jej rzęsy.

— Odwal się palancie — powiedziała klacz. — Co robisz? Oka konia nie widzaiłeś?

— Sprawdzam odruchy. — wyjąkał. — Myślałem że jesteś sztuczna.

Obraziła się i poszła sobie.

— Prawdziwa? — zaniepokoiła się Zina.

— Chyba tak.

— Przecież mówiła.

— Może tu taki zwyczaj. Zapukamy, bo nie widzę dzwonka.

— No wiesz, jak się odwiedza księżniczkę to powinna zaanonsować nas służba.

W tym momencie księżniczka odchyliła kotarę wyglądając z wnętrza.

— Ach goście — powiedziała wyraźnie ucieszona — A ja nieuczesana.

Mówiła w języku esperanto.

— Ale nie rób sobie kłopotu moja droga — uspokoiła ją Zina. — po prostu przechodziliśmy obok i postanowiliśmy cię odwiedzić.

— Zapraszam — zrobiła ręką zachęcający gest.

Weszli do wnętrza. W pałacu było nieco cieplej niż na dworze. Na ścianach wisiały portrety i obrazy, na kominku płonął ogień.

— Jestem Zina Jedenichidze — przedstawiła się — A mój towarzysz to słynny dysydent Sergiej Susłow.

— Bardzo mi miło — powiedziała gospodyni. — Jestem księżniczka Helena Koćko.

Faktycznie ci straszni dysydenci wyglądali fajtłapowato i nie grzeszyli inteligencją. Sergiej wielokrotnie stawał w życiu wobec niewyjaśnionych zagadek i teraz, choć z trudem, powstrzymał się od żywszej reakcji.

— Bardzo mi miło — powiedział. — Pani pozwoli — wręczył jej bukiet.

— Ojej — ucieszyła się. — To dla mnie? Wybaczcie na chwilkę, — poderwała się fotela, — przygotuję jakiś mały podwieczorek.

Wybiegła, a raczej niemal wyfrunęła z pomieszczenia.

— Może nie dobrze że mnie tak zdekonspirowałeś — powiedział.

— Chciałam zbadać jej reakcje. Ciekawe nazwisko ma swoją drogą. Stary głupi Prezydent bierze się za coraz młodsze i tym razem zmienił taktykę — powiedziała z goryczą.

— Nie. Z tobą przecież nie brał ślubu. Myślę że to jego córka. Księżniczka Koćko. O nas najwyraźniej nie słyszała.

— Jest do niego faktycznie uderzająco podobna. Ale sprawia dziwne wrażenie — powiedziała Zina z namysłem. — Chyba robił jej pranie mózgu.

— Dlaczego tak sądzisz?

— Wyobraź sobie że składa ci wizytę dwoje nieznajomych.

— Zgoda ale popatrz z drugiej strony. Tu mogą się dostać oczywiście z drobnymi wyjątkami sami swoi. Zidentyfikowała nas jako należących do tej samej kasty.

Księżniczka wróciła.

— No i co tam u ciebie słychać? — zapytała Zina.

— Ech fajnie. Mamy już jesień. Nazbierałam kasztanów koło teatru. Są takie ładne. A co u was?

— Jakoś leci — powiedział Sergiej. — Pomału posuwam się do przodu ze swoimi pracami naukowymi i z pogranicza nauki.

— A u mnie nic ciekawego — powiedziała Zina — Gotuję mu obiady i sprzątam ten uroczy chlewik, który zostawia po swoich doświadczeniach.

— Nie jesteście małżeństwem? — zapytała.

— Nie, tylko przyjaciółmi — wyjaśnił jej Susłow — No i badamy razem różne rzeczy.

— Może mój tata mógłby wam pomóc? Mogę go przekonać — uśmiechnęła się czarująco i zza poduszki na fotelu wyjęła telefon.

— Ależ poradzimy sobie — uspokoił ją Sergiej. — Widzisz, czasami lepiej dochodzić do pewnych rozwiązań bez cudzej pomocy. Wtedy odczuwa się większą radość z odniesionego sukcesu. Gdybyśmy sobie zupełnie nie mogli poradzić wówczas nie omieszkam się poprosić o pomoc.

Uśmiechnęła się i odłożyła telefon na miejsce. Zdjęła buty i podwinęła nogi pod siebie.

— Jak miło, że mnie odwiedziliście — powiedziała. — Powiedzcie gdzie mieszkacie to złożę wam rewizytę przy jakiejś okazji.

— Mieszkamy w Andach — powiedział Sergiej. — Ale nasza siedziba nie jest jeszcze gotowa na przyjmowanie gości. Zaprosimy cię oczywiście jak już ją trochę urządzimy.

Uśmiechnęła się.

— Mieszkacie na ziemi? — zaciekawiła się — A ja tutaj. Chcecie to pokażę wam park., ale najpierw coś zjemy.

Pstryknęła pilotem i na stoliku zmaterializował się samowar i trzy nakrycia oraz ciasto na srebrnej tacy. Ciasto było znakomite, podobnie jak herbata.

— To z gałązkami malin — wyjaśniła gospodyni. — dodaje się do wody, nadają wspaniały aromat.

— To prawda — przyznała Zina.

Sergiej zastanawiał się czy to wszystko nie jest przypadkiem zatrute, ale najwyraźniej nie było. Zjedli i poszli na spacer. Pokazywała im wszystko dzieliła się swoją radością. W oranżerii zjedli po kilka bananów. W starej pomarańczarni — pomarańcze. W teatrze uruchomiła dla nich holograficzny projektor dzięki czemu obejrzeli kawałek przedstawienia. Wreszcie zmęczeni postanowili zakończyć wizytę.

— Szkoda — powiedziała.

Posmutniała trochę. Obiecali znów ją odwiedzić przy nadarzającej się okazji. A potem pomachali jej i wyparowali. Po powrocie z cudownego świata białej rezydencji zatopionej w jesiennym parku ich własny świat jaskini z betonowym dnem wydał im się ponury. Sergiej z westchnieniem poszedł do stojącego w kącie lasera i zaczął demontować układ celowniczy.

— Co robisz? — zaciekawiła się Zina.

— Wiesz myślałem kiedyś żeby strzelić w stację tak żeby ją uszkodzić. Ale teraz nie mogę tego zrobić. Przecież ona mogłaby ucierpieć.

— Odwiedzimy ją znowu?

— Może jutro. Ale wpadnie do niej dzisiaj Człowiek z Góry Bólu. Jeśli mu o nas opowie to będą bęcki.

— Szkoda by było. Właściwie to ją oszukaliśmy..

— Nie. Powiedziałaś jej już na początku że jestem dysydentem.

Uśmiechnęła się.

V

10 czerwca wieczorem.

Gdańsk PNTK

Artur Kładkowski vel Wielki Mur, student trzeciego roku geologii na uniwersytecie narodowym imienia Starego Prezydenta w Gdańsku siedział w zadumie na ławce przed stołówką. Opodal siedziało dwu koczowników, którzy przywieźli na wielbłądach trochę bursztynu na handel. Porozkładane na kawałku gazety złocistobrązowe bryły przyciągały jego wzrok. Bursztyn. Skądś znał ten surowiec. Zamknął oczy. Pamięć usłużnie poddała mu ogólny wzór chemiczny bursztynu oraz tabele właściwości i zastosowań. Podążył w tym kierunku w nadziei że coś jeszcze uda mu się wycisnąć z opornego umysłu. Pamięć poddawała mu kolejne skojarzenia. Koczownicy. Zamieszkują oazy na pustyni Bałtyckiej. Są interetniczni, naród w fazie powstawania. Przyłączają się do nich przedstawiciele różnych nacji, a ich językiem niejako naturalnym jest esperanto. Ich dzieci mówią tylko w nim. Westchnął ciężko. To było beznadziejne. Momentami wydawało mu się że pamięta coś z poprzedniego życia ale po głębszym zakopaniu się we własną pamięć stwierdzał, że to tylko sztuczne wspomnienia i treść wykładów, które powinien znać jako student trzeciego roku geologii. Miało mu się to wszystko powoli przypominać. Obok przeszła jasnowłosa dziewczyna nieco od niego starsza. Obok niej biegł piesek ciągnący dwukołowy wózek z dzieckiem. Wzdrygnął się lekko. Pamięć usłużnie poddała mu kawałek ze Starego Testamentu.

— Był kiedyś taki, który zabił, a wówczas na jego czole pojawiło się znamię. — szepnął sam do siebie. — I ja też mam. Stygmat Kaina. Zabijałem...

Zabijał. Wysilił pamięć. Jak to mogło wyglądać? Zarzynał kobiety i dzieci nożem, a one strasznie krzyczały, wszystko było we krwi...

— Niemożliwe — szepnął. — Pamiętałbym to.

Wysilił pamięć. Przypomniał sobie coś. Tym razem był prawie pewien. Jakiś przebłysk. Jaskinia. Chyba jaskinia. Kamienny sufit i człowiek w poszarpanym laboratoryjnym kitlu. Inny obraz był jeszcze dziwniejszy. Kamienica czynszowa taka jak na bardzo starych ilustracjach, nawiasem mówiąc nie sięgnął jeszcze do żadnej książki od wczorajszego zmartwychwstania więc skąd pamiętał jakie obrazki są w książkach? Kamienica stała w parku, a po drzewach biegały wiewiórki. Wiewiórki zapamiętał. Nagle wszystko wyłączyło się. Miał ochotę wściekle zakląć.

Podniósł się i ruszył w stronę sąsiedniej ławki. Koczownicy ucieszyli się, a ich wielbłąd podniósł głowę.

— Jak mogę odzyskać straconą pamięć — zastanawiał się. — Jak chociaż dowiedzieć się kogo zabiłem. Złożyć kwiaty na ich grobach...

Niespodziewanie już w chwili gdy mijał koczowników jego wzrok spoczął na gazecie na której leżał bursztyn. Na tytułowej stronie pysznił się krwistą cyrylicą wielki tytuł.

Mąż degenerat uderzył swoją żonę!

Kawałek dalej kolejny kłuł oczy:

Dewastacja budki informacji turystycznej!

Reszta przykryta była bursztynem. Kupił gazetę razem z surowcem. Chciał odejść ale nagle coś przebiło mu się w umyśle.

— Czy macie coś na odświeżenie pamięci? — zapytał.

Koczownicy nie podnieśli nawet głów.

— Wzmocnienie czy odświeżenie? — zapytał jeden z nich.

— Odświeżenie. Jeśli człowiek chce sobie coś przypomnieć.

— Dwadzieścia.

Podał monetę. W zamian otrzymał torebkę proszku.

— Trzeba zalać wrzątkiem i poczekać aż naciągnie. To zioła ze strefy zamkniętej — wyjaśnił drugi. — Tylko uważaj za to idzie się w gwiazdy.

Podziękował i ruszył w stronę akademika. Pamięć usłużnie poddała mu ustęp z czytanego niedawno dzieła.

Zażywanie wszelkiego rodzaju środków odurzających za wyjątkiem etanolu zostaje zakazane pod sankcją natychmiastowej ewakuacji w przypadku wykrycia. Rosjanom zezwala się na spożywanie tytoniu podczas ważnych świąt państwowych i religijnych. Przepis ten obowiązuje jedynie osoby posiadające obywatelstwo rosyjskie i zamieszkałe stale na terytoriach etnicznych swojego narodu.

W zacisznym pokoju w swoim akademiku usiadł i zalał zawartość torebki wrzątkiem.

— Ciekawe skąd wiedziałem, że od koczowników można kupić zakazane narkotyki? — zastanowił się.

Zawartość szklanki stała się brązowa. Tak zapewne wyglądała kiedyś herbata zanim Stary Prezydent nie zakazał jej picia pod karą ewakuacji. Podobno zakazał bo sam nie lubił herbaty. Albo lubił tak bardzo, że nie chciał by ktokolwiek dzielił z nim tę przyjemność.

Odczekał dziesięć minut i duszkiem wypił palący napój. Położył się na łóżku. Gdyby ktoś teraz wszedł do jego pokoju byłby skończony, ale drzwi były na szczęście zamknięte na klucz. Odpłynął. Z głębin pamięci wypłynęło coś mglistego. Postarał się skoncentrować na widoku kamienicy czynszowej. To stało się nagle. Mijali ją jadąc rykszą. On i jeszcze jakiś człowiek. Pedałował prosty automat. Mijały ich niemieckie patrole.

— Warszawa roku tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego — powiedział jego towarzysz. — To oczywiście tylko dekoracja choć ultratachiony dają pewne możliwości.

Kątem oka widział jego białą furażerkę. Jechali dalej wzdłuż rzędu kamienic.

— To co cię tu spotka właściwie jest jedynym wyjściem — powiedział ten siedzący obok. — Mogę cię oczywiście zabić, ale to przecież nic mi nie da. Myślałem, że będziesz technikiem, ale twoja dociekliwość przypiczętoała twój los. Wypalę ci pamięć do czysta i załaduję od nowa. Poczekamy parę wieków...

Minęli kościół. Obudził się. Było już ciemno. Przemarzł na wylot.

— Wyprał mi pamięć w Warszawie w roku 1943 — szepnął w ciemność — Albo w miejscu które wyglądało tak samo. Ale kim byłem wcześniej? Technikiem?

Zapalił nocną lampkę. Jego wzrok padł na leżącą na podłodze gazetę w którą zawinięto mu bursztyn. Zaczął na spokojnie czytać. Artykuł opisywał potworną patologię. Mąż bez powodu pobił żonę. Kładkowski zamyślił się. Brakowało mu trochę utraconych wiadomości ale jeśli pobicie było tak straszną patologią że pisano o tym w gazetach to...

Poderwał się na równe nogi. Jego zbrodnie, jeśli w ogóle je popełnił, też z pewnością zostały opisane w prasie. Kto wie może nawet szczegóły procesu. Będą zdjęcia ofiar. Będą jego zdjęcia. Na twarzy nie miał żadnych blizn, więc nie zmieniano jej. Pozna się na zdjęciu. Zaczął biegać po pokoju w podnieceniu przewracając krzesło. Biblioteka! Uruchomił terminal komputerowy. Włączył się do lokalnej uniwersyteckiej sieci informacyjnej. Wywołał pliki gazet sprzed stu lat i zaczął przeglądać tytuły. Dwa razy w ciągu pięćdziesięciu lat popełniono morderstwo. Żadne nie pasowało do niego. Natomiast nie było żadnego seryjnego mordercy. Zamknął oczy. Nie był mordercą. Nie mógł być. Z jakiegoś powodu wyprano mu pamięć. Ale dlaczego? Może wręcz przeciwnie był dysydentem albo kimś takim jak ten nieszczęsny Gruzin, którego ścigali. Może przybył tu z głębokiej przeszłości. Może wrócił z gwiazd. Złapali go i zrobili mu to.

— Chyba trzeba będzie jeszcze poszukać — powiedział sam do siebie.

A potem położył się spać. Tymczasem Agent o pseudonimie Sprawiedliwość Cesarzy, wystukał na swoim laptopie numer Starego Prezydenta i posłał krótką, a treściwą wiadomość.

Agent Wielki Mur zaczyna przypominać sobie swoją przeszłość. Rekomendacje:

a) całkowite zniszczenie pamięci z wykorzystaniem mózgu w kulturach tkankowych.

b) ewakuacja.

Stary Prezydent przebywał w hangarze przy nieużywanym od trzech tysięcy lat kutrze pościgowym, a jednocześnie przygotowywał zasadzkę na Gruzina ale na ekranie jego laptopa zapaliła się nieduża chorągiewka i napis:

Czeka poczta.

VI

Stacja orbitalna

Nodar zmaterializował się na niedużej platformie na stacji orbitalnej. Platforma stała na podłodze dużej okrągłej sali z drewnianą podłogą. W sali był także obecny Stary Prezydent. Stał opodal przy dziwnym pojeździe. Pojazd miał wielkość małego samolotu.

— O psia krew — powiedział na widok gościa — Już tutaj?

— A co, zdziwiony? — zapytał Nodar wyjmując dłonie z kieszeni. W jednej trzymał antyczny rewolwer w drugiej miotacz zdobyty w fałszywej ambasadzie.

Prezydent uśmiechnął się lekko i sięgnął dłonią do pasa.

— Zdążę strzelić — powiedział spokojnie Nodar.

— Ja po papierosy.

— Gdy byłeś prezesem POF nie paliłeś.

— Jejku jejku. To aż tak długo się znamy?

— Nawet jeszcze dłużej. Przeszedłem długą drogę. Zawsze byłeś szybszy. Ale teraz odwróciła się karta.

— Jeśli naprawdę tak myślisz to jesteś głupszy niż sądziłem.

Nodar przerwał mu niecierpliwym ruchem ręki.

— Wiem, wiem. Minęło kilka tysięcy lat. Niezależnie co myślą ci ludzie zmiany chociażby linii brzegowej kontynentów są zbyt duże. Trudno. Upłynęło sporo czasu, technika jak widzę poszła mocno do przodu, i to co teraz się dzieje może mi się wydawać magią.

Stary Prezydent puścił do niego oko i pstryknął palcami. W pomieszczeniu zmaterializowały się dwa fotele.

— Usiądźmy — zachęcił.

Usiedli, ale Nodar ani na chwilę nie opuścił luf.

— Nie wiem jeszcze gdzie jesteśmy — powiedział.

— To malarnia dekoracji w Teatrze Wielkim w Warszawie — powiedział spokojnie Koćko. — A chwilowo hangar. Szykuję się do ocalenia tej planety.

— Och jak zwykle. Zawsze ratujesz całą ludzkość. Czytałem twoje pamiętniki opublikowane po odlocie. Ani słowa o tym studencie ktorego zabiłeś żeby zdobyć sekret ogniw fotoelektrycznych drugiej generacji. A skąd miałeś kapitał nazałożenie POF? Słyszałem o syntetycznym narkotyku Gen4.

— To dużo wiesz.

— Umierali ci którzy wiedzieli znacznie mniej. Mordowałeś jeńców wojennych... Cały teatr też tu jest?

— I to nie jeden. Gdy niszczyłem tą zafajdaną planetę ocaliłem to co uznałem za potrzebne. I mam to wszystko tutaj.

— Stacja orbitalna.

— Jesteś domyślny — zakpił. — Co jeszcze chcesz wiedzieć?

— Co zrobiłeś z Łamarą?

—Żyje sobie spokojnie. Siedzi w lodówce z pola czasu stojącego. W wolnych chwilach trochę się z nią zabawiam. Sympatyczna, choć zupełnie dzika. Nie zaglądałem do niej od jakichś trzystu lat... Znudziła mi się, mam zresztą inne rozrywki.

— Oddaj mi ja a daruję ci życie.

— Ech nie.

— Dlaczego nie? Skoro masz inne... rozrywki.

— Widzisz ja nigdy nic nie oddaję. Cała stacja jest wypełniona tym co ukradłem, zanim zrobiłem z tej planty to, czym jest teraz. Wiesz, że mam tu wszystkie zabytki klasy zero jakie stały na ziemi w dwudziestym pierwszym wieku? To mój skarbiec. Nie oddam nic, nikomu. Teraz to moje.

—Łamara nie jest zabytkiem.

— Za to jest najładniejszą dziewczyną w Gruzji. Mam także Zinę z Armenii i były jeszcze ze dwie, ale trochę się zużyły przy eksperymentach medycznych.

— Słuchaj Koćko. Lepiej mi ją oddaj.

— Nie. Posłuchaj, to ze się tu znalazłeś to jedno wielkie nieporozumienie. Powinieneś od dawna nie żyć. Rozmawiam z jakimś pieprzonym zombie...

W tym momencie Nodar uświadomił sobie że Koćko, choć dobrze się maskuje, zalany jest niemal w trupa.

— Oddaj. Dostaniesz za nią co tylko zechcesz.

— I tak mogę mieć co zechcę. Nie oddam. Ona jest moja. Po moim trupie.

— Po twoim trupie? — wściekł się Gruzin. — To da się zrobić!

Koćko zniknął. Razem z fotelem. Nodar poderwał się ze swojego i wystrzelił w tamtym kierunku. Kula przeszła przez powietrze i uderzyła w ścianę. Niczego niewidzialnego nie było po drodze. On naprawdę zniknął. Nodar rozejrzał się po pomieszczeniu. Na wysokości kilku metrów obiegała je galeryjka. Drzwi było tu całkiem sporo. W każdej chwili mógł paść strzał. Czuł, że jest obserwowany. Runęła podłoga. Nagle i bez najmniejszego ostrzeżenia. Deski rozprysły się i poleciał w dół. To faktycznie był teatr. Wielka sala mieszcząca widownię zbliżała się z przerażającą szybkością. Wcisnął czerwony guzik na pasie. I zniknął. Stary Prezydent gdy po chwili wybiegł bocznym wejściem na scenę z karabinem w dłoni zobaczył że pod dziurą w suficie piętrzy się stos połamanych desek, gipsu i cegieł ale nigdzie nie widać ciała wroga. Zaklął. A potem wrócił do kutra. Czasu było coraz mniej.

VII

Tomasz Miszczuk zmaterializował się na brzegu stawu w Łazienkach. W dłoniach trzymał kosz czerwonych róż. Spokojnie wszedł na wyspę i stanął przed pałacem. Księżniczka Helena drzemała już na piętrze w swojej sypialni ale powiadomiona przez system zabezpieczeń zeszła na parter zawinięta w swój błękitny szlafrok.

— Ojej znowu gość — ucieszyła się.

— Jestem Tomasz Miszczuk — przedstawił się.

Na moment zamyśliła się.

— Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali?

— Nie, nigdy nie miałem tej przyjemności.

Kwiaty wyraźnie ją ucieszyły. Wyciągnęła butelkę szampana i zasiedli razem do spóźnionej kolacji. Nie mówili wiele. Ona przysypiała, a on zastanawiał się nad tym, czy za wierną służbę nie mogłaby dostać jej w nagrodę. Pożerał ją wzrokiem. Kończyli już gdy laptop w jego tobie zapikał. Wsunął sobie kabel w złącze.

— Zamelduj się — powiedział Koćko. — Czekam w porcie.

— Zaraz będę.

Dopił wino z kieliszka.

— Niestety czas już na mnie — powiedział. — Obowiązki wzywają.

— Szkoda — powiedziała. — Wpadnij jeszcze kiedyś.

— Na pewno wkrótce znowu zajrzę.

Wystukał kod i wyparował. Hela położyła się spać.

VIII

10 czerwca Dzień Przesilenia Letniego

Noc. Gdańsk PNTK

Dzień przesilenia letniego był wspaniałym świętem. Świętem całej ludzkości. Oczywiście ludzie mieli różne święta, w zależności od religii i narodowości. Rosjanie świętowali Dzień Przebudzenia Wodza, było to święto ruchome wyznaczane w oparciu o kalendarz księżycowy. Polacy obchodzili uroczyście Boże Narodzenie, w dniu 24 grudnia, oraz Wielkanoc na wiosnę. Niemcy świętowali bardzo uroczyście dzień Piątego Maja, choć było to święto zakazane przez Starego Prezydenta, urządzali wówczas nocne pochody z pochodniami, i opłakiwali swojego wodza, który jakoby został zabity przez Żydów. Z braku Żydów w tych dniach swoją nienawiść kierowali przeciw rosjanom, którzy jako jedyni posługiwali się jeszcze ciągle starożytnym hebrajskim alfabetem. Z kolei Rosjanie żyjący w szałasach i jurtach wśród gór Jabłonowych obchodzili uroczyście święto nazywane przez nich Wielkim Październikiem. Z niewyjaśnionych przyczyn obchodzili je w listopadzie. To święto także nie cieszyło się przychylnością Starego Prezydenta który zakazał pod karą śmierci składania w tym dniu ofiar z ludzi. Kolonie Polaków w Walii obchodziły uroczyście Noc Guya Fawkesa choć nie bardzo było wiadomo kim był ten człowiek. Obchodzono je w różnych latach w różne miesiące. Polegało na odpalaniu dużych ilości wyrobów pirotechnicznych. Przez wiele lat uważano, że ów tajemniczy Fawkes był wynalazcą broni palnej lub dynamitu, aż wreszcie Stary Prezydent dostarczył odpowiedniej literatury historycznej ze swojego orbitalnego skarbca. Nawet wówczas jednak nie do końca mu uwierzono i kilka sekt nadal dokonywało samowysadzeń w powietrze na pamiątkę nie bardzo wiadomo czego. Była także sekta która także dokonywała samowysadzeń z reguły w tym samym dniu co reszta, z tą tylko różnicą że na pamiątkę jakiegoś Ordona. Nikt nie wiedział kto to taki. W Dzień Przesilenia Letniego świętowali wszyscy. Był to dzień powrotu Starego Prezydenta. Jedyne święto nie mające podłoża religijnego. Dzień ludzkiej wspólnoty. W tym dniu ludzie spotykali się z przyjaciółmi lub z wrogami jeśli chcieli się z nimi pogodzić. Pili oceany grzanego piwa i śpiewali lub dyskutowali o czymś wzniosłym.

Profesor Janusz Seleźniecki stał na balkonie swojego apartamentu na dwudziestym piątym piętrze wysokościowca Kociewie na obrzeżach Gdańska. Patrzył w zadumie na urzekający widok słońca zachodzącego powoli w oceanach piasków na północny zachód od jego domu. Piaszczyste wydmy pustyni Bałtyckiej pociemniały. Niebo spowite nielicznymi chmurkami mieniło się tysiącem barw. Wisła leniwie toczyła swoje wody przez piaski w stronę Atlantyku. Z tej odległości wyglądała jak wstążka. Sunęło po niej kilka barek z drewnem. Od pustyni powiał wiatr. Profesor zamyślił się. Mieli problem badawczy. Wedle opracowań Starego Prezydenta, Bałtyk był morzem jeszcze w dwudziestym wieku, choć wówczas już poważnie wysychał. Czy możliwe jednak było wyschnięcie całego morza w ciągu. Niespełna pięciuset lat? Wątpliwości pozostawione w jego umyśle po rozmowie z Mitrofanowem kiełkowały. A jeśli upłynęło nie pięćset a tysiąc lat. Albo dwa tysiące? Wówczas mogło tak być. Panowało chłodne optimum klimatyczne. Zmiana linii brzegowej kontynentów. Bałtyk był niegdyś morzem szelfowym. Tylko jak dawno temu?

Gdzieś na pustyni pojawił się sznureczek światełek. Wziął w spracowaną dłoń lornetkę. I popatrzył. To szła karawana wielbłądów. Gdy był mały zawsze lubił patrzeć na karawany. Wprawdzie transport lotniczy był szybszy i tańszy, ale byli ludzie którzy lubili wędrować po wyschniętym dnie morza. Szukali bursztynu, parokrotnie meldowali archeologom o starych wrakach, które działanie wiatru odsłoniło spod piasku. Westchnął. Chciał, choć raz pojechać wierzchem na wielbłądzie przez piaszczyste wydmy. Zamiast woni betonowego pyłu powdychać ożywczą woń wielkiej rzeki płynącej przez piaski. Zobaczyć oazy gdzie przy słodkich źródełkach wyrosły sosny. Popatrzył na zegarek. Już czas. Zamknął okno i wyszedł z mieszkania. Na ulicach panował dość ożywiony ruch. Ludzie czynili ostatnie przygotowania. Złapał taksówkę. Lekki poduszkowiec sunął bezgłośnie ulicą. Wymijając dwukółki ciągnięte przez osły. Było święto. Tradycja nakazywała odwiedzać znajomych w ten sposób. Profesor uśmiechnął się. Większość tych osłów stała cały rok na strychach albo w piwnicach. Gdy nadchodził dzień przesilenia zdejmowano z nich pokrowce, odkurzano i wlewano paliwa. Dom jego przyjaciela stał na pustyni. Gdańsk górował nieco nad sympatyczną dzielnicą willową. Tu nie przejmowano się kosztami. Domy wzniesiono ściśle wedle tradycji. Modrzewiowe ganki z kolumienkami, świątynie dumania w ogródkach, czerwone ceramiczne dachówki i ściany wykonane z grubego papieru naciągniętego na sosnowe ramy. Starożytna estetyka. Wysiadł z pojazdu i kartą magnetyczną uiścił rachunek za jazdę. Drewnianą pałeczką uderzył w gong wiszący przy bramie. Brama zaraz się uchyliła. Stała w niej Yoko. Zrobiła się na bóstwo. W dłoni trzymała wachlarz.

— Witaj.

— Witam panie profesorze. Brat oczekuje w salonie.

Wszedł do wnętrza. W powietrzu unosił się silny zapach grzanego piwa. Profesor Rościsław Pawłowski siedział obok samowara.

— Jesteś — ucieszył się. — Znakomicie. Pojedziemy na wycieczkę.

— Wycieczkę? — zdziwił się archeolog.

— Pawło Mitrofanow, nasz wspólny znajomy chciałby zasięgnąć naszej opinii. — Rościsław pokazał nieduży teleporter.

Janusz natychmiast domyślił się co to jest.

— Zabierzemy się we trójkę? — zagadnął.

— Tak. Powinien uciągnąć...

Niespodziewanie w krzakach wokoło budynku zakotłowało się. Jednocześnie ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Profesor wyciągnął z kieszeni antyczny rewolwer i dał znak Yoko, żeby otworzyła. W progu stał sympatyczny młodzieniec lat około dwudziestu.

— Dzień dobry, czy zastałem profesora Pawłowskiego? — zapytał.

— To ja. — powiedział Rościsław. — Mieliśmy już przyjemność?

— Nie. Jestem agentem starego Prezydenta o pseudonimie Wielki Mur. Agentem oddelegowanym do śledzenia pańskich poczynań.

— Uchym. Bardzo mi miło. Co też pana sprowadza?

— Mały problem. Dwa problemy. Problemy.

— Proszę mówić.

— Po pierwsze ścigają mnie za coś. Chyba niechcący znalazłem coś w komputerze na temat mojej przeszłości...

— Wolniej — polecił Seleźniecki. — Miałeś zatartą osobowość?

— Tak. Po drugie przed niecałą minutą był alarm. Mają aresztować wszystkich którzy są tutaj.

—Żadna nowina — powiedziała Yoko.

Cienie za oknem zakotłowały się ponownie.

— Mam teleporter. Chciałbym w zamian za to zabrać się z wami.

— Bierzemy go? — zapytał Janusz.

— Bierzemy, wykończymy go najwyżej później — powiedział astronom przybysz. — Skupcie się i zamknijcie oczy.

Zniknęli. A Wielki Mur został. Jego teleporter został właśnie przed chwilą zdalnie wyłączony. W tym momencie do wnętrza pomieszczenia wdarli się przez ściany agenci. Sprawiedliwość Cesarzy wyjął komunikator.

— Ptaszki wyfrunęły z klatki — poinformował koordynatora.

Wyjął z kieszeni mały rozpylacz.

— Zawiodłeś — powiedział do Artura a potem prysnął na niego destrutoxem. — I tak się nie nadawałeś.

Agent zawył i rozłożył się na molekuły. Ciecz wypaliła dziurę w podłodze i zabrała ze sobą jego doczesne szczątki. Sprawiedliwość Cesarzy puścił do dziury kroplę neutralizatora. Na stoliku stała filiżanka z nietkniętą herbatą. Podniósł ją do ust i pił wolnymi łykami.

IX

Stacja orbitalna.

Spotkali się na nabrzeżu. Kamień u ich stóp obmywały fale. Na wodzie kołysał się nieduży jacht. Nad portem krzyczały mewy. Mewy były sztuczne. Tomasz Miszczuk, premier, wieczny student archeologii i Paweł Koćko, niedoszły absolwent SGH, Stary Prezydent. Stali na przeciw siebie.

— Witaj premierze.

— Witaj prezydencie.

— No cóż dawnośmy się nie widzieli — powiedział Prezydent wskazując zapraszającym gestem dwa fotele. Usiedli.

— Ile czasu minęło dla ciebie? — zapytał Miszczuk.

— Trochę coś ze cztery, może pięć tygodni.

— A ja przez pół roku kopałem w Warszawie.

— I jak?

— Cholera mam trochę żal że tak to wszystko zdewastowałeś.

— Nie było innej możliwości. Przecież te tysiące betonowych wierz...

— Wiem, wiem. W porządku.

— Szkoda tej dekonspiracji. Mogłeś tam jeszcze posiedzieć.

— Właściwie nie było po co. Tam nic się nie działo. Ale wezwałeś mnie. Szykują się jakieś kłopoty?

— Tak. Cholerne kłopoty. Pamiętasz Łamarkę?

— Tak. Coś jej dawno nie widziałem. Zostawiłeś ją na ziemi przed odlotem?

— Noco ty. Taką fajna samiczkę mialbym zotawić? Jeszcze czego. Pojawił się jej chłopak.

— Skąd?

— Wylazł z jakiegoś przetrwalnika. Może się kazał zamrozić. W każdym razie fika.

Roześmiał się i powtórzył rym.

— Wylazł chłopak z przetrwalnika,

łyknął wódki no i fika!

Tomasz wzdrygął się. Przypomniał sobie jak kiedyś, dawno temu, na ziemi, każde polskie dziecko musiało uczyć się na pamięć w szkole podobnych utworów «wielkigo wodza». Ale najgorsze zaczęło się jak zażądał za te badziewne wierszyła Nagrody Nobla. Oczywiście nie dostał, więc postanowił się zemścić na Szwedach. Polscy komandosi wylądowali na Bornholmie i obrócili wyspę w perzynę, a dopiero potem okzało się że że Bornholm należał do Danii. Prezydent zawsze był wyjątkowo kiepski z geografii.

— Zakładam, że to ten Gruzin z Gdańska?

— Tak. Zlokalizowałem go i zaprosiłem na pranie mózgu.

— To gdzie problem?

— Miał własny teleporter. Wyskoczył wcześniej i zaskoczył mnie. Rozwaliłem podłogę w sali malarni dekoracji w teatrze.

— Nie żyje?

— Trudno powiedzieć. Na dół spadła tylko podłoga i podsufitówka. Musiał zdążyć teleportować się na zewnątrz. Ale nie wiem gdzie.

— To nie żyje. Tam jest osiem pięter.

— Przecież wyskoczył!

— Przy teleportacji zachowuje się moment pędu. Jeśli leciał z ósmego piętra to nawet jeśli w połowie się ulotnił do w punkcie docelowym miał energię kinetyczną równą szybkości wektorowej...

— Niech ci będzie. Zawsze byłeś lepszy z fizyki.

— A pamiętasz jak ci dawałem odpisywać w siódmej klasie?.

— Tak. Właściwie to szkoda chłopaków. Mogliśmy zabrać ich ze sobą w tą podróż do przyszłości.

— Nie było warto. To wybrakowany materiał ludzki.

— Ale dawali nam odpisywać.

— A my im za to płaciliśmy. A pamiętasz jak dawałem łapówkę dyrektorowi liceum?

— Tak. On zapytał «dlaczego to ty mi dajesz pieniądze, a nie twój ojciec?», a ty na to: «on sądzi że jestem piątkowym uczniem, dlatego błagam o dyskrecję».

— Cholera, żeby nie ta komisja z kuratorium to by się udało. A tak musieliśmy obaj kupować matury na bazarze. Dobrze jeszcze że udało się go przyszantażować tą kasetą... Stare dzieje. Zobaczymy jak to się dalej potoczy. W każdym razie Gruzin raczej nie żyje.

— Upadek z wysokości ośmiu pięter można przeżyć.

— Można też nie przeżyć. Mogę spróbować go poszukać. A w malarni zastawimy pułapkę na wypadek gdyby wrócił.

— Sądzisz że wróci?

— Na pewno o ile żyje. W przeciwieństwie do ciebie on ją kocha. Nie wiem czy rozumiesz o co chodzi, to takie uczucie...

— Wiem. Też to przechodziłem a potem przypaliłem sobie uzwojenie mózgu i przeszło. Atawizm, ewolucja sama sobie z tym poradzi za kilka tysięcy lat...

— No więc jest to jedyny adres który zna. Przyleci tu żeby pobuszować. Może mu ją oddaj? Unikniesz kłopotów. A dla siebie złapiesz nową. Może nawet będzie dziewicą.

— Chyba niegłupi pomysł, tylko jest jeden kłopot.

— To żyje, czy nie żyje?

— Wsadziłem ją do lodówki i nie pamiętam gdzie. Chyba na dziesiątym, albo jedenastym piętrze.

— Sześćset kilometrów kwadratowych do przeszukania. Chyba cię pogięło. Sprawdź w komputerze stacji.

— Hmm, jakby to powiedzieć, komputer gospodarczy jest trochę uszkodzony.

— Znowu strzelałeś po pijanemu do komputerów.

— Oszukał mnie.

Tomasz przymknął oczy. Przypomniał sobie jak dawno dawno temu prezydent przegrał partię warcabów z komputerem sztabowym warszawskiego okręgu wojskowego. To było zaraz po tym jak ogłosił się światowym arcymistrzem tej gry. Generałowie wyrwali komputer ze ściany i na rozkaz prezydenta wynieśli go przed budynek gdzie odbyła się «egzekucja oszusta». Doszedł do wniosku, że należy zmienić temat.

— A tak swoją drogą to odwiedziłem księżniczkę Helenę.

— I jak?

— Ktoś był u niej. W wazonie miała bukiet kwiatów. Chyba południowo amerykańskich dzikich róż.

— Sprawdzę na kamerach kontrolnych. Co zrobimy jeśli Gruzin wróci? Przecież nie pozwolę mu żeby szukał swojej lubej po dwu piętrach stacji.

— Hmm, można go stuknąć od razu albo trochę poczekać. Czekanie jest niebezpieczne bo może nam się znowu wymknąć spod kontroli. Już raz zrobiłeś ten błąd z Dziadkiem Weteranem. Siedział w lodówce ale uciekł.

— Nie uciekł tylko został wypuszczony. Zresztą Zinka też zniknęła. Dobra. Co dalej? Mamy jeszcze jakieś problemy? Może masz ochotę odpocząć w lodówce i zobaczyć za sto lat jak się to skończy?

— A jak Gruzin cię dopadnie to kto mnie wyciągnie? Dziękuję bardzo. Nie skorzystam.

Patrzyli obie w oczy przez chwilę. Wreszcie Prezydent roześmiał się.

— Nadal mi nie ufasz?

— Nikomu nie ufać — powiedział Miszczuk. — Dzięki temu żyję tak długo.

— Widzisz ja się odwracam do ciebie plecami i żyję tak samo długo.

— Ty możesz się odwracać do mnie — powiedział Miszczuk. — Ja wolę nie ryzykować.

Roześmieli się obaj. Dawno by sobie na wzajem podcięli gardła ale byli przecież kumplami.

— Dobra — powiedział Miszczuk. — Pogadaliśmy sobie o drobnych problemach i kosmetycznych poprawkach. Opowiedz lepiej co to za afera z tymi X'htla?

— Kompletny i nic nie znaczący drobiazg. Po prostu wypowiedzieli nam wojnę.

— Coś takiego. Dlaczego nie zawiadomiłeś mnie wcześniej?

— Nie chciałem cię denerwować. To będzie zupełnie mała wojenka.

— Czwarta światowa też miała być mała. Tak mówiłeś. Sto milionów żołnierzy zabitych w działaniach wojennych i półtora miliarda cywilów, jedna czwarta globu skażona izotopami, całkowita zagłada 70% infrasruktury przemysłowej...

— Wypadek przy pracy. Jesteśmy współodpowiedzialni. Ty byłeś wówczas wodzem naczelnym. Zresztą program «błękitny deszcz» wymyśliłeś po pijanemu i uruchomiłeś też po pijanemu żeby udowodnić tej flądrze, jak to ona się nazywała? Alexis?

— Hmm, nie chcę ci przypominać kumplu kto wydał rozkaz numer osiemset dwanaście, o ataku wirusem HIV-DELTA4. W całej Australii poza naszymi agentami którzy byli zaszczepieni nie ocalała żadna forma życia wyżej zorganizowana niż...

— At, nie ważne — prezydent podniósł kamień i cisnął w przelatującą opodal mewę.

— Sądzisz że załatwisz całą flotę laserami stacji?

— Chcą tylko pojedynku między mną a ichnim przedstawicielem. Będziemy latali kutrami i walili do siebie z rakiet.

— Więc jednak nie będzie jedenastej światowej. Dobre i to. Umiesz to pilotować?

— Oczywiście.

— Dziwne. Kiedy się nauczyłeś?

— Jak siedzialeś w lodówce. Nie ważne. Co słychać u dysydentów?

— Chyba wreszcie udało im się trafić na trop. Systemy ochronne Marsa uruchomiłem godzinę temu. Jeśli się tam pojawią...

— Działają jeszcze? Te czujniki, a nie dysydenci.

— Och, system sygnalizuje pełną sprawność. Co by nie mówić ci Tarani robią rzeczy prawie niezniszczalne.

— Za to jak się zaczynają psuć to może się rozwalić cała planeta.

— Coś za coś. Będę trzymał kciuki. Co się stanie jak przegrasz?

— Pamiętasz szóstą światową?

— Jak cholera. Wziąłem sobie dwa tygodnie urlopu a ty w tym czasie zasypałeś to co zostało z Brazylii gradem głowic...

— A co? Miałem pozwolić żeby mnie ciągali po jakichś ONZ-towskich trybunałach, jako zbrodniarza wojennego? No to przyładowałem, zresztą oni też nie byli w porządku. Judasze. Podpisali układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, a to czym skontrowali to były atomówki oparte na czerwonej rtęci... Nawet nie wiesz ile się namęczyłem, żeby cię znaleźć. Stacja gotowa do odlotu, a ty siedziałeś na posterunku w celi...

— Głupie gliny.

— Teraz możesz tak mówić, ale gdyby cię nie zwinęli za łowienie ryb w rezerwacie ścisłym to mógłbym cię nie znaleźć. Mało brakowało, a spóźnił byś się na pociąg. Tym razem jeśli przegram będę musiał opuścić planetę...

— Tym razem się nie spóźnię.

X

Powietrze zamigotało i w jaskini Susłowa zmaterializował się Nodar. Zmaterializował się na poziomie podłogi ale natychmiast zgiął się w pół i gruchnął na beton. Susłow podbiegł do niego.

— Co z nim? — zapytała Zina spłoszona nagłym pojawieniem się nieznajomego.

— Złamania obu nóg — stwierdził Sergiej.

Nodar otworzył oczy i wycelował w nich broń.

—Żadnych sztuczek — powiedział. — Gdzie jestem?

— Może się najpierw przedstaw — powiedział Susłow zapalając lampę ultrafioletową. Na czole leżącego wyraźnie zalśnił trzycyfrowy numer.

— Gruzin — wyrwało się Zinie. — Tu dzma char...

— Szeni czyri me — powiedział. — Choć akurat może nie w moim stanie. Jestem Nodar Tuszuraszwili.

— Jestem Sergiej Susłow — powiedział dysydent. — szukaliśmy cię.

— Dziękuję za tamto ostrzeżenie. Jak się tu znalazłem?

— Och to proste. Przebudowałem systemy komputerowe stacji orbitalnej tak aby każdy kto wyskakuje stamtąd w trybie ewakuacyjnym lądował tutaj. Sądząc po stanie w jakim się znajdujesz miałeś problemy?

— Tak. Usiłował mnie załatwić taki z wąsikami którego tu nazywacie Starym Prezydentem.

— Wobec tego z przyjemnością powitamy cię u siebie.

— Można coś z tym zrobić? — wskazał na nogi.

— Jasne, wyklonujemy ci nowe.

Otworzył sporą skrzynię w kształcie trumny stojącą w kącie.

Zina pomogła Nodarowi wejść do środka.

— Za dziesięć minut będzie po wszystkim — zapewnił go Sergiej.

— Lepiej żeby było, bo jeśli na przykład się rozpuszczę to obiecuję że będę was straszyć po nocach — powiedział Nodar.

— Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze — powiedział Sergiej i zamknął wieko.

Uruchomił medautomat. W tym momencie zmaterializowała się grupa z Gdańska.

— No to wszyscy w komplecie — ucieszył się.

Siedli przy stole. Zina postawiła na nim ciasto. Właśnie mieli wznieść toast na pohybel staremu Prezydentowi gdy rozległ się cichy trzask i wieko medautomatu unosło się. Nodar usiadł i popatrzył na nich nieco zdziwiony.

— Przyjęcie beze mnie? — zdziwił się.

— Wręcz przeciwnie drogi gościu. Na twoją cześć — powiedział Sergiej. — Pozwólcie, że wam przedstawię...

Nodar wyszedł z trumny i usiadł na podsuniętym krześle. Nogi bolały go jeszcze, ale złamania z całą pewnością już się zrosły. Stuknęli się kieliszkami nad stołem.

XI

Tomasz Miszczuk — Człowiek z Góry Bólu zmaterializował się się z cichym sykiem w willi profesora Rościsława w Gdańsku. Agenci siedzieli czekając. Nie mieli nic do roboty.

— Gdzie aresztanci? — zapytał

— Zniknęli — wyjaśnił Sprawiedliwość Cesarzy.

Miszczuk wydobył z kieszeni rewolwer i strzelił mu między oczy. Mózg ochlapał ścianę

— Przejmuję dowodzenie. Wszyscy agenci świata mają udać się w Andy. Pobrać najlepszy sprzęt. Radary geologiczne, detektory metalu. Na rano chcę mieć Susłowa. Żywego, lub martwego. Lepiej martwego — dodał po chwili namysłu. — Wykonać!

Jedna z dziewcząt chrząknęła ostrożnie patrząc jednocześnie na ciało leżące na podłodze. Krew rozlewała się szeroko.

— Ożywcie to ścierwo — zezwolił łaskawie.

I zniknął.

XII

Wypili.

— Przeproszę państwa na moment ale mam coś na co powinien rzucić okiem archeolog — powiedział gospodarz i zniknął w mroku.

— To który właściwie jest rok? — zagadnął profesor Seleźniecki Mitrofanowa.

— Mamy rok 2486-ty. Oficjalnie. A naprawdę obecnie mamy rok 7114-ty. Tak wynika z wyliczenia tras komet długookresowych i wzajemnej pozycji planet.

— Pańskie obliczenia są błędne — powiedział z wyższością w głosie Pawłowski. — Wedle moich wyliczeń mamy rok 7119-ty.

— A na moim zegarku jest 10 czerwca 7125-go. — zauważył Nodar. — A mój zegarek chodzi bardzo dobrze. Zaryzykuję stwierdzenie, ze działa lepiej niż ja. Zwłaszcza wobec faktu że pewien nadgorliwiec wpakował mi ostatnio serię w brzuch.

Susłow nadszedł dźwigając coś ciężkiego. Za nim przydreptał Dziadek Weteran.

— Profesorze Seleźniecki, jesteśmy jedynym niezależnym i pozostającym poza wszelką kontrolą instytutem naukowym na tej planecie. Właściwie nie prowadziliśmy badań archeologicznych ale co pan powie na taki artefakt?

Położył na stole kawał odłamanej od czegoś platynowej płyty. Relief na niej przedstawiał dwu mężczyzn w slipkach z wiszącymi na pasach nożami którzy trzymali tarczę z wizerunkiem planety. Na tarczy świecił się jeszcze ciągle mały punkt wykonany z czystego radu.

Twórcom miasta kanałowego — brzmiał napis wykonany po niemiecku gotykiem.

— Co pan na to?

Ciało człowieka z Grenlandii. Dokładnie takie samo. Nazistowskie orły na brzegach plakietki.

— Oni wygrali globalny konflikt — powiedział Mitrofanow. — Rządzili planetą przez tysiące lat a nasi przodkowie siedzieli w obozach pracy. I ogrodach zoologicznych.

Profesor przymknął oczy i myślał przez dłuższą chwilę.

— Wycięto nam pięć tysięcy lat.

Dziadek Weteran pochylił się nad płytą. Oczy zabłysły mu dziwnym światłem.

— Hitlerszczaki — powiedział.

Susłow spoważniał.

— Wśród kodów do teleportera odkryliśmy także kilka zaszyfrowanych pod kryptonimami Miast.Kan., Phoeb., Olymp. Potrzebujemy archeologa. Aparatura jest już gotowa. Polecimy tam sprawdzić.

— Co sprawdzić?

Mitrofanow uśmiechnął się lekko.

— Na ziemi jak pan zapewne sam zauważył cała cywilizacja zbudowana po okresie załamania została zniszczona. Całkowicie zniszczona. Destrutoxem. Rozpuszczono całe miasta. Była to przy okazji globalna katastrofa ekologiczna. Zginęły tysiące różnych gatunków. Potem biosfera była zrekonstruowana i ten proces jeśli nasze badania naukowe nie są błędne ciągle postępuje. W ciągu ostatniego stulecia przybyło dwanaście tysięcy nowych gatunków owadów znanych z archiwalnej literatury lecz, które nie występowały wcześniej.

— Sugerujecie, że Stary Prezydent. Nie to śmieszne.

— Sam widziałem na stacji kadzie z klonującymi się wielorybami — powiedział Sergiej.

— Czy, wybaczcie głupie pytanie, jesteście pewni tej dziury w historii? — zapytał Rylski.

— Proszę obliczyć sobie ile czasu zajęło by mu dotarcie do Proksimy Centaurii za pomocą techniki z końca dwudziestego pierwszego wieku.

— Nie mam pojęcia. Pięćset lat?

— Nawet jeszcze nie zdążyłby wrócić.

— Dobrze. Zgoda. Wycięto nam pięć tysięcy lat historii. W porządku. Wszystko to robota starego Prezydenta.

— Kopniemy się na marsa. — powiedział Susłow. — Myślimy że tam nie rozpylano destrutoxu. A nawet jeśli został rozpylony to potwierdzi to tylko nasze podejrzenia. Zostaną kanały, zerodowany cement i inny skład atmosfery niż w przypadku dawnych opracowań.

—Świetnie. Ja pogrzebię szpachelką... — zdeklarował się profesor Jakub.

— Jeśli pan sobie życzy to dostarczymy szpachelkę.

— A jeśli oni, mam na myśli tych wesołych kulturystów ze sfastykami, nadal tam sobie mieszkają? — zaniepokoiła się Yoko.

— To skoczymy zaraz z powrotem. Oczywiście istnieje spore ryzyko. Mogą nas namierzyć w ten czy inny sposób. Kto leci?

Chcieli wszyscy. Susłow trochę gderał, że może nie wytrzymać aparatura ale w końcu wcisnęli się do latałki. W razie gdyby u celu ich podróży była próżnia lub atmosfera nienadająca się do oddychania masywne szklane ściany mogły umożliwić im przeżycie czasu koniecznego na skok spowrotem.

— No to z Bożą pomocą — powiedział Susłow i wcisnął starter.

XIII

Śluza stacji orbitalnej otworzyła się szeroko. Powietrze uciekło w przestrzeń kosmiczną z dziwnym skowytem.

— Gotów do startu — rzucił w mikrofon hełmu.

— Startuj — padła mechaniczna komenda komputera stacji.

Szarpnął za dźwignię. Silniki odrzutowe zagrzmiały zgodnie. — Pełnia mocy — poinformował go komputer.

— Przejmuję stery — rzucił nerwowo.

Pociągnął za kolejną dźwignię. Przeciążenie wgniotło go w siedzenie. Kuter wystartował sztuczna grawitacja sztucznej planety została z tyłu. Pomknął naprzód.

— Ekrany dalekiej obserwacji — polecił.

— Przyjęte.

Na przedniej szybie wyświetlił się trójwymiarowy obraz Ziemi. Mała czerwona kropka gdzieś nad Ameryką oznaczała pozycję jego wroga. Maszyna reagowała posłusznie na najlżejsze dotknięcie ręki. Jak koń. Pstryknął pilotem i włączył sobie muzyczkę. Kropka na ekranie ruszyła przerażającą szybkością w jego stronę. Komputery obliczyły pułap na jakiej się unosiła. Zaledwie sto kilometrów ponad powierzchnią planety. Obniżył lot.

— Głowice na prowadnice — polecił.

Zewnętrzne osłony pojazdu nagrzewały się lekko. Na tej wysokości panowała niemal próżnia. Kropka na ekranie rozdzieliła się.

— Komputer: dokonaj analizy celu — polecił.

— Maszyna przeciwnika wypuszcza fantomy.

— Pułap przeciwnika?

— Dziesięć tysięcy metrów.

— Odległość?

— Dwa tysiące kilometrów.

— Przygotować osłony do wejścia w atmosferę.

— Osłony gotowe.

Ściągnął stery. W parę minut później rozległ się skowyt dartego powietrza. Temperatura zewnętrznych warstw pojazdu zaczęła rosnąć. Zabuczał alarm.

— Zaraz się usmażę — powiedział sam do siebie.

— Identyfikacja zagrożenia poprawna. Kąt nachylenia pojazdu wykluczający szanse przedarcia się przez atmosferę — odezwał się komputer. — Rekomendacje: zmniejszenie szybkości o dziewięćdziesiąt procent. Wyrzucenie spadochronów hamujących. Wyprowadzenie pojazdu poza sferę przyciągania planety po hamowaniu atmosferycznym. Powrot do bazy celem uzupełnienia zniszczonych powłok zewnętrznych. Destabilizacja pracy reaktora. Przebicie w module Alfa. Wycieka Unipchelium z synchromodulatora.

— Ile do celu?

— Cel za dwadzieścia sekund.

Koćko wzruszył ramionami. Nic nie rozumiał z tego technicznego bełkotu. W dwadzieścia sekund rozniesie tych sukinsynów na strzępki a potem będzie się martwił. Wyskoczył z chmur. Przed mim mignęło pięć wrogich kutrów bojowych. Tylko jeden był prawdziwy. Też mógł wypuścić takie fałszywki, ale nie pamiętał którym guzikiem się to robi. Odpalił rakiety. Udało mu się trafić minimum dwa pojazdy. Trzy kolejne minął w odległości kilkuset metrów. Fala uderzeniowa wywołana jego przelotem spowodowała zderzenie dwu z nich. Kosmita popełnił błąd ustawiając je w tak ciasnym szyku.

— Uszkodzenia pierwszej i czwartej wyrzutni — zameldował komputer. — Przeciążenie osiągnęło wartości nadkrytyczne. Struktura krystaliczna elementów konstrukcji pojazdu w stanie bytu niezharmonizowanego. Rekomendacje: Katapultowanie się.

— Bałwan — powiedział Koćko ściągając stery. — Katapultować się. Też wymyślił. Mam lecieć na spadochronie i strzelać z kałasza do ich statków?

Sygnał alarmujący o przekroczeniu krytycznej temperatury wył. Zdał sobie sprawę że wyje tak od dłuższego czasu. Wykładzina na ścianach topiła się.

— Pościg — poinformował go komputer.

Wyskoczył nad szeroko rozlaną powierzchnię. Atlantyk. Obniżył lot a potem zanurzył pojazd w fale. Musiał schłodzić pancerz. Potem przejdzie do kontrataku i załatwi to co leci za nim. Zobaczył oślepiający błysk i stracił przytomność.

XIV

Noc z 10 na 11 czerwca.

Miasto Kanałowe na Mare Chrononium. Mars.

Świat za oknami zmienił się w mgnieniu oka. Widok jaskini został zastąpiony przez szare piaszczyste diuny, pod różowym niebem. Na wydmach rosły w kępach niewysokie trawki o dość mizernym wyglądzie. Przed nimi było miasto.

— No to jesteśmy — powiedział profesor. — Jak odczyt atmosfery tam na zewnątrz?

— Właściwie dało by się oddychać tyle że ciśnienie o połowę niższe niż na ziemi — powiedział Pawło obserwujący wskaźniki.

— Jaka pogoda na zewnątrz? — zażartowała Yoko.

Na zewnątrz wiatr przenosił z miejsca na miejsce kupki piasku. Wokoło leżały kamienie zniszczone przez erozję.

— Mało zachęcające — mruknął Susłow. — A to tam w dali to miasto. Czeka nas dwukilometrowy spacerek. Kto się zgłasza na ochotnika?

Wszyscy.

— Dobrze. Pójdziemy wszyscy. Statku raczej nam nie ukradną. Pomyślcie, że jesteśmy cholernie daleko od starego Prezydenta...

— I zostaniemy tu na zawsze — zauważył astronom.

— Dlaczego? — zdziwił się Nodar. — przecież to było startowane z sieci elektrycznej a teraz kontakt...

— Mamy jeszcze akumulator — uspokoił go renegat. — Odwalamy szybko nasze badania i wracamy.

— Szybko nie robi się archeologii — powiedział profesor z przyganą. Nie zdejmiemy skafandrów?

— Nie. To zielone gdzieniegdzie to porosty. Tu może być flora bakteryjna.

Po chwili wyszli na powierzchnię planety.

Zrobimy zdjęcie pamiątkowe — powiedział Susłow. — To przełomowa chwila mały krok dla człowieka a dla ludzkości...

— Ludzkość już tu była — zauważył Dziadek Weteran. — Ktoś to zbudował. Typowo Krzyżacka architektura.

Ustawili się rzędem. Susłow umieścił aparat na statywie i zrobił zdjęcie z samowyzwalacza.

Profesor Janusz Seleźniecki, prof Rościsław Pawłowski, Yoko, Nodar, magister Pawło Mitrofanow, Zina, Dziadek Weteran i On. Zdrajca ludzkości renegat i dysydent Sergiej Susłow. Awangarda ziemskiej nauki. Chwilę trwało milczenie a potem aparat błysnął fleszem.

— Chodźmy. Mam tylko nadzieję że nie spotkamy małych zielonych ludzików.

Miasto było coraz bliżej. Budynki z paskudnego betonu wznosiły się majestatyczne i groźne. Styl w którym je wzniesiono był maniakalno pompatyczny. Socrealistyczne formy pośrednie między klasycznymi a barokowymi. Surowa linia greckich świątyń zepsuta ozdobnikami. Już na skraju miasta natrafili na sarkofagi. Wpoprzeg ulicy w całkowitym nieładzie poniewierały się plastikowe skrzynie połączone ze sobą kablami o niegdyś barwnych a obecnie zmatowiałych izolacjach.

— Otwieramy? — zagadnął ostrożnie Jan.

— Hmm — zastanowił się profesor. — Sądząc po wielkości wewnątrz mogą być ciała. Może to nieduże generatory czasu stojącego. Co się stanie jak to otworzymy?

— Może wylezą. Broń trzymajcie w pogotowiu. Ja otworzę.

— Panie kolego, pan lepiej strzela niż ja więc niech pan trzyma broń a ja otworzę. Jestem ostatecznie archeologiem.

— Ustępuję wobec siły.

Profesor klęknął i otworzył dość prymitywny zatrzask. Uniósł pokrywę. Wewnątrz leżało ciało. Z całą pewnością nie było w stanie wyskoczyć. Uległo całkowitej mumifikacji. Nadal oplatały je jakieś macki. W czaszce leżącego wywiercono otwory w których tkwiły jeszcze elektrody.

— Są ze złota lub na takie wyglądają — zauważył ktoś.

Profesor nie miał pojęcia kto. Pochylił się. Ciało było identyczne jak to znalezione w lodowcach.

— Na co on umarł? — szeptem zapytał Pawłowski.

Profesor popatrzył na niego. Zrozumiał, że astronom boi się..

— Wygląda na to że ze starości.

— Cmentarz mutantów?

— Raczej ubojnia. Widzicie te kable? Byli odżywiani dożylnie. Może coś z nich uzyskiwano. Enzymy, hormony, może używano ich umysłów jako czegoś w rodzaju biologicznego komputera?

— Nie podoba mi się to.

— Mi także nie. Ale zobaczmy co jeszcze nas tu czeka. Najważniejsza rzecz to znaleźć archiwa i bazy danych. Na ziemi będziemy mogli się tym pobawić na spokojnie.

— Zaczynam się bać — powiedział Susłow. — To dziwne uczucie, tak dawno o nie doznawałem, że aż się odzwyczaiłem. Dokąd pójdziemy?

— Może przed siebie? Ciekawe czy tego ktoś pilnuje.

— Chyba nie bo i po co. Nikt nie posługuje się teleportacją.

— Poza nami.

— I poza tymi z numerami na czołach — uzupełniła Zina.

Ruszyli. Niebawem natrafili na wysoki budynek. Sarkofagi leżały wszędzie. Wspięli się po schodach. Drzwi zniszczały niemal całkowicie. Wewnątrz budynku panowała cisza. Ale sarkofagów było więcej. Znaleźli stolik z resztkami pożywienia i stojącymi wokoło leżankami.

— Coś sobie żarli — zauważył Gruzin.

— Ale co? Co tu robili i kim byli?

— Przylecieli z kosmosu — Susłow trącił nogą butelkę pokrytą dziwnymi hieroglifami. — A co tu robili? Może byli strażnikami a może po zapakowaniu wszystkich do tych trumien zmęczyli się i zechcieli sobie pojeść. A może siedzieli tu czekając aż wykitują.

Wspinali się coraz wyżej i wyżej. Kondygnacja za kondygnacją. Zaglądali do pustych pomieszczeń. W niektórych leżały resztki mebli zwalone pod ścianami aby zrobić więcej miejsca. Wreszcie znaleźli się na najwyższej kondygnacji. Panorama miasta była stąd znakomicie widoczna. Na ścianie wydrapano kilka podpisów. Trzy były jakimiś hieroglifami czwarty zupełnie normalnym łacińskim alfabetem.

Paweł Koćko Prezydent 6921r.

— Stary Prezydent — wyszeptał Susłow. — To tego pilnuje. Tego się boi...

Za ich plecami rozległ się trzask jakby pod czyimś butem pękła gałązka. Odwrócili się. Ktoś wszedł do pokoju.

X V

Przebudzenie było w sumie przyjemne. Leżał na miękkiej kanapie. Wokół niego kręciło się kilku Tarani. Jeden miał na ramieniu białą opaskę. Lekarz.

— Jak pan się czuje? — zapytał.

— Dziękuję dobrze. Wygrałem?

— Niestety. Statek pański nie wytrzymał gwałtownego uderzenia w powierzchnię wody, a jego powłoki były tak rozgrzane że nastąpiła eksplozja. Życie zawdzięcza pan polu ochronnemu.

— No cóż dziękuję za wszystkie starania. Jak rozumiem jestem waszym jeńcem?

— Naszym nie. Zgodnie z prawami galaktyki przegrywając pojedynek oddaje się pan w ręce przedstawicieli rasy X'htla. Taloctani Hyx który dowodził drugim pojazdem będzie tu za dwie ellkha.

Taloctani, odpowiednik mniej więcej generała, w każdym razie wysoka szarża. Usiadł. Czuł się dobrze, choć skóra piekła go lekko. Widocznie podczas wybuchu przez pole przedarła się duża dawka fotonów. Zadzwonił dzwonek. Lekarz skłonił głowę.

— Zechce pan przejść przez te drzwi i spotkać się z taloctanim.

Prezydent podniósł się. Trochę się mu zakręciło w głowie ale zaraz odzyskał równowagę. Przeszedł przez drzwi i ku swojemu zdumieniu znalazł się w wagonie kolejowym. Koło drzwi widniały oznaczenia w języku rosyjskim. Wiedział gdzie jest. Wagon w którym car po rewolucji lutowej podpisał akt abdykacji.

Wszedł generał. Wyglądał jak każdy przedstawiciel jego rasy. Jego twarz była plątaniną krótkich nsek zawierających końcówki odpowiedzialne za wszystkie siedemnaście zmysłów. Koćko miał wprawę w trzymaniu żołądka na uwięzi, ale z trudem powstrzymał torsje. Generał przesunął dłonią po twarzy nadając jej normalny ludzki wygląd. Tworząc wzór skorzystał z wyglądu prezydenta naniósł jednak kilka poprawek, aby nie była łudząco podobna.

— Panie prezydencie, proszę o uznanie się za mojego jeńca.

Koćko skłonił głowę.

— Proszę uznać mnie za pokonanego.

Taloctani Hyx uśmiechnął się. Uśmiech także był kopią, nie do końca dokładną, uśmiechu Koćki. Wyglądał strasznie, prezydent pomyślał, że w przyszłości musi zachowywać się bardziej naturalnie (o ile będzie jakaś przyszłość).

— Rząd planety X'htla docenił w pełni pańską ogromną odwagę wykazaną podczas starcia nad planetą. Wejście pojazdu w atmosferę pod takim kątem i z taką szybkością było brawurowym wyczynem. Szansa wyjścia z tego cało wyniosła około czterech procent. Zwłaszcza zdumieni byliśmy całkowitą pogardą dla zawodnej techniki i ogromną precyzją ataku kontynuowanego pomimo poważnego uszkodzenia pojazdu. Żaden z naszych pilotów którzy oglądali filmy z ataku nie podjął się powtórzenia tego wyczynu. Zgodnie twierdzili że oni w takim przypadku wybrali by katapultowanie się. Kabina musiała płonąć wewnątrz... Proszę przyjąć wyrazy uznania od całej mojej planety.

— Cała przyjemność po mojej stronie. Słucham dyspozycji. Jeśli życzą sobie panowie dokonać mojej egzekucji to zgodnie z prawami naszej planety pragnę odbyć rozmowę z duchownym.

— Ach, to zbyteczne. Nie zamierzamy pozbawiać pana życia.

Generał wyjął trójwymiarowy projektor wielkości paczki papierosów. Prezydent uśmiechnął się sam do siebie. Ostani raz widział paczkę papierosów tyle tysięcy lat temu, a zarazem całkiem niedawno. Generał rzucił projektor na podłogę. Ten syknął i wiązki chylka odtworzyły w powietrzu panoramę planety. Prezydent miał wrażenie że stoi na wzgórzu i patrzy przed siebie. Planeta a przynajmniej prezentowany mu kawałek była straszna. Dzikie fiordy niewielkie poletka traw na półkach skalnych. To chyba był ten sam obraz który pokazał mu mały Tarani, kilka dni temu na szczycie Giewontu.

— Planeta V'angh'aff. Osiemset lat świetlnych stąd. Proszę słuchać moich instrukcji. Planeta ta stanie się miejscem pańskiego wygnania.

— Tak jest.

— Ma pan prawo zabrać ze sobą dziesięć osób towarzyszących. Oraz dziesięć kilogramów bagażu osobistego. Pańska stacja orbitalna przechodzi na własność narodów Ziemi.

— Nie będę protestował.

— Ach jeszcze jedno. Wybaczy pan, zapomniałem o tym. A to przecież dla pana ważne. — Z futerału który przyniósł ze sobą wyjął szablę paradną Mikołaja II-ego. Podał pokonanemu. — Ma pan prawo nosić szablę w niewoli — powiedział poważnie.

— Dziękuję. To rzeczywiście ważne dla mnie.

— Wystarczy panu godzina na spakowanie się?

— Tak jest.

— Jeszcze jedno. Pańska kopia używająca imienia własnego księżniczka Helena pragnie panu towarzyszyć, nie zgadzamy się jednak na towarzystwo hybrydy noszącej mię własne Karolina. Ta nieszczęsna istota zostanie poddana operacji przeszczepu mózgu spowrotem do ludzkiego ciała i leczeniu psychiatrycznemu. Tak zadecydowali konsultanci planety Gyp.

Kiwnął głową.

— Czy będę miał prawo do wygłoszenia pożegnalnego orędzia do mieszkańców mojej planety?

— Tak. Dziennikarze ziemskiej telewizji także zabiegali o stworzenie takiej możliwości. Proszę użyć teleportera.

— Nie boicie się że ucieknę?

— Gdy był pan nieprzytomny teleporter został wymieniony.

Koćko wykręcił pas na drugą stronę. Gość mówił prawdę. Został tylko jeden guzik. Prezydent wcisnął go.

XVI

Za nimi stał człowiek. Był bez skafandra a tylko w lekkim mundurze i w papasze na głowie. Profesor poznał go natychmiast. Jego student Tomasz Miszczuk. I nadal miał swojego laptopa pod pachą. Ale przeszedł jakąś dziwną przemianę. W jego wzroku nie było już poprzedniej miękkości. Wycelowali w niego broń.

— Przecież i tak nie strzelicie — powiedział spokojnie. — Ostatni przypadek zabójstwa człowieka na ziemi miał miejsce, może o tym nie wiecie, ale ponad dwieście lat temu. Oczywiście nie liczę tych kilku przypadków które były naszym udziałem. Ludzkość zbyt silnie czuje swoją wspólnotę, aby się nadal wyrzynać. Po części jest to zasługą tych tam zapuszkowanych — machnął ręką w stronę dolnych kondygnacji. Wyjął z kieszeni małą puszkę i pociągnął tlenu. — Właściwie to nic nie muszę wam wyjaśniać, ale jesteście pierwszymi którzy dotarli tutaj. Ja wprawdzie nie jestem tym którego nazywacie starym Prezydentem ale ten podpis na ścianie to jego dzieło podobnie jak podpisy pozostałych trzech wodzów wielkiej koalicji. Ja byłem tylko pionkiem i nadal jestem pionkiem, zresztą to mi odpowiada. A teraz jestem uszami i oczami Starego Prezydenta na ziemi. Możecie mnie nazywać Premierem.

— Premierem? — zdziwił się profesor.

— Tak. Przecież tam gdzie jest prezydent powinien być także premier stojący na czele rządu. Pełniłem kiedyś tą funkcję, byłem też szefen służb specjalnych.

— A agenci? Kim oni są? — zaciekawił się astronom. — Wasi dawni urzędnicy? Członkowie rządu? Ludzie waszych służb specjalnych?

— Nie. Tamci dawno umarli. Lodówki mogą służyć tylko wybranym. Agentów produkujemy w przeważającej częsci metodami inżynierii genetycznej. Kieruję siatką stu osiemdziesięciu agentów rozsianych po całym świecie i jeszcze stu pięćdziesięcioma kandydatami w fazie nowicjatu. — Ale nie będziemy rozmawiali tu na mrozie — ponownie łyknął tlenu. — Zapraszam do mnie.

— Nic z tego — powiedział Nodar. — Nigdzie nie pójdziemy. Może to pana zdziwi ale nie chcemy skończyć tak jak oni.

— Nic nie zmieni Polaka, nic nie zmieni Rosjanina. Można wymienić geny i kolor skóry, ale nie zmieni się mentalności — westchnął przybysz.

— Jestem Gruzinem — zaprotestował Nodar, ale Miszczuk go nie słuchał.

— Cwaniactwo, pociąg do rozwiązań siłowych niechęć wobec obcych, nieufność — kontunuował z radosnym uśmiechem — Dodajmy do tego kodeks Bushido i mamy na co sobie zapracowaliśmy. A tak się staraliśmy. Myślicie że to łatwo odbudować cywilizację od podstaw? A nam się udało.

— Kim oni są? — zapytał profesor wskazując gestem sarkofagi.

Tomasz uśmiechnął się.

— Cóż to co tu widzicie to największa zbrodnia w historii tej i kilku innych galaktyk. Zapewne, łącza nadświetlne nie sięgają wystarczająco daleko. Z drugiej strony to akt najwyższego humanitaryzmu.

— Co ma oznaczać ten bełkot? — zaciekawił się renegat.

— Co w sarkofagach to Ubermensche. Nadludzie. Swojego czasu kilku nieco oblatanych w świecie neonazistów postanowiło wyhodować rasę doskonałą. Mam wrażenie że ich dzieło trochę ich przerosło. Założyli produkcję taśmową nadludzi. Genetycznie całkiem udana konstrukcja — ponownie łyknął tlenu. Zasapał się. — Ale społecznie gdzie im do was. Początkowo łazili po świecie, byli nawet pożyteczni, tacy silni i grzeczni zupełnie jak dobrzy wujaszkowie ludzkości. Tyle tylko że czterdzieści procent ich genów pochodziła od niejakiego Adolfa Hitlera, stąd zresztą nazwa — homo spaiens hitlericus. Słyszeliście o kimś takim?

— Obłędne teorie rasistowskie? — upewnił się profesor Janusz.

— Hitlerszczaki — szepnął Dziadek Weteran.

— Zgadza się. Wybili resztę ludzkości do nogi. Niedobitki zamknęli w ogrodach zoologicznych a potem radośnie ruszyli na podbój wszechświata. Spustoszyli dwadzieścia systemów słonecznych. Doprowadzili do zagłady siedmiu ras rozumnych. Ziemian mógł pokonać tylko ziemianin. Koćko walczył jeszcze za swojej kadencji przeciw niemieckim terytoriom koncesyjnym i znał ich taktykę. Ja też się przyłożyłem — znowu łyknął tlenu. — Pokonaliśmy ich. A potem cóż. Ja jestem z ziemi tak jak oni i wy. Ofiarowaliśmy im łaskę. Zapakowaliśmy ich do sarkofagów. Wszystkich sto czterdzieści miliardów płowowłosych olbrzymów o inteligencji tysiąca IQ. I włączyliśmy im takie małe wirtual reality. Indywidualny program dla każdego. Rozmnożyć się nie mogli. W snach podbijali nadal kosmos, budowali obozy koncentracyjne pod innymi słońcami. A dla was po wypuszczeniu z zoo musieliśmy zbudować inną historię. Nikt nie powinien o tym pamiętać.

— Zniszczyłeś wszystko. Cały dorobek ich cywilizacji — wściekł się profesor. — Destrutoxem. Przy okazji rozwaliliście kupę innych rzeczy... Zabytki które były dla nas ważne.

— To nie ja. Decyzję podjął Prezydent. Nie było czasu na delikatne metody. Można wymazać ludziom pamięć ale na widok tych ruin wszystko by wróciło. Kiedyś i ja byłem archeologiem. Wolałby pan, żeby ludzkość czerpała taki wzorce? Proszę mi uwierzyć, że lepiej jest tak jak jest. Przecież jesteście zadowoleni za tego jak żyjecie. Nikt na ziemi nie cierpi głodu. I możecie poznawać o podstaw tyle dziedzin nauki.

— Zniszczyliście ziemię aby ukryć świadectwa tej zbrodni.

— Nazywacie to zbrodnią? Hmm... Właściwie to ja pierwszy tak to określiłem. Co drugi z nich został dyktatorem. Mam zapisane ich wizje. Czy miałem ich zesłać na bezludną planetę skąd nawiali by wcześniej czy później aby nieść zagładę kolejnym rasom kosmosu? A może lepiej było im pomóc w podboju, czy może wybić do nogi, zastrzelić czy zagazować? A to co zostało zniszczone zapisaliśmy i możemy odtworzyć. Jeśli zajdzie potrzeba.

— Tak jak park w Łazienkach? — zagadnął złośliwie Sergiej.

— To i tam was zaniosło? Powiem trochę inaczej. Niektóre zabytki zachowaliśmy w stanie nietkniętym i zmagazynowaliśmy na stacji. Zamek w Malborku, parę co ciekawszych kawałków różnych miast. Zdaje się coś koło stu osiemdziesięciu tysięcy kawałków.

— Bzdura — powiedział Susłow ostro.

— Stacja orbitalna jest cylindrem o średnicy sześćdziesięciu kilometrów i długości nieco ponad stu kilometrów. Powleczona srebrem próby 999. No oczywiście gdzieniegdzie ma ogniwa fotoelektryczne

— Ale przecież... — zaczął Pawłowski potem palnął się w głowę. — Wydaje się dwa razy mniejsza! To takie złudzenie w astronomii jak przy mierzeniu średnic brył lodu silnie odbijających światło?

— Zgadza się. Policzycie kubaturę tego obiektu za sami się przekonacie. Ale to nie ważne. W każdym razie nie wasze zmartwienie.

— Dobra. I co dalej się z nami stanie? — zagadnął Susłow.

Szpieg uśmiechnął się z wysiłkiem. Brakowało mu tlenu.

— A co ma się stać? Położycie się grzecznie a ja wam włączę dobranockę jaką tylko sobie zażyczycie.

— Tak po prostu?

Miszczuk odwrócił się w stronę profesora Janusza.

— Gdy przed trzystu laty postanowiliśmy odtworzyć nasz naród znalazłem ośmioro Polaków. Ośmioro na całej plancie. Dodaliśmy do tego trochę Indian dla poniesienia szlachetności rasy i japończyków ze względu na ich pracowitość i honorowość. Dostaliście potrzebną literaturę i wzorce kulturowe. Zabawnie się to wszystko poplątało, ale ogólnie Prezydent jest zadowolony z efektów. Bardziej niż z tych czarnych ruskich czczących Lenina. — Susłow wciągnął głośno powietrze. — Stwórca w pewien sposób musi być odpowiedzialny za efekty swoich poczynań.

— A jeśli się nie zgodzimy? — zagadnął Nodar.

— Nie macie wyboru. Nie jesteście w stanie mnie zabić a dla mnie nie będzie to niczym trudnym.

Premier wyciągnął z laptopa cieniutki kabelek i wcisnął sobie w złącze koło ucha.

— Naprawdę tak myślisz? — w dłoni Nodara błysnęła lufa miotacza. Jego oczy lśniły. — Zastrzelę cię jak psa. A potem poszukamy tego sukinsyna Koćki. Obojętnie jak duża jest stacja, wcześniej czy później go znajdziemy.

— Myślę, że może potrafiłbyś to zrobić — powiedział ostrożnie szpieg. — Możemy się dogadać.

Uśmiechał się lekko. Rościsław patrzył na zegarek i nagle skoczył. Złapał Miszczuka za gardło i pchnął go tak by stanął między Nodarem a oknem w wierzy. Profesor Janusz nie wiedział dlaczego to robi ale natychmiast mu pomógł. Nodar przyłączył się unieruchamiając wierzgające nogi. Susłow w zdumieniu patrzył na nich.

Nastąpił oślepiający błysk. Ciało zwiotczało i padło na posadzkę. Promień lasera wypalił w piersi Tomasza Miszczuka dziurę którą ciężko byłoby zasłonić czapką. Otworzył oczy. Poszukał wzrokiem Pawłowskiego.

— To było cholernie sprytne. Wyliczyłeś czas na medal. Jesteś dobrym astronomem. Pozdrówcie księżniczkę Helenę — powiedział, a potem oczy odwróciły mu się do góry i opadł na ziemię. Z ust wyciekało mu trochę krwi.

— No cóż możemy sobie pogratulować — powiedział profesor Seleźniecki. — Właśnie od podstaw stworzyliśmy zbrodnię.

— Jak...? — zapytał Susłow.

— Uruchomił gigawatowy laser ze stacji. Ale jesteśmy daleko od ziemi więc musiało potrwać zanim wiązka dotarła do nas.

— I co teraz? — zapytał Nodar. — Wynosimy się?

Profesor pochylił się i podniósł laptopa który przy upadku otoczył się kawałek na bok. Otworzył. Komputer działał.

— Sądzę, że pora wracać do domu.

Nodar wykrzywił wargi w pogardliwym uśmiechu.

— Tak po prostu wrócić. Przecież musimy znaleźć tego całego Koćko. A ja muszę poszukać swojej dziewczyny...

— Myślę że na razie ma dość. — zauważył Mitrofanow. — Co zrobimy z ciałem? Jeśli je znajdą w ciągu najbliższych trzydziestu minut to mogą je ożywić.

— To by mi się specjalnie nie uśmiechało — powiedział Sergiej. — Z drugiej strony nic nam nie zrobił.

— Według mnie wystarczy to co chciał zrobić — powiedziała Zina.

Przez ciało przebiegły delikatne dreszcze. Oczy zmarłego otworzyły się ale spojrzenie było jeszcze niezbyt przytomne.

— O cholera — zauważył Profesor Seleźniecki. — Zaraz dojdzie do siebie.

—Łącza biocyberntyczne — powiedział Pawło. — Odtwarzają zniszczone części ciała w ciągu kilkunastu minut.

— To trzeba go w główkę? — Nodar uniósł broń.

— Nie. Nie zabijaj go — zaprotestowała Zina. — Przecież możemy go uszczęśliwić na całą wieczność.

Zrozumieli co ma na myśli. Twarze dysydenów wykrzywiły uśmiechy tak sympatyczne, że Miszczukiem aż szarpnęło. Związali go. Mitrofanow otworzył laptopa i podłączył się do systemów komputerowych wierzy. Wszystko działało jeszcze, choć minęło tyle czasu od kiedy używano ich po raz ostani. Biblioteka programów liczyła siedemnaście tysięcy pozycji.

— To co mu zaaplikujemy? — zagadnął Susłow.

— Coś miłego — powiedziała Zina. — Po co go męczyć.

Znaleźli coś miłego. Więcej problemów było z odszukaniem sprawnego sarkofagu, ale i taki znaleźli. Umieścili jeńca wewnątrz. Szarpał się trochę ale po chwili elektrody wbiły mu się w mózg i ciało zwiotczało. Rurki z substancjami odżywczymi wkłóły się w żyły. Był jeszcze przytomny. Program nie został uruchomiony.

— Czekajcie tylko stąd wylezę to dostaniecie takiego kopa... — powiedział.

Język trochę mu się plątał. Susłow z mściwą satysfakcją wcisnął guzik. Elektrody zaczęły wtłaczać w mózg słodką truciznę. Tomasz miał znowu jedenaście lat i siodłał konia na podwórzu swojego dziadka dawno dawno temu, przed ponad pięcioma tysiącami lat w Polsce w dwudziestym wieku. Wspomnienia były fałszywe tak jak cały program. Usiłował jeszcze choć przez chwilę zachować przytomność.

— Jesteście skończeni — szepnął.

— Wręcz przeciwnie my dopiero zaczynamy — powiedział Nodar i opuścił z hukiem pokrywę sarkofagu.

Mylił się. W ostatniej chwili Tomasz przesunął językiem nieduży przełącznik wbudowany w jego szczękę.

XVII

Nodar zmaterializował się z cichym syknięciem na poziomie sto dwadzieścia cztery. Zobaczył korytarz tak długi, że nie było widać jego końca. Odbezpieczył broń i ostrożnie otworzył pierwsze drzwi z brzegu. Za drzwiami siedział mały zielony ufoludek.

— Pomylił pan adres — powiedział życzliwie. — Pańska dziewczyna jest tam — podał mu sztywny arkusz folii z nabazgranym ciągiem cyfr.

— O w mordę — wyksztusił Gruzin. — Małe zielone ludziki...

— Aha — potwierdził Tarani. — Teraz my będziemy tym szystkim rządzili.

— My dwaj? — zainteresował się Nodar.

— Tylko my — ufok stuknął się łapką po piersi. — Możesz odejść.

Epilog

Kosmodrom w Montevideo z którego startowały pojazdy na Wenus był doskonale pusty. Betonowa płaszczyzna ciągnęła się trzydzieści kilometrów w każdą stronę. W jego centralnym punkcie stał nieduży drewniany wieszak. Wisiały na nim dwa pasy do teleportacji. Obok wieszaka stała księżniczka Helena. Była w błękitnej sukience. Wiatr rozwiewał jej włosy. Na nogach miała plecione z kolorowych rzemyków sandały. Ostre zachodzące słońce sprawiło że mrużyła oczy.

— Ciekawe gdzie podział się Tomasz? — powiedziała.

Stary ex-Prezydent Paweł Koćko przesunął czapkę z muzeum w Poroninie tak aby daszek chronił go choć trochę przed słońcem, obciągnął mundur kozackiego esauła i dopiero wówczas odpowiedział.

— Albo przyczaił się gdzieś w jakiejś lodówce albo dysydentom udało się go dostać.

— Mogłeś powiedzieć, że nie znasz się na pilotarzu. Zastapiła bym cię.

— Trudno. Myślałem, że te dwie godziny na symulatorze wystarczą. Ważne że te durne ufoki myślą że to było celowo...

Poduszkowiec z ekipą telewizyjną zmaterializował się z powietrza. Wysypali się z niego technicy. Ustawili kamery. Potem wysiadło dwoje dziennikarzy. Najwyraźniej chcieli coś powiedzieć, może przeprowadzić z nim wywiad, ale uciszył ich gestem ręki. Odwrócił się w stronę ciemnych oczu kamer.

— Do Narodów Planety Ziemia — zaczął dawnym władczym głosem. — Dziś przemawiam do was po raz ostatni. Przynajmniej taką mam nadzieję. Zdawałem sobie sprawę przez te wszystkie lata z niechęci jaką do mnie żywiliście. Zdawaliście sobie sprawę z niechęci jaką żywiłem do was. Cóż można powiedzieć że jesteśmy skwitowani. Nie lubiłem was dlatego dałem wam Regulamin Pobytu. Wy nie lubiliście mnie więc łamaliście go nagminnie. Dziś wybaczam wam, choć moje wybaczenie macie w dupie, a wasze ewentualne wybaczenie jest mi obojętne. Moja władza i moja opieka kończy się tu i teraz. Próbowałem uchronić niezależność tej planety przez te wszystkie lata. Nie udało się i będą tu obowiązywać teraz nowe prawa. Mam nadzieję że wasi nowi władcy będą lepsi niż ja. Gdyby jednak doszło do najgorszego zostawiam wam swój adres: Planeta V'angh'aff, osiemset lat świetlnych stąd. Tam też należy przesłać deputację — przypomniał sobie kawałek z książki Jana Karczewskiego i jego twarz wykrzywił dziwny uśmiech, gdy przerabiał cytat tak aby pasował do zaistniałej sytuacji, — która z dokładnie umytymi zębami, będzie mogła pocałować mnie w rzyć a potem na klęczkach poprosi o powrót mój, moich klonów, lub moich potomków.

Otworzył ciężką walizkę odsłaniając ciekawskim kamerom jej zawartość. To wszystko co miało dla niego wartość, to co zabierał ze sobą na wygnanie. W walizce tkwiło siedem butelek szampana Sowietskoje Igristoje. Wydobył jedną z nich.

— Byłem człowiekiem i nic co ludzkie nie było mi obce — powiedział. — Kradłem, mordowałem, oszukiwałem i wyzyskiwałem kogo tylko się dało, na prawo i lewo. Wy jesteście także bandą krętaczy i awanturników. Macie to w genach tak jak ja. Zostawiam więc planetę w dobrych rękach. Dam wam dwie rady na pożegnanie. Uważajcie na perkal, paciorki, wodę ognistą i zielone twarze; po drugie samowary służą do grzania wody na herbatę a nie do grzania piwa na rodzinne uroczystości. Prawdopodobnie, nowi właściciele planety nie będą mieli nic przeciwko temu, abyście ją pili.

Odkorkował butelkę. Struga piany pociekła mu po palcach i splamiła beton pasa startowego.

— Bracia ziemianie, wasze zdrowie! Mam nadzieję, że poradzicie sobie sami z rozpętaniem jedenastej wojny światowej.

Nachylił butelkę i pił z gwinta. Wreszcie pustą roztrzaskał o ziemię. Starożytnym rosyjskim obyczajem. Na szczęście

— Do zobaczenia — powiedział.

Podniósł walizkę. Słońce zachodziło już. Stojak z dwoma pasami teleportacyjnymi ginął na tle tarczy słonecznej. Prezydent podszedł i zdjął oba. Jeden zapiął na biodrach swojej córki. Drugim przepasał się sam. Objął ją ramieniem. Podniósł walizkę z butelkami i zniknęli jakby pochłonęło ich zachodzące słońce.

W sekundę później z powietrza zmaterializował się Tomasz Miszczuk. Ciągnął za sobą jakieś rurki, a włosy stały mu dęba na głowie. Przed oczyma latały resztki programu, odtwarzającego jego szczęśliwe dzieciństwo.

— Spóźniłem się! — wrzasnął, a potem bluznął taką wiązanką, że reporterzy wyłączyli kamery i poszli sobie.


Koniec tomu pierwszego

Warszawa styczeń — grudzień 1997. Wersja 4.

Загрузка...